ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 32 cytaty, ostatnio widziany 17 godzin temu
Teraz czytam
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 9959 | opinie: 366 | ocena: 7,79 (2778 głosów) | inne wydania: 3
  • Mikrowyprawy w wielkim mieście
    Mikrowyprawy w wielkim mieście
    Autor:
    Wypoczynek kojarzy się nam z koniecznością wzięcia urlopu i wyjazdem na kilka dni z miasta, gdzieś daleko. Tymczasem Łukasz Długowski, dziennikarz i zapalony podróżnik, który sam o sobie mówi, że jest...
    czytelników: 282 | opinie: 14 | ocena: 6,91 (74 głosy)
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3127 | opinie: 164 | ocena: 6,95 (1679 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-19 13:40:27
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-08-19 13:40:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: The Illuminae Files (tom 2)

Minął dokładnie rok od wydania pierwszego tomu The Illuminae Files – „Illuminae”. Podobnie jak poprzedniczka, również ta część wydana została ze wsparciem czytelników – głównie ze względu na o wiele większe koszty druku takiej pozycji. Długo się nie zastanawiałem kiedy zobaczyłem akcję crowdfundingową – szybki przelew i czekamy na przesyłkę. Miałem nadzieję, że podobnie jak w przypadku... Minął dokładnie rok od wydania pierwszego tomu The Illuminae Files – „Illuminae”. Podobnie jak poprzedniczka, również ta część wydana została ze wsparciem czytelników – głównie ze względu na o wiele większe koszty druku takiej pozycji. Długo się nie zastanawiałem kiedy zobaczyłem akcję crowdfundingową – szybki przelew i czekamy na przesyłkę. Miałem nadzieję, że podobnie jak w przypadku poprzedniczki, książka od razu przyciągnie moją uwagę swoją niezwykła formą, pełną niespotykanych nigdzie indziej zabiegów projektowych. Trochę również liczyłem na to, że sama zawartość fabularna będzie nieco bardziej dojrzała niż poprzednim razem, choć akurat po „The Illuminae Files” nie sięga się ze względu na walory, jakie niesie ze sobą sama historia. Tym razem jednak wartość merytoryczna niesamowicie pozytywnie zaskakuje, a warstwa wizualna jest równie niezwykła.

Stacja skoku Heimdall nie jest stacją, na którą chciałoby się udać na gwiezdne wakacje. Nudna, bez żadnych atrakcji – po prostu spełnia swoją funkcję. Znana jest jednak przez wielu nawigatorów, w tym przez tych pracujących dla BeiTech Industries. Ci ostatni starają się zdobyć kontrolę nad wszelkimi możliwymi złożami w wielu galaktykach. Ich dość agresywna polityka często kończy się śmiercią wielu osób. Tym razem cień śmierci padł na mieszkańców stacji Heimdall, na której mieszka między innymi Hanna Donnell – córka kapitana stacji. Dla wszystkich mieszkańców jednak BeiTech i ich wysłannicy to nie najgorsze, co może ich spotkać. Mało tego – nie jest to najgorsze, co może spotkać cały wszechświat…


Pierwszej części „The Illuminae Files” nie da się łatwo zapomnieć. Lektura „Geminy” pomaga pamięci odkopać nawet najgłębiej skrywane wspomnienia, ponieważ bardzo przypomina swoją poprzedniczkę. Wciąż jest to jedna, wielka mieszanina stenogramów, zapisów historii rozmów (zarówno tekstowych, jak audio), analiz wideo z telewizji przemysłowej oraz logów systemów. Wrażenie wizualne jest niesamowite – warto tę książkę mieć choćby dla sposobu, w jaki jest zbudowana. Mnóstwo grafik, obrazów, części interfejsu komunikatorów wykorzystywanych na stacji Heimdall – jednym słowem uczta dla oczu. Nie tylko sam tekst, tworzący ścianę. Co prawda tym razem analizy nagrań z CCTV stanowią dość znaczny odsetek całej książki, jednak wycinki z rysunkowego dziennika jednej z głównych bohaterek nadrabiają mniejszą ilość innych form.

Ponownie trochę irytuje styl, w jakim przygotowane są raporty i analizy nagrań wideo. Język w nich użyty jest często infantylny i strasznie nieprofesjonalny, nierzadko pełen ocenzurowanych przekleństw. Biorąc pod uwagę fakt, że dokumenty te wykorzystywane są w oficjalnym postępowaniu przeciwko BeiTechowi (o czym dowiadujemy się na samym początku „Geminy”), stawia to autorów w niezbyt pozytywnym świetle. Co prawda cały cykl utrzymany jest w dość luźnym klimacie, przeznaczonym głównie dla rozrywki, nie głębokich analiz czy przemyśleń, jednak można było zachować choć odrobinę profesjonalizmu. Czym innym bowiem są zapisy rozmów, a czym innym przygotowany przez profesjonalnego analityka raport, który ma zostać włączony do materiału dowodowego dla dowolnej formy sądownictwa.


Najlepsza zabawa zaczyna się jednak w drugiej połowie książki, a dokładnie w ostatniej ćwiartce. Wtedy to bowiem dowiadujemy się dlaczego nosi ona tytuł „Gemina” i zagłębimy się w odmęty astrofizyki oraz fizyki kwantowej – oczywiście na dość spłaszczonym i niekoniecznie naukowym poziomie, ale dostosowanym również do młodszego czytelnika. Nie zrozumcie mnie źle – nie znajdziecie tutaj rozpraw naukowych ani rozpisu teorii, jakie są powszechnie badane, ale dostaniecie żargon, który pasuje dokładnie do świata opisywanego oraz bazujący w dużej mierze na informacjach, które obecnie trafiają nawet do szerszego grona odbiorców. Mogę Was jednak zapewnić, że zostało to zrobione naprawdę z jajem, a do tego cała historia jak najbardziej trzyma się w sensownej całości. A do tego jest świetna – ostatnią ćwiartkę wręcz wchłonąłem na raz.

Pod względem samej fabuły „Gemina” wydaje mi się być o wiele lepiej dopracowana niż pierwsza część. Można odnieść wrażenie, że tym razem autorzy naprawdę przysiedli, odrobili lekcje i stworzyli historię, która nie tylko wygląda, ale również ma sens, konkretną fabułę, akcję oraz wszelkie inne elementy, które powinna mieć dobra książka. Rzecz jasna wszystko jest ściśle związane z wydarzeniami znanymi z „Illuminae”, jednak kładzie o wiele większy nacisk na to, aby wszystkie, nietypowe środki, które zostały wykorzystane do stworzenia tej książki, nie były tylko przerośniętą formą. Jeśli cała seria (bo zakończenie ewidentnie wskazuje na kontynuację) będzie szła tą drogą, to naprawdę będzie ewenement warty pieniędzy wydanych nawet w ciemno.

Świetna kontynuacja, którą warto mieć choćby dla samego sposobu, w jaki została stworzona. Analizy nagrań z kamer, raporty, stenogramy, zapisy historii rozmów – uczta dla oczu. A do tego jeszcze ciekawa historia stojąca za tym wszystkim, z wątkiem naukowym w tle (chociaż w sumie można odnieść wrażenie, że jednak na pierwszym planie). Miejscami język analiz jest zdecydowanie zbyt mało profesjonalny, czy nawet infantylny, ale jest to cecha charakterystyczna obu książek. Nie jest to niesamowicie poważna i wielopoziomowa powieść, tylko świetnie skrojona książka, która ma służyć rozrywce. Polecam z czystym sumieniem, ponieważ można z niej czerpać naprawdę mnóstwo radości i dać się pochłonąć jak czarnej dziurze.

pokaż więcej

 
2018-08-15 12:56:30
Cykl: Szklany Tron (tom 0.1-0.5)

Z książkami, której autorką jest Sarah J. Maas nie zaprzyjaźniłem się od razu. Poczułem jakąś chemię podczas lektury “Szklanego tronu”, jednak coś mnie w tej znajomości irytowało. Dałem jej jednak szansę i obecnie jestem szczęśliwym czytelnikiem tego cyklu, który zapewnił mi wiele godzin bardzo fajnej zabawy. Historię zawartą w sześciu do tej pory wydanych książkach znam niemalże doskonale,... Z książkami, której autorką jest Sarah J. Maas nie zaprzyjaźniłem się od razu. Poczułem jakąś chemię podczas lektury “Szklanego tronu”, jednak coś mnie w tej znajomości irytowało. Dałem jej jednak szansę i obecnie jestem szczęśliwym czytelnikiem tego cyklu, który zapewnił mi wiele godzin bardzo fajnej zabawy. Historię zawartą w sześciu do tej pory wydanych książkach znam niemalże doskonale, jednak brakowało mi opisu wspomnianych wielokrotnie wydarzeń, które miały miejsce przed turniejem zorganizowanym przez króla Adarlanu. “Zabójczyni” zawiera w sobie pięć historii, które ukształtowały Celaenę Sardothien i miały duży wpływ na późniejsze wydarzenia. Okazały się być bardzo ciekawym uzupełnieniem całego cyklu.

Protegowana Arobynna Hamela nigdy nie należała do posłusznych i uległych osób. Zabójczyni Adarlanu miała pazur, który wiele razy wepchnął ją w sam środek kłopotów. A kiedy człowiek nie jest w pełni lojalny wobec Króla Zabójców, to nawet bycie jego ulubienicą nie uratuje od konsekwencji. Celaena na swojej drodze spotyka wielu ludzi, którzy w ten czy inny sposób wpłyną zarówno na jej życie, jak i późniejsze wydarzenia w Adarlanie. Pięć historii i pięć przykładów na to, jak bardzo skrajne poglądy mogą pojawić się w ludzkiej głowie. Zwłaszcza, gdy jest to głowa nieziemsko niebezpiecznej, a przy tym pyskatej i niedbającej o nic zabójczyni, która przywykła do życia w luksusach.

Tom zawiera w sobie wydane wcześniej w formie osobnych książek opowiadania, w tym między innymi pierwszy raz wydane po polsku opowiadanie “Zabójczyni i uzdrowicielka”. Do tej pory byłem na bieżąco z wydarzeniami dziejącymi się w “Szklanym tronie”, jednak co chwilę wspominane w poszczególnych tomach historie sprzed pierwszej części zachęcały do sięgnięcia po ich szczegóły. Przyznać muszę, że ciekawie czytało się o przygodach Celaeny na kilka lat przed głównym wątkiem. Nie była to lektura niezwykle fascynująca, jednak odkryła rąbka tajemnic, które unosiły się przez łącznie sześć tomów. Wiele aspektów zostało rozwiniętych, oraz mogłem poznać wreszcie niektóre postacie, o których tyle się naczytałem.

“Niemy Mistrz powiedział jej, że każdy człowiek inaczej radzi sobie z bólem, Niektórzy usiłują go utopić, inni zaczynają go kochać, a jeszcze inni pozwalają, by przekształcił się w furię”.

Same opowiadania są dość proste w budowie i stanowią logiczną całość. Nie są wyrwane kompletnie z kontekstu, jedna niemalże bezpośrednio wynika z drugiej, co daje efekt czytania powieści z nieco większymi dziurami czasowymi. Celaena jest w tym czasie tą rozpieszczoną i niesamowicie pewną siebie dziewuchą, jaką znamy z pierwszego tomu “Szklanego Tronu” - nieco to irytuje podczas lektury, chociaż konwencja postaci została dzięki temu zachowana. Oprócz samej Celaeny, którą znamy doskonale z całego cyklu, spotykamy również postacie dobrze znane, lub jedynie wspomniane. Bardzo ciekawym doświadczeniem było poznać losy uzdrowicielki poznanej w “Wieży świtu” - jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z tym tomem, to czeka Was dość miłe zaskoczenie. Nieważne, w jakiej kolejności zamierzacie czytać poszczególne tomy.

Jak to w powieściach autorstwa Sarah J. Maas, mamy oczywiście spory nacisk położony na wątek miłosny. Fani serii z pewnością wiedzą już doskonale o jaką parę chodzi, a ci, którzy zaczną swoją przygodę ze “Szklanym Tronem” od “Zabójczyni” dowiedzą się tego już w pierwszym opowiadaniu. Co ciekawe, wątek ten poprowadzony został o wiele mniej agresywnie niż się tego spodziewałem. Po pierwszym tomie głównego cyklu miałem bardzo nieprzyjemne wspomnienia, dlatego znając siłę miłości, o której wspominała Celaena, byłem przygotowany na ogromną ilość romantycznych momentów, które wręcz przesłodzą całą historię. Okazało się, że jednak autorka w tym przypadku nie dała się ponieść wodzom fantazji i raczej nie rozdmuchała samego romansu, a skupiła się raczej na samych przeżyciach niekoniecznie związanych z miłością. Zabieg zdecydowanie na plus, ponieważ cała książka utrzymana jest w klimatach akcji.

Bardzo przyjemny i odprężający, ale również potrafiący trzymać w napięciu tom. Fakt zebrania wszystkich opowiadań w jedną książkę, pod tytułem “Zabójczyni” to był zdecydowanie dobry krok. Dzięki temu wszystkie historie mamy dostępne w jednym miejscu, a stanowią one w końcu logiczną całość. Każda z nich potrafi wciągnąć, więc chciałoby się od razu sięgnąć po kolejną i zobaczyć jak dalej potoczą się losy Celaeny Sardothien, Zabójczyni Adarlanu. Wszystkie historie charakteryzuje ten sam styl, który spotkać można w pozostałych częściach cyklu “Szklany Tron”, więc z pewnością każdy fan może liczyć na świetną, przyjemną i lekką lekturę opisującą najlepszą zabójczynię w całym Adarlanie. Świetne uzupełnienie całego cyklu, które może spodobać się również osobom, które z twórczością Sarah J. Maas nie miały do tej pory do czynienia - nie oczekujcie jednak twardej, skomplikowanej fantastyki. To jest zupełnie inny ciężar, który jednak znajdzie swoje miejsce na wielu półkach.

pokaż więcej

 
2018-08-12 17:07:51
Cykl: William Wisting (tom 5) | Seria: Mroczny zaułek

Norwescy autorzy są cenieni w Polsce już od długiego czasu, chociaż w mojej prywatnej biblioteczce znalazło się miejsce dla jedynie dwóch z nich, a są to Jo Nesbø oraz Jørn Lier Horst. Obaj autorzy, mimo że reprezentują ten sam gatunek, różnią się w swoich powieściach w sposób znaczny. Dzieła Horsta są przede wszystkim równe - niemalże wszystkie przeczytane od tej pory przeze mnie książki tego... Norwescy autorzy są cenieni w Polsce już od długiego czasu, chociaż w mojej prywatnej biblioteczce znalazło się miejsce dla jedynie dwóch z nich, a są to Jo Nesbø oraz Jørn Lier Horst. Obaj autorzy, mimo że reprezentują ten sam gatunek, różnią się w swoich powieściach w sposób znaczny. Dzieła Horsta są przede wszystkim równe - niemalże wszystkie przeczytane od tej pory przeze mnie książki tego autora reprezentują podobny poziom, co bardzo mnie cieszy - wiem dzięki temu czego mniej więcej spodziewać się po kolejnym tomie. Dokładnie z taką samą myślą usiadłem do “Nocnego człowieka” - piątego już tomu przygód komisarza Williama Wistinga. Po raz kolejny autor ani nie zawiódł ani nie zaskoczył, co w tym przypadku jest zdecydowanie komplementem.

Komisarz William Wisting widział w swojej karierze policjanta już wiele. Mimo to głowa nastoletniej dziewczyny nabita na pal w samym środku miasta należy do tych przypadków, w których nawet najbardziej doświadczony detektyw mięknie. To jednak właśnie on musi rozwiązać zagadkę makabrycznej zbrodni. Sprawy nie ułatwia mu kolejne ciało, wyłowione z wody. Media naciskają na policję, a wraz z nimi całe społeczeństwo. Albo sprawa zostanie szybko rozwiązana, albo czwarta władza będzie miała pożywkę jak nigdy dotąd. Jakby jednak tego było za mało, to Line, córka komisarza Wistinga, trafia ze swoimi artykułami o wspomnianym morderstwie coraz bliżej pierwszych stron gazet.

Nie bez powodu w krótkim opisie powyżej zawarłem informację o Line oraz jej podbojach pierwszych stron VG. Już od pierwszych stron powieści można zauważyć dodatkową zagadkę, którą tym razem próbuje rozwikłać młoda i ambitna Line Wisting - córka komisarza Williama Wistinga. Jest doskonałą dziennikarką, która umie nie tylko wykorzystać swój talent, ale również wszystkie dostępne środki, aby dopiąć swego i napisać jak najlepszy artykuł. “Nocny człowiek” to nie tylko pojedynek pomiędzy komisarzem a zagadką makabrycznej śmierci, ale również między Line a innym dziennikarzem, który wydaje się być cały czas o krok przed nią. Być może wydać się to może nieistotne, jednak Horst stworzył z tego pojedynku kolejny, dość istotny wątek, który można śledzić z jeszcze większym zapałem niż główny motyw książki.

“Towarzystwa ubezpieczeniowe zostałyby poproszone o zagwarantowanie, ż ludzie, którzy ucierpieli wskutek pożaru, otrzymają pełne odszkodowanie za poniesione straty, a gdyby nie chciały złożyć takich obietnic, na pewno zrobiłby to premier spacerujący po pogorzelisku w towarzystwie zakłopotanego burmistrza i osiemdziesięciu dziennikarzy”.

Sama zagadka kryminalna została poprowadzona w sposób dający czytelnikowi mnóstwo informacji i kierująca go na konkretny trop, który jednak niekoniecznie okaże się zawsze słuszny. To taka gra - czytelniku, daję Ci takie i takie informacje, zapewne wiesz co się teraz stanie, jeśli chcesz to podbij stawkę albo sprawdzaj. Jestem otwarty na przeróżne sposoby prowadzenia kryminału, jednak ten jest chyba jednym z moich ulubionych - zaraz po podaniu na tacy sprawcy i obserwacji w jaki sposób śledczy dochodzą do tych wniosków wraz z możliwością śledzenia wszystkich ich błędów i niedopatrzeń. W tym przypadku wydaje nam się, że wiemy co autor chce nam przekazać, jednak wrażenie to bywa złudne, co tylko dodaje nutkę pikanterii całej powieści.

Powieści, które pisze Jørn Lier Horst niemalże zawsze są wielowymiarowe - skupiają się nie tylko na samej przyjemności śledzenia postępów detektywów, ale również ukazują wybrany kraj wraz z pewnym problemem społecznym, który trapi nie tylko Norwegię, ale również cały świat. Tym razem mamy do czynienia z problemem narkotyków - ich przemytem oraz źródłami, z których pochodzą. Motyw kraju został nieco po macoszemu potraktowany w “Nocnym człowieku”, chociaż trzeba przyznać, że Horst nie wybrał zbyt łatwego do opisu państwa. W pewnym sensie wątek z nim związany może nawet wywoływać kontrowersje w niektórych kręgach, jednak w mojej opinii historia została opisana w sposób stonowany i zadowalający wszystkie strony, które mogłyby ujrzeć w książce Horsta próby narzucenia konkretnych poglądów.

Trochę brakowało mi pełnego rozwinięcia wątku „rywalizacji” pomiędzy dziennikarzami – przede wszystkim pewnego zakończenia. Przyznać muszę jednak, że ze względu na sposób wydawania całej serii (najpierw tomy późniejsze, dopiero później początkowe części), nie pamiętam czy został on dalej pociągnięty w późniejszych powieściach. Skoro jednak nie zapadł mi w pamięci, można założyć, że raczej nie miało to miejsca – lub zwyczajnie został przeze mnie pominięty jako kompletnie niezrozumiały. Tutaj niestety wychodzi pewna słabość takiej a nie innej drogi wydawniczej – chronologia tomów jest ważna nawet w przypadku historii, które nie są do końca w pełni ze sobą powiązane. Takie smaczki jednak wpływają na odbiór książki i jeśli zostaną pozbawione kontekstu, mogą mieć negatywny wpływ na ocenę.

“Prohibicja stała się katalizatorem przemytu i przestępczości zorganizowanej. (...) Po trzynastu latach wzrostu przestępczości, wielu aresztowaniach i gigantycznych wydatkach na służbę zdrowia, alkohol znowu stał się legalny”.

Nieco zbyt szybko gnała akcja poza granicami Norwegii – nie chcę jednak psuć pełnej zabawy informując o dokładnym kraju, do którego tym razem trafił komisarz William Wisting. Pierwszy raz spotkałem się u Horsta z tak szybko opisanymi wydarzeniami, które wręcz gnały na złamanie karku – jedna strona opisywała Norwegię, na drugiej już byliśmy daleko poza nią, potem powrót, znowu wyjazd poza granice. Za szybko, zdecydowanie za szybko. Na całe szczęście to jedynie kilkanaście stron takiej gonitwy, więc da się ją przeboleć – gdyby jednak ją rozpisać w stylu Horsta, czyli spokojnie, z dbałością o detale i bez zbędnego przyspieszania akcji, to dostalibyśmy kilkadziesiąt dodatkowych stron bardzo fajnej historii. Niestety tutaj również autor nieco zaprzepaścił możliwości, jakie sam stworzył.

Mimo wszystko motyw, który tym razem Jørn Lier Horst wybrał jako główny wątek, wokół którego prowadzone jest śledztwo, został wykorzystany w całkiem zgrabny sposób. Nie licząc wspomnianych „wpadek”, czytelnik otrzymuje dobrą historię, która wciąga głęboko i każe również zastanowić się nad paroma sprawami. Zwłaszcza kilka dialogów, prowadzonych pomiędzy głównymi oraz pobocznymi postaciami, pokazują nieco inne spojrzenie na sprawy, wokół których wyrosło mnóstwo stereotypów. To właśnie jedna z tych cech twórczości tego autora, którą cenię sobie najbardziej. Zapewnia nie tylko dobrą i stałą pod względem jakości rozrywkę, ale również pozwala nieco szerzej spojrzeć na współczesne problemy, głównie związane z przestępczością. Można śmiało powiedzieć, że książki Horsta łączą przyjemne z pożytecznym.

Książkę ocenić więc można jako bardzo dobrą, utrzymaną w klimacie, do którego przyzwyczajeni są fani autora. Równy poziom, z paroma wtopami, jednak w ogólnym rozrachunku “Nocny człowiek” to lektura niezwykle przyjemna i wciągająca. Na Horsta można liczyć niemalże w każdym przypadku, a jego dzieła można czytać w ciemno. Jeśli komuś zależy na dobrej jakości, chociaż bez wielkich fajerwerków, to niech śmiało sięga po cykl o komisarzu Williamie Wistingu - piąty tom to godny następca poprzednich oraz przedsmak tego, co czeka na czytelnika w kolejnych częściach.

pokaż więcej

 
2018-08-12 16:58:10
Dodał cytat z książki: Nocny człowiek
Prohibicja stała się katalizatorem przemytu i przestępczości zorganizowanej. (...) Po trzynastu latach wzrostu przestępczości, wielu aresztowaniach i gigantycznych wydatkach na służbę zdrowia, alkohol znowu stał się legalny.
 
2018-08-10 22:03:36
Dodał cytat z książki: Nocny człowiek
Towarzystwa ubezpieczeniowe zostałyby poproszone o zagwarantowanie, ż ludzie, którzy ucierpieli wskutek pożaru, otrzymają pełne odszkodowanie za poniesione straty, a gdyby nie chciały złożyć takich obietnic, na pewno zrobiłby to premier spacerujący po pogorzelisku w towarzystwie zakłopotanego burmistrza i osiemdziesięciu dziennikarzy.
 
2018-08-10 21:31:24
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-08-08 22:35:02
Autor:

Miałem już w swoim życie okazję czytać połączenie najnowocześniejszych technologii przyszłości z klimatami świata osadzonego wiele lat wstecz. Tym razem jednak “Immersja” jest nieco inaczej przedstawioną historią. Zgadza się co prawda fakt, że technologia jest wykorzystana do zatonięcia w grze (zupełnie jak w Aktach Caine’a Stovera), jednak świat, w którym osadzone są główne wydarzenia jest o... Miałem już w swoim życie okazję czytać połączenie najnowocześniejszych technologii przyszłości z klimatami świata osadzonego wiele lat wstecz. Tym razem jednak “Immersja” jest nieco inaczej przedstawioną historią. Zgadza się co prawda fakt, że technologia jest wykorzystana do zatonięcia w grze (zupełnie jak w Aktach Caine’a Stovera), jednak świat, w którym osadzone są główne wydarzenia jest o wiele starszy. Jest to bowiem Kreta z dwóch tysięcy lat przed naszą erą, kiedy rewolucja neolityczna już się dawno skończyła, a cywilizacja kreteńska oraz grecka właśnie powstawały. Takie kąska nie mogłem przegapić! Przyznać muszę, że był on smaczny, choć czasem dało czuś się nieprzyjemną gorycz.

Dzięki MayaVR podróże w czasie mogą być na wyciągnięcie ręki. No, może “podróże w czasie” to określenie na wyrost, jednak MayaVR potrafi stworzyć na bazie wprowadzonych danych archeologicznych świat niemalże idealnie odwzorowujący Kretę 1627 lat p.n.e. - Ben odczuwa na własnej skórze jak bardzo realistyczna jest ta gra. Problemem jednak okazuje się nie tylko dodatkowy, autoryzowany dostęp innych uczestników, jednak również nieautoryzowany dostęp intruzów, którzy nie mieli nigdy pojawić się w systemie. W czasach, w których zbudowano IAM przemoc potrafi się zrodzić z niewielkiego ziarenka chaosu, a w czasach starożytnych, kiedy dotychczasowe zasady przestają mieć znaczenie, przemoc staje się główną walutą.

Idylla. Spokój. Sielanka. Te trzy słowa idealnie pasują do klimatu, który towarzyszy podczas lektury pierwszych kilkuset stron powieści. Fajstos, 1627 lat przed naszą erą, to miejsce pełne spokoju, harmonii i wszechobecnej przyrody. Żyjący ludzie przedstawieni zostali jako miłujące spokój społeczności, które starają się chronić swoich pobratymców, wiodąc jednocześnie spokojne i pozbawione zwad życie. Naprawdę można się uspokoić i ukoić nerwy podczas lektury, chociaż nie na długo. Przeplatane fragmenty życia we “współczesnym” wydarzeniom świecie stopniowo stają się coraz bardziej nerwowe i napięte. Opisy zarówno jednego jak i drugiego świata na pewno są mocną stronę “Immersji”. Potrafią dobrze budować nastrój i pomagają wyobraźni pracować.

Nieco gorsze są dialogi. Często bywają dość sztuczne lub zbyt proste - rzec można, że nawet infantylne. Wiele razy zastanawiałem się, czy dalej czytam tę samą książkę. Prostota jest oczywiście bardzo często najlepszym, co może spotkać książkę, jednak poziom dialogów w tym przypadku był aż zbyt prosty. Zgodnie z moją wiedzą “Immersja” jest debiutem autora, więc osobiście patrzą zdecydowanie bardziej przychylnym okiem - w końcu dialogi nie są wcale najprostszą częścią każdej powieści, a wręcz przeciwnie. Warto jednak, abyście wiedzieli, że stanowią one przy okazji chyba najsłabszą część całej “Immersji”. Mam jednak nadzieję, że Erick Pol poprawi je w następnych powieściach, bowiem jest to rzecz, którą zwyczajnie należy szkolić udoskonalając swój własny warsztat.

Bardzo interesujący jest sam motyw sztucznej inteligencji połączonej z wirtualną rzeczywistością, który pokazuje w jaki sposób może wpływać na człowieka taka z porozu niewinna gra. Co prawda cały wątek psychologiczno-społeczny nie został w pełni rozwinięty (ani tym bardziej dokończony), to jednak możemy jako czytelnicy obserwować codzienne zmagania uczestników eksperymentu wraz z ich reakcjami. MayaVR ma ogromny wpływ nie tylko na myśli i codzienne zachowanie, ale również na to, co w pełni należy do naszej podświadomości. Nie mamy pewności, czy rzeczywiście tego typu technologie mogłyby w dokładnie taki sposób ingerować w nasze życie, jednak mamy możliwość obserwowania jednej z możliwości, jakie pojawią się wraz z rozwojem wirtualnej rzeczywistości i połączeniu jej wspaniałości z sieciami neuronowymi oraz innymi algorytmami sztucznej inteligencji. Bardzo smaczny kąsek dla wszystkich fanów tej tematyki.

Sam pomysł na fabułę należy uznać za poprawny i w miarę interesujący. Podróże w wirtualnej rzeczywistości, które miały początkowo być wyprawami czysto badawczymi, a które zmieniły się wręcz w kwestię życia lub śmierci to temat jednocześnie nietypowy i oklepany. Nagłe zwroty akcji w postaci dodatkowych uczestników nie należą do oryginalnych, jednak w wykonaniu Ericka Pola są bardzo zjadliwe i przyjemne w odbiorze. Zwłaszcza w połączeniu z opisami autora stanowią doskonały szkielet powieści. W wielu miejscach książka przykuwała do siebie, bo aż chciało się dowiedzieć co też autor wymyślić i jak potoczą się dalej losy bohaterów powieści. A tych mieliśmy kilku.

Niestety to również nie jest najmocniejsza strona “Immersji” - bohaterowie. Podczas lektury można dojrzeć pokaz przemiany głównego bohatera - naukowca, który biorąc udział w eksperymencie w pewnym sensie próbował zachować swoje stanowisko. MayaVR i drugie życie, które w niej prowadzi, zmieniają jego charakter zmuszając do wykształcenia cech i zachowań, o które wcześniej nikt by go nie posądzał. Nie jest on jednak tak wyrazisty, jakby można było się spodziewać. To samo można powiedzieć o pozostałych uczestnikach “gry”. Prowadzeni są oczywiście w większości konsekwentnie, zgodnie z założonym scenariuszem, jednak jest ich nie tylko zdecydowanie za mało, ale również często wydają się zbyt nijacy. Erick Pol stworzył coś w rodzaju sinusoidy, która ciągnie się przez całą książkę i ukazuje jej główne postacie na przemian jako osoby konkretne i dobrze skrojone oraz jako losowych ludzi, którzy pojawili się w historii, bo musieli się pojawić.

Mimo wspomnianych wad, książka jest naprawdę fajną powieścią, która rodzi nadzieje na lepszą kontynuację. Już wiele razy moja pobłażliwość w stosunku do debiutów zaowocowała mnóstwem wrażeń w późniejszych tomach. Problemy “Immersji” nie są niczym, czego nie można wyeliminować ćwicząc swój warsztat, a jej podwaliny są mocne i wystarczająco intrygujące. Świat stworzony przez Ericka Pola nie został może rozwinięty w stopniu zadowalającym, jednak głównie skupiał się na wydarzeniach w Fajstos, a te z kolei trzymają wysoki poziom, zwłaszcza w przypadku opisów zdarzeń, osób czy przyrody. Warto dać szansę, zwłaszcza jeśli patrzy się na debiuty przez palce. Wówczas można z tej powieści czerpać sporo przyjemności.

pokaż więcej

 
2018-07-31 21:09:57

Od niedawna odświeżam sobie lata młodości spędzone na graniu w World of Warcraft w nieco inny sposób - czytając książki bazujące na uniwersum stworzonym przez Blizzard. Prym wśród autorów na moich półkach wiedzie Christie Golden, która rzeczywiście stała się dla mnie kimś, kto pokazał, że jednak można napisać świetną powieść bazując na wydarzeniach z gry komputerowej. “Cisza przed burzą” jest... Od niedawna odświeżam sobie lata młodości spędzone na graniu w World of Warcraft w nieco inny sposób - czytając książki bazujące na uniwersum stworzonym przez Blizzard. Prym wśród autorów na moich półkach wiedzie Christie Golden, która rzeczywiście stała się dla mnie kimś, kto pokazał, że jednak można napisać świetną powieść bazując na wydarzeniach z gry komputerowej. “Cisza przed burzą” jest tym razem nieco innym przypadkiem - do tej pory zawsze znałem fabułę książki i wiedziałem jak potoczą się wydarzenia. Najnowsza książka wydana przez Wydawnictwo Insignis opowiada jednak historię, która nawiązuje do najnowszego dodatku World of Warcraft: Bitwa o Azeroth. Mogłem więc zupełnie inaczej podejść do lektury i muszę przyznać, że mam nieco mieszane uczucia, chociaż przeważają jednak te pozytywne.

Nad Azeroth zawisło kolejne niebezpieczeństwo, choć tym razem nie są to armie Płonącego Legionu. Sargeras nawet podczas swojego upadku potrafił zadać temu światu potworny ból. Z rany powstałej po uderzeniu jego mieczem wypływa azeryt - Horda i Przymierze próbują dojść do tego, w jaki sposób ta niezwykła substancja może im pomóc nie tylko w leczeniu własnych ran, ale w umocnieniu swojej pozycji. Odwieczny konflikt może jednak tym razem nabrać zbyt dużego rozpędu. Ten z kolei może spowodować totalną anihilację całego Azeroth. Chyba, że wcześniej Anduinowi uda się wprowadzić w życie swój karkołomny i na pierwszy rzut oka od razu skazany na niepowodzenie plan…

Książkę tę odbieram zdecydowanie inaczej niż wszystkie poprzednie, przeczytane przeze mnie tytuły bazujące na World of Warcraft. Tym razem nie znałem wcześniej wydarzeń, które opisuje autorka, a na dodatek wiele znanych mi postaci już nie żyje. Z drugiej strony o wiele lepiej można poznać jedną z wielokrotnie pominiętych postaci, jaką jest Sylvannas Windrunner (czy też w tłumaczeniu - Sylwana Bieżywiatr). Jest mniej więcej taka, jakiej się spodziewałem. Wyzuta z emocji, podstępna, przebiegła, niesamowicie inteligentna i z bardzo rozwiniętymi zdolnościami przywódczymi. Po drugiej strony barykady stoi Anduin Wrynn, kapłan, król Stormwind (w polskim tłumaczeniu Wichrogrodu), który jest aż do bólu praworządny, dobry, moralny i jedyne o czym marzy to pokój na wszystkich kontynentach. Różnice te u obojga bohaterów widać od samego początku, co tylko podkreśla problem, z jakim zmaga się obecnie Azeroth.

“- Jak to krasnoludy. - Wzruszyła ramionami. - Słowa latają nad głowami. Czasami kufle. Aczkolwiek myślę, że to drugie zdarza się rzadziej, gdy kufle są pełne”.

Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym nie narzekał na tłumaczenie. Bynajmniej nie zamierzam złego słowa powiedzieć o tłumaczeniu samym w sobie czy o pracy Dominiki Repeczko - bez jej pracy książki te nie byłyby napisane tak świetnym językiem, który potrafi wprowadzić w klimat opisywanych scen. Jak w większości książek do tej pory chodzi oczywiście o tłumaczenie nazw własnych, które przez Blizzarda są odgórnie narzucane, a które po prostu nie mają ładu ani składu. Część nazwisk jest spolszczona, część nie, niektóre z nich brzmią po prostu groteskowo, a nazw krain można się domyślić jedynie próbując w sposób naprawdę bezpośredni tłumaczyć we własnym zakresie (lub posiłkując się ich położeniem geograficznym, jeśli zna się mapy Azeroth). Mam nadzieję, że Blizzard kiedyś nabierze trochę racjonalności i albo w pełni wyprostuje tłumaczenia, albo zaprzestanie ich wymagania - obecny stan rzeczy fani gier są w stanie przełknąć. Nie wyobrażam sobie jednak być młodym adeptem, który pragnie posmakować nowego świata i dostać coś tak… absurdalnego.

Nie jestem do końca pewien jak odebrać niemalże chorobliwie praworządne zachowanie bohaterów Przymierza. Dla porównania Sylwana wraz ze swoimi poplecznikami jest po prostu konkretną, dobrze zbudowaną postacią, której charakter i osobowość oddają jej pozycję. Z kolei Anduina można jeszcze w pełni wytłumaczyć tym, że jest kapłanem, jednak jego świtę już niekoniecznie. Nie aż do takiego stopnia. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że taki dokładnie mógł być zamysł Christie Golden, aby jeszcze bardziej uwypuklić różnice między Przymierzem oraz Hordą na tle głównego planu króla Anduina. Mimo wszystko wiele razy się skrzywiłem podczas lektury z tego powodu, nie zamierzam jednak wieszać psów na takim zabiegu - w końcu nie jest aż tak łatwo manewrować pomiędzy dwiema tak skrajnymi postawami, więc niewątpliwie autorce należą się słowa gratulacji.

“Kiedyś pracowałem w Zimozdroju. Jestem śniegolubnym amatorem przytulanek przed kominkiem, kochającym święta piecuchem”.

Na ogromny plus zasługuje wątek pewnego goblina, który to (wątek) niestety nie jest tak długi i szczegółowy, jaki bym chciał, aby był, jednak zapewnił dużo dobrej zabawy. W całej książce występuje wiele nowych postaci oraz cały świat przewraca się do góry nogami, zwłaszcza pod kątem współpracy pomiędzy rasami, których nigdy by się nie posądzało o możliwość choćby przebywania we własnym towarzystwie. Horda otrzymuje nową przywódczynię, która prowadzi rządy nieco inne niż te, do których przywykła Stara Horda, natomiast Przymierze zastanawia się nad schowaniem starych strachów. Na pewno jest to książka, która spowoduje niezłe zamieszanie w głowach starych wyjadaczy, którzy pamiętają doskonale czasy pierwszych Warcraftów.

Całkiem dobra pozycja, choć ustępuje swoim poprzedniczkom. Wciąż jest to ten sam, niezwykle przyjemny styl Christie Golden (w postaci tłumaczenia Dominiki Repeczko), chociaż nie pokazuje takiego pazura, jakiego można było się spodziewać. Końcówka niesamowicie wciąga i jest na pewno dźwignią, która podnosi całą powieść o wiele wyżej, niż sugerować by mogła cała pierwsza połowa “Ciszy przed burzą”. Nie nazwałbym tej książki czołówką World of Warcraft, chociaż całokształt wypada całkiem dobrze. Jeśli jesteście przygotowani na wywrócenie do góry nogami wszystkiego, co wiedzieliście do tej pory o Azeroth oraz frakcjach zamieszkujących poszczególne kontynenty, to pewnie nie będziecie żałować. Jeśli jednak jesteście przyzwyczajeni do takiego a nie innego podziału sił i sposobów rządzenia - możecie przeżyć szok. Czy pozytywny, czy negatywny, to już musicie przekonać się o tym sami…

pokaż więcej

 
2018-07-26 21:25:14
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-07-23 16:01:57
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Babylon (tom 6)
 
2018-07-23 09:38:53
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-07-22 20:19:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018

Kiedy ktoś mówi mi o klasycznych literaturze grozy, na myśl przychodzi mi oczywiście Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecraft. Niemalże cała twórczość obu wspomnianych autorów jest jeszcze przede mną, chociaż sam ich dorobek jest doskonale znany chyba większości miłośników literatury. Dominik Łuszczyński w swoim zbiorze opowiadań nawiązuje właśnie do tych klimatycznych dzieł, których atmosferę... Kiedy ktoś mówi mi o klasycznych literaturze grozy, na myśl przychodzi mi oczywiście Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecraft. Niemalże cała twórczość obu wspomnianych autorów jest jeszcze przede mną, chociaż sam ich dorobek jest doskonale znany chyba większości miłośników literatury. Dominik Łuszczyński w swoim zbiorze opowiadań nawiązuje właśnie do tych klimatycznych dzieł, których atmosferę trzeba po prostu umieć oddać. Nie każdemu się to udaje, i nie każdy jest w stanie napisać coś, co będzie miało podobny wydźwięk. Ciężki, mroczny, ale jednocześnie subtelnie pociągający za najgłębiej osadzone struny ludzkiej psychiki. Czy “Chorały z pogranicza czasu” można uznać za właśnie ten typ literatury? Zdecydowanie tak.

Kiedy groza wypływa z każdego zakątka otaczającego Cię świata, nie myślisz racjonalnie. Kiedy strach zaczyna szarpać Twoją i tak już nadwyrężoną psychikę, starasz się uciec jak najdalej, nie bacząc na przeciwności. Dokładnie do takiego stanu chce Cię, Drogi Czytelniku, doprowadzić autor w swoim zbiorze opowiadań. Każde z nich to kolejna porcja grozy, dawkowana w takiej ilości, aby utrzymać Cię przy życiu, ale zapędzić Cię w róg nie dając ani chwili wytchnienia.

Jeśli ktoś zapytałby mnie o to, jaka jest jedna, charakterystyczna cecha “Chorałów z pogranicza czasu”, to zdecydowanie wskazałby barwny i nieco archaiczny język. Opisy są bardzo barwne i wyraziste, nadając opisywanym miejscom czy wydarzeniom dodatkowej aury tajemniczości. Czytając opowiadania Dominika Łuszczyńskiego można się poczuć, jakby sięgnęło się po pozycję napisaną na długo przed narodzinami autora. Świetnie koresponduje to z nastrojem, który ewidentnie chce zbudować w swojej książce autor. Ciężki, nieco podniosły, rozlewający powoli emocje po umyśle czytelnika.

“Jak można twierdzić, że każdy może być panem swego losu w społeczeństwie, w którym wartość człowieka określa się między innymi poprzez pryzmat jego wyglądu?”

Każde z opowiadań jest zupełnie inne i porusza kompletnie odrębną tematykę. Wszystkie jednak mają jeden wspólny mianownik - granie na emocjach czytelnika. Odwołują się zarówno do uczuć, jak i przywar czy też po prostu cech, które można w łatwy sposób piętnować lub ukazać ich zgubny wpływ. Czasem wręcz przez myśl przechodziło mi porównanie do bajek, ze względu na alegoryczność tych utworów, chociaż oczywistym jest, że z bajkami zdecydowanie nie mają nic wspólnego. Nie wywołały we mnie co prawda przerażenia, jednak atmosfera, którą budują miejscami aż prosi się o pokrojenie rzeźnickim nożem. Tutaj Dominik Łuszczyński wykonał naprawdę kawał dobrej roboty. Można się poczuć jak w samym środku opisywanej historii.

Oprócz barwnego języka, wszystkie opowiadania charakteryzują się bardzo dużą plastycznością. Miejsca wraz z ich opisami można dowolnie kreować w swojej wyobraźni, tworząc byty wprost z naszych najgorszych (lub też najlepszych) koszmarów. Autor pozostawia wiele miejsca na snucie własnych wyobrażeń i unika bezpośrednich porównań. Metafory są raczej ogólnikowe, choć wystarczająco rozbudowane, aby nacieszyć się samym językiem narracji. Odniosłem wrażenie, że taki zabieg był od samego początku stosowany z pełną premedytacją - być może moja niepewność wynika z niezbyt obszernej znajomości klasyki literatury grozy, jednak jeśli jest to standard, to omija mnie zdecydowanie zbyt wiele dobrego.

“Słyszał ich nieskładne szepty, niewyraźne charkoty i buczenia przerywane odgłosem pękających ropni”.

Sama treść historii i ich warstwa fabularna czasem mogłyby jednak być nieco mniej rozwleczone, lub wręcz przeciwnie - rozbudowane. Jest kilka pozycji, które z samego założenia nie powinny być rozszerzane na wiele stron, jednak w pewnym przypadkach czuje się lekki niedosyt. Wśród dłuższych form za to niektóre fragmenty można by pominąć - zwłaszcza kiedy mówimy o opisach. Mimo swego niesamowitego klimatu i niewielkiej liczby stron, bywały momenty, w których musiałem zwyczajnie odpocząć od “Chorałów z pogranicza czasu”. Sam klimat, który utworzył Dominik Łuszczyński jest jednak wart przebrnięcia przez mniej interesujące partie książki, a trud będzie wynagrodzony niecodziennymi przeżyciami związanymi z lekturą grozy.

Ogólnie rzecz biorąc jest to kawał fajnej literatury, która może się spodobać zarówno fanom powieści grozy, jak i osobom, które nie miały jeszcze styczności z tego typu literaturą. Dominik Łuszczyński prowadzi czytelnika przez swoje opowiadania w sposób klimatyczny, omijając szerokim łukiem elementy kojarzone ze współczesnym horrorem (zwłaszcza filmowym), co dla mnie jest przeogromnym plusem. Tego typu zbiory oraz powieści aż chce się czytać. Autorowi co prawda nie zawsze udało się zbudować idealną historię, jednak zapewne wszystko jest kwestią warsztatu - dać szansę jednak warto, choćby za język wykorzystany w “Chorałach na pograniczu czasu” oraz atmosferę, którą udało mu się stworzyć. Za te dwa elementy - chapeau bas!

pokaż więcej

 
2018-07-16 20:43:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Autor:

Zbyt dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ostatni raz sięgałem po książki Mistrza. Najwyższa pora to nadrobić, zwłaszcza że kolekcja cały czas się powiększa. “Dolores Claiborne” jest wręcz idealnym kandydatem po dość długiej przerwie od Kinga, bowiem uznawana jest za bardzo dobrą pozycję z dorobku tego autora. Przy okazji nie jest ciężka (podobno) ani trudna w odbiorze (podobno). Chciałem więc te... Zbyt dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ostatni raz sięgałem po książki Mistrza. Najwyższa pora to nadrobić, zwłaszcza że kolekcja cały czas się powiększa. “Dolores Claiborne” jest wręcz idealnym kandydatem po dość długiej przerwie od Kinga, bowiem uznawana jest za bardzo dobrą pozycję z dorobku tego autora. Przy okazji nie jest ciężka (podobno) ani trudna w odbiorze (podobno). Chciałem więc te “podobno” wyeliminować i jednoznacznie odpowiedzieć Wam na pytanie, czy słusznie uznawana jest za jedną z lepszych powieści Stephena Kinga. Z czystym sumieniem mogę napisać, że absolutnie nie dziwię się tej opinii i podpisuję się pod nią wszystkimi moimi kończynami. Przynajmniej dopóki są w pełni sprawne.

Przesłuchania na policji mogą być długie. Zwłaszcza, jeśli jest się podejrzanym o popełnienie morderstwa. Kiedy Vera Donovan żegna się z życiem, jako jedna z pierwszych na komendę trafia Dolores Claiborne - była opiekunka Very, która wielokrotnie dała do zrozumienia, że z chęcią pozbawiłaby życia swoją chlebodawczynię. Ku wielkiemu zdumieniu prowadzących śledztwo, Dolores nie ma jednak zamiaru przyznać się do zabójstwa. A na pewno nie do zamordowania Very. Za to zbrodnia sprzed prawie trzydziestu lat, dokonana na własnym mężu to coś zupełnie innego...

Co prawda wiele jeszcze książek Stephena Kinga przede mną, ale po “Mrocznej Wieży” myślałem, że niczym mnie już nie zaskoczy. A jednak Kingowi się to udało i to w gruncie rzeczy niepozorną powieścią, którą jest “Dolores Claiborne”. Nie chodzi jednak wcale o jakąś ponadczasowość czy wspaniałość bijącą inne dzieła Mistrza. Absolutnie - “Dolores Claiborne” nie jest bowiem ani mrożącym krew żyłach horrorem, ani trzymającym w napięciu thrillerem. Jest po prostu… nietypowa. Zaskoczyła mnie głównie forma, jaka została wykorzystana do jej napisania. Całą książka jest bowiem zapisem zeznań tytułowej Dolores Claiborne. King wykorzystał narrację pierwszoosobową, w której oskarżona opowiada policjantom coś, co można nazwać historią swojego życia.

“Czuję jakiś przeciąg, Andy. Czyżby tak wiało z twojej rozdziawionej gęby?”

Nie jest to jednak coś w rodzaju czytania zeznań - bardziej można to przyrównać do ich słuchania. Dolores w trakcie swojej przemowy komunikuje się bezpośrednio z policjantami, jednak Stephen King nie zawiera w tekście bezpośrednio ich odpowiedzi. Można je wywnioskować jedynie z dalszych wypowiedzi Dolores. Czytanie czegoś takiego jest naprawdę interesującym przeżyciem. Co ciekawe, muszę przyznać, że wyszło to niesamowicie. Wydawać by się mogło, że to w sumie takie nic, zwykły, znany od lat sposób prowadzenia narracji, ale jednak dorzucenie do tego pośredniej rozmowy z niewidocznymi dla czytelnika osobami dodał fajnego smaczku. Małe rzeczy, a cieszą. Nie przypominam sobie żadnej książki, którą czytałem, bądź o której wiem, żeby stosowała ten sam zabieg. Można więc powiedzieć, że i w tym przypadku King zrobił coś… oryginalnego.

Na ogromny plus zasługuje humor, którym autor wypełnił niemalże całą książkę. Nie zdążyłem dojść do trzydziestej strony, a już śmiałem się niemalże do upadłego! “Dolores Claiborne” ze swoim ciętym językiem i prostym humorem potrafi rozbawić do łez. Stephen King często w swoich książkach zawiera sporo specyficznego dla niego humoru, jednak w tym przypadku chyba przeszedł samego siebie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to humor przedstawiany przez prostą kobietę, jak sama o sobie mówi, wyspiarkę z krwi i kości, która przez całe życie pracowała urobiona po łokcie. To jednak świadczy jednak o kunszcie Kinga (oraz tłumacza polskiej wersji językowej! w końcu podołał wyzwaniu!), który był w stanie w wiarygodny sposób oddać styl i język, jakim posługiwała się Dolores Claiborne, której lata młodości przypadają w okolicach lat 40. i 50. XX wieku. Nie dość, że wyszło znakomicie, to jeszcze przykuwało uwagę jeszcze lepiej.

“A tak już jest, że sranie ma w sobie coś komicznego”.

Sama historia, którą opowiada Dolores na kartach książki jest słodko-gorzkim przedstawieniem jej żywota - prostego, pełnego nieszczęść, ale i przezabawnych sytuacji. Chociaż większość humoru bierze się z nieco satyrycznego podejścia głównej bohaterki do jej przeżyć. Nawet te nieprzyjemne chwile potrafi ubrać w bardzo zabawny sposób. Mimo tego, że jest to nic innego jak właśnie opowieść o dziejach pewnej wyspiarki, to Stephen King stworzył z tego historię, którą się wręcz pochłania. Wszystkie elementy układanki doskonale do siebie pasują, a do tego dążą do jednego - w jaki sposób Dolores Claiborne zabiła swojego własnego męża. O tym fakcie dowiadujemy się już na samym początku, a później czekamy na szczegóły, które zdradzi przesłuchiwana żona. Jestem naprawdę pod wrażeniem jak można zrobić tak ciekawą książkę z tak prostego i niezbyt porywającego motywu.

Zdecydowanie świetna książka. Nie jest to ta twórczość Stephena Kinga, za którą wynosi się go pod niebiosa, ale na pewno należy do tych książek, za które można autora ogólnie chwalić. Prosta, ale wciągająca i pełna humoru. Tego dobrego, specyficznego dla Kinga humoru, który nie wszystkim podchodzi. Jeśli jednak się okaże, że “Dolores Claiborne” trafiła w czyjś gust, to lepiej nie czytać jej w publicznym miejscu. Ludzie mogą zacząć się dziwnie patrzeć, jeśli co chwilę parska się śmiechem, lub wręcz zaczyna się śmiać na całe gardło. Doskonała nie tylko jako przerywnik, ale również jako pełnoprawna pozycja, która nie będzie w żaden sposób umniejszać Waszej domowej biblioteczce. Jednym słowem - polecam!

pokaż więcej

 
2018-07-15 20:54:27
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Infekcja (A. Wardziak) (tom 1)
 
Moja biblioteczka
610 222 1828
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (28)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (20)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd