Melancholia codzienności 
https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/
30 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 4 książki i 8 cytatów, ostatnio widziany 16 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-10 14:44:48
Ma nowego znajomego: ira
 
2018-12-08 11:05:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Ojcowie i dzieci” to książka, którą należy odczytywać na płaszczyźnie historycznej. Dziś bowiem, w świecie pozbawionym tabu, ta opowieść już nie szokuje, ba, nawet nie wzbudza małych kontrowersji. Zupełnie inaczej było w 1862 roku. Rok po wydaniu „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego, „Wielkich nadziei” Dickensa czy „Kwiatów zła” Baudelaire’a, proza Turgieniewa wywołała istną burzę w... „Ojcowie i dzieci” to książka, którą należy odczytywać na płaszczyźnie historycznej. Dziś bowiem, w świecie pozbawionym tabu, ta opowieść już nie szokuje, ba, nawet nie wzbudza małych kontrowersji. Zupełnie inaczej było w 1862 roku. Rok po wydaniu „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego, „Wielkich nadziei” Dickensa czy „Kwiatów zła” Baudelaire’a, proza Turgieniewa wywołała istną burzę w środowisku literacko-dziennikarskim, dzieląc go na dwa obozy. Jedni z entuzjazmem patrzyli na odwagę Turgieniewa w obrazowaniu pokolenia ojców i dzieci, drudzy natomiast nie kryli oburzenia. Rzecz jest o tyle niespotykana, że owo zgorszenie nie dotyczyło wcale sposobu ukazania starszego, zbędnego pokolenia, tylko „nowych ludzi”. Autor „Szlacheckiego gniazda” w centrum swojej fabuły postawił postać Eugeniusza Bazarowa – młodego nihilistę, człowieka, który kocha lud i z wyraźną dumą podkreśla swoje niskie pochodzenie, jednocześnie jednak kpi sobie z niego i głośno oznajmia, że w imię jego dobra nie ma zamiaru przetoczyć choćby kropelki własnej krwi. Eugeniusz dba wyłącznie o siebie, całkowicie odrzuca sztukę i poezję, w tym dzieła Puszkina. Jak to pisał jeden z bardziej znanych ówczesnych pisarzy Michał Sałtykow-Szczedrin - „Bazarow potrafi tylko uganiać się za spódniczką Odincowej i nic poza tym”. Trudno więc dziwić się rosyjskiej inteligencji, że taki głos przyszłości odrzucała, szczególnie w obliczu nadchodzącej rewolucji. Bazarow to człowiek z innej epoki, sztandarowa postać czasów, na które wtedy nikt nie był jeszcze gotowy.

Turgieniew naraził się na krytykę także starszym. Jego ojcowie przedstawieni zostali jako ludzie zacofani i bezwolni. Najbardziej karykaturalny jest tu oczywiście Paweł, to w nim skupia się cała nagonka na sybarytów, osoby ceniące sobie nade wszystko wygodny i dostatni tryb życia. Wzajemne relacje między pokoleniami będą tu stopniowo ewoluowały w nieuchronny konflikt. Swoistym finałem tych zmagań będzie pojedynek Pawła i Eugeniusza, z którego, a jakże, nikt nie wyjdzie zwycięski. Nowe pokolenie może jedynie zranić i uciec, nie da rady jednak całkowicie zatopić w piasku zapomnienia dawnych przyzwyczajeń. Nie z takim podejściem do życia, z przeświadczeniem o braku celowości i doświadczeniem ciągłej pustoty moralnej. Pisarz wtyka więc jednocześnie dwa kije do mrowiska, a piętnowanie na jakie się naraził nie może dziwić.

Ale „Ojcowie i dzieci”, oprócz kontrowersyjnej treści, są także symbolem swojej epoki w kontekście stylistycznym. Książkę cechują typowe dla tego miejsca i czasu motywy: wytworność formy, łagodność i wyrozumiałość osądu, delikatny sarkazm, urokliwe opisy otoczenia, mnogość dialogów. Każde zdanie jest tu dopieszczone i ułożone w wykwintną frazę. To powieść, w której obleczona filtrem dawnych czasów rzeczywistość, magicznie zlewa się z fantazją i ideałami. Turgieniew udowadnia przy tym, że był wielkim obserwatorem codzienności, a jedyny jego problem ze współbraćmi polegał na tym, że zamiast chwalić pozytywy, ironicznie ganił wady.

„Ojcowie i dzieci” nie są książką, która mogłaby obecnie kogokolwiek zadziwić lub zachwycić. To powieść ściśle związana z czasami, w których powstała. Relacja o ścierających się poglądach i tarciach, na które do tej pory lekarstwa nie wymyślono. Nie porusza jak proza Dostojewskiego czy Tołstoja, nie sięga dna problemu jak współczesna literatura, jest w niej jednak pierwiastek wielkości, ten nienazwany element wyróżniający dzieła wielkie. To on, oraz poruszana tematyka sprawiły, że recenzowana książka po dziś dzień uznawana jest za największe dzieło Turgieniewa, a jej literackie życie, mimo upływających lat, nadal jest systematycznie przedłużane.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/12/recenzja-ojcowie-i-dzieci-iwan.html

pokaż więcej

 
2018-11-30 22:44:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Królowa cukru” to kolejna po „Błocie” wydana w tym roku książka, traktująca o szeroko pojętej dyskryminacji rasowej na Południu Stanów Zjednoczonych. I o ile Hilary Jordan w swojej powieści postawiła na dynamikę i intrygę, o tyle Natalie Baszile skupia się na ludziach, ich problemach, bolączkach i niespełnionych marzeniach.

Debiut literacki amerykańskiej pisarki opowiada historię Charley –...
„Królowa cukru” to kolejna po „Błocie” wydana w tym roku książka, traktująca o szeroko pojętej dyskryminacji rasowej na Południu Stanów Zjednoczonych. I o ile Hilary Jordan w swojej powieści postawiła na dynamikę i intrygę, o tyle Natalie Baszile skupia się na ludziach, ich problemach, bolączkach i niespełnionych marzeniach.

Debiut literacki amerykańskiej pisarki opowiada historię Charley – samotnej matki wychowującej córkę. Gdy pewnego dnia dowiaduje się o spadku po ojcu, nie zastanawiając się długo, porzuca swoje wygodne życie w Kalifornii i rusza na Południe, by objąć stery na plantacji trzciny cukrowej. Obcy świat i nowe obowiązki będą przytłaczać ją od początku, a mnożące się jak grzyby po deszczu problemy, nie raz wprawią ją w stan bliski depresji. Jakby tego było mało, Baszile nakaże zmierzyć się swojej postaci z rodzinnymi demonami, w ten sposób dopełniając klasyczny kształt fabuły.

„Królowa cukru” to taka mozaika złożona z dobrze nam znanych i świetnie sprzedających się pomysłów. Doświadczymy tu pokazu kobiecej siły, starcia pokoleń, braku tolerancji na tle rasowym, międzykulturowego romansu, czy skromności, uczciwości i bezinteresowności, z najmniej oczekiwanej strony. Baszile używa przy tym tradycyjnych i wtórnych chwytów, mających pełnić rolę wypełniacza treści – cytaty z Biblii, zjazd rodzinny, konkurs pieczenia ciast i parę innych. Jest więc szablonowo aż do bólu, a przewidywalność treści stoi na poziomie odwrotnie proporcjonalnym do innowacyjności stylistycznej. Bo też „Królowa cukru” pisana jest językiem poprawnym, lecz mało charakterystycznym. Baszile korzysta z gotowych formuł, przy okazji wyjaśniając każdą wątpliwość jaka rodzi się w głowach bohaterów. Wszystko jest tu klarownie podane, autorka nie pozostawia czytelnikowi przestrzeni na refleksję czy wątpliwości, całkowicie wyprała swoją prozę z dwuznaczności. Nie ma mowy o interpretacjach, jest wyłącznie jedna prawidłowa linia rozumienia treści – linia narzucona nam odgórnie. Baszile próbowała nadać swoim bohaterom indywidualny język, ale nawet ten pomysł nie został poprawnie wykonany – gdy Miss Honey lub Hollywood zaczynają posługiwać się anachronizmem, po chwili jest to przerywane i następuję gwałtowny zwrot w stronę współczesności. Podobnie dzieci, znajdują się na tym samym poziomie co ich rodzice, tak samo rozumieją, widzą i tłumaczą. Wszelkie próby spełzają zatem na niczym, a sama autorka wpada w pułapkę niekonsekwencji i literackiego braku wyobraźni.

Baszile w mało odkrywczy i niewiele nowego mówiący sposób opowiada o tym, jak trudno jest odnaleźć się we wrogo nastawionym społeczeństwie. Stara się udowodnić, że na fundamencie trudnych relacji rodzinnych i toksycznego otoczenia, da się zbudować wyjątkowy dramat kipiący emocjami. Niestety wszystko to zostało pozbawione jakości i posuwa się po jakimś dobrze każdemu znanym torze. Wszelkie przemyślenia bohaterów trącą banalnością, a oni sami są w swoich cierpieniach nadmiernie fasadowi. To nie jest historia z krwi i kości, tu nie ma uniesień emocjonalnych godnych poruszanej tematyki. Baszile stawia na opis cierpienia, ale nie intryguje jej za bardzo psychologiczna złożoność prezentowanych zdarzeń. Niepogłębione pozostają zarówno nakreślane konteksty, jak i postacie dalszego planu. Z mnogości wydarzeń wydobywają się bardzo proste konkluzje, a styl opowiadania jest nie tyle uproszczony, co dość sztampowy. To klasyczna i ładna historia, z silnie zarysowanym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Z bohaterami, nad losami których można zapłakać, ale także ubolewać, nad prostotą ich konstrukcji. Wszystkie mają reprezentować określone postawy i grupy. Są jak programy, zaprojektowane do uzyskania ściśle określonego obrazu. I tak Charley będzie przedstawicielką wyzwolonych kobiet, Denton członkiem klubu starych ekspertów, którzy nie mylą się w żadnej sytuacji, Ralph Angel eksponuje małomiasteczkową inteligencję, wierzącą że wszystko jej się należy za nic, zaś Miss Honay to głowa rodziny, ufająca przede wszystkim Bogu i jedności swojego plemienia.

Cóż więc pozostaje czytelnikowi? Niestety osoby wymagające, znajdą w tej książce niewiele wartościowych treści. „Królowa cukru” nie radzi sobie z niuansowaniem nastrojów, niemniej ujmuje bezkompromisowością przekazu. To raczej kolejny bestseller oparty na kalkach, truizmie i grze emocji. Książka, która zatonie w morzu nowości i za kilka lat nie będzie pamiętana głównie ze swojej filmowo/serialowej ekranizacji. Być może ukojenie w tego typu książkach odnajdą wszyscy Ci, dla których literatura jest lekiem na codzienność, którzy lubią poddawać się literackim manipulacjom i nie przeszkadza im wtórność poruszanych treści. „Królowa cukru” jest ze wszech miar projektem powierzchownym, cechującym się prostotą i przeciętnością. Mnie ta historia niczego nie nauczyła, nie skłoniła do żadnych kreatywnych przemyśleń ani nie kazała się podziwiać. Ot, kolejna książka o ludzkim piekle, z której nie wydobywa się ani odrobina żaru.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/11/recenzja-krolowa-cukru-natalie-baszile.html

pokaż więcej

 
2018-11-19 20:11:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Literaturę można szufladkować na wiele sposobów. Są różne gatunki i długości, odmienne narracje, różnorodne stylistyki. Można też literaturę dzielić ze względu na cel, jakiemu służy. W ten sposób uzyskujemy dość wiarygodny wskaźnik wartości samego dzieła. Bo jeżeli celem pisarza jest wzrost sprzedaży lub dostarczenie rozrywki czytelnikowi, można z góry założyć, że powstały projekt będzie nosił... Literaturę można szufladkować na wiele sposobów. Są różne gatunki i długości, odmienne narracje, różnorodne stylistyki. Można też literaturę dzielić ze względu na cel, jakiemu służy. W ten sposób uzyskujemy dość wiarygodny wskaźnik wartości samego dzieła. Bo jeżeli celem pisarza jest wzrost sprzedaży lub dostarczenie rozrywki czytelnikowi, można z góry założyć, że powstały projekt będzie nosił typowo komercyjne ograniczenia. Zamierzeniem może być też na przykład wzruszenie czytelnika, rozbawienie go, nakreślenie jakiegoś społecznego problemu. Ale celem może być też stworzenie opowieści o opowiadaniu, choć z pozoru wydaje się to zadaniem karkołomnym. Taki właśnie głos po raz kolejny zabiera dwukrotny zdobywca Literackiej Nagrody Nike – Wiesław Myśliwski, a to, co tworzy, z góry wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale też powszechne artystyczne oczekiwania.
Punktem wyjścia najnowszej opowieści Myśliwskiego była przepowiednia. W dawnych czasach autor usłyszał od jednej z wróżek, że dożyje 81 lat. Gdy więc ten wiek osiągnął, zaczął ponownie analizować swoje życie i doszedł do wniosku, że ma nam coś jeszcze do przekazania. Tak właśnie powstał zalążek, z którego zdanie po zdaniu rozwinęła się historia narratora, spotykającego na sandomierskich Uchu Igielnym samego siebie, tylko młodszego. Oboje czekają na dziewczynę – Żydówkę, która wcale Żydówką nie była, ot przezwisko nadane po jednej ze szkolnych lekcji. Właśnie to spotkanie stanie się bazą do typowych dla pisarza wycieczek w przeszłość, odkrywania tego co minione i nadawania nowych znaczeń historii. „Ucho igielne” jest zatem tekstem o miłości, o fundamentalnej potrzebie ciągłego jej doświadczenia, niezależnie od wieku czy bagażu noszonych doświadczeń.
Szkatułkowa narracja otwiera się tu na wiele ciekawych zdarzeń i tropów. Poznajemy rodzinę narratora, jego współlokatorów, kolegów z pracy, wielbicieli i dawnych znajomych. Myśliwski ożywia to co było. Czyni to jednocześnie w dobrze nam znany, trudny i wymagający sposób. Na nowo definiuje pojęcia, spogląda wstecz na dawno zapomniane relacje, poszukuje odpowiedzi na pytania o to, jak pojąć chaos związany z tym, co zostało przesłonięte mgłą czasu. Aby połapać się w tych meandrach zaszłości i jednocześnie odnaleźć w tym wartościowy pierwiastek dla siebie, trzeba przeszłość szanować. Myśliwski bowiem ignoruje to co tu i teraz, nie wybiega także w przyszłość, przynajmniej tę oczywistą. Jego literacki świat to ciągłe wskrzeszanie czasów minionych, permanentna refleksja na tym kim się było na różnych etapach doczesności.
Bezimienny bohater „Ucha igielnego” to klasyczny obieżyświat. Choć jego los jest uniwersalny, a trwanie jakby wyjęte z kolein historii, jego przypowieść nie nosi znamion ahistoryczności. To raczej relacja o pewnej generacji, o ludziach żyjących w trudnym systemie, jednak potrafiących podnieść się ponad jego ograniczenia. Bohater nie smęci, nie narzeka, nie próbuje za wszelką siłę naprawić ludzkich krzywd. Żyje swoim życiem, a jedyne co pozostaje mu po latach, to próba zrozumienia kim jest. Nie używa do tego celu podsumowania, a raczej dekonstrukcji, to ona ma tu pierwszorzędne znaczenie.
Niech się nie boi jednak ten, kto myśli, że proza Myśliwskiego to wyłącznie filozoficzny traktat o istocie bytu. Autora „Widnokręgu” interesuje bowiem przede wszystkim codzienność, w którą wplata niewidoczną nicią głębsze treści. U niego na pierwszym planie nie znajdują się wydarzenia graniczne czy szczyty jakie osiągamy, lub doły, w które wpadamy. To raczej proza środka, wszystkich tych zdarzeń, które pozornie niczym się nie wyróżniają, Poruszanie się po powierzchni „Ucha igielnego” daje wiele czytelniczej satysfakcji. Nostalgia wywołana wspomnieniami sprezentowanego płaszcza, smak maminego topielca, rozważania o pisaniu doktoratu, powrót na stare śmieci po latach nieobecności czy prozaiczność dialogów prowadzących donikąd, nadają tej frazie dodatkową jakość. Czytanie Myśliwskiego jest też świetną odskocznią od współczesności. Pisarz nie potrzebuje innowacyjności, wynalazków czy nowomody, aby przykuć uwagę czytelnika. To sentymentalna podróż po dawnych czasach.
„Ucho igielne” podobnie jak inne książki autora pozbawione są linearności. To książka stworzona ze strzępków wspomnień, w których nic nie jest czarne, lub białe. Idealnie oddaje tę konstrukcję scena, w której bohater na jednym z etapów swojego życia rozmawia z kolegami z dawnych lat. Każdy przywołuje inne wydarzenie, a jeśli nawet ślady pamięci gdzieś się spotkają, opowieść przybiera inny kształt. Pamiętamy to co chcemy i w konfiguracji idealnie nam pasującej. Czym więc jest prawda historyczna? Według Myśliwskiego ciągłą kreacją przeszłości, systematyczną wojną wspomnień i własnych wyobrażeń. Tak właśnie budujemy siebie, swoje aktualne ja.
Autor napisał książkę o opowiadaniu. Bo też widać wyraźnie, że literatura w jego praktyce nie jest nośnikiem fabuły. Nie ma właściwie znaczenia, czy narrator był dobry, czy zły, czy kochał zwierzęta, czy może je tępił, czy pamięta uprzejmą Panią piekącą mu ciasto na przywitanie, czy może całkowicie wyparł ją ze świadomości. „Ucho igielne” jest kolejnym przykładem wyższości języka, nad treścią. Każde zdanie jest tu częścią składową większej całości i bez odpowiedniego przyporządkowania jej w strukturze tekstu, nie ma w sobie większej wartości. To nie jest skarbnica cytatów, wręcz przeciwnie, to raczej poddana magii rytmu pieśń o magii polskości. Z jednego zdania wypływają kolejne, a coś co na pierwszy rzut oka jest zwykłym przegadaniem, z każdą kolejną stroną będzie coraz bardziej zachwycać i świadczyć o doskonałym przemyśleniu narracji przez autora. Niewątpliwie „Ucho igielne” to książka wielu perspektyw i odczytań, a przez to dostępna dla szerokiego grona czytelników. To bardzo humorystyczna i wieloznaczna przypowieść o miłości, utęsknieniu i próbie ułożenia życia w jakiś sensowny wzór. Proza zadająca mrowie pytań, jednocześnie stroniąca od dawania klarownych odpowiedzi. Do głębszego przemyślenia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/11/recenzja-ucho-igielne-wiesaw-mysliwski.html

pokaż więcej

 
2018-11-16 12:04:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

W jednym z wywiadów Elizabeth Strout przyznała, że decydujący wpływ na jej twórczość miały dzieła Ernesta Hemingway’a. Ceniła w nich przede wszystkim prostotę zdań i siłę z jaką pozwalają one opowiadać o losach zwykłych ludzi. Taka właśnie jest jej proza: osadzona w prowincjonalnym klimacie, kameralna, z wyrazistymi bohaterami, przenikliwa i wolna od ferowania wyroków. Ale przede wszystkim... W jednym z wywiadów Elizabeth Strout przyznała, że decydujący wpływ na jej twórczość miały dzieła Ernesta Hemingway’a. Ceniła w nich przede wszystkim prostotę zdań i siłę z jaką pozwalają one opowiadać o losach zwykłych ludzi. Taka właśnie jest jej proza: osadzona w prowincjonalnym klimacie, kameralna, z wyrazistymi bohaterami, przenikliwa i wolna od ferowania wyroków. Ale przede wszystkim jest to literatura lekkostrawna, dostępna dla każdego, skupiająca się na cichym napięciu, nie zaś stylistycznej rewolucji.

Potwierdzeniem tej teorii będzie także powieść „Trwaj przy mnie”. Tym razem głównym bohaterem jest mężczyzna – pastor Tyler Caskey. Wiedzie on ciężkie życie, wypełnione pracą i codziennymi ojcowskimi bolączkami. Jego żona niedawno zmarła, starsza córka stwarza notoryczne problemy wychowawcze, zaś młodsza znajduje się pod opieką babci. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej po zniknięciu jego gospodyni – Connie Hatch – z którą pastor miał mieć rzekomy romans. To wtedy na wierzch wyjdą nawet najbardziej skrywane animozje, a całe West Annet zacznie z jeszcze większą mocą pielęgnować swoją głośną od plotek bezczynność.

Autorka „Braci Burgess” subtelnie odmalowuje całą gamę rodzinnych i sąsiedzkich napięć. Ważne są tu nie tylko społeczne dysonanse, ale także piętra ukrytych emocji, walka interesów i zwykła swojska niegodziwość – tak ważne dla realistycznego oddania wielopłaszczyznowej dramaturgii. Każdy kto czytał jakąś książkę pisarki wie, że nie należy się tu spodziewać dynamicznej akcji czy stawiania banalnych tez. Strout pisze w sposób niespieszny, staranny i wyważony. Wierzy przy tym w międzyludzkie katharsis, pozostaje niesentymentalną optymistką – pastor Caskey po całkowitym zagubieniu, dostąpi oczyszczenia, a otoczenie, które wcześniej zaciskało pętle wokół jego szyi, zacznie go wspierać. Nie będzie tu jednak nagłego zwrotu akcji, czasami wystarczy bowiem mały gest, który uruchomi spiralę empatii.

Taka właśnie jest ta książka, gęsta od codziennych refleksji i małych spraw. Rozmowy o utracie wiary, chorobie, śmierci, ucieczkach, małżeńskich kryzysach, problemach wychowawczych, kwestiach systemu edukacyjnego czy lękach przed atakiem nuklearnym, będą się tu przenikać z mechanizmami powstawania nieporozumień i plotek. Autorka operuje na wielu płaszczyznach psychologicznych – od indywidualnych rozterek egzystencjalnych, przez rodzinne kłopoty, aż po lokalne antagonizmy. Wachlarz poruszanych tematów jest więc bardzo szeroki, wszystko to jednak zostało podane w odpowiednich proporcjach.

Na wierzchu pozostanie postać pastora i jego roli jako ojca, zarówno dziewczynek, jak i całej parafii. Trzeba przyznać, że autorka stworzyła bohatera wielowymiarowego. To żaden szablon, tylko pełen wewnętrznego zwątpienia człowiek z krwi i kości. Chociaż chciałby przybliżać wiernych ku Bogu, sam musi zmagać się z dorastaniem Katherine, oczekiwaniami rady kościelnej, indywidualnymi rozmowami z praktykującymi. Ogrom kłód jakie są mu rzucane pod nogi przytłacza go, prowadzi na manowce zwątpienia, powoduje ból, prowadzący do nieuniknionej ucieczki. Taylor ma wiele wad i mankamentów, a dopiero pełne uświadomienie sobie swoich niedostatków doprowadzi go do religijnej dojrzałości. Strout mówi wyraźnie – najpierw musisz upaść, by później móc powstać silniejszym.

„Trwaj przy mnie” zachwyca zdolnością do niuansowania rozlicznych problemów. Strout pisze w doskonałej frazie i bez rejestrów emocjonalnych, dzięki czemu powieść stoi gdzieś obok czytelnika, nie manipuluje nim. Autorka portretuje sposób, w jaki ogrom trudnych doświadczeń przekłada się na zacieśnianie więzi i solidarności. To powieść o małomiasteczkowym życiu, z czytelnym kontekstem społecznym, książka, która nie unikając błędów i nie korzystając z gotowych scenariuszy, idealnie wpisuje się w prozę godną polecenia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/11/recenzja-trwaj-przy-mnie-elizabeth.html

pokaż więcej

 
2018-11-09 09:50:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Jennifer Egan to ten typ pisarza, w którym powieść długo dojrzewa, a poprzedzające je prace przygotowawcze są żmudne i wnikliwe. Tak było także z „Manhattan Beach”, której genezy można doszukiwać się w zapoczątkowanych w 2004 roku badaniach. Autorka inspirację do opowiedzenia tej historii znalazła początkowo w starych fotografiach Nowego Jorku, a w 2009 roku, podczas zjazdu emerytowanych... Jennifer Egan to ten typ pisarza, w którym powieść długo dojrzewa, a poprzedzające je prace przygotowawcze są żmudne i wnikliwe. Tak było także z „Manhattan Beach”, której genezy można doszukiwać się w zapoczątkowanych w 2004 roku badaniach. Autorka inspirację do opowiedzenia tej historii znalazła początkowo w starych fotografiach Nowego Jorku, a w 2009 roku, podczas zjazdu emerytowanych nurków wojskowych usłyszała opowieść, która pozwoliła dobrać najważniejszy pierwiastek projektu – bohatera.

Anna Kerrigan, główna aktorka książki Egan, jest pierwszą kobietą wykonującą zawód nurka w okolicach Staten Island. Dojście do tej pozycji nie było łatwe, a jej walka z dyskryminacją będzie stanowić zasadniczą część dzieła. Anna zazwyczaj schodzi pod wodę, aby naprawić zniszczone statki. Pewnego razu odkryje w sobie inny cel. Łącząc fakty z przeszłości i bieżące znajomości dochodzi do wniosku, że w zatoce może znajdować się ciało jej ojca. Tak właśnie rozpocznie się ostatni akt tego dramatu, poszukiwania zwieńczone odnalezieniem tego, co tak trudno będzie zaakceptować.

„Manhattan Beach” to książka zbyt wielu wątków, aby można ją uznać za udaną. Nagrodzona Pulitzerem autorka stara się poruszać na co najmniej kilku płaszczyznach – czasowych, tematycznych, międzyludzkich, kreując je całkiem przekonująco, jeśli patrzeć na te czynniki oddzielnie. Ich synteza nie prowadzi jednak do osiągnięcia efektu synergii, korelacje się rozmywają, tworząc mozaiki ze zbyt dużymi fugami. Na pierwszym planie toczą się losy Anny, jej kontakty z bliskimi, romans, codzienne trudności. Egan stawia na miłość i bliskość, ukazaną w różnych aspektach. Niezależnie czy będzie to relacja o przywiązaniu do dziecka, rodzica, partnera czy wykonywanego zawodu, będzie to przedstawione w sposób harmonijny, jednak nie pogłębiony. Będziemy odnosić wrażenie chodzenia po powierzchni, bez rozpoznania zakamarków ludzkiej duszy. Podobnie wyglądać tu będą inne elementy – dotyczące techniki nurkowania, krajobrazu Nowego Jorku, odwzorowania historycznej epoki, a nawet nakreślenia kryminalnego światka. Wszystko to zostało wykonane poprawnie, jednak bez duszy i klimatu. Pisarka na traumie okresu II wojny światowej starała się zbić duży literacki kapitał, wykorzystując przy tym modną ostatnio formę opowieści o ludziach z ich słabościami, nie zaś bohaterach i ich heroizmie. Utrata bliskiej osoby została tu jednak przedstawiona w formie gry na emocjach, co samo w sobie odbiera wszelką niezwykłość historii.

Trudno pisać o książce, która jedyne co ma do zaoferowania to historia. Autorka „Zanim dopadnie nas czas” buduje misterną konstrukcję ze scen przepełnionych emocjami. Swoich bohaterów stawia co chwilę w sytuacjach granicznych, nie zostawiają czytelnikowi przestrzeni na samodzielne myślenie. Naszą rolą jest się wzruszać wszędzie tam, gdzie pojawia się czynnik ludzki. Nie ma tu różnych odcieni szarości, żadnej dwuznaczności, momentu godnego zapamiętania. Ta książka narzuca tezy i sugeruje oczywiste rozwiązania, posługuje się środkami wyrazu, które każą nam iść wytyczoną przez autorkę ścieżką.

Egan pisze rozwlekle, tworzy długie zdania, w których używa wielu zbędnych słów. Częste powtórzenia niczemu nie służą, nie wzmacniają wymowy i nie współgrają z gęstością frazy. To zwykłe gadulstwo. Podobnie irytują przeskoki stylistyczne. Raz czytamy akademicki wywód na temat okresu wojennego, później specjalistyczną instrukcję użytkowania sprzętu, następnie wspomnienia uczestnika dawnych wydarzeń i wreszcie fabularną historię o Annie. Autorce zabrakło wyobraźni, aby te wszystkie elementy połączyć w jedną stylistykę, co potwierdzają też te fragmenty, gdzie na siłę stara się dorzucać tematy aktualne dzisiaj – kwestie płciowości czy homoseksualizmu. „Manhattan Beach” jest książką nierówną i przegadaną, książką która niweczy potencjał naprawdę ciekawej historii, wreszcie książką, którą bazując na emocjach, nie pozwala nam poczuć rzeczywistego bólu i zagubienia. Ot literacki chaos z dobrze zbudowaną bohaterką i kilkoma wartymi uwagi zabiegami prozatorskimi.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/11/recenzja-manhattan-beach-jennifer-egan.html

pokaż więcej

 
2018-11-05 11:56:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Javier Marias swoją przygodę z literaturą rozpoczynał w wieku 21 lat. W 1972 roku świat ujrzał jego pierwszą, młodzieńczą, niepozbawioną błędów książkę Wilcze włości. Od tamtego czasu hiszpański autor publikuje regularnie, choć bez nadmiernego pośpiechu. Zdecydowanie wyznaje zasadę, że jego pomysły powinny spokojnie w nim urastać, zaś pęd za sławą ma mniejsze znaczenie, niż wartość samego... Javier Marias swoją przygodę z literaturą rozpoczynał w wieku 21 lat. W 1972 roku świat ujrzał jego pierwszą, młodzieńczą, niepozbawioną błędów książkę Wilcze włości. Od tamtego czasu hiszpański autor publikuje regularnie, choć bez nadmiernego pośpiechu. Zdecydowanie wyznaje zasadę, że jego pomysły powinny spokojnie w nim urastać, zaś pęd za sławą ma mniejsze znaczenie, niż wartość samego projektu. Przełomową datą w jego biografii był tok 1989, gdy wydał „Wszystkie dusze”, publikację traktującą o czasach spędzonych w Oxfordzie. Tak rozpoczął się powolny proces budowania własnego, unikatowego stylu, czego zwieńczeniem było wydanie trylogii Twoja twarz jutro.
Recenzowaną książkę Marias napisał w 2017 roku. Jest to historia Berty Isli i jej męża Tomasa Nevisona. Poznali się w Madrycie gdy byli jeszcze podrostkami, a ich miłość przetrwała okres rozłąki podczas studiów, by później przekształcić się w małżeństwo. Ta sielska historia ma jednak swoje mroczne oblicze, bowiem Tomas, jak to zwykle u Mariasa bywa, ma dar do posługiwania się językami obcymi, który skrzętnie wykorzystuje brytyjski rząd. Praca w wywiadzie wiązać się będzie z częstymi wyjazdami, tajemniczymi misjami, a wreszcie także zniknięciem, które rozłamie losy bohaterów tego dramatu na dwie tafle.
U Mariasa prym wiodą długie frazy pełne wątpliwości i rozważań nad odmiennymi wariantami rzeczywistości. Liczy się tu nie tylko to co jest, ale także to co było i będzie, a nawet potencjalnie mogłoby się zdarzyć. Pisarz kreuje potok myśli swoich bohaterów, w przeciwieństwie jednak do stosowanych przez Joyce’a strumieniu świadomości, literacki świat Hiszpana jest usystematyzowana i posiada logiczną strukturę. Marias pisze dokładnie to co myślimy, gdy widzimy określone zdarzenia lub osoby. Nie przecedza ich przez stylistyczne filtry, nie odsącza ich z potencjalnie zbędnych myśli. Wręcz przeciwnie, serwuje nam kompletny tok myśli, przez co każdy przedstawiony epizod nabrzmiewa znaczeniami i interpretacjami. Spójrzmy chociażby na zwykłą codzienną rozmowę małżonków przy stole. Ona mówi, wykonuje gesty, przyjmuje określone pozy, używa indywidualnej mimiki, odwraca się według sobie tylko znanej sekwencyjności. W tym czasie on, zmęczony i niechętny do wszelkiej konwersacji, słucha i analizuje każdy ton, dynamikę wykonywanych ruchów, stawia hipotezy odwołując się przy tym do swoich doświadczeń, stara się wyłapać moment, kiedy może bez trudnych konsekwencji odpłynąć myślami w inne terytoria własnej duszy. Ten komunikacyjny chaos Marias układa w zgrabną mozaikę i podaje wpisany w intrygującą fabułę.
Autor Czarnych pleców czasu w swojej najnowszej książce powraca także do dygresyjnych przyzwyczajeń. Tutaj przybierają one postać anegdoty o królu Henryku V, bohaterze kroniki Szekspira. Pisarz prowadzi wielostronicowy wywód o odwadze angielskiego wodza, jednocześnie odnosząc jego dzieje do losów swoich postaci. Kreuje w ten sposób odrębną opowieść, eseistyczną perłę, która doskonale komponuje się z historią małżeństwa Nevison i stanowi kluczowe, konstrukcyjne ogniwo książki. Nie jest łatwo zawiesić czas w kryminalnej fabule, Mariasowi udaje się to koncertowo. Zresztą cała jego książka jest jakby wyjęta z ram gatunkowych i wtrącona w umysł narratorów, gdzie akcja toczy się poza głównym nurtem wydarzeń. Swoisty retardacyjny majstersztyk.
Cechą specyficzną tej prozy jest także zamiłowanie autora do badania języka. W Bercie Isli w pełni możemy dostrzec etymologiczne zawiłości naszej rzeczywistości. Pisarz analizuje różne znaczenia słów, roztrząsa problem nieprzekładalności wyrażeń frazeologicznych na inne języki, rozmyśla o możliwościach obrazowania wewnętrznego pejzażu uczuć przy pomocy tłumaczeń. Nie stroni także od powtórzeń i przywołań wcześniejszych zdarzeń, komponuje swój literacki utwór na wzór dzieł muzycznych, gdzie powracające echa i motywy wzmacniają wydźwięk frazy.
Berta Isla to dzieło kompletne, na wskroś Mariasowe. Fascynuje swoją budową i frapuje fabułą. Ta, na pozór chłodna narracja, pełna jest płomiennych uczuć i skrywanych tajemnic. Autor z realistycznych modułów konstruuje treści zgoła nieprawdopodobne, swoiste panoramy globalnych problemów. Powolny rozwój zdarzeń nie nuży, a wręcz przeciwnie, wzmacnia pożądanie odkrycia istoty dzieła. Ta książka jest jak album złożony z kadrów portretujących codzienne życie, jest ona pisana jakby na wdechu – rozciągnięte fragmenty niemal pozbawione dialogów, pełne szczegółów percepcje otoczenia, drobiazgowo oddane nastroje bohaterów. To taka mozaika ludzkich fantazji, zaślepienia, straconych nadziei, niedojrzałych marzeń. Układanka wszystkiego tego, co banalne, jednocześnie wzbijająca się daleko ponad te fundamenty.
Marias powiedział kiedyś, że po swojej trylogii nie napisze więcej książki. Jak to dobrze, że raz danego słowa nie dotrzymał!

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/11/recenzja-berta-isla-javier-marias.html

pokaż więcej

 
2018-10-29 16:37:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nie za wiele napisano u nas o Krachcie, próżno też szukać przekładów wszystkich jego książek, pozostawiono go samemu sobie. A przecież ten pięćdziesięciodwuletni pisarz, uchodzi za jednego z najwybitniejszych autorów szwajcarskich, jest autorem 7 powieści i kilku reportaży. Jakość jego prozy jest jednak na tyle wyróżniająca, że sama ona uprasza się o należne sobie miejsca na mapie literackich... Nie za wiele napisano u nas o Krachcie, próżno też szukać przekładów wszystkich jego książek, pozostawiono go samemu sobie. A przecież ten pięćdziesięciodwuletni pisarz, uchodzi za jednego z najwybitniejszych autorów szwajcarskich, jest autorem 7 powieści i kilku reportaży. Jakość jego prozy jest jednak na tyle wyróżniająca, że sama ona uprasza się o należne sobie miejsca na mapie literackich sił.

Akcja „Umarłych” toczy się na początku lat trzydziestych, w erze zmierzchu kina niemego, wypieranego przez produkcje dźwiękowe. W tych trudnych czasach, gdy coraz częściej do głosu dochodzą bębny zapowiadające II Wojnę Światową, pisarz powołuje do istnienia dwóch fikcyjnych bohaterów – reżysera Emila Nageliego z Berna oraz japońskiego filmowca Masahiko Amakasu. Pierwszy z nich właśnie wydał na świat wyjątkowy obraz „Wiatraki”, który wymieniany jest w jednej linii z dziełami Langa, Ozu, Murnau, Vigo czy Dowżeki. Drugi wysyła do Niemiec makabryczny film portretujący ceremonię seppuku japońskiego oficera. Wraz z załączonym listem, ma on stanowić propozycję współpracy, wyraz chęci podjęcia skutecznej walki z Hollywoodzkim potentatem. W ten zawoalowany sposób Nageli stanie się częścią międzynarodowej kooperacji, a jego zamierzeniem będzie nakręcenie zwariowanej komedii o wampirach, która ostatecznie przybierze postać dokumentalnej opowieści grozy.

Można powiedzieć, że „Umarli” to powieść błędów. Popełniają je wszyscy aktorzy tej sztuki, a każdy kolejny fałszywy czyn napędza spiralę zagubienia. Krachta mniej przy tym interesuje epatowanie przemocą i kreowanie brutalnych obrazów, niż malowanie plansz wewnętrznego krajobrazu człowieka. Widać tu klasyczną, czy wręcz staroświecką manierę pisarza, do tkania swojej powieści z subtelnym oddaniem. Modeluje każde ujęcie z pieczołowitością. Zwraca uwagę na każdy szczegół pejzażu emocjonalnego postaci i potrafi go oddać go z zadziwiającą precyzją. Jest z tym trochę jak z podejściem Nageliego do filmowania – woli przybrać statyczną formę podglądacza, niż celowo organizować wymyślne ujęcia. Imponuje mi w tym wszystkim brutalna szczerość, nieoszczędzanie żadnego elementu świata przedstawionego i niecofanie się przed żadną niewygodną prawdą. Ta rodząca się na naszych oczach ciemność utrzymuje nas w napięciu i wymaga stałej zmiany skali towarzyszących nam uczuć.

Siłą tej książki jest z pewnością także interesujące odtworzenie dawnych czasów, z ich niepokojami politycznymi, społecznymi i kulturalnymi. Kracht wplata w swoją historię wydarzenia, które faktycznie miały kiedyś miejsce – jak chociażby niedoszły zamach na Charliego Chaplina w Tokio. Znajdziemy tu całą paletę anegdot i ciekawostek ze światka filmowego lat 30-tych. Jednocześnie warto zauważyć, że zagrożenia militarne i narodowościowe zostały potraktowane przez Szwajcara nieco po macoszemu, można wręcz odnieść wrażenie, że są skondensowane w jednym zdaniu taksówkarza poruszającego temat dyskryminacji Żydów. Zdecydowanie nie jest to książka wielkich konfliktów, a raczej indywidualnych dramatów.

Dostrzegam w „Umarłych” próbę zmierzenia się z tematem ojcostwa. Zarówno Emila, jak i Masahiko łączy nie tylko pasja do filmowania, ale także trudne dzieciństwo. Widzimy to w scenach dziejących się w restauracji, gdy ojciec Nageliego przypisany zostaje do podrzędnego miejsca przy ubikacji, oraz w retrospekcjach, na których uzdolniony lingwistycznie Amakasu, w odwecie za niespełnianie pokładanych w nim nadziei, podpala szkołę. Autor nie sięga jednak do korzeni, nie rozwija tej poszlaki, zostawia nas z moralizatorskim pouczeniem, nie wydobywając jednak sedna tego problemu na wierzch. Nie pozwala poczuć nam go na własnej skórze. Trochę podobnie jest ze związkiem Nageliego i jego dziewczyny, który choć ukazany w sposób destrukcyjny, wcale nie dotyka tak głęboko jak powinien.

„Umarli” to książka o odchodzeniu pewnej epoki, ale także o uleganiu pokusom i konsekwencjom, jakie będzie trzeba ponieść. O straconych pomysłach i nadziejach, o pokoleniu, które niczego nie mogło udowodnić. Kracht pełnymi garściami czerpie z „Fausta”, opowiada o smutku, ale przede wszystkim mierzy się z problemem różnorakiego wyobcowania. Inna sprawa, że to wyobcowanie można także odnieść do czytelnika, który czasami będzie gubić się w pajęczynie poszlak i zwidów. Autor nakreślił nam historię pełną utrat, nie wypełnił jej jednak wyrazistą treścią. Doskonale odmalował tło, ale w tym kluczowym miejscu zszedł o jedno piętro literackiej głębi za nisko. To na pewno ciekawa próba, jednocześnie jednak taka książka, której nie zapamiętam na długo, gdyż wszystko znajduje się tu na niezłym poziomie, ale brakuje jej czegoś wyróżniającego, czegoś na czym mógłbym oprzeć swoją sympatię. Nadajemy z Krachtem na nieco innej fali wrażliwości.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-umarli-christian-kracht.html

pokaż więcej

 
2018-10-20 09:52:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Bianca Bellova, nagrodzona najważniejszą czeską nagrodą - Magnesia Litera w kategorii Książka Roku oraz Nagrodę Literacką Unii Europejskiej 2017, stworzyła dzieło odwołujące się w swojej symbolicznej formie do zjawiska zanika Jeziora Aralskiego i przetransformowała ten proces na dystopijną wizję rzeczywistości.

Kiedyś Jezioro Aralskie było gigantem, czwartym pod względem wielkości jeziorem...
Bianca Bellova, nagrodzona najważniejszą czeską nagrodą - Magnesia Litera w kategorii Książka Roku oraz Nagrodę Literacką Unii Europejskiej 2017, stworzyła dzieło odwołujące się w swojej symbolicznej formie do zjawiska zanika Jeziora Aralskiego i przetransformowała ten proces na dystopijną wizję rzeczywistości.

Kiedyś Jezioro Aralskie było gigantem, czwartym pod względem wielkości jeziorem na świecie. Dzisiaj zajmuje powierzchnię niespełna 13 tys. km2. To pozornie tajemnicze zjawisko odpływania wód stanowi punkt wyjścia tej historii. Akcja utworu została osadzona w okolicach Boros, niewielkiej osady utrzymującej się głównie z hodowli ryb. To dziwne miejsce, gdzie mężczyźni żywią się wódką, kobiety zmartwieniami, dzieci zaś drapią skórę pełną wyprysków, powstających wskutek permanentnej styczności z toksycznymi substancjami unoszącymi się wszędzie wokoło. Zresztą egzemy to tylko wierzchołek góry nieszczęścia spływających na mieszkańców. Dzieci rodzą się z dodatkowymi rękami, dorośli nie potrafią zawiązywać zdrowych relacji, młodzież porozumiewa się językiem pełnym wulgaryzmów. Nie ma tu nadziei na lepszą przyszłość, nie ma też wiary w to, że można odmienić swój los. Nad wszystkim ciąży wszechogarniające fatum, Duch Jeziora zabierający kolejnych ludzi, wkradający się pod postacią marazmu w serca mieszkańców fatalizm.

Złowroga natura odstrasza, a nieprzychylne wrażenie potęguje też obecność stacjonujących tu rosyjskich wojsk. Zdarzają się gwałty, zniknięcia i wszystko to, co w takim chorym pejzażu wydaje się najgorsze, a co zwykło się nazywać codziennością. To świat przeklęty, bez szans na zbawienie. W tak wykreowanym ponurym miejscu przyszło żyć Namiemu. Wychowywany przez dziadków, dość szybko utraci wszystko, co ma dla niego jakąkolwiek wartość. Gdy zostanie zamknięty w kurniku obok domu rodzinnego, podejmie decyzję o podróży do innego życia, podróży, która zmieni jego dotychczasowe przyzwyczajenia.

Bellova podzieliła swoją powieść na cztery części – Jajo, Larwa, Poczwarka i Imago. Każda kolejna stanowi przedłużenie procesu cyklu rozwojowego głównego bohatera. Ewolucja następuje to etapowo, całość jednak jest głęboko przemyślana i logicznie spójna. Wybiórczość zdarzeń i asocjacje budujące specyficzny rytm i klimat książki są wyrazem zagubienia, ale także coraz silniejszej samoświadomości i poczucia stanowienia o własnym losie głównego bohatera. Nami z bezwolnego narzędzia w rękach dorosłych staje się pracującą maszyną, a potem podejmującą decyzję i poszukującą własnej tożsamości indywidualnością. Ciąg nieszczęść których doświadcza – niespełniona miłość, bójka, przygoda z prostytutką – z każdym kolejnym potknięciem przesuwa granice w których się porusza i pcha go w ramiona odkrycia własnego ja. Dojrzewa jak owad, z każdą kolejną chwilą poszerza swoją percepcję, by nieustannie zbliżać się do momentu właściwego wzbicia się ponad codzienność.

Issac Asimov, wybitny amerykański pisarz SF i profesor biochemiki rosyjskiego pochodzenia, powiedział kiedyś takie zdanie „Zatem wszechświat nie jest całkiem taki, jak myślałeś. A skoro tak, czas już, byś zmienił poglądy. Pewne jest bowiem, że nie zmienisz wszechświata”. Doskonale odnosi się ono do procesu socjalizacji Namiego. Jego życie jest ciągłą wędrówką, egzystencjalną tułaczką po bezdrożach istnienia. To zatem wyrazista opowieść inicjacyjna, ale przede wszystkim czytelna w odbiorze pod każdą globalną szerokością geograficzną historia o trudnym dojrzewaniu. To też powieść przesycona bólem, ale jednocześnie odpowiednio zrównoważona – Bellova umiejętnie rozdziela frazy między tym, co sentymentalne, a tym, co po prostu konieczne do opisania.

Autorka konstruuje świat przyrody trawiony zgnilizną i konfrontuje go ze społecznym zepsuciem. „Jezioro” jest lepkie od brudu, ta książka jest jak akwen, z jednej strony głęboki, z drugiej wypchany aż po brzegi rozpaczą i traumą. Wszelkie wynaturzenia tworzą tu zwartą mozaikę ludzkiego cierpienia, która choć jest w swojej istocie literacką fantazją, tworzy drastyczną metaforę współczesności. Zastosowane krótkie zdania, bezceremonialny język i narracja w czasie teraźniejszym, wzmacniają poczucie realizmu. Czujemy się jakbyśmy byli światkami powolnej agonii cywilizacji.

Bianca Bellova zachwyca nie tylko ogromną wyobraźnią, dosadnością, szeroką wielopłaszczyznowością swojej fabuły i pomysłem na powieść inicjacyjną. Siła „Jeziora” tkwi w jej magicznej naturalności, to powieść z krwi i kości, taka, którą chłonie się całym sobą. Czeska pisarka nie eksperymentuje formalnie, trzyma się raz obranej drogi i unika wielkich zdań, nowatorskiego rozpasania czy nadmiernego komplikowania. Jest konkretnie, choć wielowątkowo, adekwatnie do wirusa trawiącego mieszkańców Boros. „Jezioro” jest też nie tylko wnikliwą obserwacją problemów XXI wieku, ale także hołdem złożonym dokonaniom czeskiej literatury, jej wielowymiarowości i odmiennych koncepcji artystycznych. Dostrzegam tu ślady Ota Pavela w początkowej scenie łowienia ryb, Bohumila Hrabala w konstrukcji dialogów i starszych postaci, Josefa Skvorecky’ego wszędzie tam, gdzie sięgamy retrospekcji i anegdot, a także Karela Capka, którego duszny klimat zawisa nad całą lekturą. Różne prądy i doświadczenia schodzą się tu na jedną drogę prowadzącą do nieuchronnego piekła.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-jezioro-bianca-bellova.htmlv

pokaż więcej

 
2018-10-18 08:34:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Poza serią

Konflikt w Sudanie trwa już ponad 50 lat. Szacuje się, że do dnia dzisiejszego pochłonął ponad 2 miliony ofiar, zaś blisko 4,5 miliona ludności zostało zmuszonych do emigracji. W 2003 roku nastąpiła kolejna eskalacja, nazywana konfliktem w Darfurze. Istotą napięcia jest walka między arabskimi wojownikami Dżandżawidami, a niearabskimi mieszkańcami regionu zachodniego Sudanu. To w tym miejscu i... Konflikt w Sudanie trwa już ponad 50 lat. Szacuje się, że do dnia dzisiejszego pochłonął ponad 2 miliony ofiar, zaś blisko 4,5 miliona ludności zostało zmuszonych do emigracji. W 2003 roku nastąpiła kolejna eskalacja, nazywana konfliktem w Darfurze. Istotą napięcia jest walka między arabskimi wojownikami Dżandżawidami, a niearabskimi mieszkańcami regionu zachodniego Sudanu. To w tym miejscu i czasie Daoud Hari osadza swoją opowieść.


Autor prowadzi relację pierwszoosobową, w której na wierzch wysuwa się mroczna strona mało znanego w Polsce konfliktu. Hari nie jest tylko świadkiem tych tragicznych zdarzeń, jest także jego ofiarą, stąd jego relacja może poruszać oraz wywoływać dreszcze emocji i niezrozumienia dla ogromu nieszczęścia jaki spada na miejscową ludność. Razem z tłumaczem odwiedzamy pogrążone w rozpaczy, wypalone wioski, oglądamy kurhany zabitych, przygotowujemy się do morderczych nalotów, będziemy wielokrotnie porwani i osadzani w więzieniach. Będzie tu wiele typów rozpaczy, od tej indywidualnej, związanej z utratą bliskich i doświadczeniem cierpienia fizycznego, aż po międzynarodową. Hari skupiając się na mikroprzestrzeniach, ukazuje bezsens konfliktu w skali globalnej. Zgwałcone dzieci, spaleni dziadkowie, wieszające się z rozpaczy matki – to trudne do pojęcia i nazwania zbrodnie, o których istnieniu wielu woli nie wiedzieć. Ale one są, powracają jak bumerang i właśnie dlatego takie świadectwa są ważne.


Siłą książki są nie tylko proste i trafiające w samo sedno zdania, ale także dialogi. Autor rozmawia z przedstawicielami obu stron konfliktu. Widzimy grubiańskich oprawców, stosujących tortury i skazujących na śmierć z byle powodu, którzy pod wpływem rozmowy i empatii odsłaniają swoją ludzką twarz. Część z nich czyniąc zło, nie zastanawia się nad moralnymi aspektami tej działalności. Zabijają, bo tak im każą, bo jeśli nie zrobią tego oni, zrobi to ich wróg. Te wzajemne antagonizmy napędzają się wzajemnie do tego stopnia, że w pewnym momencie sami nie wiemy, kto jest tu zły, a kto dobry.


„Tłumacz z Darfuru” to niewielkich rozmiarów relacja poruszająca ważne tematy, jednocześnie czyniąca to w sposób przystępny, bez patosu i nadmiernego naturalizowania. Autor nie nęka nas szczegółami, nie opisuje rozpościerających się przed jego oczyma scen z reporterskim zaangażowaniem. Od szokowania kadrami, woli wyważoną opowieść o swoich dziejach, o tym ile razy uciekł spod noża i jak łatwo utracić wszystko w kraju ogarniętym bezsensownym konfliktem. Choć czasami Hari za bardzo skupia się na sobie i swoich szlachetnych pobudkach, trudno odmówić mu zdystansowania i powściągliwości. To taka książka, gdzie emocje przykryte są zasłoną faktów, zaś wizje ludzkiego okrucieństwa zostają celowo przytępione, aby jeszcze bardziej oddziaływać na naszą podświadomość.To na pewno ciekawa książka o życiowych utratach, z którymi trudno się pogodzić. O terrorze i ludziach, wciąż czekających na jakąś odmianę. To też mały literacki hołd złożony tym, o których często zapominamy i w stosunku do których wolimy utrzymać bezpieczny dystans. Godna podziwu historia człowieka, który nie boi się mówić nie, nawet jeśli ma to przypłacić życiem.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-tumacz-z-darfuru-daoud-hari.html

pokaż więcej

 
2018-10-15 15:15:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Yanick Lahens to jedna z tych autorek, których nazwisko warto sobie zapisać i zapamiętać. Urodzona w Port-au-Prince pisarka i eseistka, została w 2014 roku wyróżniona nagrodą Femina, a obecnie na polski rynek wydawniczy trafia jej głośna powieść „Błogie odwroty”. To kolejna po „Dzieciach bohaterów”, „Niedzieli, 4 stycznia” i „Kraju bez kapelusza” książka rozprawiająca się z trudną... Yanick Lahens to jedna z tych autorek, których nazwisko warto sobie zapisać i zapamiętać. Urodzona w Port-au-Prince pisarka i eseistka, została w 2014 roku wyróżniona nagrodą Femina, a obecnie na polski rynek wydawniczy trafia jej głośna powieść „Błogie odwroty”. To kolejna po „Dzieciach bohaterów”, „Niedzieli, 4 stycznia” i „Kraju bez kapelusza” książka rozprawiająca się z trudną rzeczywistością Haiti.

Powieść rozpoczyna pożegnalny list sędziego Raymonda Berthiera do żony, w którym prognozuje on swoje losy w niedalekiej przyszłości, wietrząc możliwość doświadczenia śmierci. Raymond to jeden z tych obywateli, który doskonale rozumiejąc zasady działania skorumpowanego systemu, twardo stoi po stronie prawdy i nie daje się ująć w próbujące go dosięgnąć z każdej strony macki zła. Gdy sędzia padnie ofiarą morderstwa, wydarzenia potoczą się bardzo szybko, a upadek małej wspólnoty stanie się metaforą rozwiązłości i braku stabilności w całym społeczeństwie. „Błogie odwroty” są nie tylko multipersonalnym dramatem i pejzażem narastającego wyobcowania, lecz także próbą opowiedzenia ponurej historii o kraju owładniętym chorobą wiecznych przemytów oraz wewnętrznego kryzysu.
Lahens portretuje różne postawy, zestawiając je ze sobą i nie komentując w żaden osobisty sposób. Tworzy swoistą kronikę radzenia sobie z utratą bliskiej osoby, a wśród bohaterów sztuki wyróżnia m.in. jego utalentowaną muzycznie córkę Brune, zrezygnowaną żonę, powątpiewającego i węszącego szwagra Pierre’a. Ci będą próbować rozwikłać zagadkę śmierci na swój własny, odmienny sposób. Intryga jest tu jednak wyłącznie mirażem, niewiele znaczącym dodatkiem do polifonicznego ciągu myśli i pożądań. Od zwrotów akcji i mylenia tropów autorka woli tworzyć artystyczne zwidy, gdzie słowa przeplatają się z muzyką, obrazami i duszną atmosferą stolicy Haiti. Opowieść zyskuje swój własny, indywidualny rytm, a dochodzący systematycznie do głosu egocentryzm i oportunizm bohaterów, stanowić będzie uzupełnienie podupadającego pleneru codzienności. To nie jest lektura, w której smutek, miłość, żałoba czy tęsknota wyjdą na wierzch. To raczej zaangażowana społecznie powieść izolacji, gdzie tytułowe odwroty będą wyznacznikami ludzkiej egzystencji.

„Błogie odwroty” stanowią ciekawą frazę nie tylko ze względu na jej diagnostyczny charakter, ale także dzięki jej namacalnemu poczuciu odrealnienia. Lahens umie łączyć urywane myśli z przestrzenią, a rezygnacja ma tu wiele odcieni intensywności. Uwagę przyciąga także forma, meandrująca narracja, zmieniająca się z pierwszo- na trzecioosobową, nawet kilka razy w jednym akapicie. Autorka pisze stylem surowym i lirycznym jednocześnie, miesza punkty widzenia oraz tworzy szare obrazy rzeczywistości, dobrze nam znane z dzieł noir. Oddaje głos miastu i systemowi, krainie rajskiej i piekielnej jednocześnie. Wszystko to napisane bardzo intensywnie i sugestywnie, bez zbędnych ozdobników. To trudna i lepka książka, gdzie każde słowo ma znaczenie, a silne konotacje dla odbioru niosą przede wszystkim częste pauzy. Wielbiciele długich opisów i bogato zarysowanych postaci nie będą usatysfakcjonowani.

„Błogie odwroty” to minimalistyczny wielogłos o dysharmonii haitańskiej rzeczywistości, o obrazie chaosu, który stworzyli ludzie i w którym nurzają się dostosowując się do jego zasad bezwolnie. Książka nie tylko nieprzyjemna w wymowie, ale także ciężka w procesie czytania. Brak tu elektryzujących zdarzeń, klarownych rozwiązań i kipiących uczuć. To raczej powieść dziejąca się w podświadomości, atakująca nasz organizm z wielu stron, niekoniecznie koncentrująca się na sercu czy mózgu. Gorzka i barwna, rytmiczna i melancholijna, intymna i skupiająca się na szerokiej perspektywie, ciekawa i bolesna. Książka wielu kontrastów, o której trudno myśleć, a jeszcze gorzej pisać. Chce się o niej zapomnieć, ale jeszcze bardziej ją zapamiętać. I doprawdy niewiadomo, która opcja jest bardziej wymagająca. To rzecz dla wąskiego grona odbiorców, tych którzy poszukują w literaturze niejasności i zagubienia. W tym sensie „Błogie odwroty” dobrze spełniają swoje literackie przeznaczenie. Warto ją znać, choć nie jest to książka rzucająca na kolana.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-bogie-odwroty-yanick-lahens.html

pokaż więcej

 
2018-10-12 11:06:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Wielkie nadzieje” Karol Dickens publikował w latach 1860-1861 w tygodniku All the Year Round. Opowiada ona historię Pipa, małego chłopca wychowywanego przez swoją siostrę i jej męża, kowala Joego. Wiodą oni spokojny małomiasteczkowy żywot, aż do momentu, gdy pewnego dnia Pip napotka na cmentarzu ukrywającego się przestępcę, a następne udzieli mu pomocy. Choć nie może tego wiedzieć, to... „Wielkie nadzieje” Karol Dickens publikował w latach 1860-1861 w tygodniku All the Year Round. Opowiada ona historię Pipa, małego chłopca wychowywanego przez swoją siostrę i jej męża, kowala Joego. Wiodą oni spokojny małomiasteczkowy żywot, aż do momentu, gdy pewnego dnia Pip napotka na cmentarzu ukrywającego się przestępcę, a następne udzieli mu pomocy. Choć nie może tego wiedzieć, to wydarzenie zmieni jego żywot na zawsze. Po kilku latach Pip, nieszczęśliwie zakochany w pięknej Estelli, przygotowujący się do zawodu kowala, dostanie szanse na odmianę swojego losu. Anonimowy darczyńca ofiaruje mu środki wystarczające do dostatniego życia w Londynie, obietnicę nowym, wielkich nadziei. Tak rozpocznie się kolejny etap w życiu Pipa, czas dojrzewania wypełniony płomiennymi uczuciami, licznymi błędami, zaniechanymi planami i niespełnionymi marzeniami.
Pip to bohater na wskroś dickensowski. Stroni od przejawów agresji, z natury ufa innym ludziom, nie poddaje się modom ani presji otoczenia, nie wynosi złych nawyków z domu rodzinnego, gdzie nie wszystko szło po jego myśli. Jest więc to typ cierpiętnika, kogoś kto w imię sprawiedliwości jest zdolny do oddania części siebie. Jego powolna metamorfoza przebiega według dobrze nam znanej z innych dzieł autora krzywej. Każde wypowiedziane zdanie, wszystkie przedstawione myśli czy podjęte decyzje, służą wyższemu celowi, jakim jest ukazanie krytyki niesprawiedliwości społecznych. Dickens to człowiek trudnej biografii – gdy jego ojciec trafił za długi do więzienia, 12-letni Karol musiał opuścić szkołę i pracować w fabryce pasty do butów. Podobnie jak on, jego postaci też zmuszeni są pracować w warunkach niedostosowanych do ich wieku, gdzie głód, brud, smród czy ubóstwo, ucieleśniają szpony systemu, z których każdy próbuje się uwolnić, ale tylko niektórym się to udaje. Pip ma szczęście, trafia do lepszego świata, ale niestety dla niego, jest to tylko ułuda, bowiem jego pochodzenie nie opuści go choćby na chwilę, a tajemnica życia, o której sam nie ma pojęcia, wcale nie będzie tak oczywista, jak może się na początku wydawać.
„Wielkie nadzieje” to z pewnością dzieło moralizatorskie, ale także baśniowe. Powieść pełna jest marzeń, do spełnienia których dążą bohaterowie. Fortuna raz się do nich uśmiecha, by po chwili pozbawić ich złudzeń na lepsze jutro. To też taki typ historii, która z punktu widzenia współczesności jest mało realna, przez co czujemy się w niej jak w świecie magicznym. Bogaci właściciele ziemscy, szanowani bankierzy, nieznające swojej przeszłości sieroty, wielkoduszni przestępcy, skryci oszuści – wszyscy oni sprawiają wrażenie klisz wyciętych ze starego albumu, które odpowiednio poukładane pozwalają czytelnikowi przenieść się do tajemniczego miejsca, pełnego nasyconych barw i intrygujących wydarzeń. Jest w tym pewna doza spokoju i zrozumienia, tak ważna w obecnych, sztucznie napędzanych i udziwnianych superbohaterami czasach. Ta książka stanowi swoisty rewers tego, co autorzy zwykli nazywać przyszłością, a jednocześnie jest ona pełna wewnętrznych kontrastów doskonale obrazujących industrialne zmiany, jakie zaszły w XIX-wiecznej Anglii.
Autor „Olivera Twista” stworzył dzieło karykaturalne, ale przy tym niezwykle szczere i poruszające. Historia zawodu, braku wsparcia i złamanego serca młodego Pipa to relacja bardzo subtelna i na wskroś uniwersalna. Dickens mówi nam jak przebiegają zmiany w człowieku, jak rodzą się inne punkty widzenia i że każdego dosięgnie ogrom egzystencjalnych trudności i problemów. Nie oszczędza swojego bohatera, daje mu przynętę i wrzuca w wartki nurt rzeki poszarganych nadziei, w którym nic nie jest pewne i oczywiste. Można tę książkę odczytywać jako przestrogę przed utratą skromności, można też wziąć ją za kolejny przykład idealnie przedstawionej literatury wiktoriańskiej, a można również doszukiwać się tu znamion powiastki towarzyskiej, czegoś idealnego na spokojny wieczór. Niezależnie jakie powody będą wami kierować, wiedzcie że „Wielkie nadzieje” to powieść bardzo udana, kolejna mocna pozycja w dorobku brytyjskiego pisarza.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-wielkie-nadzieje-charles.html

pokaż więcej

 
2018-10-08 11:02:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Arnon Grunberg, jest często typowany jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy holenderskich. To prawdziwy człowiek orkiestra w zakresie literatury – gdy miał 19 lat założył wydawnictwo, w wieku 23 lat napisał bestseller dystrybuowany na całą Europę, do 40 roku życia opublikował co najmniej tuzin powieści, z których dwie zdobyły holenderski odpowiednik Nagrody Bookera. Ima się różnych... Arnon Grunberg, jest często typowany jako jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy holenderskich. To prawdziwy człowiek orkiestra w zakresie literatury – gdy miał 19 lat założył wydawnictwo, w wieku 23 lat napisał bestseller dystrybuowany na całą Europę, do 40 roku życia opublikował co najmniej tuzin powieści, z których dwie zdobyły holenderski odpowiednik Nagrody Bookera. Ima się różnych form wyrazu - pisze opowiadania, sztuki teatralne, poezje, felietony, korespondencje wojenne. „Tirza” to jego szósta powieść, wyróżniona nagrodą Libris i belgijską Złotą Sową.

W swojej najpopularniejszej książce autor z Holandii kreśli nam obraz nowoczesnej rodziny. W centrum swojego dramatu osadza cztery osoby. Matka to pozbawiona głębszych uczuć, zmysłowa i egocentryczna kobieta, która wraca po latach nieobecności do swojego męża i dzieci. Hofmeester jest skrajnie konwencjonalnym ojcem, człowiekiem, który wszelkie objawy emocji traktuje jak chorobę. Tirza, młodsza córka, jest rozpieszczoną i poszukującą innego życia ulubienicą ojca. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu, są dla siebie przyjaciółmi, sąsiadami, rodzeństwem, a nawet kochankami, tylko nie ojcem i córką w klasycznym rozumieniu tego układu. Tirza marzy o wyjeździe do Afryki i gdy uda jej się zdać maturę, swoje zamiary przełoży na realizację. Ostatnim członkiem rodziny jest Ibi, starsza córka, mieszkająca z parterem we Francji, gdzie razem zajmują się prowadzeniem hotelu. W tak wykreowanym klaustrofobicznym układzie Grunberg oddaje głos najbardziej zachwianej osobie – Hofmeesterowi, a początkowe wrażenie zaskoczenia z dokonanego wyboru szybko ustępuje miejsca zrozumieniu.

Hofmeester to rodzinny patriarcha, wódz pławiący się w oceanie niewypowiedzianego upokorzenia. Oficjalnie zatrudniony w wydawnictwie jako tłumacz, za niewystarczające wyniki zostaje oddelegowany na wcześniejszą emeryturę. Nie zamierza jednak o tym wspominać w domu, aby nie podważać swojego autorytetu. Woli codziennie jeździć na lotnisko i tam machać osobom, na które nikt nie czeka. Posiada on też inne, niespotykane pomysły na życie. Nie jest uzależniony od alkoholu, jednak każdego dnia wypija butelkę włoskiego gewürztraminera. Wynajmuje część mieszkania, prawdopodobnie tylko po to, aby pod nieobecność lokatora móc przeglądać każdą szczelinę jego pokoju. Hofmeester jest też fetyszystą i fizjologicznym frustratem. Pełnię jego dualnej natury, najlepiej oddaje jednak stosunek do Tirzy. Chce być dla niej ojcem doskonałym, z cierpliwością i liberalizmem podchodzi do jej życia społecznego i seksualnego. Akceptuje każdy jej pomysł na samorozwój, a jednocześnie daje jej to, co sam uważa za najważniejsze. Nie jest przy tym typem sofisty. Choć wierzy w uzdrawiającą moc literatury poważnej, w szczególności Tołstoja, pozostawia swojej córce wiele swobody. Ewolucja tej chorej zależności rozpocznie się od imprezy pożegnalnej. To tam dojdą do głosu ciemne rejony duszy bohatera. Obudzi się w nim bestia, która powoli zacznie przejmować kontrolę nad ciałem i umysłem.

Grunberg nie speszy się ze swoją relacją. Na blisko 600 stronach rozciąga przed czytelnikiem epicką historię o rozpadzie wartości i zagubieniu. Przy użyciu ciekawych, przefiltrowanych przez permisywną filozofię życia, bohaterów diagnozuje lęki cywilizacji zachodniej po ataku na World Trade Center. W jego narracji jak mantra powraca postać Muhammada Aty, przybierającego coraz to nowe kształty i postawy. Jest więc „Tirza” próbą opowiedzenia małej apokalipsy, jako symbolu kondycji społeczeństwa europejskiego. Ale to nie metaforyczna postać książki nadaje jej status kultowej. Grunberg, podobnie jak Murakami postawił na ascetyczny styl, pozornie wyprany z emocji. Jego bohaterowie, podobnie jak postaci z książek japońskiego pisarza, są samotni i zagubieni, zmagają się z niezrozumiałym światem, a przy tym pozostają wewnętrznie niejednoznaczni i mroczni. Nie trapią ich podstawowe biologiczne potrzeby ludzkości, a swoje słabości chowają za przyzwyczajeniami – gotowaniem, czytaniem książek, lampką wina. Poznawanie rzeczywistości Hofmeestera jest trochę jak jazda po płaskiej powierzchni, pozbawionej wszelkich wzniesień i głębi. Holender stawia na klarowny obraz i moc przekazu.

Nikos Kazantzakis w swojej książce „Ostatnie kuszenie Chrystusa” napisał, że „wrota niebios i piekieł sąsiadują z sobą i są identyczne”. To zdanie idealnie odnosi się do przedstawionej opowieści. Świat Hofmeestera jest pozornie ułożony. Dobra praca, mieszkanie w lepszej dzielnicy, poprawność polityczna i dbałość o trzymanie emocji na wodzy stawiają go w pozycji człowieka dobrobytu. Dopiero skupienie się na szczegółach, na małych i skrzętnie ukrywanych elementach codzienności, pozwoli skutecznie zburzyć mit idyllicznego żywota. Bohater ma ciągły wybór, iść w prawo lub w lewo, otworzyć drzwi zrozumienia lub te przenoszące go do świata obłędu. Grunberg bada granice frustracji, interesuje go zarówno dramat ludzki w szerokim kontekście, jak i bardziej intymnie, jako negację męskości i ojcostwa. Chociaż wspomina o początkach patologii, źródłach jego pochodzenia, robi to wyrywkowo, traktuje raczej jako tło, niż faktyczną analizę problemu. Kanalizuje przekaz na to co tu i teraz, zdawkowo konfrontując to z przeszłością. Dlatego warto „Tirzę” czytać jako opowieść dosłowną, bolesną i traumatyczną. Dopiero ostatnia jego część nosi znamiona nierealności. Wyjazd Hofmeestera do Afryki i obcowanie z tubylczym dzieckiem proponującym mu towarzystwo, to pomysł zadziwiająco podobny do tego z książki noblisty - J. M. Coetzee "Czekając na barbarzyńców”. Jest to też mroczna odsłona antycznej tragedii, ostatni epizod tej trudnej narracji. To tu poznamy odpowiedzi, których nigdy nie chcielibyśmy znać.

Grunberg stworzył dzieło trudne w odbiorze, zarówno w warstwie fabularnej, jak i stylistycznej. To mocna książka o samotności, dumie, wstydzie, urazie czy miłości. Książka nieoczywistych wyborów i chorych przyzwyczajeń. To też książka, która korzystając z gotowych pomysłów, otwiera wizję świata przy użyciu niezwykle uniwersalnego klucza. Trzeba jednak przyznać, że Grunberga wcale to nie martwi. Nas też nie powinno, albowiem „Tirza” to powieść rzetelnie wykonana, umiejętnie skonstruowana i inteligentna. Jeśli tak ma wyglądać literatura mainstreamu, to śmiało możemy brać ją w ciemno.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-tirza-arnon-grunberg.html

pokaż więcej

 
2018-10-05 12:25:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Ta książka powinna się poddawać określonym prawom, mieć ułożoną, matematycznie dopracowaną strukturę. Tymczasem u Gospodinowa nic nie jest linearne ani pewne, akcja przechodzi płynnie z jednej przestrzeni w inne, jeszcze... Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Ta książka powinna się poddawać określonym prawom, mieć ułożoną, matematycznie dopracowaną strukturę. Tymczasem u Gospodinowa nic nie jest linearne ani pewne, akcja przechodzi płynnie z jednej przestrzeni w inne, jeszcze bardziej nieokreślone. Zresztą to bardziej zarysy wydarzeń, przesłonięte mgłą niepewności wspomnienia, niż realne i namacalne epizody z życia. „Fizyka smutku” oparta jest na wyrazistym kontraście – autor stawia w centrum swoich dociekań czas, który jednocześnie jest zagadką, swoistym ciągiem niewiadomych. Pojęcie przemijania i trwania zajmuje bułgarskiego pisarza od dawna. Jego bohater, podobnie jak on kilka lat wcześniej, stale próbuje wymknąć się zapomnieniu. Oboje wykorzystują do tego podobne narzędzia, różniące się jedynie intensywnością doznań oraz fantazyjnością. I tak Gospodinow uruchomił projekt „Przeżyłem socjalizm”, czyli platformę internetową, na której zbierał wspominki sprzed 1989 roku, dalej przefiltrowane i opublikowane w postaci książki. Jego celem było zebranie osobistych historii, które w połączeniu oddały by obraz kolektywnej komunistycznej rzeczywistości, uchroniły by te doświadczenia od śmierci. Tak samo czyni jego bohater, który wcielając się w różne istoty, przemierzając odmienne miejsca i czasy, stara się przywrócić pamięć o tych, którzy już poddali się nieubłaganym skutkom działań kalendarza.

Gospodinow swoją historię rozpoczyna od cytatów klasyków – Pessoi, Borgesa i Flauberta. Jest więc erudycyjnie już od początku, tym razem jednak uczucie obcowania z czymś wielkim nie będzie stopniowo opadać wraz z rozwojem treści, ale wręcz odwrotnie, mądrość będzie tu się potęgować z tempem geometrycznym. A wszystko przez bohatera, jego niespotykaną właściwość i niewidocznego towarzysza – Gaustyna. Narrator jest małym chłopcem obdarzonym niezwykłym darem. Potrafi przenikać do cudzych myśli, ale nie w sposób dobrze nam znany z amerykańskich komedii romantycznych, podrzędnych thrillerów czy sztuki hipnotyzerskiej. Gospodinow daje swojej postaci umiejętność całkowitego wejścia w odmienny świat. Ten widzi oczami innych, słyszy niedochodzące do jego uszu dźwięki, współodczuwa ich smutek, ból czy szczęście. Ta metamorfoza ma swoje odzwierciedlenie także w warstwie narracyjnej, gdzie relacja trzecioosobowa zmienia się w pierwszoosobową. I tak przeskakujemy z historii na historię, jak dawniej bohater Potockiego co i rusz wodzony za nos przez swoich rozmówców. „Fizyka smutku” nie jest jednak konstrukcją szkatułkową, a raczej piętrową, taką frazą, która nigdy nie zmierza w jednym kierunku, rozgałęzia się na wiele możliwości. Odzierając Gospodinowską narrację z tułaczej podmiotowości, otrzymujemy wielowymiarową wędrówkę. Odwiedzamy więc hiszpańską corridę, dom wiekowej już kobiety w czasach wojny, niezbadaną przyszłość po potencjalnej apokalipsie i wiele innych przestrzeni, tyleż rzeczywistych co wyimaginowanych. Bohaterem pierwszoplanowym staje się więc nie człowiek, lecz przestrzeń, z przynależną mu chwilą. Nie jest więc to przestrzeń określona jak kadr z filmu, ale swego rodzaju projekcja, element wyobraźni. Ten metafizyczny przestwór zmienia się w „Fizyce smutku” w mityczny labirynt. To miejsce tajemnicze, niejednoznaczne, ale stanowi także element gry z czytelnikiem.

Książka Gospodinowa nie jest eksperymentem, to raczej literacka hybryda, efekt wieloletnich dociekań autora. Twórca „Powieści naturalnej” od początku swojej kariery z zapałem i wystudiowaną penetracją analizuje pojęcie literackości. Bez skrupułów przekracza granicę przyjętych konwencji i kreuje wizje eklektyczne, nie dające się przypisać odpowiednim gatunkom i prądom. Ten zabieg powiela w każdym swoim kolejnym dziele prozatorskim czy poetyckim, dostrzec możemy go we wczesnych zbiorach wierszy, tudzież późniejszych mistyfikacjach literackich. Taka też jest „Fizyka smutku”, bardziej przypominająca chodzenie po wodzie, niż po udeptanej ścieżce. Tu nigdy nie wiesz kiedy zaczynasz się zanurzać, nie masz pojęcia czy trajektoria którą obrałeś, jest optymalna, ani czy w ogóle dokądkolwiek cię doprowadzi. Jak w labiryncie, ciągłe mylenie tropów i interpretacji. A właśnie symbolika labiryntu ma tu znaczenie kluczowe, aczkolwiek nie jest to jedyny metaforyczny pierwiastek tej opowieści. Bohater Gospodinowa, niezależnie już czy będący w centrum czy na uboczu własnych doświadczeń, swoją nietypową relację oplata postacią Minotaura. Rozpoczyna się niewinnie, od wcielenia się w dziadka, który snując się po targu, słyszy dochodzące z namiotu okrzyki reklamujące niecodzienną atrakcję. Później Minotaur powraca kolejno w postaci dwunastoletniego chłopca opuszczonego przez siostrę i samego autora wspominającego swoje dzieciństwo. Tam też rozpoczyna się proces tworzenia kapsuły stworzonej z wielu historii. Do głosu dochodzi też ewolucja, bowiem narrator będzie rósł wraz z opowieścią. Jego umiejętności będą się zmieniać pod wpływem zewnętrznych bodźców. Podmiot czuje się jak Kolumb na nieznanych sobie przestworzach. Wszystko go zadziwia, wydaje się nowe, znaczenie ma każdy szczegół, każda porada. A wszystko to w nieco przytłumionych barwach, leżące gdzieś między wrażeniem świeżości, ponowoczesności poetyckiej mowy a jakimś tchnącym wiekami literatury aforyzowaniem.

Narracja bułgarskiego pisarza jest pocięta i fragmentaryczna, ale przy tym zadziwiająco spójna. Nie ma w sobie nic z epizodyczności, cały przedstawiony konstrukt jest przemyślany i celowy. Owa fragmentaryczność oddaje w sposób przekonujący destrukcję świata emocjonalnego bohatera. Mimo postmodernistycznej formy, fraza pełna jest tradycyjnej tęsknoty, którą w przewrotny sposób podkreśla właśnie użyta forma. Kwintesencja dociekań wydaje się być ukryta nie tyle w samej opowieści, ile w przemilczeniach. Pauzy podkreślają ostatnie, zazwyczaj kluczowe słowa w rozdziale czy akapicie. To taka myśl, nad którą warto się zatrzymać i skupić. „Fizyka smutku” pełna jest pięknych i mądrych zdań jakby żywcem wyjętych z umysłu wielkiego filozofa. Siła tej formy wynika nie tylko z umiejętności posługiwania się językiem, a także z bujnej wyobraźni autora, lecz również z autobiograficznego podkładu. U Gospodinowa jak mantra ciągle powraca postać młodego pisarza, są też przodkowie i bułgarska rzeczywistość lat 70-tych. A wszystko to tworzy swoistą strategię artystyczną i jednocześnie autoterapeutyczną. „Fizyka smutku” niesie w sobie ukrytą, intymną historię, która pod płaszczem wielkich fundamentalnych dla życia tematów, jest także egzystencjalnym monologiem o bycie.

Gospodinow w jednym wywiadów powiedział, że swoje pisanie zawdzięcza strachowi. Dotyczy to pewnej anegdoty z jego młodego życia, podczas którego męczył go powracający koszmar. Jego najbliższa rodzina została uwięziona na dnie studni, a on, będąc na górze, mógł tylko stać i biernie przyglądać się tej rodzącej się na jego oczach tragedii. Bał się spać, gdyż wiedział, że w krainie marzeń zamiast błogiego odpoczynku, czeka go familijny dramat. Ze swoich utrapień zwierzył się babci „babciu, śniło mi się coś strasznego, a babcia, która żyła w tamtym świecie, świecie mitów i magii, powiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno mi nikomu opowiedzieć tego snu, bo wypowiedziany się ziści. Byłem więc zmuszony znaleźć jakiś sposób, żeby jakoś go opowiedzieć, wyrzucić z siebie, a jednocześnie nie nadać mu siły sprawczej. I tak, ponieważ dopiero co nauczyłem się pisać, zapisałem go. Ze strachu. Przeciwko strachowi”. To dziecięce napięcie powraca w prozie Gospodinowa. W „Fizyce smutku” autor kilkukrotnie odwołuje się do pojęcia apokalipsy, tworzy listę niezbędnych przedmiotów, które mogą mu pomóc w innym świecie, analizuje kształt rzeczy i kondycję społeczności po nieuchronnym kataklizmie. Trwoga przybiera tu też inne odcienie – mijający czas, niezrozumienie, utrata, zezwierzęcenie, a przede wszystkim wiara, że przetrwać może tylko to, co zapisane.

Gospodinow stworzył książkę kompletną, istny wehikuł, który potrafi zatrzymać czas. Historia raz pędzi, by po chwili zatrzymać się i oddać poetyckiej refleksji. Jest w tej prozie siła filozoficzna i głębia egzystencjalna. „Fizyka smutku” to tak naprawdę metafizyczna wizja istoty życia, artystyczny projekt przekonujący swoją konstrukcją i stylistyczną finezją. Co ważne, jest to też książka wielu opowieści, a każda z nich niesie w sobie ducha człowieka, nie jest oderwana od tego, co znamy z codzienności. Dzięki temu jest nam bliższa, znajoma, mimo że ukryta się za onirycznym filtrem.

Poczułem się oszukany. Bułgarski pisarz nadał swojej najnowszej książce tytuł „Fizyka smutku”, liczyłem więc na beletrystyczną transmisję naukowych danych na fundament fabuły. Nic z tego. To czysta metafizyka, a śladowe odwołania do jednej z kluczowych dziedzin wiedzy służą jedynie myleniu śladów, są zabawą konwencją, chwilowym pomysłem na rozwój miniopowieści. Poczułem się zatem oszukany, bo liczyłem na dobrą powieść. Zamiast tego otrzymałem prawdziwą księgę wszechrzeczy, coś, co moją artystyczną duszę wypełniło po brzegi. Uwielbiam być tak oszukiwanym!

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-fizyka-smutku-georgi-gospodinow.html

pokaż więcej

 
2018-10-02 19:55:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zmarły w marcu 1985 roku w Fort Myers Leopold Tyrmand, to polski pisarz, publicysta i wybitny znawca jazzu. Owiany legendą stanowił ikonę polskiego świata artystycznego lat pięćdziesiątych XX wieku. Znany jest przede wszystkim ze względu na wielowątkową powieść kryminalną pt. „Zły” oraz „Dziennik 1954” - pisma autora z pierwszych trzech miesięcy tytułowego roku.

„Zapiski dyletanta” to zbiór...
Zmarły w marcu 1985 roku w Fort Myers Leopold Tyrmand, to polski pisarz, publicysta i wybitny znawca jazzu. Owiany legendą stanowił ikonę polskiego świata artystycznego lat pięćdziesiątych XX wieku. Znany jest przede wszystkim ze względu na wielowątkową powieść kryminalną pt. „Zły” oraz „Dziennik 1954” - pisma autora z pierwszych trzech miesięcy tytułowego roku.

„Zapiski dyletanta” to zbiór notatek dokumentujących życie pisarza po jego migracji do Stanów Zjednoczonych. Rozpoczyna się niewinnie, od zachwytów nowicjusza, podziwiania ogromu występującej przestrzeni, ekscytacji z potencjału doświadczenia wszystkiego tego, o czym wcześniej słyszało się jedynie w relacjach. Tyrmand podchodzi do Ameryki z rezerwą i estymą. Imponuje mu różnorodność i nawarstwienie możliwości, przytłacza z kolei pojęcie odległości i marnotrawstwa, tak odmiennie definiowane niż w kraju ojczystym. Jeździ, zwiedza, rozmawia, poznaje ludzi. Korzysta z wszystkiego tego, czego w komunistycznym reżimie zabraniano. Jednak takie życie szybko skutkuje zmianą orientacji pisarza. Coraz silniej doskwiera mu poczucie osamotnienia we wszystkim tym, co było do tej pory istotą jego życia. Mnogość atrakcji i swoboda funkcjonowania otwierają jego oczy na nowe punkty widzenia. Urodzony w Warszawie pisarz nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego amerykańska inteligencja nie docenia otaczającego ich świata, nie korzysta z bezliku sortów, rodzajów, typów i form szczęścia dostępnych na wyciągnięcie ręki.

Człowiek przepełniony duchem wolności nie ma daru ekstrapolacji faktów, które mogłyby mu jego prawa odebrać. Tyrmand trafił do Ameryki z bagażem wojennych doświadczeń oraz egzystencją w kraju ogarniętym komunizmem. Wszelkie próby wyjaśnienia tamtej rzeczywistości nowym znajomym spełzają na niczym. Pisarz stopniowo odkrywa, że to nie strach przed rosyjską siłą powstrzymuje amerykańskich aktywistów od publicznego udziału w walce z bestialskim reżimem, ale ignorancja. Oni nie wierzą w ludobójstwa, w ciągłe zastraszanie, funkcjonowanie aparatu represji silniejszego niż ich CIA. Amerykańscy inteligenci byli ślepi, a tej neutralności polski pisarz nie był w stanie znieść. Wyobcowanie, wewnętrzne rozdarcie a wreszcie ból i złość zaczęły wyznaczać kolejne dni autora.

Tyrmand sam nazywa się dyletantem, nie rości sobie praw do bycia specjalistą w żadnym temacie. Swoje zapiski traktuje jako wolne myśli, jako formę wyrażenia wszystkiego tego, dla czego nie może uzyskać akceptacji w otoczeniu. Autor „Siedmiu dalekich rejsów” obserwuje rzeczywistość społeczną w rozmaitych jej odsłonach, z ogromnym wyczuleniem na smak detalu. To takie niezwykle inteligentne, błyskotliwe i przepełnione erudycją teksty, z których bije cierpienie osoby światowej, nie mogącej znaleźć recepty na swoje lokalne problemy. Autor dotyka wielu dziedzin – literatury, przemysłu, muzyki, historii, komunikacji, corridy – jedna jednak ma tu znaczenie pierwszoplanowe. Zapiski dyletanta są bowiem swoistym pamfletem na komunizm. Niemożność pogodzenia się z krzywdzącym ustrojem wyznacza i kreuje wewnętrzny świat pisarza. Lektura jego książki jest więc mentalnie bardzo trudna, mimo zastosowanej momentami prostej, humorystycznej formy. Warto ten zbiór refleksji poznać nie tylko ze względu na literacką wyobraźnię i wyjątkowo spostrzegawcze oko Tyrmanda, ale także, a może przede wszystkim dla ponownego uzmysłowienia absurdu rzeczywistości.
„Zapiski dyletanta” traktują też o innych kwestiach. Autor pisze o swoich odczuciach po wycieczkach do Izraela i Hiszpanii, odnosi się do zagadnień europejskości, rewolucji i istoty kultury. Podaje liczne anegdoty i opowiada humorystyczne dygresje, we wszystko wplatając swój inteligentny komentarz na temat rzeczywistości. To bardzo uniwersalna książka, mimo jasno określonej przestrzeni czasowej i terytorialnej. Specyficzna oda do wolności, filozoficzna podróż między narodami. Chociaż ma charakter osobisty dotyka do głębi każdego wrażliwego człowieka. „Zapiski dyletanta” to też mała kopalnia wiedzy o Nowym Starym Świecie, kronika życia obyczajowego i manifestacja myślowej niezależności. A przy tym skarbnica złotych myśli i wartościowych cytatów („Odwieczną istotą i tworzywem filozofii oraz sztuki zawsze były i ciągle są wieloznaczność i ambiwalencja głębi, a nie oczywistość powierzchni”). Warto

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/10/recenzja-zapiski-dyletanta-leopold.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
721 179 30638
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (612)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (17)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd