ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 35 cytatów, ostatnio widziany 18 godzin temu
Teraz czytam
  • Alita: Battle Angel. Miasto Złomu
    Alita: Battle Angel. Miasto Złomu
    Autor:
    Oficjalny prequel powieściowy filmu science fiction „Alita: Battle Angel” na podstawie mangi Yukito Kishiro „Battle Angel Alita”. Dawno temu odbyła się Wielka Wojna. Jej przyczyny zamazał czas. Na zd...
    czytelników: 18 | opinie: 0 | ocena: 7 (1 głos)
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 10153 | opinie: 373 | ocena: 7,79 (2835 głosów) | inne wydania: 3
  • Lwowski ptak
    Lwowski ptak
    Autor:
    Bohaterska obrona Lwowa widziana oczami młodej dziewczyny Piętnastoletnia Tońka jest wielką patriotką. Swój protest przeciwko zawładnięciu polskim Lwowem przez Ukrainę wyraża chęcią przyłączenia się...
    czytelników: 31 | opinie: 10 | ocena: 8,45 (11 głosów)
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3178 | opinie: 166 | ocena: 6,95 (1703 głosy)
  • Stokrotka w kajdanach
    Stokrotka w kajdanach
    Autor:
    Nowy thriller psychologiczny jednej z najlepszych autorek gatunku z nową fascynującą i niepokojącą bohaterką Genialna prawniczka wyciąga morderców z więzienia, a potem opisuje ich zbrodnie w bestsell...
    czytelników: 1154 | opinie: 96 | ocena: 7,33 (501 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-17 16:48:22
Ma nowego znajomego: EdytaDe
 
2018-12-16 21:10:18

Thrillery zaraz obok fantastyki to chyba najbardziej popularne powieści, jakie można znaleźć w mojej czytelniczej historii. Samego Thomasa Arnolda i jego twórczość poznałem całkowitym przypadkiem – już nawet nie pamiętam kiedy dokładnie – i od pierwszej książki zacząłem wykazywać zainteresowanie jego powieściami, a obecnie je wręcz uwielbiam. Przeczytałem wszystkie tytuły, jakie do tej pory... Thrillery zaraz obok fantastyki to chyba najbardziej popularne powieści, jakie można znaleźć w mojej czytelniczej historii. Samego Thomasa Arnolda i jego twórczość poznałem całkowitym przypadkiem – już nawet nie pamiętam kiedy dokładnie – i od pierwszej książki zacząłem wykazywać zainteresowanie jego powieściami, a obecnie je wręcz uwielbiam. Przeczytałem wszystkie tytuły, jakie do tej pory wyszły spod jego pióra, więc absolutnie nie mogłem odpuścić również „Mauzoleum”, które jest kolejnym thrillerem. Tym razem jednak zupełnie innym niż dotychczasowe książki. Dosłownie umierałem z ciekawości, jakie tym razem niespodzianki zaserwował autor swoim czytelnikom. Danie było i orzeźwiające, i syte.

Zack Seeger nie jest przeciętnym mieszkańcem Pittsburgh. Prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę, związał się z piękną kobietą i może sam decydować o wielu rzeczach. Miewa oczywiście swoje kłopoty, jednak nawet nie wie, w jakie się wplącze, kiedy postanowi pomóc rodzinie sąsiada i wejdzie w posiadanie listu napisanego przez Derriana McCaine’a. Wydarzenia, które nastąpią po przeczytaniu listu doprowadzić mogą do szaleństwa każdego, łącznie z Zackiem oraz Nicole, jego partnerką. We wszystko wmieszana jest bardzo stara historia sprzed wielu lat, która wcale nie należy do przyjemnych. Przeżycia wspomnianej pary również takie nie będą…

Jeśli mieliście już do czynienia z książkami Thomasa Arnolda, to zapomnijcie o niemalże wszystkim, co z nich pamiętacie. Zapomnijcie o detektywach, zapomnijcie o sprawie kryminalnej, która rozwiązywana jest przez całą książkę. Zapomnijcie o próbach rozszyfrowania co autor miał na myśli i zapomnijcie o klasycznym formacie kryminału. Przypomnijcie sobie za to, jak Thomas Arnold potrafi mieszać w prostych wydawałoby się sprawach i w jak głębokie zakamarki ludzkich lęków potrafi wejść. Jeśli jednak jest to Wasza pierwsza książka tego autora, to nastawcie się na scenariusz dobrego thrillera, który nie tylko przyprawiłby Was o gęsią skórkę, ale mógł zapewnić niezapomniane wrażenia, zwłaszcza, gdybyście oglądali go w nocy.

Cała historia opiera się o wydarzenia, które przytrafiły się dwójce młodych ludzi. Całkowicie zmyślone wydarzenia, rzecz jasna, które wręcz ocierają się o granice absurdu. Słowo „ocierają” jest jednak w tym przypadku użyte z pełną premedytacją – oznacza nie mniej, nie więcej, jak to, że autor starał się wycisnąć co się tylko da z balansowania na granicy rzeczywistości i absurdu, jednak przez całą drogę zachował równowagę. Było parę momentów, w których można było się zastanowić nad sensownością danej sceny, jednak całokształt skutecznie zacierał jakiekolwiek negatywne wrażenia. Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że zdecydowana większość powieści rozgrywa się w jednym budynku. Już nie raz podkreślałem w opiniach, jak bardzo szanuję autorów, którzy potrafią stworzyć trzymającą się kupy i interesującą historię w zamkniętych pomieszczeniach – chapeau bas, bo to wyzwanie samo w sobie.

„Kto w dzisiejszych czasach zwraca uwagę na wyjące syreny alarmowe… Ludzie odwracają głowy, aby tylko ktoś nie zauważył, że niepotrzebnie się interesują”.

Wspomniałem już, że całe „Mauzoleum” nadaje się na scenariusz do filmu? Ostatnie parędziesiąt stron książki to jeden plot twist za drugim. Nie jestem co prawda osobą, która próbuje rozwikłać zagadkę w trakcie czytania, ale wiele razy pewne potencjalne rozwiązania same przychodzą na myśl. Bez względu na to, czy mają one sens, czy nie, po prostu się pojawiają, bo wydarzenia je po zwyczajnie sugerują. Podczas czytania „Mauzoleum” nie przyszło mi do głowy nic, co by było w choćby najmniejszym stopniu związane z rzeczywistym rozwiązaniem. Thomas Arnold ponownie zrobił niezłe zamieszanie, które tym razem aż się prosi, żeby je przerzucić na wielki ekran. Bladego pojęcia nie mam, w jaki sposób wygląda praca nad scenariuszem filmowym, ale historia opisana w tej powieści wydaje się być wręcz gotowcem, nad którym nie trzeba się zbyt długo pochylać, aby wykrzesać z niego gotowy obraz.

Co bardziej wybredne osoby mogą zauważyć również przeze mnie już wspomniane balansowanie na granicy realizmu – ciężko to nazwać wadą lub zaletą, jednak warto o tym wspomnieć. Kiedy jednak ktoś będzie zastanawiał się nad tym, czy dane ruchy przy konkretnych obrażeniach nie są zbyt… optymistyczne, to warto wziąć pod uwagę wykształcenie autora, który lekarzem co prawda nie jest, jednak wie sporo zwłaszcza o wpływie przeróżnych substancji (w tym produkowanych przez ludzki organizm) na ludzką sprawność. Na pewno przydałoby się odrobinę więcej wyjaśnień dotyczących niektórych ze scen, aby je nieco bardziej urealnić. Wszak przeciętny zjadacz chleba może nie wiedzieć niektórych rzeczy, nawet jeśli jest wielkim fanem thrillerów, w których pewne schematy powtarzają się w niemalże każdym tytule.

Jako thriller jest to chyba jeszcze lepsza powieść niż te dotychczasowe, napisane przez Thomasa Arnolda. Na pewno wprowadza coś nowego nie tylko do jego książek, ale również do gatunku. Z jednej strony całkowicie wybija się ze schematów, a z drugiej bardzo twardo stoi w konwencji. Czytelnik nie zostanie zanudzony ani klasycznym śledztwem, charakterystycznym dla książek ze środkiem ciężkości umiejscowionym w kryminalnym aspekcie, ani też standardowym pojedynkiem pomiędzy złoczyńcą a ofiarami. To jest właśnie bardzo mocna strona „Mauzoleum”. Co więcej, jeśli nie czytaliście wcześniejszych książek Thomasa Arnolda, to możecie tak czy siak sięgnąć po tę pozycję. Nie jest bowiem ściśle powiązana z przygodami dwójki detektywów – chociaż smaczki się znajdą. W każdym razie nie będziecie się czuli, że czegoś nie rozumiecie, chociaż możecie sobie zdradzić garść szczegółów z poprzednich książek.

pokaż więcej

 
2018-12-16 20:57:55
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-12-16 15:08:13
Dodał cytat z książki: Mauzoleum
Kto w dzisiejszych czasach zwraca uwagę na wyjące syreny alarmowe… Ludzie odwracają głowy, aby tylko ktoś nie zauważył, że niepotrzebnie się interesują.
 
2018-12-16 13:46:52
Ma nowego znajomego: ksiazkawprezencie
 
2018-12-14 19:37:37
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-12-12 21:39:17
Cykl: Legendy Archeonu (tom 1)

Jestem ogromnym fanem autora – przeczytałem wszystkie książki, które do tej pory napisał. Łącznie oczywiście z odświeżoną wersja „Anestezji”, która jednoznacznie pokazuje podejście Thomas Arnolda do fanów. A jest ono mega pozytywne, co widać było po rzeczywistym poprawieniu niemal trzech czwartych książki, która była jego pisarskim debiutem. „Legendy Archeonu. Strach Stary i Nowy” są jego... Jestem ogromnym fanem autora – przeczytałem wszystkie książki, które do tej pory napisał. Łącznie oczywiście z odświeżoną wersja „Anestezji”, która jednoznacznie pokazuje podejście Thomas Arnolda do fanów. A jest ono mega pozytywne, co widać było po rzeczywistym poprawieniu niemal trzech czwartych książki, która była jego pisarskim debiutem. „Legendy Archeonu. Strach Stary i Nowy” są jego pierwszym (choć nie ostatnim) podejściem do literatury fantastycznej. Osobiście byłem dobrej myśli od samego początku, ponieważ znam warsztat oraz wyobraźnię autora i ta pierwsza myśl była dobra. Nie dostałem doskonałej powieści fantasy, ale dostałem naprawdę dobrą lekturę, która ma przogromny potencjał.

Archeoni – niemal zapomniany lud, który mieszkał niegdyś na Terenach Centralnych, powrócił do Archeonu. Po wielu latach zapomnienia, walki i przelewu krwi wszystkiego, co tylko żyło na tych ziemiach. Sami Stwórcy widzieli w nich nic więcej aniżeli piaskownicę, na której mogli bawić się w swoje własne gry, sterując kolejnymi falami monstrów opanowujących lądy i wody. Wszystko jednak ma zarówno swój początek, jak i koniec. Każde wydarzenie, każda historia, każda era. A to, co powstaje na końcu, staje się jednocześnie początkiem czegoś nowego – czegoś, co może tchnąć zupełnie nowe życie w umęczony i zbrukany krwią świat.

Jednocześnie jest to książka, która pokazała mi coś nowego oraz okazała się być pewnym powrotem do sprawdzonych, znanych schematów. Coś nowego pojawiło się w twórczości Thomasa Arnolda, którego do tej pory miałem przyjemność czytać jedynie w formie thrillerów, a powrotem było stworzenie świata opartego o podobne prawa, jak w wielu powieściach fantasy. Powiewem świeżości było wykorzystanie dość oficjalnego, być może nieco archaicznego stylu prowadzenia dialogów, a twardą, znaną podstawą było wykorzystanie klasycznych motywów przewodnich fabuły powieści. Nowością jest również dla mnie dość surowe prowadzenie historii, wyzucie jej z ozdobników, przy jednoczesnym zachowaniu klasycznego budowania napięcia i dawkowania faktów.

„Od kiedy to puste chaty cię przerażają? Nie wierzymy w ich duchy, a nasze jeszcze nie zdążyły się tu osiedlić”.

Pewnym mankamentem są niezbyt wyraźne postacie. Mają swoje cechy charakteru i osobowości, prowadzone są raczej konsekwentnie (nie zmieniają swoich zachowań w sposób losowy, tylko kierują się raz obranymi cechami), jednak czegoś im brakuje, Jeśli pomyślę o Aodhonie i jego towarzyszu, to po chwili namysłu jestem w stanie ich opisać. Tylko tutaj problemem jest ta chwila namysłu – jej nie powinno być. Bardzo fajnie jest opisana budowa relacji pomiedzy księciem a jego kompanem, jednak brakuje pazura nie tylko im, ale również innym postaciom, które spotkamy na kartach powieści. Przekonałem się już jednak, że Thomas Arnold potrafi tego typu niedociągnięcia bardzo szybko nadrobić. W tym więc pokładam nadzieję, ponieważ ta pewnego rodzaju miałkość potrafi dać się we znaki.

Doskonale wyważony jest za to stosunek opisów świata do samej akcji i rozwoju fabuły. Autor płynnie przeplata te elementy, dzięki czemu czytelnik bardzo szybko i w przystępny sposób poznaje zawiłości świata stworzonego przez Thomasa Arnolda (dość rozległego świata, trzeba to podkreślić), jednocześnie nie nudząc się i otrzymując kolejne porcje wydarzeń rozgrywających się nie tylko na Terenach Centralnych, ale również w innych krainach. Całe „Legendy Archeonu. Strach stary i nowy” są bowiem podzielone na poszczególne rozdziały opisujące na przemian wydarzenia w różnych państwach/regionach oraz wędrówkę następny tronu Archeonu. Pod tym względem w pewnym sensie jest to konstrukcja zbliżona do historii, którą możemy oglądać w „Grze o tron”. Z pełną premedytacją użyłem słowa „oglądać”, ponieważ mam za sobą jedynie pierwsze dwa tomy, natomiast z serialem jestem na bieżąco. Jeśli pasuje Wam przeplatanie grupowych scen z historią konkretnych osób, to jest to książka dla Was.

„Przeszłość zawsze odnajdzie drogę, aby przypomnieć sobie o teraźniejszości”.

Na duże uznanie zasługuje również nie tylko sama szczegółowość świata stworzonego przez autora, ale również jego spójność i głębia – kontynent, na którym rozgrywa się cała akcja jest nie tylko przeogromny, ale również niezwykle różnorodny społecznie, narodowo, kulturalnie i geograficznie. Ma też swoją niezwykła historię, wraz z zaczątkiem całej mitologii, widocznej w niemalże każdej krainie. Takie konstrukcje zawsze szanuję i podziwiam, bo domyślam się, ile siły i skrupulatności potrzeba, aby wszystko miało ręce i nogi a nie było tylko popisem grafomańskiej wyobraźni. Jest jeszcze naprawdę dużo informacji, które Thomas Arnold może zdradzić na temat wszystkich ziem otaczających Tereny Centralne, co mam nadzieję, że zrobi w następnych tomach. Najlepiej w sposób, do którego przyzwyczaił czytelników w pierwszej części – spokojny, dawkujący wiedzę i wplatający ją między główną historię.

Przeogromny potencjał, różnorodny świat, wiele możliwości. Tymi słowami można nazwać debiut fantasy w wykonaniu Thomasa Arnolda. Jak na pierwszą książkę z tego gatunku jest po prostu świetnie. „Legendy Archeonu. Strach stary i nowy” mają swoje niedociągnięcia, jak niewystarczający wyraźni bohaterowie, ale są ogromnym polem do popisu dla autora. Sprawdzone rozwiązania wykorzystane przy tworzeniu powieści, w połączeniu z bardzo płodnym umysłem stały się zaczątkiem do czegoś, co mam nadzieję, że rozkręci się jeszcze bardziej i pokaże, że polscy autorzy stoją w fantastyce bardzo twardo i potrafią pokazać klasę na miarę światowej literatury. Tego życzę Thomasowi Arnoldowi i po lekturze pierwszego tomu nowego cyklu wierzę, że jest w stanie podołać temu wyzwaniu.

pokaż więcej

 
2018-12-12 21:14:05
Dodał cytat z książki: Strach stary i nowy
Od kiedy to puste chaty cię przerażają? Nie wierzymy w ich duchy, a nasze jeszcze nie zdążyły się tu osiedlić.
 
2018-12-09 15:38:45
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-30 19:29:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 5)

Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na... Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na pierwszy rzut oka nie był czymś, co mogłoby mnie porwać, jednak stanowił naprawdę godne następstwo. Postacie Waxa i Wayne’a nie dają się nie lubić, więc chętnie wróciłem do Elendel pełnego połączonych mocy allomancji i ferruchemii. Drugie spotkanie z tym duetem okazało się być równie przyjemne, chociaż jednocześnie zupełnie inne.

Rewolucja przemysłowa to nie tylko poprawa jakości życia ludzi, ale również ciemne strony, które wspomnianą jakość wręcz pogarszają. Elendel rozkwita coraz bardziej, na ulicach pojawiają się automobile, które nie wymagają żywych zwierząt jako napędu, a do budynków doprowadzana jest elektryczność. Pojawia się jeszcze większe rozwarstwienie społeczne, które prowadzi do niepokojów. Najbiedniejsi zaczynają myśleć, co się z nimi dalej stanie, a ich myśli nie osładza informacja o znalezieniu martwego brata gubernatora w otoczeniu nie tylko arystokratów, ale również najbardziej poszukiwanych kryminalistów. Waxillium Ladrian nie ma w takich warunkach zbyt łatwej pracy.

„Cienie tożsamości” to tom, w którym znajdziemy mnóstwo nawiązań do postaci znanych z pierwszej trylogii – Kelsiera, Vin, Sazeda oraz całej reszty paczki Ocalałego. Nie są to jednak tylko wspomnienia informujące o istnieniu takich postaci, ale również ukazanie jaki kult powstał wokół nich. Przy okazji w wielu miejscach nawet czytelnik może poczuć pewnego rodzaju nastrój uniesienia – nawet mimo tego, że zżył się z bohaterami w poprzednich książkach. „Cienie tożsamości” można więc uznać za powieść, która nie tylko przypomina o istnieniu Ocalałego (i to wcale nie tak dawno temu!), ale również w namacalny wręcz sposób przedstawia ten kult, który wokół niego powstał. Co swoją drogą w pewnym sensie jest potwierdzeniem tego, że Kelsier miał od samego początku rację.

„Waxillium oznaczał kłopoty. Warte zachodu kłopoty, bo załatwiał różne sprawy, ale niemal równie paskudne jak problemy, które rozwiązywał”.

Mimo tego, że drugi tom przygód Waxa i Wayne’a to kontynuacja historii znanej z wcześniej powieści, to Brandon Sanderson zapewnił dodatkową rozrywkę dla wszystkich, którzy zdążyli znudzić się światem magii metali. Technologia (o ile możemy użyć tego słowa) wciąż się rozwija, a całe Elendel jest w trakcie rewolucji przemysłowej. Pojawiły się automobile, a do coraz większej liczby budynków doprowadzony został prąd. Nie tylko allomanci i ferruchemicy muszą się odnaleźć w nowym świecie i dostosować swoje umiejętności do tego, co ich otacza, ale również prości ludzie, którzy czują się zagrożeni. Jeśli ktoś by się bardzo mocno uparł, to mógłby w tym doszukiwać się podobieństw do obecnej sytuacji na świecie, ale mogłaby to być zbyt daleko idąca interpretacja.

Ponownie do czynienia mamy z zagadką kryminalną, którą rozwiązać musi lord Waxillium Ladrian, będący jednocześnie w pewnym sensie konstablem, oraz w pełnym sensie głową jednego z najważniejszych rodów w Elelendel. Oczywiście tak jak w „Stopie prawa” nie jest to zagadka typowa dla klasycznego kryminału, jednak mająca z nim wiele wspólnego. Muszę przyznać, że z książki na książkę coraz bardziej podoba mi się takie podejście i realizacja pomysłu autora. Zwłaszcza, że w to wszystko sprytnie wplecione zostały wątki związane z działaniem świata stworzonego przez Brandona Sandersona. A w „Cieniach tożsamości” autor odkrywa kolejne karty dotyczące sztuk metalurgicznych – magia metali cały czas ma jeszcze wiele do powiedzenia czytelnikom. Zresztą nie tylko im, bo bohaterom, którzy niemalże zjedli na allomancji czy ferruchemii zęby również.

Świetna kontynuacja, która zapewnia dużo rozrywki i jeszcze lepsze poznanie stworzonego przez autora świata. Wciąż nie jest to tak porywająca opowieść jak pierwszy tom „Ostatniego Imperium”, jednak na pewno można go nazwać godnym następcą. Zarówno samego „Z mgły zrodzonego”, jak również „Stopu prawa”. Być może zakończenie nie powoduje, że mam przeogromną ochotę sięgnąć po kolejny tom, jednak na pewno sama historia wciągnęła mnie na tyle, że spodziewam się podobnej, wysokiej jakości w kolejnej powieści i na pewno po nią sięgnę. Mam również nadzieję, że stanie się to niebawem, choć jednocześnie obawiam się momentu, w którym skończę swoją przygodę ze światem magii metali.

pokaż więcej

 
2018-11-30 19:20:14

Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd pierwszy raz zainteresowałem się uniwersum stworzonym przez autora „Metro 2033”. Dmitry Glukhovsky stworzył niesamowity świat, który bardzo szybko został wykorzystany przez innych pisarzy do stworzenia niezwykle rozbudowanej wersji współczesnej Ziemi po katastrofie nuklearnej. Mam przed sobą jeszcze mnóstwo książek z samego Uniwersum Metro 2033, a tymczasem... Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd pierwszy raz zainteresowałem się uniwersum stworzonym przez autora „Metro 2033”. Dmitry Glukhovsky stworzył niesamowity świat, który bardzo szybko został wykorzystany przez innych pisarzy do stworzenia niezwykle rozbudowanej wersji współczesnej Ziemi po katastrofie nuklearnej. Mam przed sobą jeszcze mnóstwo książek z samego Uniwersum Metro 2033, a tymczasem powoli zaczynam już brać się za Uniwersum Metro 2035 (które jednak jako seria niekoniecznie muszą być oderwane od zasad, których należy się trzymać przy pisaniu książek należących do poprzedniej serii). Oczywiście poszczególne pozycje różnią się od siebie jakością, jednak dopóki nie sprawdzi się danego autora, to nie pozna się jego stylu. Tym razem skosztowałem próbki twórczości Siergieja Niedoruba i mam mieszane uczucia.

Powiedzieć, że kijowskie metro tętni życiem, to powiedzieć za dużo. Kijowskie metro wegetuje, jak większość ludzi po katastrofie, chociaż próbuje utrzymać pozory organizacji. Krzyż, którego stolicą jest Datapolis, stara się zapanować nad chaosem na tyle, na ile się da – zwłaszcza nad legendą czerwonej nitki, którą jest w pełni zasypana, trzecia linia kijowskiego metra. Każdy o niej słyszał, jednak nikt nie wie jak się tam dostać. Kiedy oddział Patków, stalkerów współpracujących z Datapolis, znajduje na powierzchni nieznanego mężczyznę, legenda odżywa na nowo. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że jedna z niepełnosprawnych umysłowo dziewczyn zamieszkujących stolicę rozpoznaje nieznajomego.

Już od pierwszych stron rzuca się w oczy fakt, że „Czerwony wariant” znacznie różni się od innych książek z ogólnie pojętego świata stworzonego przez rosyjskiego autora. Nie chodzi nawet o umiejscowienie akcji (Kijów), ale przede wszystkim o podejście do postaci stalkerów. Fani serii przyzwyczajeni są na pewno do tego, że stalkerzy są osobami jeśli nie poważanymi, to co najmniej otoczonymi pewną aurą tajemniczości, w stosunku do których odczuwa się czasem strach, a czasem podziw i szacunek. Stalkerzy w metrze kijowskim są przeciwieństwem swoich moskiewskich kolegów po fachu. Wciąż ludność metra odczuwa niepewność i strach, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Stalkerzy nie są poważani, wręcz przeciwnie – w pewnym sensie są pogardzani. To zdecydowanie inne podejście, które pozwala spojrzeć na tę profesję w kompletnie inny sposób.

To, co można książce zarzucić, to zbyt szybkie przechodzenie przez niektóre wydarzenia. Zabrakło przez to odpowiedniego budowania napięcia. Cała historia to głównie opis przejścia dwójki głównych bohaterów przez poszczególne stacje, co wielokrotnie pojawiało się w książkach z tego uniwersum – wiele razy była to również dobrze wykorzystana okazja do przedstawienia nie tylko różnorodności stacji, ale również potencjalnych niebezpieczeństw. Tymczasem wyszło na to, że czasem po prostu się… przechodzi i tyle. I to przez miejsca teoretycznie najbardziej niebezpieczne. Autor zastosował podejście niemalże teleportowania postaci. Zwłaszcza jeśli dołożymy do tego fakt, że przebrnięcie przez połowę nitki metra w obie strony (wliczając w to różne tarapaty) zajęło mniej więcej może z szesnaście godzin (choć ma to oczywiście sens, ponieważ metro kijowskie jest o wiele mniejsze niż moskiewskie).

Na samym końcu okazuje się, że autor uknuł całkiem zgrabną intrygę. Przez całą książkę można się bardzo poważnie zastanawiać, do czego to wszystko dąży, jednak muszę przyznać szczerze, że nie wpadłem na trop, który okazał się tym właściwym. Ostatnie kilkadziesiąt stron czyta się niemal z zapartym tchem, co dość mocno kontrastuje ze wspomnianymi przeze mnie uchybieniami. Szkoda więc, że „Czerwony wariant” nie jest książką pozbawioną poważnych wad, ponieważ jej główny szkielet, historia, którą opowiada jest naprawdę świetna. Chciałoby się móc ocenić ją nieco wyżej, ale byłoby to możliwe, gdyby zawierała o wiele więcej treści – tej, która wypełniłaby luki pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami.

Przeciętnie napisana z nieprzeciętnym pomysłem – mniej więcej takimi słowami można dość sprawiedliwie opisać „Czerwony wariant”. Zaskakuje pozytywnie pomysłowością, natomiast negatywnie wykonaniem. Chociaż napisana jest lekkim językiem, przez który naprawdę przyjemnie jest się przedzierać jak przez tunele metra i ma naprawdę porządny szkielet historii, to pozostawia po sobie w wielu miejscach niedosyt. Mimo wszystko warto przeczytać dzieło Sierieja Niedoruba choćby ze względu na nowe podejście do stalkerów oraz rządzenie w całym metrze. Inna perspektywa pozwoli nieco inaczej spojrzeć na wszystkie dotychczas przeczytane książki z Uniwersum Metro 2033. Świat ewoluuje nawet po katastrofie i Kijów jest tego najlepszym przykładem.

pokaż więcej

 
2018-11-30 09:04:19
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-26 20:35:15
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-11-24 22:20:02
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-24 12:25:02
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
Moja biblioteczka
643 238 1975
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (31)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (20)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd