Fredzia Phi-Phi, krzaty i 3 wersje tej samej książki. O polskich tłumaczach i sztuce przekładu

LubimyCzytać
16.09.2020

Czy wiecie, że Kubuś Puchatek bywał też nazywany Fredzią Phi-Phi? Skąd się wzięły w polskiej literaturze krasnoludy, krzaty i piaskale? Po co tłumaczyć trzykrotnie tę samą książkę? Piszemy o wybitnych polskich tłumaczach i książkach, których przekłady wzbudzały gorące dyskusje, a niekiedy prawdziwe batalie.

Fredzia Phi-Phi, krzaty i 3 wersje tej samej książki. O polskich tłumaczach i sztuce przekładu

Z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza, który obchodzimy 30 września, zaproponowaliśmy użytkownikom lubimyczytać.pl czytelnicze wyzwanie: przeczytać książkę, kierując się nazwiskiem tłumacza. Aby nieco pomóc w tym zadaniu, prezentujemy polskich tłumaczy literatury, o których naszym zdaniem szczególnie warto pamiętać. Wszak to właśnie dzięki nim możemy sięgać po teksty ulubionych pisarzy.

Boy-Żeleński, czyli człowiek-instytucja

Reklama

Na początek człowiek-instytucja, przez badacza Wacława Sadkowskiego określony mianem naszej instytucji narodowej, czyli Tadeusz Boy-Żeleński. Urodzony w 1874 roku w Warszawie Żeleński z wykształcenia był lekarzem, praktykował jako pediatra. Wiele lat pracował jako krytyk teatralny i literacki, był autorem licznych opracowań z zakresu teorii i historii literatury, pisał też teksty satyryczne dla pierwszego polskiego kabaretu literackiego – krakowskiego Zielonego Balonika. Kulturą francuską, która stała się jego konikiem, zainteresował się w wieku 30 lat, po wyjeździe na stypendium do Paryża. Przełożył na polski język najważniejsza dzieła Moliera, Kartezjusza, Pascala, Denisa Diderota, Anatole’a France’a, Balzaka, Stendhala, Marcela Prousta i wielu innych filozofów, poetów, prozaików. Nie wzbraniał się dokonywać w przekładanych tekstach radykalnych poprawek, jeśli uważał, że staną się dzięki temu atrakcyjniejsze. W polskim wydaniu „W stronę Swanna”, pierwszego tomu dzieła życia Prousta, Żeleński wydzielił akapity i dodał dialogi, których oryginał nie zawierał. Zachęcał również do prób przekładania obcojęzycznej poezji w formie prozatorskiej, ponieważ twierdził, że materia poezji jest niemal nieprzekładalna: „doskonały przekład prozą powinien być, a idealny przykład wierszem może się zdarzyć”.

Kubuś Puchatek…

Irena Tuwim, siostra Juliana, zadebiutowała w wieku nastoletnim jako poetka. Była związana z grupą Skamander, publikowała w czasopismach poetyckich, wydała kilka tomików, ale znana jest przede wszystkim z przekładów utworów uznawanych dziś za klasykę dziecięcą. Pracą translatorską zajęła się na poważnie tuż przed wybuchem II wojny światowej. Opublikowano wówczas „Bajki” braci Jakuba i Wilhelma Grimm, „Złoty kluczyk czyli niezwykłe przygody Buratina” A. Tołstoja, kilka opowieści na podstawie Walta Disneya oraz przede wszystkim „Kubusia Puchatka”. Do dziś ukazało się w Polsce w różnych wydawnictwach kilkadziesiąt wznowień słynnej historii o misiu o małym rozumku. Śmiało można powiedzieć, że na tekście A.A. Milne'a wychowało się kilka pokoleń Polaków, Puchatka i jego przyjaciół znają doskonale dzieci i dorośli, a określenia takie jak: „małe Conieco”, „brykać” czy „Stumilowy Las” są powszechnie rozpoznawane. Warto jednak postawić pytanie, ile Kubusia zostało w „Kubusiu”.

… czy może Fredzia Phi-Phi?

Reklama

Przekład, którego dokonała Irena Tuwim bywa uznawany za znacząco odbiegający od oryginalnego „Winnie-the-Pooh” Milne'a. Na tyle znacząco, że pojawiały się głosy, tylko po części żartobliwe, iż na okładce, obok autora, powinno widnieć także nazwisko tłumaczki. Pomimo głosów krytycznych, zarzucających jej nadmierną ingerencję w tekst, jej przekład uznawany jest za kanoniczny, czyli jedyny słuszny. Ogromne wzburzenie wywołała więc w roku 1986 Monika Adamczyk-Garbowska publikując nakładem Wydawnictwa Lubelskiego książkę „Fredzia Phi-Phi”. Tłumaczka przełożyła utwór bardziej w duchu oryginału, ale zarzucano jej, że ośmieliła się zmienić imię tytułowego bohatera oraz jego… płeć (na nieokreśloną). Ówczesna krytyka literacka wręcz zmasakrowała przekład Adamczyk-Garbowskiej i choć po latach uznano go za przykład rzetelnej translatorskiej roboty, możliwe, że już nigdy nie doczeka się wznowienia. Tłumaczka Jolanta Kozak określiła dyskusję nad „Kubusiem Puchatkiem” największą polską batalią o przekład. Choć więc na Kubusiu wychowało się co najmniej kilka pokoleń polskich czytelników, warto pamiętać, że Tuwim dokonała nie tyle przekładu książki, co raczej jej twórczej interpretacji.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że w nowych filmach z wytwórni Disneya nie ma już Stumilowego Lasu, lecz Stuwiekowy, tygrysek fika, a nie bryka, a Kubusiowi obcięto drugie imię. Dlaczego? Ponoć przedstawiciele wytwórni nie porozumieli się ze spadkobiercami praw do tłumaczeń Ireny Tuwim. Książka Milne'a została natomiast niedawno przetłumaczona na języki kaszubski i śląski, a także zapisana gwarą wielkopolską, o czym pisaliśmy tu.

Barańczak teoretyk i praktyk

W 1946 roku w Poznaniu na świat przyszedł Stanisław Barańczak. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza (co istotne, bo wielu tłumaczy nie miało wcale wykształcenia kierunkowego). Debiutował jako poeta w połowie lat 60. ubiegłego stulecia, pisał dla takich czasopism literackich jak „Odra”, „Twórczość”, „Zeszyty Literackie”, wydał wiele tomików poezji. Angażował się w działalność opozycyjną, był jednym z założycieli Komitetu Obrony Robotników, przez co został objęty zakazem publikacji. Omijał go, tworząc teksty publicystyczne pod różnymi pseudonimami. W 1992 roku opublikował „Ocalone w tłumaczeniu” – dzieło uznawane za fundament polskiej nauki o przekładzie, dogłębnie analizujące wiele skomplikowanych zagadnień teoretycznych i do dziś służące młodym adeptom sztuki tłumaczenia tekstu literackiego. Barańczak był bez wątpienia wybitnym teoretykiem, ale długo czekał na możliwość publikacji swoich przekładów. Dopiero po transformacji, na początku lat 90. XX wieku, polscy czytelnicy mogli wreszcie zapoznać się z jego adaptacjami wszystkich najważniejszych dramatów Szekspira, w tym „Makbetem”, „Hamletem”, „Romeo i Julią”, „Snem nocy letniej” czy „Otellem”. W kolejnych latach opublikował poezję m.in. Johna Keatsa, Josifa Brodskiego, Paula Celana czy Thomasa Hardy'ego. Młodsi czytelnicy kojarzą go być może z przekładów wierszowanych opowieści o niesamowitym Kocie Procie Dr. Seussa.

Krasnoludy wychodzą z podziemi

Mająca wykształcenie polonistyczne Maria Skibniewska zadebiutowała w zawodzie tłumaczki dość późno. Wykształcenie zdobyła w okresie międzywojennym, ale prawa do pierwszego przekładu sprzedała dopiero w roku 1947 („Zagubione dni” Jamesa Hiltona). Parę lat później dołączyła do redakcji Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik, z którą związana była przez ponad dwadzieścia lat i kontynuowała pracę translatorską, przekładając książki m.in. G. K. Chestertona, Grahama Green'a, Williama Goldinga i Patricka White'a. W 1960 roku dzięki niej polski czytelnik mógł poznać J.R.R Tolkiena – zaczęło się od „Hobbita”, w kolejnych latach ukazały się 3 tomy „Władcy Pierścieni”, a po jej śmierci jeszcze „Sillmarillion”.

Pomimo późniejszych tłumaczeń Jerzego Łozińskiego oraz Cezarego Frąca i Marii Gębickiej-Frąc przekład Skibniewskiej uznawany jest za najlepszy, najwierniej oddający ducha oryginału. Na nim oparto także polską wersję językową adaptacji filmowej Petera Jacksona. Skibniewskiej zawdzięczamy na przykład upowszechnienie słowa „krasnoludy” (od ang. dwarf) na określenie rasy małych, ale wojowniczych istot zamieszkujących podziemia świata Tolkiena, zamiast którego wcześniej stosowano „karła”.

Skoro już jesteśmy przy Jerzym Łozińskim, warto nadmienić, że jego przekłady były wyjątkowo szeroko komentowane, analizowane i krytykowane. Najmocniej dostało mu się właśnie za „Władcę Pierścieni”, gdzie Frodo Baggins stał się Bagoszem pochodzącym z Bagoszna, a krasnoludy były krzatami, oraz za „Diunę” Franka Herberta, w której zmienił lud Fremenów na Wolanów, a ohydne czerwie piaskowe w piaskale.

Ile razy można przetłumaczyć tę samą książkę?

Kolejnym ważnym do nazwiskiem, które warto przypomnieć, jest Robert Stiller. Ten urodzony w Warszawie w 1928 roku językoznawca, filolog, publicysta znał podobno ponad 60 języków, z czego w niemal co drugim potrafił się czynnie porozumiewać. Najczęściej pracował jednak z językiem angielskim, prezentując polskim czytelnikom m.in. „Przygody Alicji w Krainie Czarów” czy powieści z serii o najsłynniejszym agencie wszech czasów Jamesie Bondzie pióra Iana Fleminga.

Reklama

Stiller opatrywał tłumaczone przez siebie książki imponującymi posłowiami, w których szczegółowo wykładał swoje podejście do obcojęzycznego tekstu, przyjęte strategie przekładu, zamieszczał wiele ciekawostek. W ten sposób ukazały się na polskim rynku „Lolita” Vladimira Nabokova, bodaj najgłośniejsza książka przełożona przez Stillera, a także „Mechaniczna pomarańcza” Anthony'ego Burgessa. Co szczególnie ciekawe, eksperymentalną w warstwie językowej powieść Burgessa przetłumaczył i opublikował Stiller dwukrotnie. Oryginalny tekst zawierał wiele wtrętów z gwary angielskiej, a także zapożyczeń z języka rosyjskiego. Stiller uznał więc, że polskiemu czytelnikowi może zaprezentować dwie różne wersje: „A”, czyli „Nakręcaną pomarańczę”, opartą na języku angielskim, oraz „R”, znaną jako „Mechaniczną pomarańczę”, bliższą językowi naszych wschodnich sąsiadów. W planach była jeszcze zgermanizowana wersja „N”, która miała ukazać się pod tytułem „Sprężynowa pomarańcza”. Na powyższym przykładzie świetnie widać jak niewdzięczna bywa rola tłumacza literatury zagranicznej. Czasem oryginalny tekst wydaje się tak bogaty, że nie sposób zdecydować się, który przekład jest najpiękniejszy bądź najwierniejszy.

Joe Alex, czyli Joe Alex

Interesujący był przypadek Macieja Słomczyńskiego, syna Amerykanina i Angielki, który nazwisko przejął od ojczyma, Aleksandra. Przez całe życie związany był z Polską. W okresie II wojny światowej walczył w Armii Krajowej, przez jakiś czas był więziony, potem udał się na emigrację. Po powrocie do Polski poświęcił się pracy twórczej, tworząc scenariusze filmowe, sztuki teatralne, utwory prozatorskie. Chyba najbardziej znany jest z cyklu powieści kryminalnych o przygodach komisarza Joego Alexa, który opublikował pod pseudonimem… Joe Alex. Na polski język przełożył „Raj utracony” Johna Miltona, „Przedziwną historię doktora Jekylla i pana Hyde'a” Roberta Louisa Stevensona czy „Ulissesa” Jamesa Joyce'a. Jako jedyna osoba na świecie przetłumaczył też wszystkie dzieła Williama Szekspira.

Tłumacze sprzed stuleci?

Warto pamiętać, że translacją obcych dzieł od zawsze zajmowali się wybitni polscy pisarze. Jan Kochanowski tłumaczył psalmy biblijne, Mikołaj Rej przypowieści ewangeliczne, Adam Mickiewicz przekładał powiastki filozoficzne Woltera, fragment „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri. Mickiewicz, podobnie zresztą jak wielu innych pisarzy, często inspirował się zagranicznymi autorami (dziś może powiedzielibyśmy, że plagiatował), tworząc parafrazy mylnie czasem uznawane za tłumaczenia. W ten sposób swoim nazwiskiem podpisał m.in. bajki z Jeana de La Fontaine'a, utwory Friedricha Schillera czy Johanna Wolfganga Goethego. Za jego najważniejszą pracę uznaje się przekład „Giaura” George'a Byrona, którego po naszym wieszczu nikt już nie ośmielił się poprawiać. Próby translatorskie podejmowali także inni wybitni twórcy romantyczni: Cyprian Kamil Norwid i Juliusz Słowacki. Wybitny międzywojenny poeta Bolesław Leśmian prezentował czytelnikom polskie wersje opowiadań Edgara Allana Poe i baśni z różnych części świata. Leopold Staff przetłumaczył m.in. „Cierpienia młodego Wertera” i „Kwiatki św. Franciszka z Asyżu”.

Czy może jednak współcześni?

Ze współczesnych polskich pisarzy zajmujących się pracą translatorską warto wspomnieć Marka Bieńczyka, który przekłada utwory Milana Kundery, Emila Ciorana i Rolanda Barthesa. Jacek Dehnel tłumaczy poezję, m.in. W. H. Audena, O. Mandelsztama czy G. Szirtesa, ale także prozę – niedawno odświeżył „Wielkiego Gatsby'ego” F. Scotta Fitzgeralda. Dehnel przyznaje, że nie ukończył studiów filologicznych i język angielski wciąż skrywa przed nim wiele tajemnic.

Pierwszego polskiego przekładu „Jądra ciemności” Josepha Conrada dokonała siostrzenica pisarza Aniela Zagórska, która przetłumaczyła większość jego dzieł w okresie międzywojennym XX wieku. Conrad dał jej radę:

„Nie bądź przesadnie dokładna. Lepiej jest interpretować niż tłumaczyć”.

Za radą autora poszedł Jacek Dukaj, który nad tłumaczeniem „Jądra…” pracował kilkanaście lat. Efektem jest wydane w 2017 roku przez Wydawnictwo Literackie „Serce ciemności”, o którym Dukaj mówi tak:

„Nie jestem tłumaczem. Jestem autorem Josepha Conrada piszącego »Heart of Darkness« dla dwudziestopierwszowiecznych polskich czytelników”.

A przecież krótko wcześniej Znak opublikował tekst książki w opracowaniu innej tłumaczki, Magdaleny Heydel, której zresztą przyświecał podobny cel, co Dukajowi – nie chodzi wcale o ściganie się wersją Zagórskiej lub jakąkolwiek inną (najsłynniejsza powieść Conrada ma już sześć tłumaczeń na język polski), lecz o próbę reinterpretacji dzieła dopasowaną do wymogów współczesności.

A gdzie Kłobukowski, Świerkocki, Cholewa, Jęczmyk i inni?

Wymienione powyżej nazwiska to oczywiście tylko propozycje. W historii polskiej literatury mieliśmy do czynienia z wieloma świetnymi przekładami dzieł obcojęzycznych, wydrukowano też wiele mniej udanych. Bywały książki przekładane po wielokroć (jak choćby „Alicja w Krainie Czarów”), a bywały i takie, których kolejne pokolenia nie ośmieliły się tknąć, uznając pierwsze przekłady za wybitne. Czytelnicy byli świadkami gorących dyskusji dotyczących jakości przekładu, wierności adaptacyjnej, możliwości i skali interpretacji. Tłumacze są z pozoru przezroczyści, chowają się za dziełem oryginalnym, funkcjonują gdzieś w tle i często zapominamy o ich fundamentalnej roli w obiegu kultury. To właśnie dzięki ich gigantycznemu wysiłkowi mamy okazję poznawać ulubioną literaturę w naszym ojczystym języku. Warto o tym pamiętać, nie tylko w ostatnich dniach wrześniach.

[jj]

Reklama

komentarze [8]

Sortuj:
167
2
18.09.2020 15:26

Szkoda, że nie wspomniano o chyba najczęściej porównywanych tłumaczeniach na język polski. Czyli o "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa (lub jeśli ktoś woli poprawnie - Bułgakowa)


358
132
17.09.2020 23:32

Szekspira najłatwiej przyswajałam w przekładzie Barańczaka, którego uwielbiam też za przekład angielskich poetów metafizycznych i twórczość własną. Z kolei tłumaczenie Ulricha kompletnie do mnie nie przemawiało.
Cholewa to MISTRZ!
Czekałam tez latami na nowy, wierny przekład Ani z Zielonego Wzgórza, z zachowanymi oryginalnymi imionami, ale chyba nie doczekam. Coś w tym...

więcej

71
35
17.09.2020 20:25

Nie myślę bronić tłumaczenia "Władcy Pierścieni" Łozińskiego, zwłaszcza koszmarnej wersji z 1995 r., ale w niektórych miejscach jego tłumaczenie bardziej odpowiada kontekstowi.

Przykład?

W oryginale "Władcy Pierścieni" pojawia się słowo "Strider". Skibniewska przetłumaczyła je jako "Obieżyświat", a Łoziński "Łazik". Jest to oczywiście przydomek, którym ludność Bree...

więcej

2944
136
17.09.2020 16:02

W oryginale Winnie-the-Pooh jest rodzaju żeńskiego (imię zaczerpnięte od niedźwiedzicy z londyńskiego zoo), szkoda że autor artykułu o tym nie napisał. Wtedy zmiana z Kubusia na Fredzię przez Monikę Adamczyk-Grabowską byłaby bardziej zrozumiała.


579
159
17.09.2020 10:57

Fredzi Phi-Phi nie jestem w stanie wybaczyć :(


819
311
17.09.2020 08:48

Mam gdzieś na półkach "Zakątek Fredzi Phi -Phi". Dostałam w nagrodę za dobre wyniki w nauce w początkowych klasach podstawówki :) Nie wiedziałam, że to inna wersja Kubusia Puchatka, niczym go nie przypomina.


2716
4
14.09.2020 16:10

Zapraszamy do dyskusji.


2030
42
17.09.2020 00:36

Szekspir Słomczyńskiego to zdecydowanie mój ulubiony, obok Paszkowskiego.
Trudna jest praca tłumacza...


zgłoś błąd