ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 30 cytatów, ostatnio widziany 7 godzin temu
Teraz czytam
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 9858 | opinie: 359 | ocena: 7,8 (2739 głosów) | inne wydania: 3
  • Łzy Mai
    Łzy Mai
    Autor:
    Czwarta dekada XXI wieku. Po trzech latach od najkrwawszej rebelii w historii New Horizon porucznik Jared Quinn wraca do służby w wydziale zabójstw. Czasy się jednak zmieniły, teraz nad bezp...
    czytelników: 8 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3097 | opinie: 164 | ocena: 6,95 (1665 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-06-24 14:36:46
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Czarne Światła (tom 1)
 
2018-06-24 14:35:45
Autor:

Ostatnio temat genetyki w odniesieniu zarówno do przodków samych Polaków, jak i Europejczyków, potrafi wywołać sporo kontrowersji. Zwłaszcza hasło “turbosłowianie” potrafi wywołać naprawdę skrajne emocje, a genetyka jest niemalże do niego przyklejona na stałe. Z jednej strony więc odrobinę obawiałem się wydźwięku, jaki ma “Moja europejska rodzina”, jednocześnie jednak miałem nadzieję, że jest... Ostatnio temat genetyki w odniesieniu zarówno do przodków samych Polaków, jak i Europejczyków, potrafi wywołać sporo kontrowersji. Zwłaszcza hasło “turbosłowianie” potrafi wywołać naprawdę skrajne emocje, a genetyka jest niemalże do niego przyklejona na stałe. Z jednej strony więc odrobinę obawiałem się wydźwięku, jaki ma “Moja europejska rodzina”, jednocześnie jednak miałem nadzieję, że jest to coś zdecydowanie bardziej naukowego i stonowanego. Moje nadzieje zostały ogólnie rzecz ujmując spełnione. Od samego początku było dużo mięsa naukowego, razem z akcentowaniem co jest faktem, a co jedynie hipotezą czy wręcz insynuacją nie potwierdzoną badaniami. Ten trend utrzymał się praktycznie do samego końca.

Wszystko ma jakiś swój początek - ludzie również. Nie od zawsze na całej Ziemi było nas aż tylu, a bywały nawet czasy, w których byliśmy gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Wycieczka po historii człowieka rozumnego - Homo sapiens - może być niesamowicie inspirująca i ukazująca jak bardzo genetyka rozwinęła się na przestrzeni lat. Nie tylko jesteśmy w stanie prześledzić swoje pochodzenie do paru pokoleń wstecz, ale również określić z dużym prawdopodobieństwem jak wyglądały wędrówki poszczególnych grup ludzi kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Karin Bojs zabiera nas w taką właśnie podróż, pełną niezwykłych, choć znanych już od dawna faktów, a także całkowicie nowych odkryć.

"Dwie złote płytki, które zdobiły symetrycznie krawędź dysku - obecnie jednej z nich brakuje - są późniejszymi dodatkami, których zasięg na okręgu wynosi osiemdziesiąt dwa stopnie, czyli dokładnie tyle, ile dzieli zachód słońca w dzień przesilenia letniego od zachodu słońca w dzień przesilenia zimowego na szerokości geograficznej Nerby".

Tytuł tej książki jest dość mocno sugerujący próbę przebrnięcia przez drzewo genealogiczne aż do tych pięćdziesięciu czterech tysięcy lat wstecz, co jest oczywiście praktycznie niemożliwe (co zresztą autorka sama wielokrotnie podkreśla w swoim dziele). Nic więc dziwnego, że byłem trochę sceptycznie nastawiony do “Mojej europejskiej rodziny”. Jeśli dorzucimy do tego to, o czym wspominałem w pierwszym akapicie - modę na udowadnianie, że pewne narody/plemiona/grupy pochodzą od najwspanialszych wojowników i najbardziej twardych przedstawicieli gatunku ludzkiego, to nie mamy zbyt optymistycznego obrazu. Na całe szczęście wszystko to nie ma zastosowania do historii, którą opisała Karin Bojs. Jest to bowiem rzeczywiście historia człowieka współczesnego, w której poszukiwania samej autorki są jedynie motorem napędowym.

Od wielu miesięcy słucham regularnie podcastów, a jednym z tych, którego stare odcinki znam niemalże na pamięć jest podcast “Nerdy Nocą”. Można w nim znaleźć między innymi podzieloną na części historię człowieka począwszy od pierwszych naszyjników, igieł sprzed czterdziestu tysięcy lat oraz wpływie badania wszy na rozwój człowieka aż po… jeszcze niedokończone, jednak zatrzymane na piramidach egipskich dzieje. Naprawdę dużo mięsa naukowego. “Moja europejska rodzina” właśnie z tym zaczęła mi się kojarzyć już po kilkudziesięciu stronach. Niemalże identyczna historia, jednak z ogromną ilością szczegółów (wszak zwyczajnie na papierze jest więcej miejsca niż czasu w godzinnej audycji), która wygląda jak pewnego rodzaju rozszerzenie tego, czego dowiedziałem się słuchając jak Kaja zadaje pytania, a Zły Major Witek na nie odpowiada, przedstawiając poszczególne etapy rozwoju człowieka współczesnego.

"Powszechna jest opinia, że choroby, rozwarstwienie społeczne, wojny i wszelkie inne nieszczęścia spadły na nas, kiedy porzuciliśmy życie łowców i przeszliśmy do gospodarki rolniczej".

Mimo ogromnej ilości naukowych faktów, teorii, hipotez, jak również zwracania uwagi na mniej naukowe insynuacje, styl książki jest zdecydowanie dostępny dla każdego. Karin Bojs postanowiła oblec twarde dane miękką otoczką, na którą składa się jej poszukiwanie swoich korzeni. Z książki dowiemy się, że naprawdę pragnęła prześledzić swoje drzewo genealogiczne tak szczegółowo jak się tylko da, nawet jeśli od pewnego momentu ta szczegółowość kończy się na dowiedzeniu się, do której haplogrupy należy. Oraz w jaki sposób mogły wyglądać trasy wędrówek osobników najbliżej z nią spokrewnionych. Nie mogło zabraknąć na końcu książki mnóstwa przypisów, wyjaśnień oraz krótkiego słowniczka. Większość odniesień, które widzimy w tekście, wyjaśniane są na końcu przez redaktora naukowego, dr Małgorzatę Bonar. Wyjaśniane to może trochę za dużo powiedziane - zebrana została bibliografia prac naukowych, które zawierają opracowania wymienionych przez autorkę wniosków. O części z nich Karin Bojs wspomina sama w treści książki, a cała reszta zawarta jest na jej końcu, we wspomnianej liście publikacji.

Na ogromny plus jest dość rozsądne podejście do faktu, że po “Moją europejską rodzinę” mogą sięgnąć ludzie nawet i za kilka lat. Nauka brnie do przodu jak taran i często okazuje się, że otwiera zupełnie nowe drzwi, o których nigdy wcześniej nie śniło się żadnym naukowcom. W związku z tym część informacji może być nieaktualnych za jakiś czas. Karin Bojs uczciwie informuje i podkreśla w niektórych przypadkach, że opisywany przez nią stan ma miejsce w chwili pisania książki. Część badań jest jeszcze w trakcie, więc nie do końca można mówić o jasnych wynikach, a Czytelnik nie jest wodzony za nos i nie jest mu wmawiane, że punkt widzenia autorki jest jedynym słusznym. Takie podejście zwiększa zaufanie do książki oraz pracy wykonanej przez szwedzką dziennikarkę i ukazuje jej rzetelność. Oczywiście wszystkie prace można zweryfikować, ponieważ - jak zostało to już wspomniane w poprzednim akapicie - lista publikacji, na których opiera się autorka znajduje się na końcu książki.

"Najstarszy znany wizerunek pojazdu kołowego zdobi terakotowe naczynie znalezione na terenie obecnej Polski, datowane na pięć tysięcy sześćset lat".

Oczywiście “Moja europejska rodzina” to nie jest zlepek sztywnego, naukowego języka, ciężkiego do przetrawienia. Autorka podaje mnóstwo przykładów z życia wziętych lub w postaci krótkich, zmyślonych opowieści, które mają przedstawić potencjalne dzieje znaleziska lub zjawiska. W wielu miejscach pozwala sobie również na bardzo lekkie podejście do tematu i wplata pomiędzy fakty jej osobiste odczucia w stosunku do osób, z którymi miała okazję rozmawiać. A przebyła niemalże pół Europy robiąc wywiady z osobami ze świata naukowego, które miały wpływ na wiele najnowszych odkryć. Jako ciekawostkę można dodać, że odwiedziła również Polskę, a dokładniej naszą byłą stolicę królów - Kraków. Nie brakuje również informacji o osobach, które nie przyniosły chluby światu nauki lub wręcz powodują, że niektóre z dopiero kiełkujących gałęzi nauki pojawiają się na językach ludzi w negatywnym kontekście. W takich przypadkach Karin Bojs zwraca uwagę na to, co powinno najważniejsze w danym aspekcie i dlaczego świat naukowy stara się odciąć od takich osób.

Jeśli chcecie poznać czym jest współczesna genetyka i w jaki sposób pomaga odkrywać historię ludzkości sprzed wielu tysięcy lat, to “Moja europejska rodzina” jest książką dla Was. W niezwykle przyjemny, ale i rzeczowy sposób odpowiada na wiele pytań i ukazuje ewolucję nauki na przestrzeni lat. Przybliża podstawowe pojęcia używane w przypadku wykorzystywania genetyki do badania historii ludzkości i wskazuje najważniejsze odkrycia oraz wnioski, które nasuwają podczas badań. Wszystko podane w naprawdę przystępny sposób wraz z odpowiednią bibliografią. A jako wisienka na torcie autorka ukazuje odtworzoną historię swojej rodziny aż do XVII wieku - częściowo udało się to właśnie dzięki badaniom genetycznym. Prehistoria ściera się z czasami współczesnymi, a wiele niewiadomych ostatecznie otrzymuje swoje rozwiązanie.

pokaż więcej

 
2018-06-24 14:24:36
Najstarszy znany wizerunek pojazdu kołowego zdobi terakotowe naczynie znalezione na terenie obecnej Polski, datowane na pięć tysięcy sześćset lat.
 
2018-06-24 14:24:25
Powszechna jest opinia, że choroby, rozwarstwienie społeczne, wojny i wszelkie inne nieszczęścia spadły na nas, kiedy porzuciliśmy życie łowców i przeszliśmy do gospodarki rolniczej.
 
2018-06-24 14:24:03
Dwie złote płytki, które zdobiły symetrycznie krawędź dysku - obecnie jednej z nich brakuje - są późniejszymi dodatkami, których zasięg na okręgu wynosi osiemdziesiąt dwa stopnie, czyli dokładnie tyle, ile dzieli zachód słońca w dzień przesilenia letniego od zachodu słońca w dzień przesilenia zimowego na szerokości geograficznej Nerby.
 
2018-06-24 13:30:20
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Will Trent (tom 1) | Seria: Thriller
 
2018-06-19 21:57:52
Dodał cytat z książki: Triskel. Gwardia.
Inne wymiary to wszystkie możliwe równoległe światy. Ukształtowane na takich samych zasadach jak nasze, z tymi samymi prawami fizyki, z tej samej materii.
 
2018-06-19 21:57:31
Dodał cytat z książki: Triskel. Gwardia.
Szary garnitur wyglądał na drogi, ale ruchy mężczyzny były twarde, zdecydowane. Żołnierz, uznała Sinead, albo coś jeszcze gorszego.
 
2018-06-19 21:57:07

Fantastyki nigdy za wiele, podobnie jak książek polskich autorów. Do tego jeśli chodzi o Wydawnictwo Uroboros, to jak do tej pory nigdy się nie zawiodłem, więc z chęcią sięgam po kolejne pozycje, które wyszły spod ich skrzydeł. Skusiłem się więc na “Triskel. Gwardia”, które z opisu wydawało się prostym, ale przyjemnym fantasy, które nie będzie wymagające, jednak przyniesie dużo rozrywki. Po... Fantastyki nigdy za wiele, podobnie jak książek polskich autorów. Do tego jeśli chodzi o Wydawnictwo Uroboros, to jak do tej pory nigdy się nie zawiodłem, więc z chęcią sięgam po kolejne pozycje, które wyszły spod ich skrzydeł. Skusiłem się więc na “Triskel. Gwardia”, które z opisu wydawało się prostym, ale przyjemnym fantasy, które nie będzie wymagające, jednak przyniesie dużo rozrywki. Po lekturze okazało się, że moje przewidywania były w pełni zgodne z rzeczywistością. Dokładnie tego się spodziewałem po tej lekturze, chociaż jedna rzecz lekko mnie zasmuciła. Może jednak idźmy po kolei.

Gdy w jednym krańcu świata Imperium trzyma rządy twardej ręki, w innym ludzie są wolni i mogą robić wszystko, co im się żywnie podoba - oczywiście w granicach prawa. Tego z kolei strzeże Gwardia, która składa się z ludzi o nadnaturalnych zdolnościach. Scyld City okazuje się więc miejscem idealnym dla wszystkich tych, którzy są stłamszeni w Imperium. Dla Mayday, jednej z członkiń Gwardii jest to wspaniałe miasto, jednak myślami jest również ze swoimi rodakami. Nie zawsze wszystko się jednak układa wspaniale, zwłaszcza gdy nagle po wielu latach braku kontaktu, w mieście pojawia się jej przyjaciel, bojownik rebelii przeciwko Imperium. Takie spotkania nigdy nie mogą się dobrze skończyć, a zazwyczaj oznaczają dopiero początek o wiele większych kłopotów…

Kiedy podchodzi się do próby napisania opinii o książce, trzeba pamiętać o paru rzeczach. Jedną z nich jest sensowne ustawienie danej pozycji na tle innych. Nie należy wrzucać do jednego worka Mickiewicza z Stephenie Meyer czy Sapkowskiego z Tołstojem. Ważną informacją więc będzie, że “Triskel. Gwardia” staram się odbierać w kategoriach typowej młodzieżówki, która nie jest do końca uszczegółowiona, a wiele elementów zostało potraktowanych nieco po macoszemu. Bardzo charakterystyczne jest na przykład użycie współczesnego, znanego wszystkim świata do stworzenia uniwersum, w którym dzieje się opisywana historia. Wiele elementów takich jak nazwiska, cechy charakterystyczne miejsc czy analogie krajów/miast Krystyna Chodorowska zastosowała zapewne w celu łatwiejszego odnalezienia się w tym, co stworzyła.

“Szary garnitur wyglądał na drogi, ale ruchy mężczyzny były twarde, zdecydowane. Żołnierz, uznała Sinead, albo coś jeszcze gorszego”.

Sama historia bazuje na połączeniu walki rebeliantów o wolność z motywem superbohaterskim oraz ogromną intrygą na skalę - dosłownie - międzywymiarową. Pewnym aspektem, z którym nie czułem się zbyt komfortowo - chociaż rozumiem jego występowanie - jest dość wybiórcze podejście do walki, obrażeń oraz śmierci. Na kartkach książki pojawiło się parę trupów, jednak traktowane są one bardzo przedmiotowo. Zabicie kogoś to tylko pociągnięcie za spust i w sumie nic istotnego. Takie tam, kolejne wyrzucenie papierka na ulice - potępiane, niedobre, ale w sumie nic tragicznego. Podczas walk krew się nie leje (mimo, że są naprawdę efektowne i bardzo twarde), coś takiego jak obrażenia niemalże nie występuje, a słowo “kontuzja” nie wystąpiło chyba ani razu w żadnej odmianie. Wiele stoczonych w przeszłości walk nie odcisnęło trwałego piętna na prawie żadnym z głównych bohaterów (specjalnie używam sformułowania “prawie żadnym” - sami zobaczycie dlaczego). Z jednej strony staram się w pełni to zrozumieć - w końcu ewidentnie jest to książka dla młodzieży i nieco młodszych osób, więc nie powinna ociekać krwią, tylko interesować treścią - ale z drugiej trochę mi to zgrzyta.

Nie licząc jednak samej kwestii brutalności i podejścia do starć między Gwardią a “tymi złymi”, autorce udało się stworzyć całkiem interesującą historię. Nie jest ona ani rozbudowana ze szczegółami ani niezwykle innowacyjna, jednak potrafi zaciekawić głównie wieloma torami, po których się porusza. Z jednej strony mamy zwykła studentkę, która w sercu ma swoją zniewoloną ojczyznę, z drugiej grupę osób obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami (oraz same zdolności), a z trzeciej nieco polityki i intrygę, o której od samego początku nie można wiele powiedzieć. Dotyka ona niemalże każdego wydarzenia, które możemy obserwować, jednak niewiele na jej temat wiemy. Krystyna Chodorowska niechętnie dzieli się szczegółami, nasycając ciekawość Czytelnika i zachęcając go do dalszego czytania. Być może osoby dorosłej nie przyczepi na stałe do fotela, jednak sądząc po poziomie zaciekawienia, jak został u mnie wywołany, jestem w stanie się założyć, że młodzież połknie haczyk jak pelikan rybę.

Czasem prostotę można porządnie zamieszać, jednak autorce udało się uniknąć chaosu. Nawet pomimo tego, że porusza się pomiędzy wieloma wątkami, z czego kilka z nich dotyczy tak naprawdę tej samej osoby. Cała historia sama w sobie napisana jest z sensem i logiką. Nawet części dotyczące wspomnianych już nadnaturalnych zdolności mają lekką domieszkę nauki wtrąconą do próby wyjaśnienia niewyjaśnionego. Oczywiście w granicach rozsądku i z dużą dozą wyobraźni. Mimo wszystko taki akcent może zostać bardzo pozytywnie odebrany. Świadczy to o pewnego rodzaju szacunku do Czytelnika, bez względu na to, w jakim jest wieku - nie serwuje się mu pierwszej lepszej papki, tylko w miarę przemyślane rozwiązania. Co prawda sam zakres wykorzystywanych przez jedną osobę zdolności może być dość szeroki, jednak opisy ich użycia oraz spektrum możliwości mają częściowo twarde podłoże.

“Inne wymiary to wszystkie możliwe równoległe światy. Ukształtowane na takich samych zasadach jak nasze, z tymi samymi prawami fizyki, z tej samej materii”.

“Triskel. Gwardia” nie należy do zbyt długich książek. Zarówno pod kątem objętości, jak i szybkości czytania jest raczej poniżej średniej. Zapewnić może jednak sporo frajdy. Daleko jej do najwyższych lotów fantastyki, w której można poczuć się jakby nasz mózg wylądował w pralce, ale nie można powiedzieć, że jest to nudna pozycja. Szczerze powiedziawszy co prawda nie wywołała u mnie dreszczyku emocji czy nieodpartej chęci przeczytania jeszcze więcej, ale nawet nie zauważyłem kiedy minęły te chwile spędzone sam na sam z powieścią Krystyny Chodorowskiej. A były one naprawdę przyjemne, absolutnie nie żałuję żadnej minuty poświęconej lekturze. A należy jeszcze dodać do tego, że przyzwyczajony do nieco bardziej brutalnych czy bezpośrednich historii, należy jednak starać się patrzeć na tę pozycję przez pryzmat jej podobnych. A na ich tle “Triskel. Gwardia” wypada naprawdę całkiem świetnie.

Podsumowując, jest to lekka, ale ciekawa propozycja, która zdecydowanie może przypaść do gustu trochę młodszym czytelnikom, chociaż dorośli także mogą uznać ją za odświeżającą w pewnym sensie. Czasem odcięcie się od opisów niezwykle brutalnych scen, jak również od niezwykle skomplikowanych i dopracowanych uniwersów, stanowi świetną odskocznię od codzienności. A stylowi Krystyny Chodorowskiej nie można absolutnie nic zarzucić, czytanie jej książki można przyrównać do konsumpcji bajaderek - jesz i chociaż się nie najesz, to nacieszysz podniebienie pysznym i lekkim deserem, który zostanie w Twojej pamięci na dłużej. Jeśli te bajaderki to przedsmak czegoś jeszcze lepszego, to ogólnie rzecz biorąc zostałem przekupiony.

pokaż więcej

 
2018-06-16 10:28:55
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-06-10 14:09:45
Autor:

Ogólnie pojęta medycyna od zawsze była w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Co prawda nigdy nie czułem się na siłach zostać lekarzem (chociaż chciałem zostać ratownikiem medycznym), jednak wszystko co jest związane z tym zawodem oraz przede wszystkim samą medycyną jako nauką, połykam dosłownie jak pelikan ryby. Książka Adama Kaya wydawała się być nieco odmienna od typowych przedstawicieli... Ogólnie pojęta medycyna od zawsze była w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Co prawda nigdy nie czułem się na siłach zostać lekarzem (chociaż chciałem zostać ratownikiem medycznym), jednak wszystko co jest związane z tym zawodem oraz przede wszystkim samą medycyną jako nauką, połykam dosłownie jak pelikan ryby. Książka Adama Kaya wydawała się być nieco odmienna od typowych przedstawicieli literatury traktującej o lekarzach oraz ratowaniu ludzkiego życia. Ma bowiem pokazywać z czym się musi zmierzyć młody lekarz w Wielkiej Brytanii. Czy zrobiła to w sposób “odpowiedni”? Zdecydowanie tak! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ciężko by to było zrobić lepiej, jeśli tylko chciałoby się, aby książka miała tak wydźwięk jak “Będzie bolało” - czyli przedstawienie pracy lekarza stażysty i rezydenta w sposób zabawny i ciekawy.

Kilka lat studiów, niesamowicie ciężkich i wymagających, a po tym wszystkim z jakiegoś powodu nie ma pływania w basenie wypełnionym banknotami 50-funtowymi. Tutaj czeka jeszcze człowieka STAŻ. Magiczne słowo o magicznej mocy, bowiem tylko podczas jego odbywania młody lekarz kompresuje dobę i wzmacnia własny organizm. Adam Kay pokazuje czym są wielogodzinne dyżury i jakie uczucia potrafią wywołać - od radości, poprzez śmiech aż po płacz i zgrzytanie zębów. Droga do spełnienia zawodowego nie zawsze bywa tak prosta i przyjemna, jak się może wydawać...

Książka Adama Kaya prowadzona jest w formie pamiętnika przeplatanego krótkimi wyjaśnieniami, kiedy autor przechodził na kolejny szczebel kariery. Czytelnik prowadzony jest przez okresy stażu oraz rezydentury wraz z podziałem na stopnie, które zostały utworzone przez brytyjski NHS, czy odpowiednik naszego, polskiego NFZ. Każdy z dziennych wpisów stanowi niejako podsumowanie tego, co działo się danego dnia lub jest po prostu jedną historią, która przydarzyła się autorowi. Są to odległe już lata, podczas których Adam Kay prowadził notatki pochodzące z jego pracy. W trakcie pisania książki odkopał je z czeluści swojego domowego archiwum i obrobił odpowiednio, aby nadawały się do publikacji.

"Pomysł do programu Dragon's Den - jak zostać milionerem: pager z przyciskiem drzemki".

W większości przypadków są to historie albo zabawne, albo w pewnym sensie przerażające. Takich, w których opisuje miłe i przyjemne chwile jest niewiele, chociaż jeśli już się pojawiają, to naprawdę potrafią zrobić wrażenie. Przerywniki pomiędzy poszczególnymi szczeblami jego lekarskiej kariery od samych początków stażu zaczynając, pełne są dodatkowych wyjaśnień. W jaki sposób to wszystko działa, jaką drogę musi przejść lekarz od skończenia studiów do momentu uzyskania specjalizacji. Pojawiają się nawet kwoty, które zarabiają młodzi lekarze i muszę przyznać, że są w pewnym sensie podobne do kwot stażystów i rezydentów w Polsce - czyli niezbyt oszałamiające. Trochę takie typowe mięsa informacyjnego można więc znaleźć w “Będzie bolało”, chociaż najbardziej bolesne dla autora były zdecydowanie opisywane fragmenty pamiętnika.

Nic dziwnego, że w Wielkiej Brytanii książka stała się pozycją dość kontrowersyjną. W niektóre, opisane przez Adama Kaya wydarzenia, czasem jest wręcz ciężko uwierzyć, jednak jako że znam z autopsji drogę od studenta w górę, to jestem w stanie bez najmniejszego problemu uwierzyć we wszystko, co autor napisał. A trzeba przyznać, że napisał z jajem. Ten kolokwialny zwrot chyba najlepiej odzwierciedla sposób, w jaki były lekarz (obecnie niepraktykujący już) opisuje to, co mu się przytrafiło. Mógłbym się założyć, że obecna forma dalece się różni od oryginalnych notatek, ale to akurat dobrze. Adam Kay zdecydowanie ma talent do opowiadania o nawet najstraszniejszych rzeczach w sposób przyjemny i wręcz zabawny.

Humor to niewątpliwie jedna z najmocniejszych stron “Będzie bolało”. Autor wplata tyle żartów, ironii i sarkazmu ile się tylko da, chociaż jednocześnie nie przesadza z ich ilością. Jeśli jakąś sytuację można zamienić w żart, to niemalże na pewno zostanie to zrobione. Zwłaszcza ostatnie zdania w każdym z pamiętnikowych wpisów są pełne humorystycznych puent lub retorycznych pytań. Oczywiście tematy, które nie powinny być sprowadzane do żartów, przytaczane są w aurze powagi - w wielu miejscach Adam Kay wspomina o śmierci czy pewnych politycznych zawirowaniach mających wpływ na zdrowie wszystkich pacjentów. Tutaj więc możemy liczyć na po prostu rzetelne przekazanie informacji oraz emocji, jakie towarzyszyły autorowi.

"Zapewniłem ją, że każdy osiemnastolatek wolałby obedrzeć ze skóry własne jądra i zanurzyć je w occie niż zadawać pytania o powody, dla których jego matka znalazła się na oddziale ginekologicznym."

Świetna pozycja dla kogoś, kto chce zobaczyć "drugą stronę barykady". Pamiętać należy jednak o tym, że “Będzie bolało” jest książką opowiadającą o pracy lekarza stażysty oraz rezydenta, nie specjalisty. Ci ostatni są zresztą przedstawiani - z wykorzystaniem hiperboli - jako mistrzowie nad mistrzami, którzy rządzą się nieco innymi prawami niż młody, lekarski narybek. To również człowiekowi powinno dać do myślenia i zweryfikować jego poglądy na to, że istnieją tylko tonący w bogactwach lekarze. Autor jednak w żadnym przypadku nie demonizuje specjalistów, pokazuje jedynie sam system w krzywym zwierciadle. O wielu swoich byłych mentorach wyraża się z szacunkiem oraz niejaką wdzięcznością, chociaż tematy te okrasza dużą porcją ironii.

Humor, rzetelność, prostota i lekkość - tymi czterema słowami można śmiało podsumować książkę brytyjskiego lekarza (w sumie można rzec, że już byłego). Jeśli szukacie czegoś, co przybliży Wam drogę od studenta do specjalisty (no, prawie) to dobrze trafiliście. Zgodnie ze stanem mojej wiedzy jest ona bardzo podobna do tej, którą mamy w Polsce, więc jest to dodatkowa zachęta do przeczytania. Wszystko podane w sposób lekkostrawny, z dużą dozą humoru, ale i bardziej poważnymi, refleksyjnymi wręcz momentami. Oby więcej tego typu książek odsłaniających kuchnie różnych zawodów. A już zwłaszcza książek napisanych w sposób, w jaki pisze Adam Kay. Jeśli do tej pory nie mieliście okazji przeczytać blurba książki, to zerknijcie tam teraz - słowo "komik" występujące koło nazwiska autora zdecydowanie nie wzięło się znikąd.

pokaż więcej

 
2018-06-06 20:52:36
Cykl: Komisarz Maciejewski (tom 10)

Z prozą Marcina Wrońskiego nie miałem do tej pory do czynienia, chociaż kojarzyłem jego cykl o Komisarzu Maciejewskim. “Gliny z innej gliny” są zwieńczeniem całej serii, pewnego rodzaju kropką nad “i” postawioną przez autora. Zgodnie z informacjami od Wydawnictwa W.A.B. nie trzeba wcale znać wcześniejszych tomów, aby spokojnie móc sięgnąć po dziesiątą część cyklu. Długo więc mnie nie trzeba... Z prozą Marcina Wrońskiego nie miałem do tej pory do czynienia, chociaż kojarzyłem jego cykl o Komisarzu Maciejewskim. “Gliny z innej gliny” są zwieńczeniem całej serii, pewnego rodzaju kropką nad “i” postawioną przez autora. Zgodnie z informacjami od Wydawnictwa W.A.B. nie trzeba wcale znać wcześniejszych tomów, aby spokojnie móc sięgnąć po dziesiątą część cyklu. Długo więc mnie nie trzeba było namawiać - miałem nawet nadzieję, że po lekturze zapragnę zapoznać się z poprzednimi książkami. W końcu osadzenie akcji w Lublinie z czasów dwudziestolecia międzywojennego może okazać się czymś niesamowicie dla mnie interesującym. Po lekturze muszę przyznać, że rzeczywiście takie właśnie było.

Czterech różnych autorów, jeden główny bohater. Jedenaście lat od wydania pierwszej książki, dziesiąty tom w cyklu. Tak właśnie kończy się historia Zygmunta Maciejewskiego, pracującego dla lubelskiej policji i rozwiązującego najbardziej nietypowe zagadki kryminalne. Przekrój niemalże całego XX wieku, począwszy od lat 20. aż do 80. - a nawet i później. Cztery różne spojrzenia na świat oraz na bohatera oraz cztery różne style mają przeprowadzić Czytelnika przez ostatnią podróż śladami Maciejewskiego.

Rzeczywiście nie trzeba znać wcześniejszych książek, aby spokojnie przeczytać i zrozumieć “Gliny z innej gliny”. Co prawda brak znajomości dziewięciu wcześniejszych tomów uniemożliwia mi ocenę poziomu zdradzania wydarzeń, jednak na pewno nie czułem, że czegoś mi brakuje do pełnego zrozumienia wszystkich przedstawionych historii. Ciężko mi się również odnieść do podobieństwa kreacji głównego bohatera przez trzech zaproszonych do tworzenia niniejszej książki autorów. W obrębie tego tomu wszystko jednak wydaje się mieć ręce i nogi i być napisane w pełni zgodnie ze sobą. Na pewno jest to dobra pozycja do rozpoczęcia przygody z prozą Marcina Wrońskiego - można się zapoznać z jego stylem, sposobem budowania historii i sprawdzić, czy Lublin lat 20. XX wieku to jest coś, co nam pasuje.

Zazwyczaj w zbiorach krótkich form literackich można zaobserwować opowiadania, powiastki czy historie mające różny poziom. Jedne są ciekawsze, inne mniej, część z nich cechuje się wyrazistymi bohaterami i interesującą fabułą, a inne ciągną się jak flaki z olejem i nie wciągają ani trochę. “Gliny z innej gliny” są jednak jednym z nielicznych zbiorów, w których praktycznie wszystkie historie trzymają równy poziom. Są oczywiście nieznaczne wahania, niektóre z opowiadań przypadły do gustu bardziej, inne mniej, ale nie potrafię wskazać żadnego z nich palcem i napisać “o, to było słabe”. Niezbyt często spotykam takie zbiory i przyznam szczerze, że nieco obawiałem się klasycznego scenariusza (nawet mimo zacnych nazwisk biorących udział w projekcie). Na szczęście mogę z czystym sumieniem napisać - jeśli szukacie zbioru, w którym opowiadania trzymają poziom, to jest to coś dla Was.

“Liczyć to można na liczydła, mawiał ojciec Krafta, który przyjechał do Lublina z nadzieją na założenie sobie fabryczki, ale rozbił sobie łeb o kredyty i nieuleczalne pijaństwo tutejszych robotników”.

Trochę zgrzytem dla mnie było niepełne dogadanie się autorów co do przyszłości Zygi Maciejewskiego. Część historii osadzona jest w latach późniejszych niż te, w których działał lubelski policjant w dziewięciu poprzednich częściach cyklu. Mamy tutaj i czas II Wojny Światowej, i okres PRL, a nawet i lepiej znane młodemu pokoleniu lata 90. XX wieku. Większość wydarzeń jest spójna i zgodna co do wersji, jednak było parę (zwłaszcza w przypadku Róży), które się autorom nieco rozjechały. Co prawda nie powinno mieć to większego znaczenia - w końcu wszystkie są alternatywami, które wcale nie musiały się akurat tak potoczyć - ale jednak jakoś to zgrzyta. Pełne ujednolicenie z pewnością lepiej by wpłynęło na ogólny odbiór.

Jeśli miałbym wybrać, którego z autorów historie najbardziej mnie urzekły, to byłby chyba Marcin Wroński. Być może dlatego, że najlepiej znał Maciejewskiego (w końcu go stworzył), a być może dlatego, że najlepiej mu wychodzi opisywanie historii dziejących się w latach 20. i 30. XX wieku. Zwłaszcza kiedy się przeskakuje między kolejnymi opowiadaniami, czuć różnicę w stylu. Zarówno w narracji, jak i samych dialogach - wszak język polski ewoluował od tamtych czasów, więc warto to podkreślić. Na szczęście Marcin Wroński nie sili się na próby wplecenia archaizmów wszędzie, gdzie się tylko da - jego teksty wyglądają naturalnie, ale czuć, że nie opisują współczesnych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że prace pozostałych autorów są gorsze - jak wspomniałem, trzymają poziom, po prostu u nich nie czuć “tego czegoś”. Chociaż stworzyli też ciekawe historie, którym można dać się porwać choć trochę.

Na pewno “Gliny z innej gliny” są dobrym zbiorem. Nie wybitnym, ponieważ pomysły na poszczególne opowiadania były ciekawe, jednakże nie powalające. W kilku miejscach książce udało się skupić całkowicie moją uwagę, ale nie pochłonęły mnie całkowicie. Brakowało pewnego dreszczyku emocji, napięcia podczas rozwiązywania kolejnych zagadek, a czasem nawet zakończenia potrafiły dawać wiele do życzenia (historie kończyły się w niezbyt oczekiwanym momencie). Jednak trzeba przyznać, że sama forma wyszła naprawdę świetnie. Taka wycieczka w czasie jest nie tylko czymś może nie tyle świeżym, co nie aż tak bardzo wyeksploatowanym, to na dodatek dziesiąty tom wydaje się być doskonały do zapoznania się z postacią Zygi Maciejewskiego. Ja się osobiście czuję zachęcony do zapoznania się z wcześniejszymi historiami o lubelskim policjancie.

pokaż więcej

 
2018-05-31 22:11:26
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-05-28 20:28:11
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-05-26 11:43:54
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
Moja biblioteczka
593 212 1687
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (28)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (19)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd