Czy Węgrzy mają swoją literaturę narodową?

Daniel Warmuz
10.11.2019

Postawione w tytule pytanie jest kłopotliwe i nastręcza wielu trudności. Przekonuje mnie o tym również reakcja znajomych Węgrów, którym je zadałem. Wszyscy bez wyjątku musieli porządnie się zastanowić – czemu w kontakcie na żywo towarzyszyło jeszcze wymowne drapanie się po głowie – jakby odpowiadali mi pytaniem: „Ale o co ci chodzi?”. Na szczęście zagadnięci o swoich ulubionych pisarzy odpowiadali znacznie chętniej. Może nie strzelali nazwiskami niczym z karabinu maszynowego, ale potrafili polecić tego czy innego autora lub konkretny tytuł.

Problem nie tkwi w gustach czytelniczych, ale w towarzyszącym literaturze epitecie. Czym bowiem miałaby być literatura „narodowa”? Zestawem szkolnych lektur? Tytułami, na których wychowują się kolejne pokolenia czytelników? A może książkami, które oddają charakter (narodowy) Węgrów oraz odkrywają przed nimi i światem, na czym mógłby polegać duch węgierskości? Idąc dalej tym tropem, za kryterium odpowiedzi można by przyjąć wkład poszczególnych dzieł w budowanie poczucia przynależności i jedności narodowej. Z tym ostatnim podejściem zalecałbym jednak ostrożność, bo choć każdy trop może obiecywać dojście do interesujących wniosków, to łatwo się zagalopować i z literatury uczynić poletko zażartych, acz niekoniecznie merytorycznych dyskusji.

Reklama

Uznając tę kwestię za nierozstrzygniętą, spróbuję zadać pytanie o kanon, co też nie ułatwia sprawy. Wręcz przeciwnie. Kanony są kłopotliwe i wiedzą to wszyscy, począwszy od nauczycieli, przez krytyków i historyków literatury, kończąc na czytelnikach, którzy świadomie lub nie, przyjmują lub odrzucają różne kanony literackie. W kontekście pojęcia „literatury narodowej Węgrów” taki kanon mógłby zawierać dzieła i autorów, które po prostu warto znać, bo na jakimś etapie powiedziały coś ważnego, przyczyniły się do rozwoju kultury lub po prostu były na tyle popularne, że wrosły w powszechną świadomość czytelników.

Przychodzi mi tu na myśl coś, co równo rok temu zaproponował tygodnik „Polityka”, a co nazywało się 100 książek na stulecie odzyskania naszej niepodległości. Idąc za tym przykładem, Węgrzy mogliby stworzyć podobną listę przy okazji okrągłej rocznicy jakiegoś ważnego wydarzenia ze swojej historii. Chociażby w czerwcu przyszłego roku, w ramach setnej rocznicy podpisania traktatu w Trianon. I choć w dziejach Węgier nie jest to wcale radosne wydarzenie, to od dziewięciu lat dzień 4 czerwca funkcjonuje w tamtejszym kalendarzu jako święto jedności narodowej. A cóż spaja naród tak jak literatura? I to zwłaszcza gdy ta węgierskojęzyczna powstaje nie tylko na Węgrzech, ale też w krajach ościennych: na Słowacji, w Rumunii, Ukrainie czy Serbii.

Póki co nic mi nie wiadomo, by czerwcowym obchodom rocznicowym miała towarzyszyć również podobna inicjatywa, co nie znaczy, że lista najważniejszych dla Węgrów książek nie powstała wcześniej. Mam tu na myśli kilkuodcinkowy program „A Nagy Könyv” („Wielka Książka”), zrealizowany przed czternastoma laty przez Telewizję Węgierską. Jego celem – podobnie jak brytyjskiego formatu „The Big Read” z 2003 roku – było wyłonienie najpopularniejszych wśród publiczności książek węgierskich i zagranicznych (do plebiscytu dopuszczono wyłącznie teksty prozatorskie). Telewizyjna zabawa, która miała przyczynić się do popularyzacji czytelnictwa, okazała się sporym hitem. Producenci już po pierwszej rundzie szczycili się tym, że w dziesięciomilionowym kraju oddano proporcjonalnie więcej głosów niż w sześciokrotnie ludniejszej Wielkiej Brytanii.

W finale tytuł „Wielkiej Książki” zdobyły „Gwiazdy Egeru” Gézy Gárdonyiego, historyczna powieść przybliżająca XVI-wieczną obronę kraju przed Turkami osmańskimi. Drugie miejsce zdobyli nieśmiertelni (również nad Wisłą) „Chłopcy z placu Broni” Ferenca Molnára, a na trzecim uplasowała się opowiadająca o przyjaźni i dorastaniu „Tajemnica Abigél” Magdy Szabó. Tuż za podium znalazła się historia romantycznej miłości z kart „Złotego człowieka” Móra Jókaiego oraz „Kolcogród” Istvána Feketego. Co znamienne, aż trzy z tych tytułów przynależą do nurtu literatury młodzieżowej.

Warto też przytoczyć kilka książek, które zakwalifikowały się do pierwszej pięćdziesiątki (wybór ten zawężę do tytułów, które doczekały się polskich przekładów; pełna lista tutaj). XIX-wieczną powieść realistyczną reprezentują Zsigmond Móricz („Bądź zawsze dobry”) oraz Kálmán Mikszáth („Czarne miasto”, „Parasol świętego Piotra”). Prozaicy modernistyczni to Dezső Kosztolányi („Grzech słodkiej Anny”), Frigyes Karinthy („Podróż wokół mojej czaszki”), Sándor Márai („Wyznania patrycjusza”, „Żar”) oraz Antal Szerb („Podróżny i światło księżyca”, „Legenda Pendragonów”). Kolejna powieść godna uwagi to „Szkoła na granicy” Gézy Ottlika. Gdyby nie ona, trudno byłoby sobie wyobrazić debiut kojarzonego z postmodernizmem Pétera Esterházyego, zresztą również obecnego na liście (z powieścią „Harmonia cælestis”). W wyborze telewidzów znalazł się też mistrz groteski István Örkény („Rodzina Tótów”), a także László Németh („Odraza”), Albert Wass („Czarownica z Funtinel”), Miklós Vámos („Księga ojców”) oraz noblista Imre Kertész („Los utracony”).

Jak każda lista (literackich przebojów?), również i ta rodzić może pewne opory i głosy niezadowolenia. Dziwić może chociażby, że w pierwszej pięćdziesiątce Wielkiej Książki zabrakło powieściopisarza i nowelisty Gyuli Krúdyego, twórcy nieśmiertelnej postaci Sindbada żeglarza i twórcy żywej legendy o sobie samym, którego za swego mistrza obrał sobie chociażby Márai. Zapytam też o powód nieobecności László Krasznahorkaiego. Znam Węgrów, którym całkiem bliski jest ponury i pesymistyczny świat przedstawiony jego „Szatańskiego tanga” (który zresztą już chyba na stałe wpisał się w literacki krajobraz środkowoeuropejskiej prowincji, a czemu przysłużyła się też znana ekranizacja Béli Tarra). Za niesłusznie pominiętych można też uznać reprezentanta nurtu psychoanalitycznego i „naczelnego morfinistę węgierskiej literatury” Gézę Csátha, twórcę realizmu magicznego rodem z Siedmiogrodu Ádáma Bodora, autora pełnych ironii i humoru opowieści o Górnych Węgrzech Lajosa Grendela, Tibora Déryego, któremu bliskie były surrealizm i egzystencjalizm, bacznego obserwatora XX-wiecznych przemian w Europie Środkowej Györgya Konráda, wreszcie twórcy powieści historycznych (w tym związanych z tematyką polską) Györgya Spiró oraz od kilku lat żelaznego kandydata do Nagrody Nobla Pétera Nádasa. A może to tylko subiektywny kanon tłumacza, który literaturę Węgrów postrzega kategoriami innymi niż jej rodzimi czytelnicy?

Omawiany plebiscyt jeśli nie rewizji, to z całą pewnością domaga się uwzględnienia dzieł powstałych po 2005 roku (ponawiam swój postulat ułożenia „potrianońskiej” listy stu najważniejszych węgierskich książek). Jestem przekonany, że gdyby dziś powtórzono projekt Wielkiej Książki, wśród wysoko ocenionych autorek i autorów znalazłoby się co najmniej kilka spośród następujących nazwisk (listę również ograniczę do prozaików): Ferenc Barnás, Attila Bartis, György Dragomán, László Garaczi, Krisztián Grecsó, János Háy, Imre Oravecz, Gergely Péterfy, János Térey, Krisztina Tóth, Andrea Tompa. A może czytelnicy daliby też szansę autorowi popularnej serii kryminałów „Budapeszt noir” Vilmosowi Kondorowi lub komikowi Tiborowi Bödőcsowi, który nawiązując do zapoczątkowanej przez Frigyesa Karinthyego literackiej zabawy, przed dwoma laty wydał zbiór parodii naśladujących style znanych pisarzy? (Polskim czytelnikom z pewnością przypadłby do gustu rozdział humorystycznie imitujący „Dziennik” Máraiego, ja bawiłem się przy nim przednio!).

Literackie zabawy i telewizyjne plebiscyty (w których na ulubione książki głosuje się esemesami jak na uczestników reality show) to jedno. Czym innym jest – by powrócić do tytułowego pytania – literatura, w dodatku zestawiona z kwestią narodową. Tu należy już zachować powagę, ale i z tym trzeba uważać, by nie stała się ona powagą śmiertelną. Inaczej łatwo o czyjąś (śmiertelną) obrazę i różne konsekwencje niekoniecznie bezinteresownych działań.

A w ostatnich latach były na Węgrzech przypadki, kiedy literatura – w trosce o dobro narodu – zaprzęgana była do utarczek w obronie różnych idei i interesów. Mechanizm jest prosty: tam, gdzie jest literatura, pojawiają się próby jej kanonizacji. A gdzie funkcjonują (uznawane lub kontestowane) kanony, tam rodzi się apetyt na ich światopoglądowe zawłaszczenie, również w sensie politycznym. A od tego już tylko krok do traktowania literatury jako narzędzia w ideologicznej walce o „rząd dusz”.

Groźba tego występuje szczególnie na polu polityki kulturowej. W jej kontekście w ubiegłym roku rozgorzała na Węgrzech dyskusja, która choć nie dotyczyła kanonu literackiego samego w sobie, to dotykała sprawy, która ma nań przełożenie. Konkretnie poszło o faworyzowanie określonych pisarzy, którzy są najczęstszymi gośćmi największych i najbardziej prestiżowych wydarzeń literackich, przekłady ich książek na inne języki są dofinansowywane przez instytucje państwowe, a oni sami reprezentują Węgry na zagranicznych targach i festiwalach. Tym, co najbardziej bulwersowało autora tej krytyki – który swemu oburzeniu dał upust w aż sześcioczęściowym artykule w jednej z prawicowych gazet – jest to, że wymienieni z nazwiska pisarze, tak chętnie korzystający z publicznych (a więc państwowych, a więc narodowych) form wsparcia, często najgłośniej ostrzą sobie zęby na rządzącej formacji politycznej (a więc państwie, a więc narodzie). Ich postępowanie Árpád Szakács nazwał „bezczelną zdradą”, a do pisarzy przylgnęła łatka „drżących o swój los lewicowych liberałów”, którzy nie cofają się przed krytykowaniem ręki, która ich karmi. Dostało się też dyrektorowi Muzeum Literatury w Budapeszcie, który kilka tygodni później został pozbawiony stanowiska (oficjalnie nie miało to związku z cyklem artykułów).

Spory tego typu nie są niczym nowym w węgierskim życiu literackim. Podobna polemika, gdzie w argumentach jednej ze stron również pojawiły się zastrzeżenia co do lewicowych zapatrywań niektórych pisarzy, miała miejsce już w sierpniu 2002 roku. Nie trwała jednak długo, pewnie dlatego, że wkrótce wszyscy żyli już Literacką Nagrodą Nobla, przyznaną w tamtym roku Imre Kertészowi. Był to moment, w którym autor „Losu utraconego” nie tylko wszedł na stałe do kanonów literatury światowej, ale także zaistniał w powszechnej świadomości Węgrów (do dziś jako anegdotę opowiada się o szturmie czytelników na księgarnie, w których wykupiono cały nakład książek Kertésza, tyle że nie Imre, a Ákosa). Ta świadomość bywa nad Dunajem bolesna, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie powracające jak mantra opinie, jakoby Imre Kertész nie był pisarzem węgierskim, a jego twórczość nie zasługiwała na tak wysokie wyróżnienie (gdy weźmie się pod uwagę dzieje Nobla przyznanego polskim pisarkom i pisarzom, w krytyce tego typu pobrzmiewa coś znajomego).

Było nie było, Kertész i jego „Los utracony” znalazł się na długiej liście plebiscytu Wielkiej Książki. I jestem przekonany, że znalazłby się tam również dzisiaj, choć jak dla mnie – po dłuższym namyśle – w przyszłym roku Węgrzy wcale nie muszą robić swojej narodowej listy 100 książek na stulecie. Literaturę można promować również na inne sposoby (na Węgrzech są i tego przykłady), a chyba i tak każdy czytelnik ma swój własny kanon, nawet jeśli jego stworzenie nie jest wcale łatwym zadaniem i wymaga dłuższego zastanowienia się. A w ostatecznym rozrachunku chyba lepiej myśleć (i czytać!), niż się śmiertelnie obrażać.

*Daniel Warmuz – z wykształcenia polonista i hungarysta. Laureat Nagrody im. Adama Włodka przyznanej w 2019 roku przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Zajmuje się badaniem, przekładem i popularyzacją literatury węgierskiej. Tłumaczył m.in. prozę Zsolta Berty i Tibor Noé Kiss, poezję Zoltána Lesiego, dramaty Borisza Kucsova, Csaby Mikó, Andrei Pass i Csaby Székelya, teksty eseistyczne László F. Földényiego i Csaby G. Kissa. Autor artykułów naukowych, esejów i recenzji. Publikował m.in. na łamach „Akcentu”, „eleWatora”, „Dialogu”, „Fragile”, „Ha!artu”, „Herito”, „Kresów”, „Tekstualiów”, „Zeszytów Literackich” i w tomach zbiorowych. Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

Reklama

komentarze [19]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

3
0
08.11.2019 14:17

Zapraszam do dyskusji.


894
32
10.11.2019 11:25

Może nie udało się wskazać narodowego eposu Węgrów, ale artykuł i tak wyszedł przedni, szczególnie jako przewodnik po węgierskiej literaturze. Dla mnie to wciąż mało znany rejon czytelniczy, dlatego z chęcią dopiszę nowe nazwiska do swojej listy autorów i autorek godnych poznania.

Ze swojej strony mogę polecić taki nazwiska jak: Akos Kertesz

więcej

2347
47
10.11.2019 16:07

Przeczytałeś całkiem dużo pozycji literatury węgierskiej! Twoje "polecajki" - bardzo interesujące. Mam wrażenie, że literatura węgierska jakoś szczególnie Cię pociąga, choć dawno nic nie recenzowałeś... Ciekawe, co jest w niej takiego specyficznego..


894
32
10.11.2019 22:38

Znajomość z węgierszczyzną rozpocząłem w momencie, kiedy miałem przyjemność odwiedzić ten kraj (mieszkałem w urokliwym Szentendre pod Budapesztem) - od tego czasu staram się sukcesywne poznawać kolejnych węgierskich literatów. A co do jednej specyficznej cechy... Jeszcze jej nie odkryłem :)


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

3625
183
10.11.2019 12:06

Bardzo interesujący artykuł i niezwykle inspirujący.....znam bardzo niewielu pisarzy węgierskich i to jeszcze większość tylko z nazwiska.
Może Węgrzy stworzą jakąś listę...byłaby jej bardzo ciekawa.
Ale dzieki temu artykułowi zwróciłam uwagę na kilku Autorów...z dużej litery....


2670
552
10.11.2019 14:41

Ciekawy artykuł o literaturze zupełnie mnie obcej. Zanotowałam nazwiska i poszukam ich w bibliotece. Spory w życiu literackim jak u nas.


2347
47
10.11.2019 16:17

Doskonały artykuł p. Daniela Warmuza, czuć profesjonalizm i miłość do węgierskiej literatury. Zamierzam kierować się tropami, które wskazał autor, gdy w końcu będę miała fazę na literaturę węgierską. Na razie czytałam tylko Sandora Maraia (piękna, melancholijna, perfekcyjna pod każdym względem proza) i Imre Kertesza.


19
6
10.11.2019 16:31

Świetny artykuł, dziękuję :) Znalazłam tu wielu ciekawych autorów, których zamierzam nadrobić. Niedawno odkryłam węgierską literaturę - i w ogóle ten kraj - i teraz chciałabym zapoznać się z nią bliżej.


3714
3476
10.11.2019 16:41

Ja znam Chłopcy z Placu Broni oraz Czarownica z Futinel


635
635
10.11.2019 17:03

Świetny i bardzo ciekawie napisany artykuł, doskonały temat.
Mam nadzieję, że wypowiedzą się mądrzejsi ode mnie, a ja sobie poczytam.


1093
353
10.11.2019 18:49

Kurczę, w sumie dlaczego ja nigdy nie wpadłam na pomysł literackiej podróży do każdego kraju? Jakie to musiałoby być super doświadczenie!


10785
361
10.11.2019 22:35

Takie podróżowanie już od lat jest praktykowane: ludzie jeżdżą do Dublina śladami bohaterów "Ulissesa" Joyce'a, do Skanii po śladach Wallandera, czy do Wielkiej Brytanii trasą miejscowości, w których toczy się akcja książek Sebalda. Czasem nawet małe miejscowości stają się nagle atrakcjami turystycznymi za sprawą jednej książki, jak Žitková w Białych Karpatach (Boginie z...

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

7041
3029
10.11.2019 20:29

Literatura węgierska to dla mnie przede wszystkim "Chłopcy z Placu Broni" i proza Magdy Szabo, zwłaszcza  Tajemnica Abigél Tajemnica Abigél. Sięgnęłam po tę książkę wiele lat temu, po obejrzeniu serialowej ekranizacji.
Dziękuję za inspirujący czytelniczo artykuł:)


1355
138
10.11.2019 21:07

 Zamknięte drzwi Zamknięte drzwi też robią wrażenie.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

zgłoś błąd