Melancholia codzienności 
https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/
30 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 4 książki i 7 cytatów, ostatnio widziany 2 godziny temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-15 15:15:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Yanick Lahens to jedna z tych autorek, których nazwisko warto sobie zapisać i zapamiętać. Urodzona w Port-au-Prince pisarka i eseistka, została w 2014 roku wyróżniona nagrodą Femina, a obecnie na polski rynek wydawniczy trafia jej głośna powieść „Błogie odwroty”. To kolejna po „Dzieciach bohaterów”, „Niedzieli, 4 stycznia” i „Kraju bez kapelusza” książka rozprawiająca się z trudną... Yanick Lahens to jedna z tych autorek, których nazwisko warto sobie zapisać i zapamiętać. Urodzona w Port-au-Prince pisarka i eseistka, została w 2014 roku wyróżniona nagrodą Femina, a obecnie na polski rynek wydawniczy trafia jej głośna powieść „Błogie odwroty”. To kolejna po „Dzieciach bohaterów”, „Niedzieli, 4 stycznia” i „Kraju bez kapelusza” książka rozprawiająca się z trudną rzeczywistością Haiti.

Powieść rozpoczyna pożegnalny list sędziego Raymonda Berthiera do żony, w którym prognozuje on swoje losy w niedalekiej przyszłości, wietrząc możliwość doświadczenia śmierci. Raymond to jeden z tych obywateli, który doskonale rozumiejąc zasady działania skorumpowanego systemu, twardo stoi po stronie prawdy i nie daje się ująć w próbujące go dosięgnąć z każdej strony macki zła. Gdy sędzia padnie ofiarą morderstwa, wydarzenia potoczą się bardzo szybko, a upadek małej wspólnoty stanie się metaforą rozwiązłości i braku stabilności w całym społeczeństwie. „Błogie odwroty” są nie tylko multipersonalnym dramatem i pejzażem narastającego wyobcowania, lecz także próbą opowiedzenia ponurej historii o kraju owładniętym chorobą wiecznych przemytów oraz wewnętrznego kryzysu.
Lahens portretuje różne postawy, zestawiając je ze sobą i nie komentując w żaden osobisty sposób. Tworzy swoistą kronikę radzenia sobie z utratą bliskiej osoby, a wśród bohaterów sztuki wyróżnia m.in. jego utalentowaną muzycznie córkę Brune, zrezygnowaną żonę, powątpiewającego i węszącego szwagra Pierre’a. Ci będą próbować rozwikłać zagadkę śmierci na swój własny, odmienny sposób. Intryga jest tu jednak wyłącznie mirażem, niewiele znaczącym dodatkiem do polifonicznego ciągu myśli i pożądań. Od zwrotów akcji i mylenia tropów autorka woli tworzyć artystyczne zwidy, gdzie słowa przeplatają się z muzyką, obrazami i duszną atmosferą stolicy Haiti. Opowieść zyskuje swój własny, indywidualny rytm, a dochodzący systematycznie do głosu egocentryzm i oportunizm bohaterów, stanowić będzie uzupełnienie podupadającego pleneru codzienności. To nie jest lektura, w której smutek, miłość, żałoba czy tęsknota wyjdą na wierzch. To raczej zaangażowana społecznie powieść izolacji, gdzie tytułowe odwroty będą wyznacznikami ludzkiej egzystencji.

„Błogie odwroty” stanowią ciekawą frazę nie tylko ze względu na jej diagnostyczny charakter, ale także dzięki jej namacalnemu poczuciu odrealnienia. Lahens umie łączyć urywane myśli z przestrzenią, a rezygnacja ma tu wiele odcieni intensywności. Uwagę przyciąga także forma, meandrująca narracja, zmieniająca się z pierwszo- na trzecioosobową, nawet kilka razy w jednym akapicie. Autorka pisze stylem surowym i lirycznym jednocześnie, miesza punkty widzenia oraz tworzy szare obrazy rzeczywistości, dobrze nam znane z dzieł noir. Oddaje głos miastu i systemowi, krainie rajskiej i piekielnej jednocześnie. Wszystko to napisane bardzo intensywnie i sugestywnie, bez zbędnych ozdobników. To trudna i lepka książka, gdzie każde słowo ma znaczenie, a silne konotacje dla odbioru niosą przede wszystkim częste pauzy. Wielbiciele długich opisów i bogato zarysowanych postaci nie będą usatysfakcjonowani.

„Błogie odwroty” to minimalistyczny wielogłos o dysharmonii haitańskiej rzeczywistości, o obrazie chaosu, który stworzyli ludzie i w którym nurzają się dostosowując się do jego zasad bezwolnie. Książka nie tylko nieprzyjemna w wymowie, ale także ciężka w procesie czytania. Brak tu elektryzujących zdarzeń, klarownych rozwiązań i kipiących uczuć. To raczej powieść dziejąca się w podświadomości, atakująca nasz organizm z wielu stron, niekoniecznie koncentrująca się na sercu czy mózgu. Gorzka i barwna, rytmiczna i melancholijna, intymna i skupiająca się na szerokiej perspektywie, ciekawa i bolesna. Książka wielu kontrastów, o której trudno myśleć, a jeszcze gorzej pisać. Chce się o niej zapomnieć, ale jeszcze bardziej ją zapamiętać. I doprawdy niewiadomo, która opcja jest bardziej wymagająca. To rzecz dla wąskiego grona odbiorców, tych którzy poszukują w literaturze niejasności i zagubienia. W tym sensie „Błogie odwroty” dobrze spełniają swoje literackie przeznaczenie. Warto ją znać, choć nie jest to książka rzucająca na kolana.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-bogie-odwroty-yanick-lahens.html

pokaż więcej

 
2018-10-12 11:06:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Wielkie nadzieje” Karol Dickens publikował w latach 1860-1861 w tygodniku All the Year Round. Opowiada ona historię Pipa, małego chłopca wychowywanego przez swoją siostrę i jej męża, kowala Joego. Wiodą oni spokojny małomiasteczkowy żywot, aż do momentu, gdy pewnego dnia Pip napotka na cmentarzu ukrywającego się przestępcę, a następne udzieli mu pomocy. Choć nie może tego wiedzieć, to... „Wielkie nadzieje” Karol Dickens publikował w latach 1860-1861 w tygodniku All the Year Round. Opowiada ona historię Pipa, małego chłopca wychowywanego przez swoją siostrę i jej męża, kowala Joego. Wiodą oni spokojny małomiasteczkowy żywot, aż do momentu, gdy pewnego dnia Pip napotka na cmentarzu ukrywającego się przestępcę, a następne udzieli mu pomocy. Choć nie może tego wiedzieć, to wydarzenie zmieni jego żywot na zawsze. Po kilku latach Pip, nieszczęśliwie zakochany w pięknej Estelli, przygotowujący się do zawodu kowala, dostanie szanse na odmianę swojego losu. Anonimowy darczyńca ofiaruje mu środki wystarczające do dostatniego życia w Londynie, obietnicę nowym, wielkich nadziei. Tak rozpocznie się kolejny etap w życiu Pipa, czas dojrzewania wypełniony płomiennymi uczuciami, licznymi błędami, zaniechanymi planami i niespełnionymi marzeniami.
Pip to bohater na wskroś dickensowski. Stroni od przejawów agresji, z natury ufa innym ludziom, nie poddaje się modom ani presji otoczenia, nie wynosi złych nawyków z domu rodzinnego, gdzie nie wszystko szło po jego myśli. Jest więc to typ cierpiętnika, kogoś kto w imię sprawiedliwości jest zdolny do oddania części siebie. Jego powolna metamorfoza przebiega według dobrze nam znanej z innych dzieł autora krzywej. Każde wypowiedziane zdanie, wszystkie przedstawione myśli czy podjęte decyzje, służą wyższemu celowi, jakim jest ukazanie krytyki niesprawiedliwości społecznych. Dickens to człowiek trudnej biografii – gdy jego ojciec trafił za długi do więzienia, 12-letni Karol musiał opuścić szkołę i pracować w fabryce pasty do butów. Podobnie jak on, jego postaci też zmuszeni są pracować w warunkach niedostosowanych do ich wieku, gdzie głód, brud, smród czy ubóstwo, ucieleśniają szpony systemu, z których każdy próbuje się uwolnić, ale tylko niektórym się to udaje. Pip ma szczęście, trafia do lepszego świata, ale niestety dla niego, jest to tylko ułuda, bowiem jego pochodzenie nie opuści go choćby na chwilę, a tajemnica życia, o której sam nie ma pojęcia, wcale nie będzie tak oczywista, jak może się na początku wydawać.
„Wielkie nadzieje” to z pewnością dzieło moralizatorskie, ale także baśniowe. Powieść pełna jest marzeń, do spełnienia których dążą bohaterowie. Fortuna raz się do nich uśmiecha, by po chwili pozbawić ich złudzeń na lepsze jutro. To też taki typ historii, która z punktu widzenia współczesności jest mało realna, przez co czujemy się w niej jak w świecie magicznym. Bogaci właściciele ziemscy, szanowani bankierzy, nieznające swojej przeszłości sieroty, wielkoduszni przestępcy, skryci oszuści – wszyscy oni sprawiają wrażenie klisz wyciętych ze starego albumu, które odpowiednio poukładane pozwalają czytelnikowi przenieść się do tajemniczego miejsca, pełnego nasyconych barw i intrygujących wydarzeń. Jest w tym pewna doza spokoju i zrozumienia, tak ważna w obecnych, sztucznie napędzanych i udziwnianych superbohaterami czasach. Ta książka stanowi swoisty rewers tego, co autorzy zwykli nazywać przyszłością, a jednocześnie jest ona pełna wewnętrznych kontrastów doskonale obrazujących industrialne zmiany, jakie zaszły w XIX-wiecznej Anglii.
Autor „Olivera Twista” stworzył dzieło karykaturalne, ale przy tym niezwykle szczere i poruszające. Historia zawodu, braku wsparcia i złamanego serca młodego Pipa to relacja bardzo subtelna i na wskroś uniwersalna. Dickens mówi nam jak przebiegają zmiany w człowieku, jak rodzą się inne punkty widzenia i że każdego dosięgnie ogrom egzystencjalnych trudności i problemów. Nie oszczędza swojego bohatera, daje mu przynętę i wrzuca w wartki nurt rzeki poszarganych nadziei, w którym nic nie jest pewne i oczywiste. Można tę książkę odczytywać jako przestrogę przed utratą skromności, można też wziąć ją za kolejny przykład idealnie przedstawionej literatury wiktoriańskiej, a można również doszukiwać się tu znamion powiastki towarzyskiej, czegoś idealnego na spokojny wieczór. Niezależnie jakie powody będą wami kierować, wiedzcie że „Wielkie nadzieje” to powieść bardzo udana, kolejna mocna pozycja w dorobku brytyjskiego pisarza.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-wielkie-nadzieje-charles.html

pokaż więcej

 
2018-10-08 11:02:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Arnon Grunberg, jest często typowany jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy holenderskich. To prawdziwy człowiek orkiestra w zakresie literatury – gdy miał 19 lat założył wydawnictwo, w wieku 23 lat napisał bestseller dystrybuowany na całą Europę, do 40 roku życia opublikował co najmniej tuzin powieści, z których dwie zdobyły holenderski odpowiednik Nagrody Bookera. Ima się różnych... Arnon Grunberg, jest często typowany jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy holenderskich. To prawdziwy człowiek orkiestra w zakresie literatury – gdy miał 19 lat założył wydawnictwo, w wieku 23 lat napisał bestseller dystrybuowany na całą Europę, do 40 roku życia opublikował co najmniej tuzin powieści, z których dwie zdobyły holenderski odpowiednik Nagrody Bookera. Ima się różnych form wyrazu - pisze opowiadania, sztuki teatralne, poezje, felietony, korespondencje wojenne. „Tirza” to jego szósta powieść, wyróżniona nagrodą Libris i belgijską Złotą Sową.

W swojej najpopularniejszej książce autor z Holandii kreśli nam obraz nowoczesnej rodziny. W centrum swojego dramatu osadza cztery osoby. Matka to pozbawiona głębszych uczuć, zmysłowa i egocentryczna kobieta, która wraca po latach nieobecności do swojego męża i dzieci. Hofmeester jest skrajnie konwencjonalnym ojcem, człowiekiem, który wszelkie objawy emocji traktuje jak chorobę. Tirza, młodsza córka, jest rozpieszczoną i poszukującą innego życia ulubienicą ojca. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu, są dla siebie przyjaciółmi, sąsiadami, rodzeństwem, a nawet kochankami, tylko nie ojcem i córką w klasycznym rozumieniu tego układu. Tirza marzy o wyjeździe do Afryki i gdy uda jej się zdać maturę, swoje zamiary przełoży na realizację. Ostatnim członkiem rodziny jest Ibi, starsza córka, mieszkająca z parterem we Francji, gdzie razem zajmują się prowadzeniem hotelu. W tak wykreowanym klaustrofobicznym układzie Grunberg oddaje głos najbardziej zachwianej osobie – Hofmeesterowi, a początkowe wrażenie zaskoczenia z dokonanego wyboru szybko ustępuje miejsca zrozumieniu.

Hofmeester to rodzinny patriarcha, wódz pławiący się w oceanie niewypowiedzianego upokorzenia. Oficjalnie zatrudniony w wydawnictwie jako tłumacz, za niewystarczające wyniki zostaje oddelegowany na wcześniejszą emeryturę. Nie zamierza jednak o tym wspominać w domu, aby nie podważać swojego autorytetu. Woli codziennie jeździć na lotnisko i tam machać osobom, na które nikt nie czeka. Posiada on też inne, niespotykane pomysły na życie. Nie jest uzależniony od alkoholu, jednak każdego dnia wypija butelkę włoskiego gewürztraminera. Wynajmuje część mieszkania, prawdopodobnie tylko po to, aby pod nieobecność lokatora móc przeglądać każdą szczelinę jego pokoju. Hofmeester jest też fetyszystą i fizjologicznym frustratem. Pełnię jego dualnej natury, najlepiej oddaje jednak stosunek do Tirzy. Chce być dla niej ojcem doskonałym, z cierpliwością i liberalizmem podchodzi do jej życia społecznego i seksualnego. Akceptuje każdy jej pomysł na samorozwój, a jednocześnie daje jej to, co sam uważa za najważniejsze. Nie jest przy tym typem sofisty. Choć wierzy w uzdrawiającą moc literatury poważnej, w szczególności Tołstoja, pozostawia swojej córce wiele swobody. Ewolucja tej chorej zależności rozpocznie się od imprezy pożegnalnej. To tam dojdą do głosu ciemne rejony duszy bohatera. Obudzi się w nim bestia, która powoli zacznie przejmować kontrolę nad ciałem i umysłem.

Grunberg nie speszy się ze swoją relacją. Na blisko 600 stronach rozciąga przed czytelnikiem epicką historię o rozpadzie wartości i zagubieniu. Przy użyciu ciekawych, przefiltrowanych przez permisywną filozofię życia, bohaterów diagnozuje lęki cywilizacji zachodniej po ataku na World Trade Center. W jego narracji jak mantra powraca postać Muhammada Aty, przybierającego coraz to nowe kształty i postawy. Jest więc „Tirza” próbą opowiedzenia małej apokalipsy, jako symbolu kondycji społeczeństwa europejskiego. Ale to nie metaforyczna postać książki nadaje jej status kultowej. Grunberg, podobnie jak Murakami postawił na ascetyczny styl, pozornie wyprany z emocji. Jego bohaterowie, podobnie jak postaci z książek japońskiego pisarza, są samotni i zagubieni, zmagają się z niezrozumiałym światem, a przy tym pozostają wewnętrznie niejednoznaczni i mroczni. Nie trapią ich podstawowe biologiczne potrzeby ludzkości, a swoje słabości chowają za przyzwyczajeniami – gotowaniem, czytaniem książek, lampką wina. Poznawanie rzeczywistości Hofmeestera jest trochę jak jazda po płaskiej powierzchni, pozbawionej wszelkich wzniesień i głębi. Holender stawia na klarowny obraz i moc przekazu.

Nikos Kazantzakis w swojej książce „Ostatnie kuszenie Chrystusa” napisał, że „wrota niebios i piekieł sąsiadują z sobą i są identyczne”. To zdanie idealnie odnosi się do przedstawionej opowieści. Świat Hofmeestera jest pozornie ułożony. Dobra praca, mieszkanie w lepszej dzielnicy, poprawność polityczna i dbałość o trzymanie emocji na wodzy stawiają go w pozycji człowieka dobrobytu. Dopiero skupienie się na szczegółach, na małych i skrzętnie ukrywanych elementach codzienności, pozwoli skutecznie zburzyć mit idyllicznego żywota. Bohater ma ciągły wybór, iść w prawo lub w lewo, otworzyć drzwi zrozumienia lub te przenoszące go do świata obłędu. Grunberg bada granice frustracji, interesuje go zarówno dramat ludzki w szerokim kontekście, jak i bardziej intymnie, jako negację męskości i ojcostwa. Chociaż wspomina o początkach patologii, źródłach jego pochodzenia, robi to wyrywkowo, traktuje raczej jako tło, niż faktyczną analizę problemu. Kanalizuje przekaz na to co tu i teraz, zdawkowo konfrontując to z przeszłością. Dlatego warto „Tirzę” czytać jako opowieść dosłowną, bolesną i traumatyczną. Dopiero ostatnia jego część nosi znamiona nierealności. Wyjazd Hofmeestera do Afryki i obcowanie z tubylczym dzieckiem proponującym mu towarzystwo, to pomysł zadziwiająco podobny do tego z książki noblisty - J. M. Coetzee "Czekając na barbarzyńców”. Jest to też mroczna odsłona antycznej tragedii, ostatni epizod tej trudnej narracji. To tu poznamy odpowiedzi, których nigdy nie chcielibyśmy znać.

Grunberg stworzył dzieło trudne w odbiorze, zarówno w warstwie fabularnej, jak i stylistycznej. To mocna książka o samotności, dumie, wstydzie, urazie czy miłości. Książka nieoczywistych wyborów i chorych przyzwyczajeń. To też książka, która korzystając z gotowych pomysłów, otwiera wizję świata przy użyciu niezwykle uniwersalnego klucza. Trzeba jednak przyznać, że Grunberga wcale to nie martwi. Nas też nie powinno, albowiem „Tirza” to powieść rzetelnie wykonana, umiejętnie skonstruowana i inteligentna. Jeśli tak ma wyglądać literatura mainstreamu, to śmiało możemy brać ją w ciemno.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-tirza-arnon-grunberg.html

pokaż więcej

 
2018-10-05 12:25:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Ta książka powinna się poddawać określonym prawom, mieć ułożoną, matematycznie dopracowaną strukturę. Tymczasem u Gospodinowa nic nie jest linearne ani pewne, akcja przechodzi płynnie z jednej przestrzeni w inne, jeszcze... Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Ta książka powinna się poddawać określonym prawom, mieć ułożoną, matematycznie dopracowaną strukturę. Tymczasem u Gospodinowa nic nie jest linearne ani pewne, akcja przechodzi płynnie z jednej przestrzeni w inne, jeszcze bardziej nieokreślone. Zresztą to bardziej zarysy wydarzeń, przesłonięte mgłą niepewności wspomnienia, niż realne i namacalne epizody z życia. „Fizyka smutku” oparta jest na wyrazistym kontraście – autor stawia w centrum swoich dociekań czas, który jednocześnie jest zagadką, swoistym ciągiem niewiadomych. Pojęcie przemijania i trwania zajmuje bułgarskiego pisarza od dawna. Jego bohater, podobnie jak on kilka lat wcześniej, stale próbuje wymknąć się zapomnieniu. Oboje wykorzystują do tego podobne narzędzia, różniące się jedynie intensywnością doznań oraz fantazyjnością. I tak Gospodinow uruchomił projekt „Przeżyłem socjalizm”, czyli platformę internetową, na której zbierał wspominki sprzed 1989 roku, dalej przefiltrowane i opublikowane w postaci książki. Jego celem było zebranie osobistych historii, które w połączeniu oddały by obraz kolektywnej komunistycznej rzeczywistości, uchroniły by te doświadczenia od śmierci. Tak samo czyni jego bohater, który wcielając się w różne istoty, przemierzając odmienne miejsca i czasy, stara się przywrócić pamięć o tych, którzy już poddali się nieubłaganym skutkom działań kalendarza.

Gospodinow swoją historię rozpoczyna od cytatów klasyków – Pessoi, Borgesa i Flauberta. Jest więc erudycyjnie już od początku, tym razem jednak uczucie obcowania z czymś wielkim nie będzie stopniowo opadać wraz z rozwojem treści, ale wręcz odwrotnie, mądrość będzie tu się potęgować z tempem geometrycznym. A wszystko przez bohatera, jego niespotykaną właściwość i niewidocznego towarzysza – Gaustyna. Narrator jest małym chłopcem obdarzonym niezwykłym darem. Potrafi przenikać do cudzych myśli, ale nie w sposób dobrze nam znany z amerykańskich komedii romantycznych, podrzędnych thrillerów czy sztuki hipnotyzerskiej. Gospodinow daje swojej postaci umiejętność całkowitego wejścia w odmienny świat. Ten widzi oczami innych, słyszy niedochodzące do jego uszu dźwięki, współodczuwa ich smutek, ból czy szczęście. Ta metamorfoza ma swoje odzwierciedlenie także w warstwie narracyjnej, gdzie relacja trzecioosobowa zmienia się w pierwszoosobową. I tak przeskakujemy z historii na historię, jak dawniej bohater Potockiego co i rusz wodzony za nos przez swoich rozmówców. „Fizyka smutku” nie jest jednak konstrukcją szkatułkową, a raczej piętrową, taką frazą, która nigdy nie zmierza w jednym kierunku, rozgałęzia się na wiele możliwości. Odzierając Gospodinowską narrację z tułaczej podmiotowości, otrzymujemy wielowymiarową wędrówkę. Odwiedzamy więc hiszpańską corridę, dom wiekowej już kobiety w czasach wojny, niezbadaną przyszłość po potencjalnej apokalipsie i wiele innych przestrzeni, tyleż rzeczywistych co wyimaginowanych. Bohaterem pierwszoplanowym staje się więc nie człowiek, lecz przestrzeń, z przynależną mu chwilą. Nie jest więc to przestrzeń określona jak kadr z filmu, ale swego rodzaju projekcja, element wyobraźni. Ten metafizyczny przestwór zmienia się w „Fizyce smutku” w mityczny labirynt. To miejsce tajemnicze, niejednoznaczne, ale stanowi także element gry z czytelnikiem.

Książka Gospodinowa nie jest eksperymentem, to raczej literacka hybryda, efekt wieloletnich dociekań autora. Twórca „Powieści naturalnej” od początku swojej kariery z zapałem i wystudiowaną penetracją analizuje pojęcie literackości. Bez skrupułów przekracza granicę przyjętych konwencji i kreuje wizje eklektyczne, nie dające się przypisać odpowiednim gatunkom i prądom. Ten zabieg powiela w każdym swoim kolejnym dziele prozatorskim czy poetyckim, dostrzec możemy go we wczesnych zbiorach wierszy, tudzież późniejszych mistyfikacjach literackich. Taka też jest „Fizyka smutku”, bardziej przypominająca chodzenie po wodzie, niż po udeptanej ścieżce. Tu nigdy nie wiesz kiedy zaczynasz się zanurzać, nie masz pojęcia czy trajektoria którą obrałeś, jest optymalna, ani czy w ogóle dokądkolwiek cię doprowadzi. Jak w labiryncie, ciągłe mylenie tropów i interpretacji. A właśnie symbolika labiryntu ma tu znaczenie kluczowe, aczkolwiek nie jest to jedyny metaforyczny pierwiastek tej opowieści. Bohater Gospodinowa, niezależnie już czy będący w centrum czy na uboczu własnych doświadczeń, swoją nietypową relację oplata postacią Minotaura. Rozpoczyna się niewinnie, od wcielenia się w dziadka, który snując się po targu, słyszy dochodzące z namiotu okrzyki reklamujące niecodzienną atrakcję. Później Minotaur powraca kolejno w postaci dwunastoletniego chłopca opuszczonego przez siostrę i samego autora wspominającego swoje dzieciństwo. Tam też rozpoczyna się proces tworzenia kapsuły stworzonej z wielu historii. Do głosu dochodzi też ewolucja, bowiem narrator będzie rósł wraz z opowieścią. Jego umiejętności będą się zmieniać pod wpływem zewnętrznych bodźców. Podmiot czuje się jak Kolumb na nieznanych sobie przestworzach. Wszystko go zadziwia, wydaje się nowe, znaczenie ma każdy szczegół, każda porada. A wszystko to w nieco przytłumionych barwach, leżące gdzieś między wrażeniem świeżości, ponowoczesności poetyckiej mowy a jakimś tchnącym wiekami literatury aforyzowaniem.

Narracja bułgarskiego pisarza jest pocięta i fragmentaryczna, ale przy tym zadziwiająco spójna. Nie ma w sobie nic z epizodyczności, cały przedstawiony konstrukt jest przemyślany i celowy. Owa fragmentaryczność oddaje w sposób przekonujący destrukcję świata emocjonalnego bohatera. Mimo postmodernistycznej formy, fraza pełna jest tradycyjnej tęsknoty, którą w przewrotny sposób podkreśla właśnie użyta forma. Kwintesencja dociekań wydaje się być ukryta nie tyle w samej opowieści, ile w przemilczeniach. Pauzy podkreślają ostatnie, zazwyczaj kluczowe słowa w rozdziale czy akapicie. To taka myśl, nad którą warto się zatrzymać i skupić. „Fizyka smutku” pełna jest pięknych i mądrych zdań jakby żywcem wyjętych z umysłu wielkiego filozofa. Siła tej formy wynika nie tylko z umiejętności posługiwania się językiem, a także z bujnej wyobraźni autora, lecz również z autobiograficznego podkładu. U Gospodinowa jak mantra ciągle powraca postać młodego pisarza, są też przodkowie i bułgarska rzeczywistość lat 70-tych. A wszystko to tworzy swoistą strategię artystyczną i jednocześnie autoterapeutyczną. „Fizyka smutku” niesie w sobie ukrytą, intymną historię, która pod płaszczem wielkich fundamentalnych dla życia tematów, jest także egzystencjalnym monologiem o bycie.

Gospodinow w jednym wywiadów powiedział, że swoje pisanie zawdzięcza strachowi. Dotyczy to pewnej anegdoty z jego młodego życia, podczas którego męczył go powracający koszmar. Jego najbliższa rodzina została uwięziona na dnie studni, a on, będąc na górze, mógł tylko stać i biernie przyglądać się tej rodzącej się na jego oczach tragedii. Bał się spać, gdyż wiedział, że w krainie marzeń zamiast błogiego odpoczynku, czeka go familijny dramat. Ze swoich utrapień zwierzył się babci „babciu, śniło mi się coś strasznego, a babcia, która żyła w tamtym świecie, świecie mitów i magii, powiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno mi nikomu opowiedzieć tego snu, bo wypowiedziany się ziści. Byłem więc zmuszony znaleźć jakiś sposób, żeby jakoś go opowiedzieć, wyrzucić z siebie, a jednocześnie nie nadać mu siły sprawczej. I tak, ponieważ dopiero co nauczyłem się pisać, zapisałem go. Ze strachu. Przeciwko strachowi”. To dziecięce napięcie powraca w prozie Gospodinowa. W „Fizyce smutku” autor kilkukrotnie odwołuje się do pojęcia apokalipsy, tworzy listę niezbędnych przedmiotów, które mogą mu pomóc w innym świecie, analizuje kształt rzeczy i kondycję społeczności po nieuchronnym kataklizmie. Trwoga przybiera tu też inne odcienie – mijający czas, niezrozumienie, utrata, zezwierzęcenie, a przede wszystkim wiara, że przetrwać może tylko to, co zapisane.

Gospodinow stworzył książkę kompletną, istny wehikuł, który potrafi zatrzymać czas. Historia raz pędzi, by po chwili zatrzymać się i oddać poetyckiej refleksji. Jest w tej prozie siła filozoficzna i głębia egzystencjalna. „Fizyka smutku” to tak naprawdę metafizyczna wizja istoty życia, artystyczny projekt przekonujący swoją konstrukcją i stylistyczną finezją. Co ważne, jest to też książka wielu opowieści, a każda z nich niesie w sobie ducha człowieka, nie jest oderwana od tego, co znamy z codzienności. Dzięki temu jest nam bliższa, znajoma, mimo że ukryta się za onirycznym filtrem.

Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Nic z tego. To czysta metafizyka, a śladowe odwołania do jednej z kluczowych dziedzin wiedzy służą jedynie myleniu śladów, są zabawą konwencją, chwilowym pomysłem na rozwój miniopowieści. Poczułem się zatem oszukany, bo liczyłem na dobrą powieść. Zamiast tego otrzymałem prawdziwą księgę wszechrzeczy, coś, co moją artystyczną duszę wypełniło po brzegi. Uwielbiam być tak oszukiwanym!

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-fizyka-smutku-georgi-gospodinow.html

pokaż więcej

 
2018-10-02 19:55:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zmarły w marcu 1985 roku w Fort Myers Leopold Tyrmand, to polski pisarz, publicysta i wybitny znawca jazzu. Owiany legendą stanowił ikonę polskiego świata artystycznego lat pięćdziesiątych XX wieku. Znany jest przede wszystkim ze względu na wielowątkową powieść kryminalną pt. „Zły” oraz „Dziennik 1954” - pisma autora z pierwszych trzech miesięcy tytułowego roku.

„Zapiski dyletanta” to zbiór...
Zmarły w marcu 1985 roku w Fort Myers Leopold Tyrmand, to polski pisarz, publicysta i wybitny znawca jazzu. Owiany legendą stanowił ikonę polskiego świata artystycznego lat pięćdziesiątych XX wieku. Znany jest przede wszystkim ze względu na wielowątkową powieść kryminalną pt. „Zły” oraz „Dziennik 1954” - pisma autora z pierwszych trzech miesięcy tytułowego roku.

„Zapiski dyletanta” to zbiór notatek dokumentujących życie pisarza po jego migracji do Stanów Zjednoczonych. Rozpoczyna się niewinnie, od zachwytów nowicjusza, podziwiania ogromu występującej przestrzeni, ekscytacji z potencjału doświadczenia wszystkiego tego, o czym wcześniej słyszało się jedynie w relacjach. Tyrmand podchodzi do Ameryki z rezerwą i estymą. Imponuje mu różnorodność i nawarstwienie możliwości, przytłacza z kolei pojęcie odległości i marnotrawstwa, tak odmiennie definiowane niż w kraju ojczystym. Jeździ, zwiedza, rozmawia, poznaje ludzi. Korzysta z wszystkiego tego, czego w komunistycznym reżimie zabraniano. Jednak takie życie szybko skutkuje zmianą orientacji pisarza. Coraz silniej doskwiera mu poczucie osamotnienia we wszystkim tym, co było do tej pory istotą jego życia. Mnogość atrakcji i swoboda funkcjonowania otwierają jego oczy na nowe punkty widzenia. Urodzony w Warszawie pisarz nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego amerykańska inteligencja nie docenia otaczającego ich świata, nie korzysta z bezliku sortów, rodzajów, typów i form szczęścia dostępnych na wyciągnięcie ręki.

Człowiek przepełniony duchem wolności nie ma daru ekstrapolacji faktów, które mogłyby mu jego prawa odebrać. Tyrmand trafił do Ameryki z bagażem wojennych doświadczeń oraz egzystencją w kraju ogarniętym komunizmem. Wszelkie próby wyjaśnienia tamtej rzeczywistości nowym znajomym spełzają na niczym. Pisarz stopniowo odkrywa, że to nie strach przed rosyjską siłą powstrzymuje amerykańskich aktywistów od publicznego udziału w walce z bestialskim reżimem, ale ignorancja. Oni nie wierzą w ludobójstwa, w ciągłe zastraszanie, funkcjonowanie aparatu represji silniejszego niż ich CIA. Amerykańscy inteligenci byli ślepi, a tej neutralności polski pisarz nie był w stanie znieść. Wyobcowanie, wewnętrzne rozdarcie a wreszcie ból i złość zaczęły wyznaczać kolejne dni autora.

Tyrmand sam nazywa się dyletantem, nie rości sobie praw do bycia specjalistą w żadnym temacie. Swoje zapiski traktuje jako wolne myśli, jako formę wyrażenia wszystkiego tego, dla czego nie może uzyskać akceptacji w otoczeniu. Autor „Siedmiu dalekich rejsów” obserwuje rzeczywistość społeczną w rozmaitych jej odsłonach, z ogromnym wyczuleniem na smak detalu. To takie niezwykle inteligentne, błyskotliwe i przepełnione erudycją teksty, z których bije cierpienie osoby światowej, nie mogącej znaleźć recepty na swoje lokalne problemy. Autor dotyka wielu dziedzin – literatury, przemysłu, muzyki, historii, komunikacji, corridy – jedna jednak ma tu znaczenie pierwszoplanowe. Zapiski dyletanta są bowiem swoistym pamfletem na komunizm. Niemożność pogodzenia się z krzywdzącym ustrojem wyznacza i kreuje wewnętrzny świat pisarza. Lektura jego książki jest więc mentalnie bardzo trudna, mimo zastosowanej momentami prostej, humorystycznej formy. Warto ten zbiór refleksji poznać nie tylko ze względu na literacką wyobraźnię i wyjątkowo spostrzegawcze oko Tyrmanda, ale także, a może przede wszystkim dla ponownego uzmysłowienia absurdu rzeczywistości.
„Zapiski dyletanta” traktują też o innych kwestiach. Autor pisze o swoich odczuciach po wycieczkach do Izraela i Hiszpanii, odnosi się do zagadnień europejskości, rewolucji i istoty kultury. Podaje liczne anegdoty i opowiada humorystyczne dygresje, we wszystko wplatając swój inteligentny komentarz na temat rzeczywistości. To bardzo uniwersalna książka, mimo jasno określonej przestrzeni czasowej i terytorialnej. Specyficzna oda do wolności, filozoficzna podróż między narodami. Chociaż ma charakter osobisty dotyka do głębi każdego wrażliwego człowieka. „Zapiski dyletanta” to też mała kopalnia wiedzy o Nowym Starym Świecie, kronika życia obyczajowego i manifestacja myślowej niezależności. A przy tym skarbnica złotych myśli i wartościowych cytatów („Odwieczną istotą i tworzywem filozofii oraz sztuki zawsze były i ciągle są wieloznaczność i ambiwalencja głębi, a nie oczywistość powierzchni”). Warto

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-zapiski-dyletanta-leopold.html

pokaż więcej

 
2018-09-29 08:05:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Zadie Smith to brytyjska pisarka, eseistka i publicystka. Jest autorką pięciu powieści, z których każda szybko stawała się bestsellerem. Jej debiut - „Białe zęby” - okazał się strzałem w dziesiątkę. W samej Wielkiej Brytanii sprzedał się w ponad milionowym nakładzie, książkę nagrodzono Whitbread First Novel Award, zekranizowano ją w formie serialu telewizyjnego i obsypano dziesiątkami... Zadie Smith to brytyjska pisarka, eseistka i publicystka. Jest autorką pięciu powieści, z których każda szybko stawała się bestsellerem. Jej debiut - „Białe zęby” - okazał się strzałem w dziesiątkę. W samej Wielkiej Brytanii sprzedał się w ponad milionowym nakładzie, książkę nagrodzono Whitbread First Novel Award, zekranizowano ją w formie serialu telewizyjnego i obsypano dziesiątkami pochlebnych recenzji. Ta powieść na dobre usankcjonowała miejsce literatki w gronie autorów, na którym prace czeka się miesiącami. Powiedzieć jednak, że Zadie Smith łączą z branżą literacką tylko fabularne dzieła, to jak nie powiedzieć nic. Autorka krąży wokół literatury, nie tylko ją kreuje, ale także analizuje, wartościuje, wykłada, a nawet kształci jej tworzenia na New York University. Efektem tej działalności jest zbiór „Jak zmieniłam zdanie” oraz recenzowane „Widzi mi się”.

W książce ujęto ponad trzydzieści esejów, felietonów, przemówień i recenzji powstałych między 2010 a 2017 rokiem. To teksty zróżnicowane na wielu płaszczyznach: gatunkowym, objętościowym, tematycznym czy formalnym. Autorka „Swing time” z jednakowym znawstwem opowiada nam o filmach, książkach, malarstwie, Brexicie, gwiazdach muzyki, filozofii, ociepleniu klimatu, własnej twórczości. Razem z nią spojrzymy z nieco innej perspektywy na dzieje Franka Sinatry, Justina Biebera, Madonny, Jay’a-Z, Marka Zuckerberga, Karla Ove Knausgarda i innych. Ważna jest przy tym nie tylko niewątpliwa erudycja, ale także świeżość, z jaką autorka podejmuje się tematu i opisuje go w niekonwencjonalny sposób. Czytając pierwsze zdanie felietonu, nie wiemy dokąd opowieść dąży. Nie przypuszczamy nawet co będzie tak naprawdę istotą rozważań. Ot chociażby jeden z ciekawszych tekstów w książce, dotyczący animacji Charliego Kaufmana „Anomalisa” i jego więzi z Schopenchaureowską myślą o pożądaniu i współczuciu. Znam doskonale tą poruszającą historię o samotności i wstręcie do otaczającej rzeczywistości, nigdy jednak nie odczytywałem jej przez pryzmat teorii filozoficznych. Szkła przez które patrzy Zadie Smith dają opisywanym problemom nowe oblicze, nakłaniają do ponownego spotkania i reinterpretacji tego, co poprzednio zostało zamiecione pod dywan ignorancji.

Opisywany zbiór esejów jest jak pęk kluczy, który otwiera drzwi do wielu dziedzin. Każda z tych krótkich literackich impresji ma specyficzne żłobienia, fakturę i rozmiar, a tym samym wyzwala konkretne, ściśle określone emocje. Ta część z nich, która ma charakter autobiograficzny, która łączy się nierozerwalnie z codzienną prozą życia autorki, niesie w sobie dodatkowo nutę wrażliwości. To w nich najłatwiej można dostrzec zmysł obserwacji i nieskrępowaną wyobraźnię pisarki, jej krytyczny pazur oraz umiejętność niuansowania otoczenia, które tylko pozornie wydaje się czarne lub białe. Oczy Zadie Smith niczym barometr wychwytują wszelkie odchylenia od normy, wyczuwają czające się zmiany i potrafią zgrabnie je łączyć z tematami publicznie aktualnymi. Widzimy to chociażby w „Łazience”, „Radości” czy „Życiopisaniu”. To w tych tekstach autorka zdaje nam intymną relację z własnego życia, z rzeczy dla niej cennych, z uczuć jakie łączą ją z bliskimi, wreszcie ze zmian jakie w niej samej zachodzą. Sztuka opowiadania o sobie w kontekście przemian dziejowych i społecznych wychodzi autorce bardzo dobrze, a te części zbioru zachowują osobisty charakter, choć przecież składają się z szeregu publicznych wyznań. Jest to niewątpliwie jeden z mocniejszych punktów książki.

Ten zbiór, to prywatny głos w sprawach dla autorki ważnych, z których na pierwszym miejscu jest niewątpliwie wolność, definiowana w różnych formach i brzmiąca całą paletą tonów. Wszechstronność jest tu zdumiewająca, ma też jednak swoją negatywną stronę. Niektóre teksty jawiły mi się jako nieczytelne, głównie ze względu na nieznajomość kontekstu kulturowego, w którym żyje autorka. Recenzje niedostępnych w Polsce dzieł literackich czy opowieści o amerykańskich komikach są mi obce na równi z techniką spawania metodą MMA, a przez to ich merytoryczna atrakcyjność spada niemal do zera. „Widzi mi się” jest także zbiorem nierównym. Obok prawdziwych, intelektualnych perełek, znaleźć można tu teksty tchnące banałem. Historia poświęcona Facebookowi jest powtórzeniem znanych ogólnie poglądów, z kolei łączenie teorii relacji Martina Bubera zachodzących między Ja i Ty oraz Ja i Ono z rozdawaniem autografów przez Justina Biebera, wprawiło mnie w niemałą konsternację. Kogo bowiem interesuje ta zależność? Bubera? Biebera? Fanki? Społeczność? Mam wrażenie, że tylko autorkę tekstu. „Widzi mi się” to też książka napisana trudnym, hermetycznym językiem. Dzieło wymagające dużego skupienia i wielu horyzontów, ale posiadające także duszę intelektualisty, która czasami ociera się o przejaskrawienie. Jak bowiem interpretować zamiłowanie do opisywania malarskich ekspresji Marka Rothko w formie zachwytów nad geometryczną abstrakcją, archetypową wyobraźnią, wielkoformatową recepcją na temat śmierci czy walką pulsujących brzegów o uwagę?

„Widzi mi się” nie jest manifestem ani kalejdoskopem współczesnej kultury. Autorka dość luźno łączy zjawiska, tworzy analogie, pogłębia lub upraszcza nurtujące ją dzieła. Nie boi się poruszać tematów trudnych i niejednoznacznych (jak np. kwestii rasizmu w relacji z własnymi doświadczeniami i fenomenem filmu „Uciekaj!”). Jednocześnie pisze je dojrzałym, krytycznym i bogatym językiem, który można cytować i wnikliwie analizować. To taka lektura, która wymaga skupienia i powinna być czytana stopniowo, bez pośpiechu. Książka wartościowa dla wszystkich tych, którzy żyją kulturą i formują własne zdania na tematy społeczno-polityczne. Z drugiej strony może się okazać niestrawnym bełkotem dla tych, którzy dodatkowych komentarzy i innych punktów widzenia nie potrzebują. Ja się pod tą książką jednoznacznie nie podpiszę, czytajcie na własne ryzyko.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-widzi-mi-sie-zadie-smith.html

pokaż więcej

 
2018-09-26 19:46:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

John Steinbeck to jeden z najpopularniejszych amerykańskich powieściopisarzy w historii. W 1940 roku jego książka „Grona gniewu” otrzymała Pulitzera, zaś w 1962 roku za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych" został uhonorowany literackim Noblem. Wśród jego głównych literackich osiągnięć wymienić należy „Na wschód od Edenu”, „Tortilla... John Steinbeck to jeden z najpopularniejszych amerykańskich powieściopisarzy w historii. W 1940 roku jego książka „Grona gniewu” otrzymała Pulitzera, zaś w 1962 roku za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych" został uhonorowany literackim Noblem. Wśród jego głównych literackich osiągnięć wymienić należy „Na wschód od Edenu”, „Tortilla Flat”, „Myszy i ludzi” i „Ulicę Nadbrzeżną”.

„Była raz wojna. Bomby poszły” to wyjątkowa w dorobku pisarza pozycja. Pierwsza jej część to zapis zdarzeń, jakich świadkiem był autor podczas pracy korespondenta wojennego. Podążamy za amerykańskimi żołnierzami we wszystkich ich wojennych czynnościach. Steinbeck z równą pasją opisuje bohaterskie czyny, jak i rzeczy pozornie mało znaczące – jedzenie, rozmowy, stroje, klimat, sprzęt. Jego opracowanie, poczynione na zamówienie dziennika New York Herald Tribune, warto poznać ze względu na drobiazgowy i przepełniony humanizmem opis drobnych, codziennych spraw, które towarzyszą wojnie. W oczach Steinbecka walki na frontach Wielkiej Brytanii, Afryki Północnej i Włoch, przybierają wymiar indywidualnej pożogi, ciągłego niepokoju o dobro swoje i kraju. Jest to relacja pozbawiona nazwisk dowódców, głośnych bitew czy kontrowersyjnych epizodów. Nie znajdziemy tu brudu, krwi czy głodu. To raczej patetyczny opis wojennych dziejów tworzony ku pokrzepieniu serc czytelników, wartościowy jednak o tyle, że ukazuje los i różne sposoby radzenia sobie z wszechogarniającym złem.

Druga narracja została podzielona na dziewięć części. Pierwsza z nich – Bombowiec – zawiera ogólny opis budowy i możliwości bombowca B17-E, zwanego Latającą Fortecą. Znajdziemy w nim także określenie różnic między opisywanym modelem, a drugim powszechnie wykorzystywanym podczas wojny typem bombowców – B-24 Liberator. To także w tym rozdziale zamieszczono opis procesu przyjmowania rekrutów – od drobiazgowego wypunktowania proceduralnych obowiązków, aż do wnikliwych opisów badań i analizy predyspozycji. Kolejne siedem części ogniskuje się wokół literackiego odtworzenia różnych typów osobowościowych i odmiennych metod szkolenia poszczególnych członków załogi (bombardiera Billa, pilota Joe, strzelca pokładowego Ala, radiooperatora Harrisa, mechanika pokładowego Abnera i nawigatora Allana). Poznajemy więc zakres zadań, jakie muszą oni wykonywać każdego dnia szkolenia, wnikamy w ich skórę, aby samemu poczuć detale ich pracy, słuchamy relacji na temat małych radości, tęsknoty za bliskimi, problemów z utrzymaniem dyscypliny. W ostatnim rozdziale Steinbeck snuje domysły i spekulacje dotyczące pracy załogi podczas przyszłych misji. To bardzo prognostyczna i skłaniająca to działania część.

„Bomby poszły” powstały na zamówienie Amerykańskich Sił Powietrznych dla celów werbunkowych. Autor przygotowując się do swojej pracy odwiedził bazy i lotniska ASP w Teksasie, Luizjanie, Kalifornii, Illinois i na Florydzie. Każdego dnia wstawał o piątej rano, by rozpocząć szkolenie z członkami załogi bombowca B-17E. Towarzyszył nawet pilotom w kokpicie, aby z jeszcze większą drobiazgowością oddać majestat tego zadania. W ten sposób rodziło się dzieło ze wszech miar propagandowe, celowo napisane zwykłym i potocznym językiem, który miał przemawiać do matek i ojców w całym kraju. Steinbeck z wręcz baśniową prostotą ukazuje odrodzenie swojego kraju w obliczu realnego, militarnego zagrożenia. Wiele jest tu zdań motywujących i wychwalających system – „mamy najlepszych na świecie kandydatów na strzelców (…) wystarczy tylko poddać ich szkoleniu, dzięki któremu będą mogli w pełni wykorzystać możliwości współczesnej broni”. Pisarz tworzy niepokojące sceny sięgając do perspektywy aspektu czysto ludzkiego. Ostrożnie ujawniając kolejne fakty, wykorzystuje szczegóły narracji, by dozować napięcie. Jest więc to książka dotykająca moralnego sedna wkładu Ameryki w dzieło wojny i świadectwo przełomowego okresu w historii USA.

Autor książki „Na wschód od Edenu” był zapalonym pacyfistą, wierzył w możliwości pokojowego rozwiązania konfliktu. A jednak, po wydarzeniach z 1941 roku do głosu doszedł patriotyzm. Steinbeck stał się narzędziem w rękach amerykańskiej propagandy. Choć nie mógł wiedzieć, że ludzie których nakłania do wstąpienia do sił powietrznych zabiją tysiące cywilów i zrzucą bomby atomowe, trudno wybaczyć mu tę pomyłkę. Być może „Bomby poszły” są rolls-roycem w kategorii literatury propagandowej, trudno jednak czyta się je dzisiaj, mając w zanadrzu wiedzę, do czego ta książka się przysłużyła. Hemingway powiedział kiedyś, że wolałby raczej uciąć sobie trzy palce u ręki, którą rzuca, niż napisać taką książkę. To bardzo kategoryczna opinia, ale moje wrażenia są bliższe właśnie niej, niż zachwytom. Doprawdy trudno mi uwierzyć, że to książka tego samego Steinbecka, który z taką wrażliwością opisywał losy pokrzywdzonych warstw społecznych w „Gronach gniewu”.

Można zatem „Była raz wojna. Bomby poszły” przeczytać, chociażby po to, aby poznać inną stronę Noblisty. Z pewnością znajdziemy w niej ciekawy obraz rzeczywistości sprzed wielu lat. Wartość faktograficzna, pozostaje jednak jedną z niewielu jej zalet. Książka razi afektownym, banalnym językiem i wieloma przemilczeniami. O ile pierwsza część ma w sobie dokumentalny zapał i witalność, o tyle druga jest już czystym żartem z inteligencji czytającego, celowo wykreowanym mirażem dla osiągnięcia określonych postaw. Tym razem nie polecam.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-bya-raz-wojna-bomby-poszly.html

pokaż więcej

 
2018-09-21 18:10:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

Cezary Łazarewicz po otrzymaniu w 2017 roku Literackiej Nagrody Nike za książkę „Żeby nie było śladów” nie zwalnia tempa. Tym razem jego reporterskie oko skupia się na najgłośniejszej sprawie przedwojennej Polski, wielokrotnie przywoływanej w innych dziełach – między innymi w książkach „Sprawa Rity Gorgon” Marka Romańskiego, „Gorgonowa i inni” Edmunda Żurka czy filmie „Sprawa Gorgonowej”... Cezary Łazarewicz po otrzymaniu w 2017 roku Literackiej Nagrody Nike za książkę „Żeby nie było śladów” nie zwalnia tempa. Tym razem jego reporterskie oko skupia się na najgłośniejszej sprawie przedwojennej Polski, wielokrotnie przywoływanej w innych dziełach – między innymi w książkach „Sprawa Rity Gorgon” Marka Romańskiego, „Gorgonowa i inni” Edmunda Żurka czy filmie „Sprawa Gorgonowej” Janusza Majewskiego – historii morderstwa Lusi Zaremby.

Swoje dzieło autor „Sześciu pięter luksusu” dzieli z zamysłem na dwie jednostki, dzięki czemu ożywia i nadaje nowy blask, wydawać by się mogło, wyeksploatowanemu tematowi. Pierwsza, obszerniejsza część zawiera drobiazgowy opis wydarzeń pamiętnej nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku. To prawdziwy hołd złożony archiwistyce i bogatej bibliografii. Łazarewicz kreuje świat pełen detali, wychodzi jednak poza reporterski styl raportowania wydarzeń i skupia się na ludziach, ich odczuciach, myślach, troskach. Ważna jest tu też bezstronność, o którą autor dba w każdym słowie. Nie stoi po żadnej stronie, nie dorabia sztucznej rzeczywistości. Przy użyciu swojej wyobraźni tworzy nam przestrzeń wyrazistą zarówno w mikro, jak i w makroskali. Stara się oddać społeczne nastroje, próbuje ukazać tragedię ze wszystkimi jej mitologicznymi aluzjami. Portretuje nie tylko bezpośrednio zainteresowane strony, ale także adwokatów, sędziów, ekspertów, prokuratora, obrońców i opinię publiczną, która jeszcze przed rozpoczęciem procesu stanęła na stanowisku wszechwiedzącego medium, doskonale znającego winnego. Dzięki misternie utkanym wątkom i sieci hipotez, lektura tej części książki przypomina dramat sądowy.

Druga odsłona reportażu nadaje koloryt całej książce. W tym miejscu Łazarewicz przedstawia nam próby tworzenia alternatywnych rozwiązań zagadki, wraca do dowodów i próbuje je weryfikować nowoczesnymi narzędziami, rozmawia ze specjalistami od kryminalistyki i genetyki. Przede wszystkim jednak autor snuje tu relację o życiu córki Rity Gorgon, Romusi, która przyszła na świat w trakcie trwania procesu, podczas gdy jej matka przebywała w więzieniu. Od początku naznaczona piętnem morderczyni, musi radzić sobie z doskwierającą samotnością i ciągłą walką o dobre imię. Idzie przez życie ze ściśle określonym stygmatem, mimo swojej niewinności jest ciągle na nowo karana i skazywana na potępienie. To właśnie w tym miejscu dostrzegam potencjalną siłę tej książki, w przyznaniu się do bezradności wobec losów historii. Szkoda tylko, że wraz ze zmianą optyki, do głosu zaczyna dochodzić też autor, a nie wyłącznie jego bohaterowie.

„Koronkowa robota” to książka smutna, ale dzięki przyjętej koncepcji narracji – także dynamiczna. Na pierwszym planie pisarz stawia nam sferę kobiecości, ich potrzeby przynależności, odrzucenia, rozłąki, rodzicielskiej miłości. Pod względem faktograficznym nie wnosi ona nic nowego do sprawy (tym bardziej, że autor opiera się na konkretnych źródłach, pomijając milczeniem inne np. „Robotnika”, „Czas” czy „Gazetę Polską”) i odczytywanie jej wyłącznie jako elementu historii nie przynosi zadowalających efektów. Spojrzenie na dzieło z szerszej perspektywy, także jako na dramat potomków tragedii, dodaje jej znacznie więcej uroku, nie czyni jej jednak w żaden sposób lekturą wyjątkową. Łazarewicz stworzył dobrze zmontowaną literacką hybrydę, która dla jednych będzie powtórką z rozrywki, dla innych ciekawą książką detektywistyczną, dla jeszcze innych uroczym dramatem rodzinnym, a dla mnie jest jednak głównie konsekwencja poprzednich dzieł twórcy – połączenie znanych faktów z płytkim śledztwem. Na pewno czyta się ją dobrze i wartko, ale od reportażu historycznego oczekiwałbym jednak czegoś więcej, jakiejś wartości dodanej od autora, ot chociażby wyrzeźbienia pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów i otoczenia bądź nowych faktów. Tego w książce Łazarewicza nie dostrzegłem.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-koronkowa-robota-sprawa.html

pokaż więcej

 
2018-09-18 11:04:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Katie Kitamura to urodzona w 1979 roku amerykańska powieściopisarka, dziennikarka i krytyczka literacka. Jej analizy i felietony regularnie ukazują się na łamach The Guardian, The New York Times, Wired i Granta. Jest autorką książki non-fiction pt. „Japanese for Travellers - A Journey” oraz trzech książek fabularnych. „Rozstanie” to jej debiut na polskim rynku wydawniczym. Na podstawie książki... Katie Kitamura to urodzona w 1979 roku amerykańska powieściopisarka, dziennikarka i krytyczka literacka. Jej analizy i felietony regularnie ukazują się na łamach The Guardian, The New York Times, Wired i Granta. Jest autorką książki non-fiction pt. „Japanese for Travellers - A Journey” oraz trzech książek fabularnych. „Rozstanie” to jej debiut na polskim rynku wydawniczym. Na podstawie książki kręcony jest film, którego premierę wstępnie zaplanowano w 2019 roku.

Najnowsza powieść autorki „The Longshot” to namalowana bogatą paletą barw subtelna opowieść o rozpadzie małżeństwa, ale także historia, która pod wpływem stosunkowo banalnego przypadku, doprowadza do utraty wewnętrznej stabilności i części swojej tożsamości. Główna bohaterka i jednocześnie narratorka jest dojrzałą kobietą, poszukującą swojego nowego „ja” po rozstaniu z mężem. Zamiast jednak skupiać się na tym co będzie, pod wpływem telefonu niewtajemniczonej w małżeńskie problemy teściowej, udaje się w daleką podróż do źródeł swoich uczuć. Wyjeżdża na grecką prowincję, do opuszczonego o tej porze roku hotelu, w celu ostatecznego zakończenia tego rozdziału życia. Ów hotel, piękny ale jednocześnie zastanawiająco niewygodny, stanowi odzwierciedlenie krajobrazu emocjonalnego narratorki, krajobrazu niewyraźnego i coraz bardziej wykolejanego z każdą kolejną stroną, bowiem Christophera, jej męża, w hotelu nie ma i nikt nie jest w stanie powiedzieć gdzie się znajduje. W ten oto sposób Kitamura kreśli nam powieść pełną wieloznaczności, której akcja roztacza się na dwu płaszczyznach – rzeczywistej, gdzie akcja osadzona została na marginesie świata, a także metafizycznej, dotykającej najgłębszych strun ludzkiego jestestwa.

Można tę część opowieści traktować dosłownie, jako dramat bohaterki próbującej rozwikłać tajemniczą historię zniknięcia bliskiej jej osoby. Można jednak spróbować wejść nieco głębiej, w psychikę porzuconej osoby, która może pierwszy raz w życiu zdała sobie sprawę, jak bardzo czuje się opuszczona. Jej małżeństwo było tylko mirażem, grą pozorów toczoną pod dyktando oczekiwań świata zewnętrznego. Christopher nigdy nie był typem wiernego faceta, na którym można zawsze polegać. Uczciwość relacji małżeńskich znaczyła dla niego tyle, ile przywiązanie do kolejnej kochanki. Pozostały więc wątpliwości, uczucie osamotnienia i ostateczny rozpad swoich złudzeń. Zanurzając się w kolejnych retrospekcjach, odkrywając fakty potwierdzające czarny scenariusz zdarzeń, bohaterka powieści próbuje porządkować swój nowy byt, naznaczony nieuleczalnym bólem. Razem z nią będziemy przeskakiwać między nic nieznaczącymi dialogami, fantazjami, faktami i emocjami. Jej funkcjonowanie określa i wyznacza niepewność i zagubienie. Dawny świat, pełen pragnień, marzeń, obaw, radości, stał się ponurą poświatą, do której prowadzi wiele dróg, ale z której wyjść wcale nie jest tak łatwo.
Kitamura doskonale niuansuje pejzaż ludzkiego wnętrza. Dzięki pogłębionym obserwacjom i dbałości o niewidoczne szczegóły, kreuje świat do bólu realny. Lektura „Rozstania” upływa w cieniu szeroko rozpiętych kontrastów, między tym co dawne i tym, czego być może nigdy osiągnąć się nie uda. Kołowrót nastrojów, pozornie nieułożony i stanowiący mieszankę wybuchową, stanowi jeden z piękniejszych literackich obrazów ukazujących ludzką bezradność wobec niemożności wpłynięcia na wybory innych. Zaufanie i przywiązanie rozbija się o rzeczywistość z siłą podobną, z jaką Titanic wpłynął na lodową górę. I nikt nie jest w stanie dać gwarancji, że z tej katastrofy uda się wyjść obronną ręką.

„Rozstanie” to bardzo statyczna literatura, oszczędna w formie, ale przy tym boleśnie wyrazista i pielęgnująco wrażliwa. Absolutnie świeża, mimo że tchnąca osiągnięciami literatury kontemplacyjnej. Zdania Kitamury błyszczą, posiadają precyzyjne kontury, które ranią na krawędziach. Doskonale oddają kondycję człowieka sprowadzonego do absurdu zwątpienia, zatracenia zaufania i porzucenia. To taka fraza, która wykracza poza fabularną banalność. Czytając ją przeżywałem dramat bohaterki na dużo głębszym poziomie. Niespieszna i refleksyjna narracja przenika niepostrzeżenie do stylistycznego krwioobiegu czytelnika, uderza w czynne rejestry, na dobre wytrącając nas z pozycji biernego obserwatora zdarzeń.

Nowa powieść Kitamury to wyjątkowe połączenie zagadkowej, tajemniczej i sensacyjnej atmosfery z narracją przepełnioną uniwersalnym i intymnym charakterem. Bardzo melancholijna relacja o próbach radzenia sobie z różnymi odmianami strat. Czyta się ją doskonale, mimo niewielkiej dynamiki skonstruowanej historii. Absolutnie warto.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-rozstanie-katie-kitamura.html

pokaż więcej

 
2018-09-15 08:54:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Omar El Akkad to dziennikarz egipskiego pochodzenia, były korespondent wojenny "The Globe and Mail". Podczas swojej reporterskiej kariery mógł na własne oczy ujrzeć piekło wojny w Afganistanie czy gehennę arabskiej wiosny w ojczystym kraju, które to wydarzenia i towarzyszące im obserwacje oraz doświadczenia posłużyły mu do stworzenia przerażającej wizji przyszłości, zawartej na kartach... Omar El Akkad to dziennikarz egipskiego pochodzenia, były korespondent wojenny "The Globe and Mail". Podczas swojej reporterskiej kariery mógł na własne oczy ujrzeć piekło wojny w Afganistanie czy gehennę arabskiej wiosny w ojczystym kraju, które to wydarzenia i towarzyszące im obserwacje oraz doświadczenia posłużyły mu do stworzenia przerażającej wizji przyszłości, zawartej na kartach „Ameryki w ogniu”, powieści, która przez krytyków okrzyknięta została nową „Drogą” McCarthy’ego i spuścizną „Spisku przeciwko Ameryce” Roth’a. To także kolejna, po „Następnym życiu” oraz „Długim marszu w połowie meczu” książka wydana w Polsce w ostatnim czasie, która na nowo próbuje rozprawić się z mitem amerykańskiej wojny.

Akcja powieści osadzona została w Stanach Zjednoczony w roku 2074. To właśnie wtedy wybucha trwająca ponad dwadzieścia lat druga wojna secesyjna. Konflikt jest przyczyną sprzeciwu jednej ze stron - Południa, w skład którego wchodziły Missisipi, Alabama, Georgia oraz Karolina Południowa – wobec Ustawy o zrównoważonej przyszłości, która zakładała całkowity zakaz wykorzystywania paliw kopalnych na terenie USA. Dokument ten był następstwem wzrastającej świadomości społecznej i politycznej dotyczącej kwestii aktualnych także dzisiaj tj. zmian klimatycznych oraz wypadków towarzyszących wydobyciu i transportowi paliw kopalnych, ale także zmian, jakie dokonały się na mapie Ameryki - część lądu została pochłonięta przez ocean. Ryzyka pogłębienia tragicznych efektów ewolucji natury, odpowiednio wykorzystane przez rządzących, stały się zatem zalążkiem kolejnej pożogi. W tak wykreowanym miejscu, ogarniętym walkami i bezlitosnymi atakami na ludność cywilną, przyszło żyć rodzinie Chestnutów.

Narratorką opowieści jest Sarat, na początku mała dziewczynka, z czasem przeradzająca się w buntowniczą nastolatkę i wreszcie w dojrzałą kobietę. Razem ze swoim rodzeństwem – Daną oraz Simonem, a także matką Martiną, zostają wypędzeni ze swojego domu i jako uchodźcy trafiają do zamkniętego obozu Patience. Tam trwają, próbują żyć z dnia na dzień, bez wizji na lepszą przyszłość, na upragnioną wolność. Stopniowo ulatują z nich marzenia, zacięcie do zdobywania umiejętności, pamięć o ojcu. Ginie nawet nienawiść na swój los, choć nie do końca. Bo właśnie w Patience Sarat odkryje swoje powołanie, swój balast, z którym trafi jej żyć do końca. Mimo rzezi, mimo strat, uszczerbków na zdrowiu i statusu bohaterów, rodzina Chestnutów aż po krew swoich dni nie zazna radości. „Ameryka w ogniu” nie jest bowiem książką ku pokrzepieniu serc, to raczej przerażająca wizja powolnej destrukcji ludzkiej psychiki w obliczu nieustannej okupacji.

Ameryka Omara El Akkada to kraj wielu krzywd i miejsce pielęgnujące ideę bezprawia. Wojna domowa, batalia między Niebieskimi i Czerwonymi, ma niewiele wspólnego z humanitarnym postępowaniem względem swoich mieszkańców. Tu króluje strach, niepewność i dojmujące cierpienie. Egipcjanin maluje przed czytelnikiem pejzaż wypełniony różnymi odcieniami opresji. Nawet mała chwila nieuwagi, niewłaściwe słowo czy krzywe spojrzenie może zakończyć się śmiercią z ręki snajpera. Końcówka XXI wieku to czasy mroczne, ale także dobrze nam znane, pozbawione obcych cywilizacji i nowoczesnej technologii, przez co wymowa utworu tylko wzmaga naszą czujność i potęguje liczbę pytań napływających do głowy. Autor rozprawia się z brutalnością wojny, ale jednocześnie, a może przede wszystkim analizuje kondycję człowieku wrzuconego do puszki Pandory.

Mogę tę książkę polecić osobom lubującym się w dynamicznej i zmiennej akcji. „Ameryka w ogniu” jest powieścią zbudowaną na krótkich zdaniach, prostym języku i dużej ilości dialogów. Autor uwielbia kończyć swoje rozdziały w stylu „widzieli się po raz ostatni”, tak jak to zazwyczaj bywa w kryminałach. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że książka jest tylko kolejnym banalnym przykładem literatury pędzącej i mylącej tropy. Siła tej relacji tkwi bowiem w szczegółach, w powolnym budowaniu nowego świata. Pełno tu opisanych drobnostek, różnych odcieni świata realnego i wewnętrznego bohaterów. To nie zbiór kalek, ale właściwy wycinek rzeczywistości, ze wszystkimi zabarwieniami znanymi nam z życia. Jest więc wysokie tempo, ale ściśle kontrolowane, podlegające prawom stopniowego dojrzewania. Jeśli mam się do czegoś przyczepić, będzie to na pewno gubiąca się narracja, szczególnie jaskrawo widoczna pod koniec książki. Autor miesza przekazy kilkuletniego Benjamina i trzeciosobową opowieść, przez co dochodzi do sytuacji kuriozalnych, jak chociażby wtedy, gdy młody członek rodziny Chestnutów opowiada nam o wydarzeniach, których nie był świadkiem, albo używa wyrażeń nieadekwatnych do swojego wieku - „Krajobraz stał się egzotyczny: wielkie połacie piachu, upstrzone stoliwami o barwie karmelu i pomarańczy”.

„Ameryka w ogniu” to na pewno książka wartościowa. Bardzo dobrze skrojona futurystyczna wizja przyszłości, w której na pierwszy plan wysuwa się jednostka, z wszystkimi jej problemami, bolączkami i traumami. Konflikt zbrojny i polityczny jest tu tylko tłem, dla właściwego zobrazowania pejzażu wewnętrznego człowieka. A ten został odmalowany bardzo wyrazistymi barwami. Rzadko zdarza się czytać tak przejmującą i bliską nam dystopię. Mimo ubogiej lingwistycznej i stylistycznej podbudowy, warto tę książkę poznać, choć trzeba mieć też świadomość, że to lektura wybitnie smutna i przerażająca.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-ametyka-w-ogniu-omar-el-akkad.html

pokaż więcej

 
2018-09-10 12:46:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

W ramach serii prozatorskiej Korporacja ha!art proponuje ciekawy debiut Olgi Hund „Psy ras drobnych”. Jest to krótka w formie impresja na temat pobytu na oddziale psychiatrycznym. Młoda pisarka wychodzi ponad nurt relacji opisujących nieprawdopodobne przypadki – nowych Chrystusów, wodzów w dobie sukcesu, superbohaterów – i skupia się na istotach pokrzywdzonych przez otoczenie i system. Ich... W ramach serii prozatorskiej Korporacja ha!art proponuje ciekawy debiut Olgi Hund „Psy ras drobnych”. Jest to krótka w formie impresja na temat pobytu na oddziale psychiatrycznym. Młoda pisarka wychodzi ponad nurt relacji opisujących nieprawdopodobne przypadki – nowych Chrystusów, wodzów w dobie sukcesu, superbohaterów – i skupia się na istotach pokrzywdzonych przez otoczenie i system. Ich codzienność wyznaczają walka o spokój, mało istotne rozmowy, wieczory muzyczne, czytanie w koło tych samych dzieł polskich pisarzy. Te z pozoru banalne czynności i towarzyszące im przedmioty, w zamkniętej przestrzeni zyskują moc artefaktów, są najważniejszymi elementami wyznaczającymi kształt wspomnień. A przecież właśnie o to co było tutaj chodzi, bo ta książka dla autorki to przede wszystkim lek na niewygodną przeszłość.

Kreśląc proste, często koślawe i urywane zdania Olga Hund stara się oddać pejzaż emocjonalny towarzyszący jej bohaterce podczas szarej codzienności w szpitalu. Miejsce do którego trafiła, naznacza ją piętnem na wiele lat. To kraina kaleka, będąca jednocześnie siedliskiem rozprzestrzeniania się patologii i groteskowości życia. Codzienność w szpitalu przepełniona jest urojeniami i oniryzmem. To co namacalne, miesza się z fantazjami. Trudno określić do czego dążymy, co ma sens, a czego się boimy. Ta minipowieść duszna jest od emocji i niemego krzyku rozpaczy. Dni mijają, kolejni pacjenci przyjeżdżają taksówkami lub karetką, lekarze robią obchody, podają kolejne leki. Smutna monotonia, bez nadziei i melancholii. Bo też w tej relacji na refleksje nie ma miejsca i czasu, to książka która rani i nie mami drugim dnem czy symbolizmem.

Oczekiwałbym od „Psów ras drobnych” czegoś więcej niż intymnego poszukiwania remedium na własne traumy. Chciałbym aby taka proza nie tylko oddawała cierpienie, ale pozwalała także czytelnikowi wejść w skórę bohatera. Żeby była typem literatury klaustrofobicznej, pozwalającej nam zbliżyć się do emocji podmiotu lirycznego. Życzyłbym sobie poczuć tę samą beznadzieję, co pacjenci tego szpitala. Niestety, z uwagi na małą objętość oraz odżegnywanie się od szczegółu, świat bohaterki jest dla mnie obcy. Pozostanie impresją, celnie odmalowanym wycinkiem świata, który oburza i punktuje nasze słabości, ale nic więcej nie wniesie do mojego życia.

Należy zatem „Psy ras drobnych” odczytywać jako osobistą walkę z chorobą duszy, próbę uwolnienia się od nękających demonów, literacki zabieg odmalowania fotografii pojawiających się w nocnych koszmarach. Taką książkę, która jest szczególnie istotna dla piszącego, ale wcale nie musi być żywotna dla czytającego. Wszystko rozchodzi się o indywidualną wrażliwość i empatię, której mam wrażenie w pewnych momentach zabrakło także autorce w kontekście budowania relacji ze współlokatorami. Jest też kwestia wiedzy na temat tego, co o kształcie leczenia psychiatrycznego już wiemy i czy przedstawiona rzeczywistość może nas czymś zaskoczyć. Bez wątpienia „Psy ras drobnych” to dosadna i otępiająca proza, która ze względu na swój stylistyczny minimalizm i objętość, może zniechęcać. Ale może się też zdarzyć, że te kompulsywne wyznania dotkną waszego wnętrza, sprawią że optyka na system psychiatryczny w Polsce ulegnie odmianie. A może po prostu inaczej spojrzycie na owładniętą swoimi marami mamę? Mimo wszystko myślę, że warto dać jej szansę.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-psy-ras-drobnych-olga-hund.html

pokaż więcej

 
2018-09-06 11:37:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nathaniel Philbrick jest amerykańskim pisarzem, żeglarzem i twórcą przewodników. Jego literackie prace doczekały się licznych wyróżnień. Za książkę „W samym sercu morza. Katastrofa statku wielorybniczego Essex” otrzymał w 2000 roku nagrodę Bookera, „Revenge of the Whale: The True Story of the Whaleship Essex” uzyskała nagrodę Boston Globe, z kolei recenzowana pozycja wgrała Lon Angeles Times... Nathaniel Philbrick jest amerykańskim pisarzem, żeglarzem i twórcą przewodników. Jego literackie prace doczekały się licznych wyróżnień. Za książkę „W samym sercu morza. Katastrofa statku wielorybniczego Essex” otrzymał w 2000 roku nagrodę Bookera, „Revenge of the Whale: The True Story of the Whaleship Essex” uzyskała nagrodę Boston Globe, z kolei recenzowana pozycja wgrała Lon Angeles Times Book Prize, Massachusetts Book Award for nonfiction i doczekała się nominacji do Nagrody Pulitzera w dziedzinie historii. Philbrick jest także twórcą nagradzanych na całym świecie książek „The Last Stand: Custer, Sitting Bull, and the Battle of the Little Bighorn” i „Bunker Hill: a City, a Siege, a Revolution”.

Autor na nowo zdaje nam relację z wyprawy purytańskich osadników ku Nowemu Światu. Zanurza nas w specyfice tamtych czasów, uwagę skupia na ludziach i wyznaczających ramy ich życia wydarzeniach, nie stroniąc przy tym od analiz społeczno-politycznych czy plastycznych opisów przyrody. Swoją relację prowadzi chronologicznie, od religijnych prześladowań w Anglii, przez makabryczną wyprawę statkiem, pierwsze spotkania z tubylcami, budowę osiedli i miast, aż do zawierania sojuszy i prowadzenia wojen z rdzennymi mieszkańcami. Pisarz oddaje głos dwóm głównym bohaterom – Williamowi Branfordowi - gubernatorowi kolonii oraz Benjaminowi Churchowi – dowódcy i pogromcy tubylców. Śledząc ich losy zwiedzamy osadę Plymouth, poznajemy normy obowiązujące w plemionach Wampanoagów, Pokanoketów, Nipomucków czy Narragensettów, przyglądamy się charyzmatycznym postaciom: sachema Massasoita, króla Filipa, przyjaciół Pielgrzymów ze szczepów indiańskich – Squanto i Samoseta, kapitana Christophera Jonesa, uczymy się razem z nowymi mieszkańcami uprawy kukurydzy, fasoli i dyni, ze zdumieniem odkrywany zdolności tamtych ludzi to wzajemnego ćwiczenia zrozumienia obcych sobie języków, przeżywamy pierwsze, nie tak barwne i nieogarnięte komercją Święto Dziękczynienia. Jesteśmy też świadkami historycznych wydarzeń takich jak ucieczka purytanów do Lejdy, zejście na Cope Cod, utworzenie osady, podpisanie traktatu między Massasoitem i gubernatorem Carverem, wreszcie Wojny Króla Filipa.

„Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” to blisko pięćdziesięcioletni epos, w którym wielkie wydarzenia i heroiczne wyczyny mieszają się z małymi radościami dnia codziennego i ludzkimi dramatami. Autor rzuca świeże spojrzenie na mit amerykańskiej historii, od początku budowanej na dyskryminacji rasowej, przemocy i religijnych przepychankach. Książka dotyka wielu kwestii: klas społecznych, władzy, stosunku człowieka do natury, pogoni za uznaniem i bogactwem, wojny i walki. Walki człowieka z siłami przyrody, walki z własnymi słabościami, utratami, bólem, chorobami, niezrozumieniem, brakiem zaufania. To powieść gęsta od historycznych faktów, detali i postaci. Dobrze zbadana i udokumentowana kronika o zapomnianych i niewygodnych faktach. Philbrick utkał swoje opracowanie z drobnych zdań i wzmianek wyszukanych w setkach źródeł historycznych. Przeszukał zakurzone woluminy, dotarł do pozornie niedostępnych map, listów i relacji, wnikliwie przejrzał tysiące stron opisów, dzięki czemu jego opowieść jest nie tylko wiarygodna, lecz także pełna wrażliwości i człowieczeństwa. Są w książce oczywiście fragmenty mocno dydaktyczne, wręcz podręcznikowe, stanowią one jednak niewielki ułamek. Philbrick jest oszczędny w opisywaniu indywidualnych doświadczeń. Nie narzuca subiektywnej perspektywy, a przy tym chce ujrzeć opisywany problem w ogólnym kontekście. I chociaż mocno zanurza się w tym, co było, bardzo dobrze niuansuje to, co pozostało.

To ważna książka, chociażby dlatego, że jak wspomina autor w 2002 roku oszacowano, iż w Stanach Zjednoczonych było około 35 milionów potomków Mayflowera, co stanowi blisko 10 procent całkowitej populacji USA. Większa część z nich nie ma świadomości tego, skąd pochodzą ani jakie dziedzictwo noszą w sobie. Książka została wzbogacona szeregiem pięknych fotografii i map, bezcennych z punktu widzenia odbiorcy. Dużą część opracowania stanowi bibliografia, dzięki której bardziej wnikliwi czytelnicy będą mogli dalej poznawać opisywany temat.

Można „Mayflowera…” kartkować jako fascynujący zbiór anegdot, zdarzeń i biografii, ponieważ wielość wątków, wynikających wprost z zakresu przedsięwzięcia, z próby opisania w jednym tomie bezmiaru losów ludzi, wyznań, plemion i wojen, sprawia, że trudno opanować to wszystko za pierwszą lekturą. Można też, a nawet trzeba tę powieść wykorzystać jako źródło uzupełnienia wiedzy historycznej. Ale można także dzieło Philbricka odczytać jako dzieje kilku pokoleń osiedleńców i tubylców, jako swoisty obraz dawnej epoki, pełnej cierpienia, rozterek, problemów, miłości, przywiązania czy oddania. „Mayflower…”, choć może nie jest powieścią fikcyjną, ma z fabułą wiele wspólnego, a drobne nierówności nie stanowią przeszkody w odczuwaniu radości z czytania. To z pewnością coś więcej, niż suche odtwarzanie faktów, to także wnikliwa analiza ludzkiej psychiki i literacka próba odtworzenia wycinka historii. Próba udana podwójnie, zarówno z faktograficznego, jak i prozatorskiego punktu widzenia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-mayflower-opowiesc-o.html

pokaż więcej

 
2018-09-01 16:04:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Kontynenty

Nadżib Mahfuz to egipski pisarz i publicysta, laureat Literackiego Nobla z 1988 roku. Jest autorem 33 powieści, 13 opowiadań, 30 scenariuszy filmowych, kilku dramatów a także licznych artykułów prasowych. Jego twórczość dzieli się na parę etapów – historyczny, społeczno-obyczajowy, egzystencjalny. Zasłynął głównie z magicznych opisów Kairu, w którym osadzał akcję większości swoich dzieł.... Nadżib Mahfuz to egipski pisarz i publicysta, laureat Literackiego Nobla z 1988 roku. Jest autorem 33 powieści, 13 opowiadań, 30 scenariuszy filmowych, kilku dramatów a także licznych artykułów prasowych. Jego twórczość dzieli się na parę etapów – historyczny, społeczno-obyczajowy, egzystencjalny. Zasłynął głównie z magicznych opisów Kairu, w którym osadzał akcję większości swoich dzieł. Recenzowana pozycja jest pod tym względem wyjątkiem, gdyż wszystkie przedstawione w niej wydarzenia dzieją się w Aleksandrii.

Tytułowy pensjonat został założony w 1925 roku i przez wiele lat był miejscem tętniącym życiem i przyciągającym zamożnych turystów. Obecnie – dokładnie 42 lata później, gdy Egipt rozszarpywany jest szeregiem niepokojów, przewrotów i rewolucji – stał się przytułkiem dla ekscentryków, ludzi którzy z różnych powodów nie wpisują się w otaczającą ich rzeczywistość. Mahfuz przedstawił nam pewien wycinek historii Egiptu rozpisany na cztery głosy i siedmiu bohaterów. Postacią spajającą całą opowieść jest Amir Wadżidi, emerytowany dziennikarz i cnotliwy filozof życia. Jego relacja rozpoczyna i kończy utwór, stanowiąc swoistą klamrę powieści. Jest to też jedyny narrator, który wzbudza sympatię czytelnika. Pozostali – gnuśny arystokrata bez ambicji i uparty egocentryk znudzony miastem, Husni Allam, posiadający bogatą przeszłość konspiracyjną komunista i osadzony w pułapce własnych namiętności Don Juan Mansur Bahi oraz zapalony karierowicz i hulajdusza, Sirhan al-Buhajri – poprzez swoją szemraną działalność społeczną i zachwiane wartości, którymi kierują się w życiu, są dla czytelnika okazami obcymi, takimi postaciami, z którymi trudno się identyfikować czy czuć do nich jakiekolwiek zamiłowanie. Oprócz wspomnianych aktorów tego małego dramatu, na scenę wyjdą także dwulicowy i zbankrutowany biznesmen – Tulba Marzuk, Marianna – właścicielka pensjonatu, dawniej wzięta dama z towarzystwa oraz piękna i urocza Zuhra, służąca, uciekinierka ze wsi. To właśnie przybycie do pensjonatu tej ostatniej, stanie się motorem napędowym opowieści. O jej względy starać się będą wszyscy mężczyźni, wykorzystując dla osiągnięcia swoich celów różnorodne techniki i chwyty.

„Pensjonat Miramar” to powieść wielu rodzajów perspektyw. Ten kolaż spojrzeń będzie miał w sobie wielką siłę, nie tylko polityczną, ale także, a może przede wszystko czysto ludzką. Przy pomocy bardzo prostej i przewidywalnej intrygi, Mahfuz kreuje świat symboliczny, w którym każda postać reprezentuje odmienne grupy społeczne i namiętności jakie nimi rządzą. Amir Wadżidi będzie więc ambasadorem starej partii walczącej o niepodległość, Mansur Bahi przedstawiać będzie tchórzliwe postawy socjalizmu, Sirhan al-Buhajri uosabia obywateli egoistycznych, nie wystawiających nosa poza własne ja, zaś Husni Allam personifikuje nowy porządek, ludzi starających się walczyć o dobro innych, w rzeczywistości próbujących zyskać sobie posłuch przez machinację. Tak jak mężczyźni manifestują określone postawy społeczne, tak kobiety ucieleśniają w sobie przeszłość i przyszłość kraju. Marianne, która kiedyś mogła oczarować każdego, obecnie dusi się w swoich wspomnieniach, znowu Zuhra dzięki swojej niewinności i pracowitości stanowi przykład dla innych i jest swoistym katalizatorem wszelkich zmian.

Powieść Mahfuza jest parabolą egipskiej rzeczywistości w okresie rewolucyjnym, ale także gorzkim wielogłosem o tym, że ludzką tożsamość zawsze można odbudować. Choć bohaterowie książki zarysowani są schematycznie i przybierają wyłącznie białe lub czarne maski, są przy tym wyraziści i czytelni, łatwo można ich ustawić na szachownicy rzeczywistości i nazywać ich swoimi imionami. Bo też „Pensjonat Miramar” można odczytywać jako narrację uniwersalną, gdzie konkretne postaci są obrazem innych społeczeństw i ludzi, targanych podobnymi bolączkami. Ta książka to także relacja o prywatnych porażkach, o utraconych marzeniach i przemijaniu, o zderzeniu charakterów i wewnętrznej walce. Prosta, ale jednocześnie wielowymiarowa opowieść wychodząca zdecydowanie dalej, niż może się to na pierwszy rzut oka wydawać. Napisana oszczędnym stylem fraza, która zapada w pamięć, a takie cytaty jak ten "Obudziły mnie krzyki i hałas. Czyżby to były odgłosy walki pochodzące z mojego wnętrza", dodają jej tylko uroku. Ciekawa książka, pisana w dawnym, metaforycznym stylu, którą warto znać. Może nie dotyka do dna serca, nie miażdży, ani nie wywołuje złości, ale pozwala na chwilę zadumy i umożliwia spojrzenie na ten sam problem z różnych punktów widzenia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/09/recenzja-pensjonat-miramar-nadzib-mahfuz.html

pokaż więcej

 
2018-08-26 13:05:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Siergiej Lebiediew to rosyjski dziennikarz, poeta i prozaik. Urodzony w 1981 roku w Moskwie jest twórcą trzech powieści, z który debiutancka „Granica zapomnienia” doczekała się szeregu nominacji do najważniejszych nagród w Rosji.

Autor snuje w niej niespieszną opowieść o życiu głównego bohatera podążającego śladami Drugiego Dziadka. Był on dla narratora swoistą zagadką, człowiekiem bez...
Siergiej Lebiediew to rosyjski dziennikarz, poeta i prozaik. Urodzony w 1981 roku w Moskwie jest twórcą trzech powieści, z który debiutancka „Granica zapomnienia” doczekała się szeregu nominacji do najważniejszych nagród w Rosji.

Autor snuje w niej niespieszną opowieść o życiu głównego bohatera podążającego śladami Drugiego Dziadka. Był on dla narratora swoistą zagadką, człowiekiem bez przeszłości, symbolem wewnętrznego rozdarcia i nieuzasadnionego lęku. Poznali się dawno temu, w innych, wypełnionych barwami młodości latach. W obliczu niebezpieczeństwa, bezimienny sąsiad postanowił ratować malucha, oddając mu swoją krew, nawet kosztem własnej śmierci. W ten sposób związek między mężczyznami uległ zagęszczeniu na zawsze. Tak narodziły się także wątpliwości i fundamentalne pytania o przeszłość i źródło poświęcenia. To one staną się zalążkiem poszukiwań prawdy, nie tylko historycznej, lecz także metafizycznej. Podróż na północ śladami ślepego ogrodnika zza miedzy, będzie początkiem odkrywania własnej tożsamości, ale także obserwowania stopniowego zapominania o tym, co dawniej wyznaczało horyzont rzeczywistości.

Siergiej Lebiediew kreśli nam świat wypełniony niezmierzoną przestrzenią, która aż huczy od różnych tonów milczenia. Wraz z narratorem poznajemy opuszczone miejsca, surowy krajobraz wyludnionej tajgi, zapadnięte obory kołchozowych ferm, dziurawe deski, zarośnięte mchem kamienie i zrujnowane wojskowe chaty. Jesteśmy świadkami nic nieznaczących rozmów z ludźmi, którzy żyją na krawędzi jutra, zupełnie odtrącając to, co było wczoraj. Podążamy w kierunku senności, marazmu i monotonii. Takiej mizerności, która aż boli, przesiąka na wskroś, bezwolnie zmierza do granicy ludzkiej obojętności i zapomnienia.

Autor udając się wraz ze swoim bohaterem na terytoria Syberii wyplata coraz głębszy kosz, do którego systematycznie wrzuca wszystko to, co pozostało po metodach i narzędziach terroru. Walące się baraki i głuche kamieniołomy zestawia z postradziecką amnezją. Dawne traumy i wciąż ewoluujące deficyty kompiluje z obezwładniającą pustką i ciszą. Chęć zbadania swojego ja, udzielenia odpowiedzi na egzystencjalne wątpliwości rozbija się tu o stosunek współczesnego człowieka do totalitarnej spuścizny. Lebiediew plądruje rosyjskość, obnaża ją i rozkłada na mniejsze czynniki, próbując dokładnie poznać tryby działania ojczystego sumienia.

To bardzo intymna droga, przesiąknięta oniryczną poetyką spod znaku surowości natury i etnicznej bezwładności. Bardzo intensywna i głęboka powieść, przepełniona pięknymi i niespiesznymi opisami. Statyczna odyseja w głąb narodowej psychiki, przesiąknięta zapachami runa, skruszonego tynku i przepływających strumieni. Ta książka jest jak sonda, która nurza się w niezbadanej codzienności i portretuje ją ze wszystkimi, nawet najdrobniejszymi szczegółami. To taka relacja, gdzie każdy przedmiot ma swoją duszę, fakturę i odcień. Piękna, symboliczna i niespotykanie harmonijna fraza o odchodzeniu w niepamięć.

„Granica zapomnienia” to ten rodzaj prozy, który zniewala swoją estetyczną formą. Wielka literatura, która nie potrzebuje dialogów czy akcji, aby stanowić intensywne przeżycie dla czytelnika. Wyjątkowe studium o zbiorowej demencji, o wypieraniu niewygodnych faktów i miłości do kraju, który to kochanie odrzuca. To taka homerycka wyprawa w głąb nas samych, medytacja nad istotą bycia. Niezwykle mądra, a nadto bardzo plastyczna. Odurza literacką wyobraźnią i czysto ludzką odwagą. Niewątpliwie jedna z najważniejszych książek 2018 roku w Polsce, a przy tym wspaniały przykład siły młodego pokolenia i zwycięstwa jakości nad komercją. Lektura obowiązkowa dla każdego czytelnika, lubiącego powolną, wyważoną i dociekliwą narrację.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/08/recenzja-granica-zapomnienia-sergiej.html

pokaż więcej

 
2018-08-21 09:59:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Jon McGregor to urodzony na Bermudach angielski pisarz, który inspirację do swoich prac czerpie z dzieł takich autorów jak: Alice Munro, Douglas Coupland, Raymond Carver, Richard Brautigan czy Charles Simic. To jeden z tych pisarzy, który sławę i coroczne zyski ceni zdecydowanie mniej niż zadowolenie z oddanego tekstu. Od swojego debiutu w 2002 roku wydał tylko cztery książki, a trzy z nich... Jon McGregor to urodzony na Bermudach angielski pisarz, który inspirację do swoich prac czerpie z dzieł takich autorów jak: Alice Munro, Douglas Coupland, Raymond Carver, Richard Brautigan czy Charles Simic. To jeden z tych pisarzy, który sławę i coroczne zyski ceni zdecydowanie mniej niż zadowolenie z oddanego tekstu. Od swojego debiutu w 2002 roku wydał tylko cztery książki, a trzy z nich doczekały się nominacji do nagrody Bookera, w tym recenzowana powieść.

Akcja lektury osadzona została na początku XXI wieku na spokojnej angielskiej wsi. To właśnie tam, przebywająca tu przejazdem nieletnia Rebecca Shaw ginie bez wieści. Mimo kompleksowych prób poszukiwania, zaangażowania społeczności lokalnej, prasy i telewizji, dziewczynki nie udaje się odnaleźć. Ten incydent stanie się zalążkiem właściwej treści książki, tym razem stroniącej od mrocznej intrygi czy rodzinnego minidramatu. McGregor nie stawia na łatwe i sprawdzone rozwiązania, umiejętnie buduje napięcie, proponując najpierw terapię szokową, a potem stopniowe spowalnianie i dostosowywanie się do tempa życia natury.

Każdy z rozdziałów opisuje kolejny rok po zniknięciu. Łącznie nazbierało się ich trzynaście. Obserwujemy zmieniający się świat: rozstania, powroty, zdrady, romanse, narodziny, zgony, przeprowadzki, kłótnie, zmęczenie pracą, rozmowy przy obiedzie, wyprowadzanie psa, studiowanie. Pejzaż codzienności jest tu bardzo urozmaicony i mistrzowsko podany, bowiem autor z dużą dbałością stawia kolejne słowa, łącząc je w łańcuchy prozatorskich miniatur gotowych do odmalowania i kontemplowania. To także dociekliwa narracja o ludziach, ich tendencji do ciągłych powrotów na łono własnych przyzwyczajeń. Czujemy ich lęki i obawy, zagłębiamy się w przemyślenia, a nawet doznajemy szoku, jak łatwo zapomnieć o czymś, co kiedyś było dla nas tak ważne. Chociaż całkowitego katharsis jednak nie będzie, nawet niezmienność natury nie sprawi, że pozbędziemy się wrażenia zalegania i duszenia, przeszłość choć zamglona, będzie systematycznie wracać i na nowo wypływać na powierzchnię.

Minimalizm w powieści McGregora przybiera różne formy. Jest minimalizm stylistyczny, cechujący się surowością opisu, brakiem dialogów i wręcz laboratoryjną precyzją kreślenia kolejnych zdań. Mamy też minimalizm artystycznych środków, sprowadzający się głównie do powtórzeń, podkreślających stałość pór roku i ludzkich reguł funkcjonowania. Wreszcie dostrzegam w tej książce także powściągliwość i statyczność fabularną. „Zbiornik 13” jest mozaiką mało istotnych zdarzeń, codziennych problemów i małych radości, które zaburzone w pewnym momencie przez nagły wypadek, nie mogą wrócić do swojej pierwotnej postaci. A może od zawsze było tak samo? W tej książce nie doczekamy się zwrotu akcji czy punktu kulminacyjnego, to raczej proza panoramiczna, naturalistyczny fresk z życia pewnego społeczeństwa, tyleż szczegółowy, co szary, monotonny. Niestety autor przesadza z niepotrzebnymi i wciąż powracającymi detalami. Zanurza nas w mało interesujących opowieściach, całkowicie przewidywalnych i przez to nużących. Zapomina o uczuciach, barwach, wieloznaczności, a może z premedytacją je pomija, czyniąc jednak swój świat mało wiarygodnym i nadmiernie uproszczonym. Jeśli można mówić o przeroście formy nad treścią, to właśnie tu mamy tego naoczny przykład.

Mam duży żal do autora. Jon McGregor miał wyjątkowy pomysł na wyważoną i pełną głębi powieść. Spokojne przypatrywanie się upływowi czasu i wnikliwe opisy zmieniających się pór roku, nie sprawiły, że „Zbiornik 13” stał się rzetelną wyprawą w metafizyczną pustkę. Choć pisarz przepięknie nakreślił krajobraz i zadbał o właściwe, wieloaspektowe ukazania złożoności małych miejscowości, zabrakło mu pomysłu na realizację dramatyczną. Bardzo podoba mi się ta niespieszna i nienachlana narracja, stanie na pozycji obserwatora porażonego wizją świata, dla którego każda katastrofa stanowi tylko chwilowy bodziec do reakcji, nie mający w długiej perspektywie większego znaczenia. To jest naprawdę dobra książka, pięknie skomponowana suita, niestety bez duszy. Prawdopodobnie najbardziej zmarnotrawiony potencjał 2018 roku na polskim rynku wydawniczym.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/08/recenzja-zbiornik-13-jon-mcgregor.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
712 170 28829
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (605)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (15)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd