Reklama

Literaturoarchitektura, czyli jak potrafi urządzić się książka

Grzegorz Przepiórka
27.10.2019

Wraz z rozwojem technologii nowym domem dla literatury powoli stają się czytniki, ewentualnie internet. Nadal jednak książki lubią mieszkać – a ich miłośnicy gromadzić się w celu czytania bądź przy okazji wydarzeń literackich – w nieelektronicznych przestrzeniach, dla których oprawę stanowi ARCHITEKTURA. Oto przykłady przestrzeni, które potrafią zadziwiać tak samo, jak dobra książka. Pierwsze w Polsce Centrum Literatury i Języka „Planeta Lem”, pierwszy w Polsce domek przeznaczony wyłącznie dla moli książkowych, najpiękniejsza biblioteka na świecie i kilka innych. Zapraszam do podróży po miejscach, a przy tym na spotkanie z kilkoma architektami, którzy podzielą się książkowymi fascynacjami. 

W konstelacji literatury i języka

Jeśli ktoś sądzi, że architekci są nudni i nie czytają książek albo że architekturę i literaturę nic nie łączy – to jest daleki od prawdy. Na początek proponuję taki fragment:

Na dół zjechaliśmy za pomocą podnośnika, podobnego do tego, który inżynierowie zainstalowali ostatnio na naszym krążowniku. Krajobraz był podobny, a jednak zupełnie inny. Podłoga została tu prawdopodobnie zniekształcona przez działanie jakiegoś potężnego pola elektromagnetycznego. Była miękka i miła w dotyku, a na jej powierzchni co jakiś czas wyświetlały się różnorodne obrazy, tworząc coś w rodzaju wielkiej maszyny narracyjnej. Wydawało się, że także bladawcom korzystanie z tej przestrzeni sprawia niemałą przyjemność. Najodważniejsi wspinali się nawet na powstałe w wyniku tajemniczego zaburzenia pochyłości lub wjeżdżali na nie ruchomymi platformami przypominającymi te, z których korzystają mieszkańcy konstelacji Liry.

To nie jest cytat z niepublikowanego dotąd opowiadania Stanisława Lema ani pierwociny twórczości Jacka Dukaja, ale niewielka część opisu z pracy konkursowej na projekt Centrum Literatury i Języka Polskiego „Planeta Lem”, które ma powstać w Krakowie. Architekci z pracowni JEMS – zwycięzcy tego konkursu – postanowili w sposób niebanalny, czyli w stylu autora „Dzienników gwiazdowych”, zaprezentować wizję architektury pierwszej tego rodzaju placówki w Polsce. Na stylizacjach w opisie jednak się nie skończyło, pisarstwo Lema znalazło twórcze odbicie również w architekturze obiektu. Na przykład podłoga na poziomie -1 oraz zielone ogrody dookoła obiektu są pofałdowane, co ma wywoływać wrażenie odrealnienia. 


wizualizacje: JEMS Architekci


Mole proszone do kabiny

Reklama

Było o centrum literatury przez wielkie C, to może teraz o takim przez małe c, zbudowanym specjalnie, by można było w nim czytać książki. Nazywa się Bookworm Cabin i funkcjonuje od czerwca bieżącego roku. Ten niewielki całoroczny domek z drewna znajduje się około 50 km od Warszawy, w okolicy wsi Adelin, wśród lasów i pól. Brak Wi-Fi i kapryśny zasięg sieci telefonicznej dodatkowo sprzyja podróży po królestwie ponad 700 zgromadzonych na niewielkim metrażu książek. Kiedy już dokonamy wyboru jednej z nich, pozostaje rozsiąść się w wygodnym fotelu lub położyć w łóżku na antresoli – i czytać. Ewentualnie można przenieść się na taras i utonąć zarówno w lekturze, jak i przewygodnym pufie.

Na pomysł Bookworm Cabin wpadli Bartłomiej Kraciuk i Marta Puchalska-Kraciuk. „Lubimy czytać i otaczać się książkami – mówi Bartek. – Ja właśnie nadrobiłem zaległości, kończąc «Sekretne życie drzew», a Marta czyta «Pełnię architektury» z przerwą na «Eileen Gray. Dom pod słońcem» w nietypowej dla nas, komiksowej formule”.

Literatura nie była jednak punktem wyjścia w przypadku Bookworm Cabin. Nie była też nim architektura.

– Najpierw była natura! – wyjaśnia Bartek. – Działka znajduje się na lekkim wzniesieniu, a do tego jest zarośnięta drzewami. Tam, gdzie kończy się las, jest urwisko, a dalej pola po horyzont. Nie mogłem oderwać się od tego widoku i szukałem sposobu, by go zatrzymać. Wtedy pomyślałem o czytaniu, bo w dzisiejszym pędzącym świecie jest ono jedną z niewielu czynności, które pozwalają się na chwilę zatrzymać. Brakowało tylko dachu nad głową i ogromnego okna. Jedno i drugie narysowali koledzy z pracowni POLE Architekci, a o urządzenie wnętrza sprzyjającego lekturze zadbała Marta, która też jest architektem.

Na koniec krótkiej rozmowy z Bartkiem postanawiam się jeszcze upewnić: czy literatura aby na pewno potrzebuje architektury? „Tak! Przecież musimy gdzieś czytać. Dobre projekty, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej, są bardzo potrzebne, bo dzięki temu po prostu przyjemniej się żyje”.


fot. Ernest Wińczyk


Architektura – zwierciadło przechadzające się po gościńcu

Przechodząc obok tego budynku, nie sposób go nie zauważyć. Jest ogromny, wręcz zwalisty. Ot, klocek, a właściwie dwa klockowate prostopadłościany w ceglanym kolorze, czyli Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej w Katowicach. Ileż jednak można stracić, poprzestając wyłącznie na tej pobieżnej ocenie. 

Wystarczy nieco uważniej spojrzeć w twarz (fasadę) temu budynkowi, by dostrzec, że jest on zbudowany z płyt, które przypominają otwarte książki, a wszystkie razem regał. Ceglasty zaś kolor to refleks znamiennych dla Śląska familoków. W tym kontekście nie tylko literatura, ale i architektura to zwierciadło przechadzające się po gościńcu. 

Co do rozmiarów budynku, to nie jest on przejawem gigantomanii architektów z pracowni HS99 (autorów projektu), ale wynikiem potrzeb. W tym przypadku są one znaczące, bo budynek stał się repozytorium dwóch uczelni: Uniwersytetu Śląskiego i Akademii Ekonomicznej. W praktyce łączna długość półek z książkami wynosi około 65 kilometrów! Kolejną potrzebą wymagającą sformułowania stosownej odpowiedzi architektonicznej był komfort. W najbardziej dosłowny sposób można go doświadczać w strefach chilloutów, gdzie znajdują się wygodne kanapy i leżaki. Mam jednak na myśli kwestie bardziej zasadnicze, takie jak oświetlenie. Nie jest tajemnicą, że najlepsze warunki dla lektury zapewnia światło naturalne i rozproszone. Architekci sprostali temu wymogowi, wyposażając bibliotekę w 4004 okna i przeszklony dach nad czytelnią ogólną. Do tego dodali nierozpraszające czytelnika tło – czyli architekturę wnętrz operującą szarościami betonu i stali oraz przezroczystością szkła.


fot. Wojciech Mateusiak

Hic omnia

W porównaniu z katowicką Biblioteką, która z zewnątrz jest bardzo dyskretna, Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego otwartym tekstem oznajmia, że jest biblioteką. Znaki szczególne znajdują się na głównej fasadzie, zwanej kulturową, od strony ulicy Dobrej. Na ośmiu ogromnych tablicach umieszczono fragmenty tekstów reprezentujące różne języki, a nawet dziedziny. Z pierwszej odzywa się Jan Kochanowski: „…nauka bez cnoty, jako miecz u szalonego, i sobie, i ludziom szkodzi; cnota, choć dobrze sama będzie, chwalebna jest i pożyteczna”. Oprócz fragmentu z „Wykładu cnoty” mistrza z Czarnolasu, BUW zdobią teksty staroruskiej „Powieści minionych lat” z początku XII w., greckiego „Fajdrosa” Platona, arabskiej „Księgi zwierząt” Al-Dżahiza, hebrajskiej „Księgi Ezechiela”, sanskryckiej „Rygwedy” oraz dwie notacje: matematyczno-fizyczna i muzyczna – z Etiudy b-moll Karola Szymanowskiego. Architekturę, jak widać, można czytać, a przynajmniej jest ona w tym przypadku nośnikiem literatury. 

Gdyby ktoś jednak przeoczył tablice o rozmiarach 4 x 7 metrów, to przed wejściem do budynku „krzyczy” pomalowana na różowo stalowa konstrukcja magazynowa o sporych rozmiarach. Jest to część regału bibliotecznego, tzw. ruszt, który od XIX w. był używany w starym budynku BUW-u i stamtąd został przeniesiony, stając się rzeźbą przed wejściem do nowego gmachu. Świetny przykład, jak pewne obiekty potrafią podróżować w czasie, zmieniając przy tym swoją funkcję, w tym przypadku z użytkowej na artystyczną.     

O ile tekst na wspomnianych tablicach zdradzał funkcję budynku, o tyle ich kolor sygnalizuje inną ważną cechę BUW-u – korespondencję z naturą. Pozostałe trzy fasady oplecione są roślinnością, rozwieszoną na pomalowanych na zielono stalowych siatkach. Zwieńczeniem jest zaś jeden z największych w Europie zielonych dachów, zaprojektowany przez Irenę Bajerską. W czterech jego częściach – złotej, srebrnej, karminowej i niebieskiej – posadzono roślinność o różnej kolorystyce. 

Literatura, architektura i natura stanowią w BUW-ie integralną całość, a tego rodzaju poszukiwania syntezy to znak firmowy prof. Marka Budzyńskiego, który wespół ze Zbigniewem Badowskim w latach 90. XX w. zaprojektował ten obiekt. 

Kiedy obejrzymy już z każdej strony bryłę budynku o niejednoznacznym kształcie, przychodzi czas na niespodzianki we wnętrzu. Trafiamy do niego przez niewielki dziedziniec zewnętrzny, który jest pierwszą śluzą oddzielającą nas od reszty miasta. Następnie przekraczamy próg, poza którym znajdziemy się co prawda we wnętrzu gmachu, ale nie od razu w świątyni książek. Najpierw doświadczymy przestrzeni pasażu, zwanego też nie bez przyczyny uliczką. To jakby jeszcze przedłużenie miasta – jest tu dość ruchliwie, niektórzy korzystają z oferty księgarni, inni wstępują na kawę do jednej z kilku kawiarni albo do kiosku ruchu. 

Aby trafić do serca biblioteki, trzeba poszukiwać kolejnego znaku – bo tak jak literatura, tak i architektura w tym przypadku jest zbiorem znaków. Będzie nim zawieszona nad wejściem tablica w kształcie księgi z napisem Hic omnia – „stąd wszystko”. Teraz wystarczy już tylko wspiąć się po schodach i rozkoszować ciszą, spokojem, które nabierają dodatkowej mocy po opuszczeniu kontrastującego z nimi pasażu. Precyzyjniej byłoby jednak napisać: rozkoszować lekturą w ciszy i spokoju. Do dyspozycji są 3 miliony książek. 

Ciekawe, po które sięgnąłby profesor Budzyński, gdyby nagle nabrał ochoty, by oddać się lekturze w zaprojektowanym przez siebie budynku. Może byłaby to twórczość któregoś z noblistów? Czyta ich od dziesiątego roku życia. Może któraś z książek Olgi Tokarczuk, które nie są mu obce? Niewykluczone też byłoby sięgnięcie po „Filozofię nauki” Michała Hellera, którą uważa za pomocną.


fot: Jadwiga Antoniak, Mirosław Kaźmierczak


Kolej na najpiękniejszą bibliotekę

Jeśli liczba osób odwiedzających bibliotekę w ciągu dwóch lat rośnie z 7 do 12 tys. osób, a ona zdobywa tytuł najpiękniejszej na świecie w międzynarodowym konkursie Library Interior Design Awards, to nie jest to dzieło przypadku. Stacja Kultury – Biblioteka Rumia i jej sukces to efekt konkretnych zabiegów, z architektonicznymi na czele.

Zacznijmy jednak od lokalizacji, bo być może jest to jedna z gotowych recept na poprawę marnych statystyk czytelniczych w Polsce. W 2014 roku biblioteka w Rumii przeniosła się… na dworzec kolejowy, dodatkowo zyskując w pobliżu przystanek autobusowy. Skoro czytelnik nie chciał przyjść do biblioteki, to biblioteka przyszła do czytelnika, rozstawiając regały z książkami w samym środku węzła komunikacyjnego i zapewniając sobie tym samym przepływ ludzi.

Nie byłoby jednak aż tak dużego skoku w statystykach ani światowych tantiem, gdyby biblioteka w nowej lokalizacji wyglądała jak budka z kebabem. I tutaj na scenę wkroczył architekt, którego zadaniem nie było li tylko zadbać o wygląd, ale – stosownie zorganizować przestrzeń. Najpierw należało ją maksymalnie wykorzystać. Do obsługi pasażerów pozostawiono więc 20% pierwotnego metrażu, co w zupełności wystarcza, resztę dworca zajęła Stacja Kultury – Biblioteka Rumia. Dodatkowy metraż zyskano także poprzez dobudowanie antresol, które z powodzeniem zmieściły się pod wysokim sufitem. 

Druga kwestia wiąże się ze zmianą charakteru bibliotek, które dziś nie są już tylko magazynami na książki, ale stają się przestrzenią spędzania czasu, spotkań. Aby mogły sprawić, że czytelnik poczuje się w nich dobrze, zostanie na dłużej i będzie chciał wrócić, potrzebują m.in. dobrej architektury, ciekawej stylistyki. Akurat w przypadku rumskiej biblioteki projekt wnętrz to majstersztyk. Nie dziwne, bo za jego opracowanie zabrał się Jan Sikora, który specjalizuje się w bibliotekach (ma ich w portfolio ponad 20).    Przyjemny nastrój stworzył m.in. poprzez zestawienie barw, a odkrywaniu literatury na nowo sprzyja wyposażenie. „Dzięki temu, że jest to miejsce gościnne – komentuje Jan Sikora – każdy znajdzie tu swój idealny fotel, najwygodniejszą sofę czy ergonomiczny kawiarniany hoker”. Najważniejszy jednak element to duch dworca kolejowego. We wnętrzu umieszczono tradycyjny zegar, megafon, stalowe regały na książki nawiązujące do szyn, podsofy przypominające przedział w pociągach dalekobieżnych. „Ciekawe wnętrze przenosi nas w inny kontekst. To ten sam zabieg, jaki stosuje się w literaturze”.

A jak wygląda u Jana Sikory pociąg do literatury?

Ostatnio przeczytana książka to «Życie 3:0» Maxa Tegmarka – opowieść o tym, jak sztuczna inteligencja zmienia świat. Ponadto wzbogaciły mnie takie książki, jak: «Kto zabrał mój ser», «Jak rysować i malować» czy biograficzne, np. Waltera Isaacsona. Szukam w literaturze odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, na bezradność poznawczą, a każda książka to walka z czasem: by zrozumieć, ale także by dzieciaki nie podarły jej na kawałki.


fot. Sikora Wnętrza


Rozświetlone piano nobile 

W 1829 roku hrabia Edward Raczyński ufundował w Poznaniu bibliotekę, która na początku XXI wieku – ze względu na powiększające się zbiory, jak również liczbę użytkowników – zaczęła pękać w szwach. Podjęto decyzję o rozbudowie, a konkurs na projekt w 2003 roku wygrała pracownia JEMS Architekci. Jak to niekiedy bywa z dobrymi książkami, które zanim ujrzą światło dzienne spoczywają przez lata w szufladach pisarzy, tak i w tym przypadku koncepcja zmaterializowała się dopiero po 10 latach. Warto jednak było czekać. Powstał gmach o eleganckiej w swojej prostocie  architekturze, a jednocześnie zachowujący wizualną i przestrzenną ciągłość ze starszą częścią Biblioteki Raczyńskich. Dotyczy to m.in. elewacji, ale również wnętrza piano nobile, czyli sali reprezentacyjnej. W nowym gmachu jej odpowiednikiem staje się czytelnia główna, która jest otwartą przestrzenią, choć mało brakowało, a byłby tutaj las betonowych słupów. Budynek bowiem wraz z milionem woluminów – ważący tyle, co kilkudziesięciometrowy biurowiec – należało w jakiś sposób podeprzeć. Na szczęście udało się znaleźć alternatywne rozwiązanie. 

Co jeszcze może być istotne dla lepszego samopoczucia estetycznego czytelników przebywających w nowym piano nobile? Z pewnością to, że wnętrze jest rozświetlone światłem odbitym. Wpada ono z zewnątrz przez trzy wielkie świetliki zwane w języku architektów latarniami. Nad głowami zaś mają gładki, jednolity, jasny strop z betonu, który relatywnie niskie wnętrze czyni w odbiorze wysokim. Dzięki tym wszystkim zabiegom użytkownicy Biblioteki Raczyńskich mogą poczuć się znobilitowani, w końcu obcowanie z architekturą w dobrym stylu też może być nobilitujące.

W związku z tym, że poznańska Biblioteka to udane połączenie obiektu klasycznego z nowoczesnym, postanowiłem zapytać Jerzego Szczepanika-Dzikowskiego z pracowni JEMS, co poleciłby z klasyki, a co z literatury nowoczesnej – po jednym tytule. W ten sposób powstał zestaw: „Colas Breugnon” Romain Rollanda i „Moskwa-Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa. Do zbioru książkowych inspiracji jeden tytuł – „Oczy i światło” Vercorsa – postanowił dołączyć też Marek Moskal, współautor projektu. O czym traktuje ta książka?  „Moim zdaniem o szukaniu własnego «ja». I o próbie odpowiedzi na pytanie, czym to «ja» jest naprawdę? Czy można go wykształcić, nauczyć się, być mu wiernym przez całe życie, czy siedzi ono gdzieś na tyle głęboko, że w różnych sytuacjach prowadzi do buntu? I czy przypadkiem właśnie ten bunt nie stanowi o własnym «ja»?”


fot. Juliusz Sokołowski


Prawie(k) architektura

Na koniec wracamy do Krakowa, który nie poprzestaje na stwarzaniu „Planet”, ale wręcz aspiruje do miana literackiego wszechświata. Czyni to poprzez szereg realnych działań, z których niektóre mają jednocześnie charakter symboliczny. Tak bowiem można zinterpretować decyzję prezydenta Jacka Majchrowskiego – po przyznaniu Oldze Tokarczuk Literackiej Nagrody Nobla – o utworzeniu na terenie miasta Lasu Prawiek. Brawo za pomysłowość! 25 tysięcy drzew ma zostać posadzonych na nowohuckich Kujawach, a zalesianie odbędzie się w ramach Festiwalu Conrada. Czyż istnieje lepszy przykład na przenikanie się literatury, natury i architektury, choć w tym przypadku architektury krajobrazu? 

Zanim Prawiek wyrośnie, minie trochę czasu, kilka lat trzeba będzie również poczekać na nowe Muzeum Wyspiańskiego, choć wiemy już, jak będzie wyglądało. Niedawno został rozstrzygnięty konkurs na projekt, wygrała propozycja pracowni Heinle, Wischer und Partner Architekci. Postanowiłem zapytać Annę Stryszewską-Słońską ze zwycięskiego teamu: jak duch autora „Wesela” odcisnął się na architekturze Muzeum? „Stanisław Wyspiański w swojej twórczości łączył formy geometryczne, oparte na regularnej siatce z motywami roślinnymi. Podobnie koncepcja budynku muzeum powstała w oparciu o modularną siatkę konstrukcyjną i funkcjonalną w ścisłym powiązaniu z projektowaną zielenią i ogrodami, zarówno na terenie, jak i na dachu”. Jabłonie, róże, chabry, irysy i dzwonki, koniczyny, mniszek lekarski i ostrożeń polny stworzą niezwykły jak na muzeum klimat. Wynikałoby z tego, że architektom w tym przypadku bliżej było do plastycznej aniżeli literackiej strony twórczości Wyspiańskiego, ale mając na uwadze to, z jak znakomitym i równorzędnym dorobkiem mieli tutaj do czynienia, chyba można im to wybaczyć. 


wizualizacje Heinle, Wischer und Partner


Postscriptum, czyli od Calvino po Houellebecqa

To, że architekci potrafią stylizować opisy prac konkursowych na wzór Lema, już wiemy. Czy jednak można wśród nich znaleźć pasjonatów książek? Tak! Odkąd przeczytałem odpowiedź na pytanie o fascynacje literackie otrzymaną od Piotra Lewickiego (znakomitego architekta z Biura Projektów Lewicki Łatak), który był sędzią w konkursie na projekt „Planety Lema” – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Przytaczam w całości ten rezerwuar włoskich i nie tylko inspiracji: 

„Żartobliwa anegdota krążąca wśród włoskich architektów zajmujących się także urbanistyką głosi, iż swego czasu nie ukazywał się w tym kraju żaden artykuł naukowy, który nie był okraszony cytatem z – jak to się zwykło mawiać – kultowej książki Italo Calvino «Niewidzialne miasta» z roku 1972. I faktycznie, opisy wyimaginowanych, baśniowych miast, którymi Marco Polo raczy Kubilaj-chana, nadają się idealnie do przystrojenia czasem przynudnawych teorii z zakresu projektowania urbanistycznego czy planowania przestrzennego. Moją ulubioną książką Calvino jest natomiast «Rycerz nieistniejący», który wraz z «Baronem drzewołazem» i «Wicehrabią przepołowionym» składa się na wspaniałą trylogię symbolicznych przypowieści pełnych humoru i kulturowych odniesień. Gdy byłem mały, «Rycerza» w oryginale czytał mi ojciec, tłumacząc zdanie po zdaniu na żywo. Ciepłe wspomnienie sprawia, że sięgam co pewien czas po jeden z tomów tego cyklu Calvino.

Także Włochem był inny mój ulubiony pisarz – Dino Buzzati. Bardzo lubię jego «Poemat w obrazkach», współczesną i zrealizowaną w komiksowej formie wersję mitu o Orfeuszu i Eurydyce, umiejscowioną w latach 60. w mediolańskiej dzielnicy Brera. Jako że fragmenty dzieła ukazały się w polskim tłumaczeniu kilka lat po włoskiej premierze w «Literaturze na świecie», także ta książka i obrazy w niej zamieszczone towarzyszą mi od dzieciństwa. Od niedawna mam także własny egzemplarz, włoskie wydanie, kupione w niewielkiej księgarni na Piazza San Simpliciano, nieopodal miejsc, gdzie rozgrywa się akcja książki i gdzie żył sam Buzzati. Tego autora najbardziej natomiast cenię «Pustynię Tatarów». Giovanni Drogo, główny bohater, wydaje mi się bliski, a jego los nieodparcie nasuwa mi na myśl życie wielu z nas, zwłaszcza architektów, czekających przez całe życie na wymarzone zlecenie, szansę na stworzenie opus magnum. Warto przypomnieć, że na podstawie tej powieści, w latach 70. powstał kongenialny film w reżyserii Valerio Zurliniego, z doborową obsadą. Scenerią akcji stała się twierdza Bam w Iranie, monumentalna, robiąca wrażenie i doskonale nadająca się na tło narracji.

Również z kręgu kultury romańskiej wywodzą się inni moi ulubieni autorzy. Należy do nich Michel Houellebecq, na którego kolejne książki czekam od czasu lektury «Mapy i terytorium». W czasach licealnych przeżyłem «Obcego» Camusa, stale też wracam do innej pozycji z dzieciństwa – «Małego księcia» Antoine'a de Saint-Exupéry'ego.

Bliski jest mi też Sándor Márai, węgierski pisarz, wielki niedoceniany i odkryty przez świat stanowczo za późno. Z jego dorobku, współcześnie już powszechnie publikowanego, polecam «Dzienniki» i autobiograficzną opowieść «Wyznania patrycjusza», zwłaszcza ich pierwszą część. Márai – co kiedyś stwierdziliśmy z Kazikiem Łatakiem, moim wspólnikiem – po prostu symbolizuje kulturę. I chyba dlatego tak go podziwiamy”.

* Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym.

Reklama

komentarze [5]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

206
0
25.10.2019 10:25

Zapraszam do dyskusji.


2654
544
27.10.2019 17:31

Ciekawy tekst. Przypomniałam sobie o bibliotece w Ustroniu w sercu Beskidów. Może sama biblioteka nie jest aż tak imponująca, ale sam budynek mieszczący tą bibliotekę ze wspaniały muralem tak.
https://www.polskieszlaki.pl/mural-na-bibliotece-w-ustroniu.htm


3696
3459
27.10.2019 17:49

Biblioteki ,gdzie ja chodzę.Nie są może to dzieła architektury.Ale grunt,że dach nie przecieka.


823
89
30.10.2019 00:27

Stacja Kultura w Rumi - miejsce, które odwiedzam regularnie od.. od dawna. Tylko jedna uwaga - RUMI, przez jedno "i" ;)


1488
230
30.10.2019 07:17

Zazdroszczę takich pięknych bibliotek. Ja się wychowałam w Bibliotece Głównej UMK w Toruniu. Kto znaa, ten wie, jak to wygląda. Za to księgozbiór niczego sobie :)


zgłoś błąd