„Serotonina” na wspak albo ostatni wzwód Michela Houellebecqa

Grzegorz Przepiórka
08.09.2019

Zdziwiłbym się, gdyby Houellebecq napisał „Serotoninę” w innym tonie niż swoje dotychczasowe książki. Gdyby nagle z kart jego prozy wytrysły optymizm i nadzieja. Spróbujmy sobie tylko wyobrazić taką książkę, w której nagle z oparów melancholii wyłania się bohater, który przechodzi metamorfozę i z życiowego słabeusza, przegranego na wszystkich frontach, zamienia się w kogoś, kto potrafi zapanować nad swoim losem, a powieść kończy się happy endem.

Czy bylibyśmy w stanie znieść takiego Houellebecqa? Uwierzyć w jego autentyczność? Czy inny styl jego książek, nawet tylko o kilka tonów jaśniejszy, nie wydałby nam się cukierkowaty? Houellebecq zapracował konsekwentnie swoimi poprzednimi powieściami na swój obraz, i szczerze powiedziawszy, jako jego admirator, sam długo nie wierzyłem, że może nam powiedzieć coś nowego. Ale może jednak.

A gdyby tak Houellebecqa odczytać wbrew Houellebecqowi? Uczynić tym samym herezję, na przekór tym, którzy entuzjastycznie dostrzegają w nim kronikarza dekadencji, portrecistę uwiądu cywilizacji europejskiej, melancholijnego pieśniarza. Ale i na przekór oponentom, którzy nawet doceniając „Cząstki elementarne”, „Możliwość wyspy” czy „Uległość”, w autorze „Serotoniny” widzą już tylko nudziarza, który powtarza dobrze znane chwyty, nie odkrywając żadnej nowej prawdy, niemal nie poruszając czytelnika.

Jedni i drudzy mają trochę racji. Nie mają jej jedynie ci, którzy sugerują, by definitywnie skończyć z lekturą książek francuskiego pisarza. Spróbujmy zatem poszukać trzeciej drogi, która będzie mieścić się pomiędzy orędownikami prawdy u Houellebecqa a „prokuratorami” zarzucającymi mu powtórzenie.

Houellebecq, Houellebecq, Houellebecq

Przede wszystkim pisarz ma prawo się powtarzać, grać na tę samą nutę, zagrywać tymi samymi kartami. Kto mu zabroni, tym bardziej w kulturze, która przecież docenia różne przeróbki, remaki, covery, pastisze, a jej odbiorcy są gotowi za nie płacić. Lubimy bowiem piosenki, które znamy. Zdziwiłbym się wręcz, gdyby Houellebecq, mając tego świadomość, nie podchodził do pisania koniunkturalnie, głowiąc się zamiast tego nad nowymi formami powieści.

Powtórzenia zaś w „Serotoninie” są ewidentne, a przynajmniej będą dostrzegalne dla tych, którzy czytali „Uległość”, nie mówiąc o wcześniejszych powieściach. Podobna konstrukcja bohatera, podobne chwyty fabularne, podobna wymowa. Podobieństwo można odnaleźć również w nawiązaniach do innych autorów. Poprzedniej powieści patronował Joris-Karl Huysmans z „Na wspak”. Duch autora „À rebours” wręcz unosi się nad „Serotoniną”. Jego interwencji upatrywałbym w wędrówkach głównego bohatera właśnie na wspak, ku przeszłości, w autoanalizach dawnych związków, w próbach wchodzenia po raz drugi do tej samej rzeki oraz ewidentnie w zakończeniu powieści. Wiadomo, co uczynił Huysmans po napisaniu „Na wspak”. Jego zwrot od dekadencji ku katolicyzmowi znajduje refleks w finale „Serotoniny”.

Katharsis, czyli dobrze nam u Houellebecqa

Zamiast wyliczania, gdzie i jak Houellebecq dokonał autoplagiatu, i dociekania, czy faktycznie to jest działanie koniunkturalne, spróbujmy spojrzeć na powtórzenia w tej twórczości z innej perspektywy – docenić ich walor, funkcję, a co za tym idzie korzyść dla czytelnika. Jest ich pewnie dużo więcej, niż tu wyliczę. Ja dostrzegam dwie, które się raczej dopełniają, niż wykluczają.

O pierwszej już właściwie napomknąłem. Lubimy piosenki, które znamy. I tak jest ze światem przedstawionym u Houellebecqa. Ci, którzy lubią tę prozę – ja też złapałem się na tym, sięgając po „Uległość” i „Serotoninę” – przyzwyczaili się do klimatu twórczości laureata Nagrody Goncourtów. Jakkolwiek nie byłaby to przybijająca lektura, będziemy się jej poświęcać, utwierdzać w prawdzie o świecie, jaką głosi nam Houellebecq. Czujemy się bowiem w niej jak w domu, ich nastrój rezonuje z naszym wewnętrznym odczuwaniem. Dobrze nam u Houellebecqa, pomimo tego, że nie jest to lektura przynosząca pocieszenie, nie jest to też coachingowy podręcznik, który odpowiada w 10 rozdziałach, jak odmienić swoje życie. Wręcz odwrotnie – to smutek i dewaluacja wszelkich rozwiązań.

Mimo jednak ciemnych barw ten świat jest już przez nas oswojony, bo wędrowaliśmy po nim w książkach Houellebecqa wielokrotnie. Może dlatego ta proza przynosi ukojenie. Może czytelnicze westchnienie nad przegranymi życiowo bohaterami, którzy rozpaczliwie poszukują sensu, pomaga nam ulitować się nad nami samymi, którzy też trudzimy się mniej lub bardziej świadomie nad spójnością i zasadnością naszej życiowej narracji, nie unikając momentów słabości. Może jest to swego rodzaju katharsis.

Czy można inaczej niż u Houellebecqa?

Można pozwolić zapętlić się w Houellbecqowskiej prozie, tak jak włącza się zapętlenie dobrej piosenki w audioplayerze. Można wsłuchiwać się w nią bez końca, jak w „Boléro” Ravela, albo dać się kompletnie uśpić tym powieściom, kończąc na dobrze znanych odczytaniach, które można sprowadzić do określenia „dekadencja”, albo przebudzić się z nich jak z niedobrego snu. Od czego zależy, czy nastąpi jedno, czy drugie – trudno powiedzieć. Być może to kwestia liczby powtórzeń, wrażliwości na nudę albo stopnia sceptycyzmu, z jakim czyta się literaturę.

Tak czy inaczej można pójść krok dalej i potraktować Houellebecqowskie powtórzenia nie jak Ravelowskie „Boléro”, ale jak płytę, która zwyczajnie się zacięła i produkuje niezmordowanie ten sam mechaniczny, nienaturalny dźwięk, który prędzej czy później musi doprowadzić do irytacji. Kto wie, czy właśnie w owej irytacji i nienaturalności brzmienia nie jest ukryta możliwość jakiegoś odruchu, wytrącenia z inercji, tym samym przebudzenia, które zaczynałoby się od pytania: czy nie można inaczej niż u Houellebecqa? Czy życie musi być takie smutne i puste? Czy rzeczywiście wyczerpaliśmy wszystkie rozwiązania?

Nie wszystko stracone

Idę o zakład, że z taką interpretacją zgodziłby się inny francuski pisarz – Blaise Pascal. Co więcej, poparłby Houellebecqa w pisarskiej robocie pełnej powtórzeń. Wiadomo bowiem, że powtarza się do znudzenia, a właśnie autor „Myśli” nudę doceniał szczególnie, rozrywkę – wręcz przeciwnie. Oto co pisał na ten temat:

Jedyna rzecz, która nas pociesza w naszych niedolach to rozrywka, a wszelako to jest największa z naszych niedoli; ona głównie przeszkadza nam myśleć o sobie i gubi nas niepostrzeżenie. Inaczej trwalibyśmy w nudzie, a ta nuda popchnęłaby nas do szukania trwalszego sposobu wyrwania się z niej. Ale rozrywka bawi nas i wiedzie nas niepostrzeżenie ku śmierci.

Kiedy więc inni dwoją się i troją, by dostarczyć nam literackiej rozrywki, tym samym prowadząc do zguby, Houellebecq być może jest tym jedynym, który paradoksalnie staje nam na drodze, wymachując rękami, a z jego książek, z oparów nudy, wydobywa się okrzyk: zróbcie coś, nie wszystko stracone.

Houellebecq robi sobie jaja

Skąd jednak pewność, że powieści Houellebecqa nie powinno się czytać dosłownie, ale na wspak? Nie ku nudzie i beznadziei, ale wbrew – krzesząc nadzieję wbrew nadziei? Jedno mnie utwierdza dobitnie – nie sama nuda, nie powtórzenie, ale bijąca z nich, i nie tylko z nich, IRONIA.

Pełno ironii w „Serotoninie”. Bywa, że wyczuwa się ją bez najmniejszego trudu, jak w tej uwadze głównego bohatera, która poprzedza „mowę pożegnalną”: „Nie wolno pozwolić, by cierpienie przekroczyło pewien poziom, bo człowiek zacznie robić jakieś idiotyzmy, łyknie roraxu […] albo rzuci się pod metro i zostanie bez obu nóg i z jajami w kawałkach, ale wciąż żywy”.

Nie inaczej też w zakończeniu: „W rzeczywistości Bóg się nami zajmuje, myśli o nas w każdej sekundzie”. Aha! Na tyle, na ile znamy Houellebecqa – czy aby na pewno chce nam powiedzieć: przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki? Raczej zawraca jak Huysmans po napisaniu „Na wspak”, ale tylko po to, by nam uzmysłowić, że taka próba powrotu po śmierci Boga, którą ogłosił Nietzsche, już była podejmowana i zakończyła się totalną klapą.

Rzeczywistość jest gdzie indziej

Jest jeszcze jeden rodzaj ironii, za pomocą której w nawias można ująć całą „Serotoninę”. Widać to na samym wstępie: „Jeśli więc ostatecznie poniosłem porażkę, a moje życie kończy się w cierpieniu i smutku, nie mogę za to winić rodziców, tylko godny pożałowania ciąg okoliczności, do których pozwolę sobie jeszcze wrócić – prawdę mówiąc to właśnie one będą przedmiotem tej książki” – wyjawia główny bohater Florent-Claude, zdradzając tym samym, że mamy do czynienia z podwójną fikcją.

A gdyby tego było mało, to tocząc opowiadanie w swojej książce, zdradza, że ma „dziwne wrażenie grzęźnięcia w jakiejś autofikcji”. Czy zatem wielopiętrowa fikcja nie ma czegoś z ironii? Czy nie jest puszczeniem oka do czytelnika, mówiącym: nie wszystko tutaj należy brać dosłownie, rzeczywistość jest gdzie indziej?

A gdzie? Nie w tradycji, nie w religii, nawet nie w literaturze etc., więc nie w zbiorowych narracjach. Znamiona prawdziwości mają już tylko małe fikcje, które tworzymy, interpretując rzeczywistość na użytek własnego życia. Przykładem takiej w „Serotoninie” jest miłość Camilli i Florenta-Claude'a. Nie bez przyczyny, jak w antycznym dramacie, to akurat ten wątek jest punktem kulminacyjnym. Jeśli uważnie się wczytać w powieść, to główny bohater kilkakrotnie opóźnia opowieść o Camilli, tym samym budując napięcie i lokując ten wątek idealnie w centrum. Cóż chce nam przez to powiedzieć stary romantyk Houellebecq? Najpewniej, że miłość była jedynym remedium na bezsens życia, ale i ona została zaprzepaszczona.

Tyle ma do powiedzenia sam autor „Serotoniny”. Kiedy jednak świat z jego powieści już zniknie w wirach powtórzeń, warto przejrzeć się w idealnie równej powierzchni nudy i odpowiedzieć sobie na pytanie: jak można by inaczej? Inaczej niż u Houellebecqa.

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym.

Reklama

komentarze [10]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

206
0
05.09.2019 14:02

Zapraszam do dyskusji.


342
89
08.09.2019 11:46

No cóż tekst dobry i raczej pokrywający się z moimi spostrzeżeniami, ale właśnie owa "religijna" końcówka jest tym jedynym fragmentem powieści, który należy czytać na serio i tak jak została napisana. Przede wszystkim jest to fragment wyrwany z narracji, nie wiadomo od kogo słyszymy to co słyszymy i w jakich okolicznościach zostało powiedziane. Czy mówi do nas Florence czy...

więcej

288
54
08.09.2019 14:36

Nie zgadzam się z tym, że im dalej tym mniej ironii. Przecież na końcowych stronach można przeczytać o tym, że Rihanna mogłaby zawrócić w głowie Marcelowi Proustowi albo rozważania bohatera o tym ile trwałby jego spadek z budynku posiłkując się wzorem fizycznym. Jeśli już czytać coś dosłownie to moim zdaniem ten fragment przed religijną końcówką zaczynający się od...

więcej

342
89
09.09.2019 11:24

Czytanie dosłowne proponują ze względu na zabieg autora (bo mam nadzieję, że to nie pomnysł wydawnictwa), który z nieznanych mi przyczyn oderwał cały ten fragment od reszty tekstu. Stąd właśnie mam wrażenie, że należy go czytać inaczej.

Co do ironii - zupełnie to ona nie znika to fakt. Nie ma przecież jednak takich potężnych passusów jak też z pompowaniem kół samochodu.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

335
267
09.09.2019 08:59

Dziękuję za interesujący tekst. Myślę, że od Houellebecqa niesłusznie wymaga się dwóch rzeczy: „czegoś nowego” i „ironii”. Po pierwsze trudno mi zgodzic sie z zarzutem, że H. Się powtarza. To tak jakby zarzucić powiedzmy Faulknerowi, że pisał wciąż o prowincji Południa. Albo, że Sołżenicym pisał tylko o GUŁagu. Jego bohaterowie ewoluują tak jak i tło opowieści - nie mniej...

więcej

190
152
20.10.2019 03:21

>szwajcarskiej kliniki Dignitas, w której dobija się starych ludzi<

Nie wstyd ci kłamać? Pomijając już nawet dyskusję o eutanazji, akurat w tej klinice osoba chcąca odejść z tego świata musi SAMODZIELNIE zażyć odpowiedni specyfik.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1022
141
10.09.2019 13:38

Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu



Przede wszystkim pisarz ma prawo się powtarzać, grać na tę samą nutę, zagrywać tymi samymi kartami. Kto mu zabroni, tym bardziej w kulturze, która przecież docenia różne przeróbki, remaki, covery, pastisze, a jej odbiorcy są gotowi za nie płacić. [podkreślenie moje] Lubimy bowiem piosenki, które znamy. Zdziwiłbym się wręcz, gdyby...

więcej

206
0
10.09.2019 22:53

Dziękuję za wnikliwą lekturę i wyczerpujący komentarz.


„Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu”

Pytanie, czy lepiej dostrzegać ostatni wzwód czy zwis bez powiewu – kwestia indywidualnego odczytu.





„Szczerze mówiąc, nie lubię takich argumentów, zresztą trudno nazwać je argumentami: "prawo do powtórek", "kto mu zabroni", "gusta i guściki" odbiorców etc. etc. Skupię się...

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

160
101
10.09.2019 14:17

Bardzo ciekawy tekst, zachęca do sięgnięcia dalej niż tylko w Houellebecqa. Zgadzam się, że zarzuty mogą być w tym przypadku tylko argumentem do głębszego komplementowania. I wpisuję się w poczet tych, którzy czekają na kolejny tytuł autora, bezkrytycznie wierząc (wiedząc?) iż nie jest to czas stracony a wszystko co zarzucane nie jest zamierzone. Jest po prostu częścią...

więcej

2697
565
19.10.2019 17:52

Dziękuję, interesujący tekst. Pan H. w każdej swojej powieści opisuje świat wokół siebie, takim jakim on go widzi. Czy ten świat i obraz Europy przez te lata się zmienił? Czy stał się stał się barwniejszy, bardziej sprawiedliwy, lepszy? Nie. Od "Cząstek elementarnych" gdzie szuka źródeł tego kryzysu, coraz bardziej się w nim pogrąża. Dlaczego więc mamy od niego oczekiwać,...

więcej

zgłoś błąd