ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 32 cytaty, ostatnio widziany 2 dni temu
Teraz czytam
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 10046 | opinie: 369 | ocena: 7,79 (2804 głosy) | inne wydania: 3
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3157 | opinie: 166 | ocena: 6,95 (1694 głosy)
  • World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec
    World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec
    Autor:
    Minęły lata od dnia, w którym dwunastoletni Aram ­Thorne, bystry chłopiec z nieodłącznym szkicownikiem w dłoni, widział po raz ostatni swojego ojca. Gdy więc kapitan Greydon Thorne schodzi na brzeg i...
    czytelników: 24 | opinie: 2 | ocena: 7,33 (6 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-12 23:50:43
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-10-12 19:01:25
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-10-12 19:00:55
Autor:

Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami... Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami czasu, nakłania mnie do sięgania po kolejne. W końcu zdarzały się już książki, które zawierały praktycznie same dobre opowiadania. Szkoda by było stracić okazję na znalezienie takiej perełki. Może i małże nie byłyby wbiebowzięte, ale zapewne książką by nie pogardziły.

Co łączy cmentarzysko, zamtuz, dzierlatki oraz korporację? Opowiadania. Raz mroczne, raz wesołe, idealne na chandrę oraz takie na wspaniały humor. W tym wszystkim pląsa mały anioł, Lichem zwany, który zamieszkuje pewien wspaniały dom i dba o niego jak o swój własny. Wszystko spod pióra Marty Kisiel, która udowadnia, że żonglowanie między światami, postaciami i klimatami nie jest wcale takie trudne. W każdym razie jest wykonalne. Długie, krótkie, rozbawiające do łez i skłaniające do refleksji (nie mylić z refluksem) – to wszystko można znaleźć na kartach niniejszej książki.

„Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek”.

Niemal każde opowiadanie jest z zupełnie innej bajki, a mimo to praktycznie wszystkie wydają się być równe. Równo napisane, z utrzymaną taką samą jakością; ciężko znaleźć takie, które wyróżniałoby się w jedną czy drugą stronę. Marta Kisiel zdecydowanie potrafi przede wszystkim wyczuć środek ciężkości danego opowiadania. W zbiorze można znaleźć zarówno takie, które zajmują raptem kilka stron, jak również te, które czyta się przez kilkanaście kartek. Bez względu na to, jak długie jest dane opowiadanie, ma dobrze osadzony środek ciężkości – jest skrojone wręcz na miarę. Nie kończy się nagle i niespodziewanie, nie zaczyna w pewnym momencie gnać na złamanie karku. Opowiadaniom w „Pierwszym słowie” brak jest więc jednego z najbardziej irytujących problemów opowiadań, którego niestety nie jest tak łatwo uniknąć.

Kiedy czytałem pierwszy raz książkę napisaną przez Martę Kisiel, zachwyciło mnie bogactwo słownictwa, którym może się poszczycić autorka. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie próbowała się ani wtedy, ani w „Pierwszym słowie” chwalić znajomością „trudnego” słownictwa. Nie próbowała (i nie próbuje) wyjść na niesamowicie elokwentną. Używa po prostu mnóstwa różnych wariacji popularnych słów oraz zdecydowanie widać, że słownik wyrazów bliskoznacznych to jeden z jej najbliższych przyjaciół – nawet pisząc niniejszą opinię czuję się jakbym posługiwał się jedynie minimalną liczbą wymaganych do swobodnej komunikacji słów. A przecież autorka używa jedynie słów ogólnie znanych, nie sięga po żadne wymyślne czy niezwykle fikuśne.

„ – No i mamy pojedynek na głupotę, bezdenna przeciw bezbrzeżnej (...)”.

Autorka (lub – jak ją określają fani – ałtorka) miesza ton radosny z tym przybijającym, dzięki czemu otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. W jednym opowiadaniu przyciska nas depresja, a w drugim tryskamy radością i entuzjazmem wraz z bohaterami. Te nieco bardziej dołujące są jednak krótkie, treściwe i pozostawiające sporo do domysłów i własnej interpretacji – te bardziej wesołe mają o wiele dłuższą formę. Niby nie wpływa to w żaden sposób na same opowiadania (jak wspomniałem, są raczej równe), jednak zdecydowanie inaczej się je odbiera. W każdym razie ja każde z nich przeżywałem w zupełnie inny sposób. Krótkie, depresyjne formy nie pozwalały mi się wgryźć w detale, a jedynie ukazywały sam szkielet, wokół którego można samemu zbudować odpowiednie tkanki i uformować z nich docelowy kształt. Wydaje się to nieco przesadzonym opisem, jednak naprawdę można dokładnie takie wrażenie odnieść – jakby Marta Kisiel specjalnie zostawiła jedynie sam szkielet opowiadania, który pozostawia dużo miejsca na interpretację.

Bardzo udany zbiór opowiadań, które nie są może bardzo odkrywcze czy porywające, ale zapewniają sporo rozrywki (oraz przemyśleń). Na ogromny plus na pewno zasługuje fakt, że niemalże wszystkie z nich są równe – nie ma takich, które znacznie odbiegają jakością od reszty. Ciężko mi wskazać najgorsze lub najlepsze z nich. Co w połączeniu z dobrym całokształtem daje naprawdę niezły wynik. Osobiście jestem ukontentowany „Pierwszym słowem” i zaliczam je do tego nielicznego grona zbiorów opowiadań, które będę wspominał pozytywnie. A nawet polecał! Zwłaszcza, że znajdują się w nim opowiadania dotyczące Licha oraz Ody, znanych z innych, tym razem dłuższych, dzieł Marty Kisiel.

pokaż więcej

 
2018-10-03 21:37:15
Cykl: Czarne Światła (tom 2)

Pierwszą część cyklu „Czarne światła” skończyłem czytać stosunkowo niedawno – w czerwcu 2018 roku. Książka okazał się być bardzo odświeżającą pozycją w porównaniu do powieści, które czytam na co dzień. Nie była doskonała, jednak pokazywała naprawdę duży potencjał, zwłaszcza na rozbudowę świata. Niewiele się więc zastanawiałem kiedy otrzymałem propozycję przeczytania kolejnego tomu, czyli... Pierwszą część cyklu „Czarne światła” skończyłem czytać stosunkowo niedawno – w czerwcu 2018 roku. Książka okazał się być bardzo odświeżającą pozycją w porównaniu do powieści, które czytam na co dzień. Nie była doskonała, jednak pokazywała naprawdę duży potencjał, zwłaszcza na rozbudowę świata. Niewiele się więc zastanawiałem kiedy otrzymałem propozycję przeczytania kolejnego tomu, czyli „Spektrum”. W związku z tym potencjałem, o którym wspomniałem, od samego początku liczyłem na naprawdę wiele. Na rozwój tego, co zostało przedstawione w pierwszym tomie, na jeszcze lepszą historię oraz wyjaśnienie niektórych wątków z „Łez Mai”. Wydaje mi się, że moje oczekiwania zostały wyjątkowo spełnione.

Atak na Beyond Industries był dniem, który zmienił całkowicie życie całego New Horizon. Był on również dniem, który przewrócił świat Jareda Quinna do góry nogami. To przez wydarzenia z tego pamiętnego dnia stał się niemal cyborgiem, z mnóstwem cybernetycznych wspomagaczy, sztucznymi organami oraz wszczepami. Wydaje się, że kazdy doskonale wie, co wydarzyło się w B-Day. Jednak to Maya zna całą prawdę o tym, co zrobiła, jak mijały kolejne dni i w co zmieniła się reinforsynowa ekstaza, która opanowała większość zbuntowanych replikantów. Tylko ona pamięta i jest w stanie przekazać tę wiedzę innym. W tym również samemu Quinnowi.

Absolutnie nie czytajcie tej pozycji bez znajomości pierwszego tomu, czyli „Łez Mai”. Po prostu zabierzecie sobie nie tylko przyjemność z czytania poprzedniej części, ale i tej. „Spektrum” jest bowiem opisem wydarzeń znanych z wcześniejszej powieści, jednak tym razem z perspektywy Mai – replikantki, która przydzielona została jako partner Jareda Quinna, policjanta z New Horizon. A muszę przyznać, że ta druga perspektywa jest przedstawiona w iście pyszny sposób. Nie tylko bowiem możemy poznać samą wersję wydarzeń przedstawioną przez replikantkę, która traktowana była jako antagonista w „Łzach Mai”, ale również przyjrzeć się tej tajemniczej i niedostępnej części miasta, którą jest ukryte za Murem Dark Horizon.

„Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci, a ta ucztuje na mózgach duszonych w psychodelicznym sosie”.

Tutaj Martyna Raduchowska stworzyła niezbyt skomplikowaną, ale spójną logicznie przestrzeń. Dark Horizon daje się poznać jako wciąż bliżej nieokreślone na mapie miejsce, które jednak nieznacznie odkrywa swoje uroki. Poznajemy również nieco lepiej jego mieszkańców (o ile można ich tak nazwać), powody, dla których się tu znaleźli oraz samą infrastrukturę, którą odszczepieńcy zbudowali na ruinach tego, co pozostało po buncie oraz późniejszych nalotach. Autorka opisuje jak wygląda handel, zdobywanie pożywienia, komunikacja ze zwykłymi mieszkańcami New Horizon oraz przede wszystkim codzienność zarówno tych normalnych, jak i nieco oszalałych od reinforsyny wygnańców. Nie znajdziecie tutaj wielu fajerwerków, ale na pewno możecie liczyć na dopracowane i przemyślane motywy.

„Spektrum” nie pochłania od samego początku do końca i nie kradnie czasu. Nie zmusza do czytania i nie sprawia, że zapomina się o całym świecie. Jednak „Spektrum” gwarantuje nie tyle rozrywkę, co dobrze spędzony czas nad dobrze napisaną książką. Można powiedzieć, że jest to taki paradoks – nie jestem w stanie się zachwycać tą książką, jednak nie jestem również w stanie nazwać jej przeciętnym czytadłem. Jest jednocześnie zbyt dobra na to, oraz nie aż tak dobra, aby rozpatrywać ją w kontekście najlepszych ze swojego gatunku. Na pewno jest jeszcze lepsza niż „Łzy Mai”, które same w sobie były już bardzo przyjemną lekturą. Szersze ukazanie świata, skupienie się na odpowiednich wątkach, odpowiedzi na pytania czytelników oraz wyjaśnienie ledwo rozpoczętych wątków osadza „Spektrum” na o wiele wyższym poziomie.

Z najciekawszych rzeczy, które możemy spotkać w drugiej części „Czarnych świateł” jest skupienie się na tym, w jaki sposób replikanci funkcjonują, jak są zbudowani, na co są wrażliwi, a na co odporni. Kiedy używam słów „jak są zbudowani”, mam na myśli dosłownie wykorzystane materiały, gniazda w ich ciele, neurozłącza oraz całą resztę technologicznego żelastwa, które wchodzi w skład androida łudząco przypominającego człowieka, jednak będącego na o wiele wyższym poziomie. Również poruszone wątki dotyczące psychiki potencjalnych androidów oraz tego, w jaki sposób można zapanować nad ich wciąż rosnącą inteligencją stanowią są bardzo smacznymi kąskami. Opisy radzenia sobie w Dark Horizon w sposób naturalny rozszerzyły również wachlarz dostępnych czytelnikowi technologii oraz urządzeń, które wprowadzone zostały przez autorkę do stworzonego przez nią świata.

„Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę”.

Co ciekawe, „Spektrum” może się pochwalić całkiem zacnym cliffhangerem. Przyznam szczerze, że już dość dawno nie miałem aż takiej ochoty od razu sięgnąć po kolejny tom. Zakończenie jawnie pokazujące czego możemy się spodziewać w kolejnej części, jednak pozostawiające niezły mętlik w głowie – dlaczego akurat tak, skąd się to wzięło, jak się to wszystko ma do informacji, które pojawiły się w książce. W połączeniu z domysłami snutymi przez postacie biorące udział w ostatnich scenach, otrzymujemy mieszankę wybuchową, co do której nie wiemy jedynie w jaki sposób eksploduje. A bardzo chcemy tę eksplozję zobaczyć na własne oczy.

Świetna następczyni „Łez Mai”, która rzeczywiście jest zupełnie inna niż większość kontynuacji czy kolejnym tomów w cyklach. Mnóstwo technologii przedstawionej w prosty sposób, dla przeciętnego czytelnika, jednak ukazującej swój ogrom oraz pomysłowość autorki. Zupełnie inna perspektywa wydarzeń z pierwszego tomu pozwala na wyrobienie sobie opinii nie tylko na temat jednej ze stron „pojedynku” pomiędzy porucznikiem a jego partnerką, ale również na szersze spojrzenie na życie w stolicy po B-Day. Bardziej dojrzała, choć wciąż emocjonująca i nastawiona na dobrą rozrywkę książka. Zdecydowanie z niecierpliwością będę wyczekiwał kontynuacji.

pokaż więcej

 
2018-09-28 21:42:18
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-09-28 20:37:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 4)

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym... Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym z Mgły”, to jednak nie sięgnąłem po nie od razu. Trochę była to chęć czekania na czwarty tom przygód Waxa i Wayne’a, a trochę po prostu zakopanie się w innych książkach. Jednak wreszcie udało mi się sięgnąć po „Stop prawa” i w sumie trochę szkoda, że tak późno.

Waxillium Ladrian piastuje funkcję głowy rody Ladrian – niegdyś jednego z najbardziej wpływowych rodów Elendel, obecnie jednego z najbardziej pogardzanych i stojących niemalże na skraju bankructwa. Wax oczywiście nie zawsze był bywalcem na salonach. Jako Podwójny, posiadający dar Allomancji oraz Feruchemii starał się być prawem dla ludzi w Dziczy. Śmierć wuja, dotychczasowej głowy rodu, spowodowała jednak, że musiał porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia i stanąć na wysokości zadania, jakie stoi przed ostatnim, męskim potomkiem jego rodu. Elendel jednak może okazać się miejscem o wiele bardziej niebezpiecznym i potrzebującym żelaznej (lub stalowej) ręki niż cała Dzicz razem wzięta.

„Stop prawa” jest całkowicie inną książką niż tomy wchodzące w skład trylogii „Zrodzonego z mgły”. Co prawda są to wydarzenia, które mają miejsce trzysta lat po tym, co stało się nie tylko udziałem Kelsiera, ale również Elenda oraz Vin, jednak cały świat wygląda kompletnie inaczej. Mamy ciągle do czynienia z allomancją i ferruchemią, ale do tego doszło jeszcze parę nowinek technicznych, wśród których prym wiodą broń palna oraz elektryczność. Podstawowym orężem są pistolety, rewolwery oraz strzelby, natomiast większość rezydencji wielmożów oświetlana jest za pomocą żarówek. Spotykamy również innych bohaterów, w innym mieście oraz przede wszystkim innym świecie, który na pierwszy rzut oka dzieli się na Elendel oraz całą resztę – Dzicz.

„– Po prostu go ignoruj - poradził jej Waxillium. – Zaufaj mi. On jest jak wysypka. Im mocniej się go drapie, tym bardziej denerwujący się robi”.

Dwójka protagonistów – Wax oraz Wayne – wywołują u mnie nieco mieszane uczucia. Przypominają bardzo nowoczesnych detektywów, którzy starają się podchodzić do każdego śledztwa zgodnie z pewnym schematem, planując operacje na bazie doświadczeń. Istnienie uniwersytetu, który wykłada kryminologię (o czym dowiadujemy się już niemalże na samym początku powieści) potwierdza uwspółcześnienie całej historii. Niestety właśnie to, w połączeniu z kreacją Waxa i Wayne’a powoduje, że pojawia się pewien dysonans. Niby mamy do czynienia z kontynuacją, ale jednak Brandon Sanderson porwał się na stworzenie czegoś, co można nazwać kryminałem osadzonym w świecie fantasy, który ma przywołać na myśl opowieści osadzone w XIX wieku. Niby fajnie, ale coś jednak zgrzyta.

Sama fabuła jest jednak prosta i pieruńsko wciągająca. Nie ma tak zawiłych powiązań ani intryg jak w przypadku wcześniejszych trzech tomów. Mamy tym razem historię niemalże od samego początku wyjaśnioną pod względem koncepcyjnym, jednak Brandon Sanderson powoli odkrywa karty, którymi chce zagrać. W połączeniu z odpowiednią ilością dobrego humoru daje to ogólnie rzecz biorąc świetną mieszankę. Ciężko się oderwać od książki, nawet jeśli sam świat przedstawiony nie do końca czytelnikowi będzie pasował. Ogólnie jest to powieść generująca u mnie sporo ambiwalentnych uczuć, ponieważ jest jednocześnie powiewem świeżości (łączy allomancję, ferruchemię i nowoczesną technikę, a samo to wyszło wyśmienicie) oraz niezbyt dopasowanym kaloszem (z wcześniej wspomnianego połączenia średnio podoba mi się motyw czysto kryminalny).

„– Nawet nie próbuj – przerwał jej Waxillium, chowając rewolwer. – Logika nie działa na Wayne'a.
– Od wędrownego wróżbity kupiłem kiedyś amulet chroniący przed nią – wyjaśnił Wayne. – Dzięki temu mogę dodać dwa do dwóch i uzyskać korniszona”.

Również mimo tego, że teoretycznie trylogia „Zrodzonego z mgły” wskazuje na to, że większość tematu dotyczącego allomancji czy ferruchemii jest raczej wyczerpana i rozwinąć można już niewiele, autor pokazał jak bardzo w błędzie są wszyscy, którzy tak myśleli. Nie tylko samo wprowadzenie rewolwerów oraz elektryczności dodało mnóstwo możliwości. Również połączenie ferruchemii z samą allomancją daje dodatkowe opcje, które Brandon Sanderson wykorzystał przy kreowaniu nowego świata. Jeśli więc komuś znudził się już świat pełen osób wykorzystujących metale, to niech się nie martwi – tym razem dostanie jeszcze więcej nowych sposobów, które może nie tyle zadziwią, co zapewnią dużo rozrywki. A ci, którzy zakochali się w takim przedstawieniu magii, mogą po prostu liczyć na rozszerzenie dostępnego repertuaru.

Bardzo fajna lektura, która zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. Jeszcze bardziej rozbudowany świat, niż we wcześniejszych trzech tomach, chociaż być może technika nieco za mocno pogalopowała do przodu. „Stop prawa” warty jest przeczytania, nawet mimo tego, że nie wszyscy mogą uznać go za lepszego od swoich bezpośrednich poprzedników. W każdym razie osobiście czuję się usatysfakcjonowany kontynuacją, która jest tak naprawdę kolejnym rozdziałem w historii stworzonej przez Brandona Sandersona. Jeśli słowa autora o tym, że Wax i Wayne są tylko łącznikami między historią Vin a czymś zagnieżdżonym w futurystycznym świecie się spełnią, to może się to okazać niesamowicie interesującym cyklem.

pokaż więcej

 
2018-09-23 12:14:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018

Książka ta wpadła w moje ręce całkowitym przypadkiem. O ile dobrze pamiętam, zakupiłem ją w Auchan za jakąś śmiesznie niską kwotę. Skusiła mnie nie tylko sama cena, ale również opis z tyłu okładki. Przygody, które można przeżyć w samym środku miasta lub na jego obrzeżach? I to takie, które trwają maksymalnie jedną noc, dając jednak przy ty, mnóstwo frajdy? Ciekawe przeżycia bez konieczności... Książka ta wpadła w moje ręce całkowitym przypadkiem. O ile dobrze pamiętam, zakupiłem ją w Auchan za jakąś śmiesznie niską kwotę. Skusiła mnie nie tylko sama cena, ale również opis z tyłu okładki. Przygody, które można przeżyć w samym środku miasta lub na jego obrzeżach? I to takie, które trwają maksymalnie jedną noc, dając jednak przy ty, mnóstwo frajdy? Ciekawe przeżycia bez konieczności wyjazdu do dalekich krajów i wydawania na podróży ogromnych sum? Zdecydowanie chciałem się z tym zapoznać, ponieważ jedyne co ryzykowałem, to stratę paru groszy oraz kilku godzin swojego czasu. A zyskać mogłem inspirację, do której należy dorzucić jedynie motywację. Chyba trzeba zacząć się rozglądać za ciekawymi miejscami w okolicy.

Niemalże każdy pracujący człowiek czeka z utęsknieniem na upragniony urlop, który najczęściej składa się z tygodnia bądź dwóch, podczas których wyjeżdża z rodziną na z góry zaplanowaną wycieczkę. Często taki wypoczynek planuje się z ogromnym wyprzedzeniem i sam etap przygotowań potrafi nieźle zestresować. Można jednak wypoczywać mając do dyspozycji jedynie weekend, czy nawet tylko jedną noc. Mało tego – nie trzeba wyjeżdżać kilka tysięcy kilometrów od swojego domu, w zupełności wystarczy komunikacja podmiejska lub rower, by przeżyć przygodę i odpocząć psychicznie od zgiełku wielkiego miasta oraz ciągłego pośpiechu. Jedyne co trzeba zrobić to znaleźć chęci oraz byle jakie buty – na boso trudno będzie odkrywać niezwykłe miejsca wokół własnego miejsca zamieszkania.

Cała książka ma formę nie tyle poradnika, co pewnego rodzaju instrukcji, którą można w pełni dostosować do swoich potrzeb. Kolejne rozdziały to opisy podróży, które odbył Łukasz Długowski, wraz z podaniem na samym początku orientacyjnego czasu trwania oraz przede wszystkim kosztu. Dzięki temu każdy, kto przeczyta „Mikrowyprawy w wielkim mieście” będzie miał orientację nie tylko w tym, ile pieniędzy potrzebuje, aby przeżyć taką przygodę, ale również kiedy może ją odbyć. To jest też kolejna pozytywna cecha książki – pokazuje, że tak naprawdę nie trzeba przeznaczać wielu miesięcy oraz góry pieniędzy, aby odpocząć od ciągłej pogoni za sukcesem. Wystarczy nawet jedna noc i 20 złotych w kieszeni. Otwiera oczy na możliwości i podaje gotowy przepis na przekształcenie ich w rzeczywistość.

„Po co ktoś miałby iść rzeką, zanurzony po pas w zimnej wodzie, przy tym raniąc sobie stopy? Po co? No właśnie po ni. I to »nic« było w tym wszystkim najpiękniejsze”.

„Mikrowyprawy w wielkim mieście” napisane są językiem bardzo lekkim, którym autor opisuje dokładnie to, co sam przeżył. Nie teoretyzuje, nie próbuje przekonać nikogo do tego, co mu się wydaje, ale do tego, czego sam był świadkiem oraz uczestnikiem. To jest niewątpliwy plus, który uwiarygadnia wszystko, co Łukasz Długowski proponuje czytelnikowi. A jest tego naprawdę sporo – począwszy od prostych wypraw dosłownie do ogródka, a zakończywszy na nieco bardziej skomplikowanych, jednak wciąż tanich przygód na wodzie. Wiele razy można się złapać za głowę, dlaczego sami nie wpadliśmy na taki pomysł i dlaczego nie spróbowaliśmy tego wcześniej. Wielokrotnie miałem ochotę już, teraz, natychmiast rzucić wszystko i po prostu spróbować jednej z przygód, którą proponuje autor. Zdecydowanie ma dar przekonywania oraz dobrego opisywania.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami opisującymi sposoby spędzania wolnego czasu na łonie przyrody, znajdziemy wywiady przeprowadzone między innymi z osobami ze świata naukowego, którzy na co dzień wykładają na uczelniach lub zajmują się pracami badawczymi. Mają one na celu uświadomić nam dlaczego czerpanie z natury pełnymi garściami jest dla ważne dla każdego człowieka. W jaki sposób zieleń, drzewa czy zwyczajne, świeże powietrze wpływają nie tylko na nasze ogólne samopoczucie, ale również jakie może mieć pozytywne skutki w długofalowym planowaniu naszego życia. Można więc powiedzieć, że książka ta stanowi niejako nie tylko czystą zachętę do korzystania z tego, co natura ma nam do zaoferowania, ale jest również sposobem przekazania czytelnikowi wiedzy dotyczącej dobroczynnego wpływu zieleni, lasów czy wody na ludzki organizm.

„Generalnie: nie twórz sobie wymówek, twórz rozwiązania. Prawie każdy profesjonalny sprzęt da się zastąpić tańszym rozwiązaniem”.

Bardzo przyjemna i lekka lektura, która jest również niezwykle pouczająca. Nie jest to ani poradnik, ani rozprawa naukowa – można powiedzieć, że jest to po prostu sposób Łukasza Długowskiego na przekazanie innym swojej pasji do przygód i korzystania z przyrody oraz tego, co ma nam do zaoferowania. Z książki na pewno można czerpać wiele inspiracji do spędzania wolnego czasu bez ogromnych nakładów finansowych. Nawet jeśli macie tylko parę godzin przeznaczonych na odpoczynek, z „Mikrowyprawami w wielkim mieście” spokojnie będziecie w stanie zagospodarować je tak, aby jak czerpać jak najwięcej przyjemności z obcowania z naturą. A kto wie, być może dzięki niej rozpocznie się Wasza ogromna miłość do jakiegoś miejsca, o którym jeszcze nie macie pojęcia.

pokaż więcej

 
2018-09-22 16:46:01
Ma nowego znajomego: glodnawyobraznia
 
2018-09-18 22:11:40

Z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk do czynienia jeszcze nie miałem – chociaż słowem klucz jest tutaj „jeszcze”. Tak naprawdę można całe to zdanie przekreślić, albowiem dzięki „Drugiej szansie” jest to już przeszłość. Co prawda pierwsze wydanie pojawiło się na rynku w 2013 roku, jednak sięgnąłem dopiero po drugie, którego premiera miałą miejsce około miesiąca temu (patrząc z perspektywy daty... Z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk do czynienia jeszcze nie miałem – chociaż słowem klucz jest tutaj „jeszcze”. Tak naprawdę można całe to zdanie przekreślić, albowiem dzięki „Drugiej szansie” jest to już przeszłość. Co prawda pierwsze wydanie pojawiło się na rynku w 2013 roku, jednak sięgnąłem dopiero po drugie, którego premiera miałą miejsce około miesiąca temu (patrząc z perspektywy daty publikacji niniejszej opinii). Zawsze jestem ciekaw tego pierwszego spotkania z danym autorem lub autorką – a w końcu mówi się, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko jeden raz. Nigdy nie wiadomo, czy styl oraz pomysł na całą historię mi podejdzie. Tym razem muszę napisać, że muszę dać autorce drugą szansę, ponieważ pierwsza nie została zbyt dobrze wykorzystana.

Po przebudzeniu się Julia nia pamięta nawet tego jak się nazywa – nie rozpoznaje również miejsca. Jest zagubiona i zdezorientowana. W głowie kłębi jej się mnóstwo pytań, jednak odpowiedzi na nie nie przyjdą zbyt szybko. No, może oprócz tej, gdzie się znalazła - w ośrodku o dźwięcznej nazwie „Druga szansa”. Okazuje się, że biedna Julia cierpi na częściową amnezję, i właśnie takimi przypadkami zajmują się lekarze w „Drugiej szansie”. W rekonwalescencji oraz terapii nie pomagają wcale głosy, które słyszy młoda dziewczyna, ani Magdalena, która wróży jej niechybną śmierć. Julia szybko uczy się, że musi pozbyć się zaufania do kogokolwiek – włącznie z zaufaniem do siebie samej...

Muszę przyznać, że książka absolutnie mnie nie porwała – z jednej strony nie spodziewałem się wspaniałej historii, która by mnie urzekła całą sobą, ale z drugiej jednak miałem jednak większe oczekiwania. „Druga szansa” okazała się być dobrą technicznie i przyjemną w lekturze, jednak niezbyt odkrywczą ani przyciągającą powieścią. Śledzenie perypetii Julii, która straciła częściowo pamięć i próbuje zrozumieć co się dzieje z nią oraz ośrodkiem, w którym przebywa, pozbawione było konkretnego pazura. Wszystko wygląda jak bardzo ostrożne stąpanie autorki po niepewnym gruncie, którego się trochę boi, ale mimo wszystko chce wycisnąć z niego jak najwięcej. Przeciętnych było wiele rzeczy, począwszy od bohaterów a skończywszy na sposobie prowadzenia historii.

„– Zaraz będzie obiad. Powinniśmy się zbierać. – Wstałam.– No proszę, masz zegarek w oku. – Ruszył moim śladem, gdy skierowałam się w dół ścieżki. – Ale kompas ci ukradli...– Znowu źle idę? – jęknęłam”.

Pomysł sam w sobie nie jest zły, wręcz przeciwnie. Próba odnalezienia się w ośrodku, do którego nie wiadomo jak się trafiło, a w którym na dodatek dzieje się coś zdecydowanie dziwnego jest intrygująca – zwłaszcza w kontekście tajemnic, na które trafia główna bohaterka. Gdyby tylko historia była napisana z pazurem, bohaterowie byli bardziej… jaskrawi i wyraziści to naprawdę mogłoby to być coś. W zbyt wielu miejscach niestety akcja nie była zbyt zachęcająca, a wręcz się dłużyła. Na całe szczęście samo pióro Katarzyny Bereniki Miszczuk jest na tyle zachęcające, że nadrabia sporo niedogodności, które można napotkać po drodze przez całą powieść.

Ostatnie parędziesiąt stron są dość kluczowe dla powieści - nadrabiają bardzo dużo. Coś się zaczyna dziać, omamy mieszają się rzeczywiście z prawdą i książka zaczyna przyciągać czytelnika do siebie. Do tego stopnia, że naprawdę trudno się oderwać. Szkoda jednak, że tak późno. Samo zakończenie z jednej strony jest dość przewidywalne, jednak trzeba oddać autorce, że nie wyłożyła go na tacy. Potrafi jednak wodzić człowieka za nos. Mimo tego, że parę razy pomyślałem o tym rozwiązaniu, to jednak po chwili je odrzucałem z myślą, że to przecież nie ma sensu. Okazało się jednak inaczej i w sumie to nawet dobrze. Pomysł na rozwiązanie tego (a raczej pomysł na budowę całej powieści) jest może i niekoniecznie innowacyjny, ale na pewno daje dużo możliwości do zbudowania na nim bardzo fajnej fabuły.

Niezbyt porywająca książka, która pomimo swoich wad da się lubić i przeczytać. Przeciętna, jednak z całkiem dobrą końcówką. Po przeczytaniu tylko „Drugiej szansy” raczej nie sięgnąłbym po więcej książek Katarzyny Bereniki Miszczuk, jednak widziałem wiele opinii, że opisywana powieść jest rzeczywiście „słabszym” tytułem, który wyszedł spod pióra tej autorki. Książka napisana została bardzo lekkim piórem, co z pewnością daje nadzieję na lepsze historie w innych dziełach. Warto dawać drugą szansę, dlatego i w tym przypadku ją dam.

pokaż więcej

 
2018-09-17 09:36:22
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-09-13 21:28:27
Autor:

Chyba każdy z nas czasem czuje się małym dzieckiem. Często zresztą też mówi się, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. Zgodnie z tym powiedzeniem chyba nie powinienem w ogóle opuścić etapu przedszkola! W każdym razie, bez względu jednak na te wszystkie „mądrości ludowe” lubię sięgnąć od czasu do czasu po coś, co teoretycznie powinno zajmować jedynie o wiele ode mnie młodszych czytelników.... Chyba każdy z nas czasem czuje się małym dzieckiem. Często zresztą też mówi się, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. Zgodnie z tym powiedzeniem chyba nie powinienem w ogóle opuścić etapu przedszkola! W każdym razie, bez względu jednak na te wszystkie „mądrości ludowe” lubię sięgnąć od czasu do czasu po coś, co teoretycznie powinno zajmować jedynie o wiele ode mnie młodszych czytelników. Pierwsze spotkanie z twórczością Marty Kisiel w postaci książki o wdzięcznym tytule „Toń” było dla mnie bardzo przyjemne, więc czemu by nie spróbować czegoś zupełnie innego? „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” jest książką przeznaczoną dla dzieci, jednak chyba wyzwoliła we mnie szkraba, bo bawiłem się przy niej przednio!

Na uboczu stoi dom. Niezwykły, stary, ale tętni w nim życie. Mieszka tam Bożek, zwany również Niebożątkiem, który ma nie tylko swojego własnego anioła stróża, ale również potwora mieszkającego pod jego łóżkiem. Do tego skrzynię pełną najprawdziwszych skarbów, z których jest dumny. Zarówno dom, jak i jego mieszkańcy są niemalże zapomnieni przez cały świat. Przychodzi jednak dzień, w którym sam Bożek pokazuje się całemu światu. A świat pokazuje się Bożkowi. Chłopiec nie powinien jednak robić Pewnych Rzeczy, ponieważ może mu się To Przydarzyć. A bliscy Bożka nie chcieliby, aby mu się To Przydarzyło w żadnej sytuacji.

Powiedzmy sobie szczerze - „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” to nie jest książka jedynie dla dzieci! W wielu miejscach Marta Kisiel ukryła skojarzenia, które zrozumieją tylko dorośli, a dla dzieciaków będą po prostu kolejnym, nie do końca zrozumiałym, ale zabawnym fragmentem opowieści. Jeśli ktoś oglądał „Epokę Lodowcową”, to w bodaj trzeciej jej części pojawiało się mnóstwo scen, które miały kilka znaczeń. Mowa oczywiście między innymi o scenach, w których brał udział Buck oraz Scratt i Scratte. Podobnie sytuacja wygląda w tym przypadku – część scen może zostać odebrana w dwojaki sposób, albo jako coś niesamowicie zabawnego i niewinnego przez dzieci, albo jako pełne podtekstów przez dorosłych.

Ponadto przekaz, który płynie z tej opowieści jest pouczający nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców, wujków oraz innych dorosłych członków rodziny. Historia, którą stworzyła Marta Kisiel opiera się w dużej mierze na szykowaniu młodego, rozemocjowanego dziecka do jego pierwszego opuszczenia rodzinnych pieleszy i wyruszenia w świat, na przygodę! Znaczy po prostu do szkoły. Oraz na tym, co może go tam czekać, w jaki sposób reagować oraz jak mogą zostać odebrane jego małe dziwactwa wśród rówieśników. A wszystko to ujęte w niezwykle miły i kojący sposób, ukazujący świat bez nerwów, negatywnych emocji oraz z masą sposobów na radzenie sobie z nimi, kiedy przypadkiem się pojawią.

Z literaturą dziecięcą nie miałem praktycznie w ogóle do czynienia, więc ciężko jest mi porównać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” do czegokolwiek innego. Nie jest również łatwa ocena tego, w jaki sposób książka może zostać odebrana przez najmłodszych czytelników, jednak jego jest pewne – styl Marty Kisiel zdecydowanie wskazuje, że jest to pozycja przeznaczona dla dzieci. Mnóstwo radości zamkniętej w prostym, ale barwnym języku, dziecięce podejście do trudnych sformułowań oraz metafor, używanie wielkich liter dla Bardzo Ważnych Rzeczy. I to lekkie podejście do wszystkiego, przesycone szczęściem nawet w najbardziej przerażających (dla dzieci) momentach. Gdybym był dzieckiem, zdecydowanie bym kupił. Zwłaszcza, że Marta Kisiel napisała niezwykle interesującą historię.

Można powiedzieć, że motywem przewodnim, wokół którego również zbudowane jest zwieńczenie całej opowieści, jest dzieło, które napisał Johann Wolfgang von Goethe – ballada „Król Elfów”. Towarzyszy ona czytelnikowi przez niemalże cały utwór w ten, lub inny sposób. Dla dziecka jest po prostu elementem książki będącym pięknym i trochę smutnym wierszem, dla dorosłego za to za jedno z najbardziej znanych dzieł tego autora, zaraz obok „Cierpień Młodego Wertera” oraz „Fausta”. Ponownie więc widzę punkt styku, który powoduje, że „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” może zaoferować wiele nie tylko samym dzieciom, ale również dorosłym, którzy będą tę książkę czytali swoim pociechom.

Bardzo czarująca historia, którą warto przeczytać bez względu na to, w jakim się jest wieku! Dzieci, młodzież czy dorośli – zdecydowanie każdy znajdzie w książce Marty Kisiel coś dla siebie. Zarówno humor i rozrywkę, jak również naukę oraz materiał do przemyśleń. Nie ma co próbować interpretować tego, co autorka chciała w ten sposób przekazać, wystarczy w zupełności wziąć książkę do ręki i ją zwyczajnie przeczytać! A dobrym pomysłem będzie wspólna, rodzinna lektura. Spieszcie się jednak, żeby Król Elfów Was nie dogonił!

pokaż więcej

 
2018-09-12 13:14:09
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-09-05 18:48:38

Czym są Escape Roomy chyba nie trzeba tłumaczyć – a na pewno nie bardzo szczegółowo. Na rynku pojawia się coraz więcej firm świadczących tego typu usługi, z których korzysta coraz więcej osób. To świetny sposób na spędzenie czasu z przyjaciółmi i wytężenie swojego umysłu próbując wydostać się z zamkniętego pomieszczenia. Aż dziwne, że „Zgadnij kto” jest pierwszą książką wykorzystującą Escape... Czym są Escape Roomy chyba nie trzeba tłumaczyć – a na pewno nie bardzo szczegółowo. Na rynku pojawia się coraz więcej firm świadczących tego typu usługi, z których korzysta coraz więcej osób. To świetny sposób na spędzenie czasu z przyjaciółmi i wytężenie swojego umysłu próbując wydostać się z zamkniętego pomieszczenia. Aż dziwne, że „Zgadnij kto” jest pierwszą książką wykorzystującą Escape Room jako główny motyw, o której słyszałem. Zapewne pojawiły się już takie pomysły, jednak to właśnie książka Chrisa McGeorge’a jest tą, którą miałem okazję przeczytać jako pierwszą. Pomysł jest niebanalny, z ogromnym potencjałem (416 stron poświęconych dla kilku osób w jednym pomieszczeniu), więc miałem spore oczekiwania. Co prawda nie zostały one spełnione, jednak mimo wszystko nie czuję się zawiedziony.

Morgan Sheppard ma wspaniałe życie – a w każdym razie tak to wygląda dla wszystkich jego fanów. Prowadzi jeden z najpopularniejszych programów telewizji porannej wsadzając swój nos w prywatne życie innych ludzi. Jego fani uważają go za wspaniałego detektywa, który jest w stanie rozwikłać każdą zagadkę. Kiedy jednak zostaje zamknięty w pomieszczeniu razem z kilkoma innymi osobami i dostaje zadanie odkrycia która z nich jest mordercą, sprawy się nieco komplikują. Nikt na nim nie wywiera presji, ma w końcu jedynie trzy godziny na rozwikłanie zagadki, zanim stanie się coś strasznego. Być może jednak to demony z jego przeszłości okażą się o wiele bardziej przerażające…

Kiedy widzę lub słyszę o książce, której akcja dzieje się w obrębie jednego pomieszczenia, od razu na myśl przychodzi mi „Misery„ Stephena Kinga. Mistrz Grozy udowodnił tą powieścią, że da się napisać książkę, której cała akcja opiera się tylko na dwóch osobach i jednym pokoju. Mając cały czas obraz „Misery” przed oczami, siłą rzeczy patrzyłem na „Zgadnij kto” przez pryzmat powieści Kinga. Przez to opisywana powieść nie wypadła doskonale, a jedynie dobrze. Niestety nie potrafiłem się aż tak mocno wczuć w klimat historii i wydarzeń, które tak naprawdę ograniczone były do niewielkiego wachlarza możliwości. Chris McGeorge nie wycisnął wszystkiego, co się tylko da z motywu Escape Roomu przeniesionego na kartki książki w postaci prawdziwej, kryminalnej zagadki.

Z drugiej strony sam pomysł jest dość interesujący. Uwięzienie w pokoju hotelowym kilku na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą osób to dość trudny zabieg logistyczny, z którym autor sobie poradził. Miejsca takie jak hotele są trudne do odizolowania, a zwłaszcza tylko częściowego. Jest wiele dróg, którymi można próbować się kontaktować z ludźmi na zewnątrz, jednak Chris McGeorge zadbał o większość tych bardziej i mniej oczywistych. Co prawda wciąż wymagane są odpowiednie dojścia oraz cała góra pieniędzy do zrealizowania takiego planu, jednak wszystko, łącznie z jego detalami, wydaje się być gruntownie przemyślane i przeanalizowane pod wieloma kątami. Tutaj na pewno należą się gratulacje dla pisarza – przygotowanie na wysokim poziomie.

Zamknięcie kilku osób w jednym pomieszczeniu i wykorzystywanie tylko ich w pewnego rodzaju grze psychologicznej to wspaniała okazja do stworzenia wyrazistych i konkretnych postaci. Tutaj niestety nie wszystko wyszło tak jak powinno, chociaż w przypadku czterech osób mamy do czynienia z osobowościami i charakterami trudnymi do pomylenia. Dwie postaci są raczej nijakie – nie byłem w stanie przypisać im żadnych cech ani nie widziałem przed oczami wyobraźni tego, jakie emocje nimi targają wraz z rozwojem wydarzeń. Tak jak Alan już po pierwszych kilkunastu stronach objawiał się jako konkretny wzorzec cech i zachowań, tak Amanda wydaje się być postacią wstawioną tam przypadkiem, której nie da się w żaden sposób klasyfikować. Jest jak postać spotykana w grach komputerowych, która ma po prostu do odegrania niewielki epizod. To samo tyczy się zresztą Ryana, którego ciężko połączyć z jakimikolwiek cechami.

W wydarzenia, które mają miejsce w ciągu trzech godzin, wplecione zostały retrospekcje z życia głównego bohatera - Morgana Shepparda. Mają one za zadanie wyjaśnić czytelnikom dlaczego Morgan znalazł się w takiej a nie innej sytuacji i jak wyglądało kilka punktów zwrotnych w jego życiu, które wykreowały go na takiego człowieka, jakim go poznajemy. Same w sobie nie wnoszą wiele do fabuły, jednak odgrywają dużą rolę w budowaniu emocji u czytelnika. Dzięki nim (albo przez nie – w zależności jakie emocje w stosunku do głównego bohatera wzbudzą u danego czytelnika) możemy lepiej rozrysować swoją mapę uczuć, którymi obdarzamy Morgana Shepparda. Zresztą nie tylko jego, ponieważ – co prawda nie w sposób bezpośredni, ale jednak – w pewnym sensie nie wszystko jest takie losowe, jak chce autor, abyśmy od początku wierzyli.

Podsumowując jest to całkiem przyjemna, choć niezbyt porywająca książka. Pomysł jest naprawdę świetny i mam nadzieję, że ktoś (być może nawet Chris McGeorge) go powtórzy, jednak w jeszcze lepszej formie. Dwójka dobrze skrojonych bohaterów nadaje dynamiki całej powieści, ale w opozycji stoi kolejna dwójka nieco nijakich. Nie można powiedzieć, że źle się czytało, bo stylistycznie zarówno autor, jak tłumacz dali radę. Brakowało jednak klimatu, który jednak wcale nie tak łatwo zbudować mając do dyspozycji tak niewiele miejsca. Innymi słowy książka nie należy do tych z gatunku „trzeba przeczytać”, chociaż mimo wszystko mogę ją śmiało polecić - wśród wszystkich przeciętnych powieści, które przeczytałem, ta jednak ma pewne momenty, dla których zdecydowanie warto po nią sięgnąć. A być może inni nieco bardziej docenią trud włożony przez autora w zbudowanie historii opierającej się na kilku osobach i jednym pomieszczeniu…

pokaż więcej

 
2018-08-30 22:23:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Przeczytane w 2018

Przyznam szczerze, że gdybym nie wziął (po raz pierwszy swoją drogą) udziału w Book Tour, czyli czytaniu i przekazywaniu dalej książki, aby inne osoby również mogły ją przeczytać bez konieczności zakupu. Swego czasu niemalże każdego roku wyjeżdżałem na dwa tygodnie w nasze polskie Tatry, byłem również w Pieninach oraz Beskidach, jednak wspinaczka wysokogórska? Bladego pojęcia o niej nie mam.... Przyznam szczerze, że gdybym nie wziął (po raz pierwszy swoją drogą) udziału w Book Tour, czyli czytaniu i przekazywaniu dalej książki, aby inne osoby również mogły ją przeczytać bez konieczności zakupu. Swego czasu niemalże każdego roku wyjeżdżałem na dwa tygodnie w nasze polskie Tatry, byłem również w Pieninach oraz Beskidach, jednak wspinaczka wysokogórska? Bladego pojęcia o niej nie mam. Moja wiedza o niej kończy się na wymienieniu paru ośmiotysięczników i wskazaniu gdzie leżą Alpy. „Przepaść” opowiada o wyprawie na Kanczendzongę – trzecią na świecie pod względem wysokości górę. Mogło więc być ciekawie. Walka z żywiołami, własnymi słabościami i czymś jeszcze. Ostatecznie było przeciętnie, choć z przechyłem w tę pozytywną stronę.

W 1935 na podbój Kanczendzongi wyruszyła kolejna wyprawa – Dardżyling staje się miejscem startu piątki Brytyjczyków zapatrzonych w nieudaną, śmiertelną wyprawę sprzed lat jak w święty obrazek. Lawiny, choroba wysokościowa, która doprowadza do rozstroju nerwów to jednak nie jedyne z czym muszą się zmierzyć. Demony przeszłości wciąż są głodne i nie chcą się tak szybko schować. Zwłaszcza, gdy wyzwanie rzuca się jeden z najbardziej kapryśnych i niebezpiecznych szczytów na świecie. Wyprawa więc nie należy do łatwych, ale o jej trudności uczestnicy przekonają się dopiero w trakcie.

Cała powieść napisana jest w formie wspomnień jednego z uczestników tej fikcyjnej wyprawy, który pełnił rolę lekarza i jednocześnie był bratem jednego z członków. Być może określenie książki jako „wspomnienia” jest lekki nadużyciem, ponieważ mimo ewidentnych odwołań do przeszłości, które sugerują spisywanie wspomnień, to narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym, chociaż narratorem jest właśnie wspomniany bohater. Mamy więc wrażenie, że wszelkie wydarzenia dzieją się na bieżąco, wraz z rozwojem sytuacji. W horrorach – a do tego gatunku przypisywana jest „Przepaść” – jest to bardzo dobry zabieg, który nadaje pewnej dynamiki utworowi i potęguje klimat.

Mocną stroną książki jest przygotowanie merytoryczne Michelle Paver. Jak wspomniałem, jestem kompletnym żółtodziobem jeśli chodzi o wspinaczkę wysokogórską – wiem, po prostu, że istnieje. „Przepaść” pełna jest terminologii wykorzystywanej przez wspinaczy, związanej nie tylko z opisami gór, sprzętu oraz miejsc charakterystycznych, ale również problemów zdrowotnych, z którymi mogą się spotkać. Czas akcji to lata 30. XX wieku, więc cała wiedza, którą dysponowali bohaterowie, powinna być dostosowana do tamtych czasów. Wszystko wskazuje na to, że dokładnie tak jest - autorka więc nie tylko dobrze się przygotowała do samej tematyki wspinaczek wysokogórskich i zdobywania himalajskich szczytów, ale również odpowiednio usytuowała wszystko w czasie. W każdym razie dokładnie tak to wygląda – osobiście zostałem przekonany.

„Mycie się ograniczyliśmy do tego, co Garrard ślicznie określa mianem »toalety francuskiej kurwy«: tylko w kroczu i pod pachami”.

Sama opowieść nie należy do najciekawszych z punktu widzenia zaangażowania czytelnika, chociaż nadrabia opisami – zarówno przyrody, jak i samej wspinaczki. Co prawda wiele szczegółów technicznych zostało pominiętych (o czym zresztą wspomina sama autorka na końcu „Przepaści”), jednak być może być to akurat bardzo dobry zabieg. I tak można się nieco pogubić w mnogości terminów charakterystycznych dla wspinaczki, ale dzięki temu, że zostały one wykorzystane jako tło, to bez większych problemów można ostatecznie dojść do tego, co autorka miała na myśli. Trochę gorzej się ma sama historia. Akcja rozwija się niesamowicie wolno, tak naprawdę co najmniej połowa książki to jedynie dość sielankowe opisy podróży na Kanczendzongę, jeszcze przed właściwą wspinaczką (dojście do bazy). Można powiedzieć, że ta część “Przepaści” jest typowo podróżnicza. Ani ciekawe, ani nudne – autorka zdecydowanie ma lekkie pióro, więc samo czytanie idzie w miarę przyjemnie.

Później zaczyna się coś, co teoretycznie miało być horrorem. Sama wspinaczka i wszystko co z nią związane, zdobywanie kolejnych obozów, ich zakładanie oraz niebezpieczeństwa, które czyhają na alpinistów to ponownie główna strawa, jaką raczy nas autorka. Tym razem jednak przyprawia ją odrobiną tajemnicy i prób budowania atmosfery grozy. Nie powiem, żeby były to jakieś bardzo udane zabiegi – tajemnica oczywiście, pojawia się. Ba, nawet potrafi zaintrygować. Jednak sama groza nie jest obecna do samego końca. Z drugiej strony nie można nazwać pomysłu Michelle Paver groteską, chociaż takie skojarzenie może przyjść do głowy. Finał, który przygotowała autorka swoim czytelnikom nie ma raczej nic wspólnego ze zwalającym z nóg deserem, którego możnaby się spodziewać bo stopniowym budowaniu wielkiego finału. Na pewno nie jest on oczywisty, chociaż nie jest również wbijający w fotel. Horror? Zdecydowanie nie. Raczej przyjemna w odbiorze, choć przeciętna powieść przyrodniczo-przygodowa.

Nie żałuję swojego czasu poświęconego na przeczytanie „Przepaści”, chociaż zdecydowanie nie należy ona do ścisłej czołówki (ani nawet do pierwszej dwudziestki) najlepszych książek, jakie miałem okazję przeczytać w tym roku. Na pewno dużo punktów zdobyła w kategorii „Dobre przygotowanie merytoryczne do opisywanego tematu”. Oprócz tego lekkie pióro i przyjemny w odbiorze styl Michelle Paver oznacza miłe chwile spędzone przed powieścią. No właśnie – miłe. Trochę się to gryzie z klimatem grozy, który podobno powinien sączyć się z każdej kartki historii. Tego w ogóle nie zauważyłem, ale nie znaczy to, że ktoś inny nie doceni bardziej starań autorki. Podsumowując jest to dość interesująca powieść, która na pewno uchyli przed czytelnikiem rąbka tajemnic himalaistów – jakie niebezpieczeństwa czekają podczas wspinaczki na ośmiotysięczniki, jak wygląda droga na sam szczyt i jak istotna jest współpraca w zespole himalaistów. Każdy, nawet najmniejszy błąd może kosztować życie nawet całej grupy.

pokaż więcej

 
2018-08-19 13:40:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: The Illuminae Files (tom 2)

Minął dokładnie rok od wydania pierwszego tomu The Illuminae Files – „Illuminae”. Podobnie jak poprzedniczka, również ta część wydana została ze wsparciem czytelników – głównie ze względu na o wiele większe koszty druku takiej pozycji. Długo się nie zastanawiałem kiedy zobaczyłem akcję crowdfundingową – szybki przelew i czekamy na przesyłkę. Miałem nadzieję, że podobnie jak w przypadku... Minął dokładnie rok od wydania pierwszego tomu The Illuminae Files – „Illuminae”. Podobnie jak poprzedniczka, również ta część wydana została ze wsparciem czytelników – głównie ze względu na o wiele większe koszty druku takiej pozycji. Długo się nie zastanawiałem kiedy zobaczyłem akcję crowdfundingową – szybki przelew i czekamy na przesyłkę. Miałem nadzieję, że podobnie jak w przypadku poprzedniczki, książka od razu przyciągnie moją uwagę swoją niezwykła formą, pełną niespotykanych nigdzie indziej zabiegów projektowych. Trochę również liczyłem na to, że sama zawartość fabularna będzie nieco bardziej dojrzała niż poprzednim razem, choć akurat po „The Illuminae Files” nie sięga się ze względu na walory, jakie niesie ze sobą sama historia. Tym razem jednak wartość merytoryczna niesamowicie pozytywnie zaskakuje, a warstwa wizualna jest równie niezwykła.

Stacja skoku Heimdall nie jest stacją, na którą chciałoby się udać na gwiezdne wakacje. Nudna, bez żadnych atrakcji – po prostu spełnia swoją funkcję. Znana jest jednak przez wielu nawigatorów, w tym przez tych pracujących dla BeiTech Industries. Ci ostatni starają się zdobyć kontrolę nad wszelkimi możliwymi złożami w wielu galaktykach. Ich dość agresywna polityka często kończy się śmiercią wielu osób. Tym razem cień śmierci padł na mieszkańców stacji Heimdall, na której mieszka między innymi Hanna Donnell – córka kapitana stacji. Dla wszystkich mieszkańców jednak BeiTech i ich wysłannicy to nie najgorsze, co może ich spotkać. Mało tego – nie jest to najgorsze, co może spotkać cały wszechświat…


Pierwszej części „The Illuminae Files” nie da się łatwo zapomnieć. Lektura „Geminy” pomaga pamięci odkopać nawet najgłębiej skrywane wspomnienia, ponieważ bardzo przypomina swoją poprzedniczkę. Wciąż jest to jedna, wielka mieszanina stenogramów, zapisów historii rozmów (zarówno tekstowych, jak audio), analiz wideo z telewizji przemysłowej oraz logów systemów. Wrażenie wizualne jest niesamowite – warto tę książkę mieć choćby dla sposobu, w jaki jest zbudowana. Mnóstwo grafik, obrazów, części interfejsu komunikatorów wykorzystywanych na stacji Heimdall – jednym słowem uczta dla oczu. Nie tylko sam tekst, tworzący ścianę. Co prawda tym razem analizy nagrań z CCTV stanowią dość znaczny odsetek całej książki, jednak wycinki z rysunkowego dziennika jednej z głównych bohaterek nadrabiają mniejszą ilość innych form.

Ponownie trochę irytuje styl, w jakim przygotowane są raporty i analizy nagrań wideo. Język w nich użyty jest często infantylny i strasznie nieprofesjonalny, nierzadko pełen ocenzurowanych przekleństw. Biorąc pod uwagę fakt, że dokumenty te wykorzystywane są w oficjalnym postępowaniu przeciwko BeiTechowi (o czym dowiadujemy się na samym początku „Geminy”), stawia to autorów w niezbyt pozytywnym świetle. Co prawda cały cykl utrzymany jest w dość luźnym klimacie, przeznaczonym głównie dla rozrywki, nie głębokich analiz czy przemyśleń, jednak można było zachować choć odrobinę profesjonalizmu. Czym innym bowiem są zapisy rozmów, a czym innym przygotowany przez profesjonalnego analityka raport, który ma zostać włączony do materiału dowodowego dla dowolnej formy sądownictwa.


Najlepsza zabawa zaczyna się jednak w drugiej połowie książki, a dokładnie w ostatniej ćwiartce. Wtedy to bowiem dowiadujemy się dlaczego nosi ona tytuł „Gemina” i zagłębimy się w odmęty astrofizyki oraz fizyki kwantowej – oczywiście na dość spłaszczonym i niekoniecznie naukowym poziomie, ale dostosowanym również do młodszego czytelnika. Nie zrozumcie mnie źle – nie znajdziecie tutaj rozpraw naukowych ani rozpisu teorii, jakie są powszechnie badane, ale dostaniecie żargon, który pasuje dokładnie do świata opisywanego oraz bazujący w dużej mierze na informacjach, które obecnie trafiają nawet do szerszego grona odbiorców. Mogę Was jednak zapewnić, że zostało to zrobione naprawdę z jajem, a do tego cała historia jak najbardziej trzyma się w sensownej całości. A do tego jest świetna – ostatnią ćwiartkę wręcz wchłonąłem na raz.

Pod względem samej fabuły „Gemina” wydaje mi się być o wiele lepiej dopracowana niż pierwsza część. Można odnieść wrażenie, że tym razem autorzy naprawdę przysiedli, odrobili lekcje i stworzyli historię, która nie tylko wygląda, ale również ma sens, konkretną fabułę, akcję oraz wszelkie inne elementy, które powinna mieć dobra książka. Rzecz jasna wszystko jest ściśle związane z wydarzeniami znanymi z „Illuminae”, jednak kładzie o wiele większy nacisk na to, aby wszystkie, nietypowe środki, które zostały wykorzystane do stworzenia tej książki, nie były tylko przerośniętą formą. Jeśli cała seria (bo zakończenie ewidentnie wskazuje na kontynuację) będzie szła tą drogą, to naprawdę będzie ewenement warty pieniędzy wydanych nawet w ciemno.

Świetna kontynuacja, którą warto mieć choćby dla samego sposobu, w jaki została stworzona. Analizy nagrań z kamer, raporty, stenogramy, zapisy historii rozmów – uczta dla oczu. A do tego jeszcze ciekawa historia stojąca za tym wszystkim, z wątkiem naukowym w tle (chociaż w sumie można odnieść wrażenie, że jednak na pierwszym planie). Miejscami język analiz jest zdecydowanie zbyt mało profesjonalny, czy nawet infantylny, ale jest to cecha charakterystyczna obu książek. Nie jest to niesamowicie poważna i wielopoziomowa powieść, tylko świetnie skrojona książka, która ma służyć rozrywce. Polecam z czystym sumieniem, ponieważ można z niej czerpać naprawdę mnóstwo radości i dać się pochłonąć jak czarnej dziurze.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
622 230 1916
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (29)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (20)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd