Melancholia codzienności 
https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/
31 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 5 książek i 8 cytatów, ostatnio widziany 17 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-03-25 10:07:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Pierwszym słowem, jakie narzuca mi się po lekturze „Dni bez końca” jest ‘oryginalny’. Pogłębienie tego skojarzenia nasuwa mi jednak pewne wątpliwości. Western jako gatunek to typowy produkt kultury masowej. Ograniczenie miejsca i czasu akcji sprawia, iż gatunek ten w swojej pierwotnej formie był odżegnywany od czci ze względu na swoją schematyczność. Książka irlandzkiego pisarza jest więc... Pierwszym słowem, jakie narzuca mi się po lekturze „Dni bez końca” jest ‘oryginalny’. Pogłębienie tego skojarzenia nasuwa mi jednak pewne wątpliwości. Western jako gatunek to typowy produkt kultury masowej. Ograniczenie miejsca i czasu akcji sprawia, iż gatunek ten w swojej pierwotnej formie był odżegnywany od czci ze względu na swoją schematyczność. Książka irlandzkiego pisarza jest więc swoistą kopią produktu kultury masowej. Kopią jednak o tyle udaną, że łamie ona owe szablony, na bazie których dawniej sprzedawano historię dzielnych kowbojów.
Specyficzni w tej książce są bohaterowie, inny jest sposób obrazowania przemocy, zmodyfikowano też kod językowy, którym na co dzień posługują się postaci Barry’ego. Thomas McNulty rusza w samotną podróż, na początku której poznaje Johna Cole’a. Ta dwójka stworzy magiczny związek, który przetrwa nie tylko walki z konfederatami i rdzennymi mieszkańcami Ameryki, ale także wychowanie Indiańskiej sieroty. Ciekawie na tle tego łamiącego kalki pejzażu rysuje się motywacja i portret psychologiczny Thomasa. To człowiek wdzięczny wojsku za to, że może wykonywać niezrozumiałe dla niego rozkazy. Mimo licznych niewygód, głodu i bólu nie narzeka na żołnierską dolę. Gdy trzeba zabić, czyni to bez mrugnięcia okiem, gdy jednak ma chwilę na refleksję, poświęca się dla swoich bliskich i tańczy na scenie. To ostatnie zajęcie daje mu najwięcej szczęście, jest dla niego odskocznią od trudów doczesności, a przy tym pozwala poczuć się tym, kim faktycznie jest – wewnętrzną kobietą.
Sebastian Barry nie wygładza swojej historii. Inaczej niż pamiętamy to z klasycznych westernów, co i rusz przekracza granice wyznaczone przez Kodeks Haysa. Nie zostawia miejsca na niedopowiedzenia czy ciche sugestie – wali prosto z mostu o tym co trudne i ciężkie. Porusza kwestie bezduszności wojny w świecie, gdzie życie nie jest warte więcej, niż szklaneczka whisky wypita podczas wieczornej zabawy w saloonie. Są więc wychodzące z ciała flaki, niedożywione dzieci, terroryzowane kobiety, pola walki usłane odciętymi kończynami. Bardzo to wszystko obrazoburcze.
I tak oto dochodzimy znowu do oryginalności. Bo myślę sobie, że western o homoseksualistach tańczących jak prostytutki to jedno, ale styl opowieści to jeszcze inna para kaloszy. Język Barry’ego jest od początku całkowicie abstrakcyjny. Autor nie tylko preferuje porządek dyskursu ponad porządek rzeczywistości, ale też wybiera takie dyskursy, które dawno już odkleiły się od znanej nam rzeczywistości, stając się zużytymi archaizmami. Pisarz z Irlandii pisze świadomie, wie że po wielkiej, modernistycznej apokalipsie i po ostatecznym oderwaniu się języka od desygnatów, zaskoczeniem będzie nie to, co niespójne, ale właśnie to, od czego dawniej odeszliśmy. Niby starają się to dzisiaj robić inni, ale odnoszę wrażenie, że są w tym szalenie niekonsekwentni. Odmalują staroświecko jedno zdanie, by zaraz popaść w jakieś współczesne tony. U Barry’ego jest inaczej, jest stabilniej i przez to też trudniej, bo w dobie skrótów i algorytmów, język nie służy już ornamentowaniu rzeczywistości.
Bardzo łatwo uznać, że w „Dniach bez końca” nie dzieje się za wiele, że jest to proza, nie dość, że technicznie przekombinowana, to jeszcze myślowo bezpłodna i efektowna tematycznie. Ale postawmy sprawę inaczej: techniczność powieści Barry’ego nie jest sposobem utrudnienia komunikacji z czytelnikiem, ale sensem istnienia tego dzieła. „Myślowa bezpłodność” również jest efektem takiego uformowania frazy, w którym tekst nie jest nastawiony na produkcję głębokich znaczeń, ale na opowieść o życiu. Wreszcie efektowność ma tu paradoksalnie odwrotny charakter: pod powłoką atrakcyjnej epoki przykrywa ten rodzaj intelektualnej konfrontacji, który jawić się musi jako opresyjny, ale też zapewnia jakiś rodzaj zakotwiczenia się w przeszłości i całkiem namacalnej, pachnącej kurzem i końskim łajnem codzienności. Siłą książki nie jest zatem wzniosłość, ale wręcz odwrotnie – banalność. Nie uzyskamy tu szansy na metafizyczną przejażdżkę, ale tak naprawdę od początku nie było czego wykorzystać, nie było żadnej przejażdżki, żadnego kierowcy. A jednak to karoseria tego literackiego projektu sprawia, że wpatrujemy się w nią oniemiali, szukając kulturalnych powiązań i językowych refleksów światła.
I znowu wracam myślami do tej nieszczęsnej oryginalności. Wspominam wszystkie te style i gatunki, które całymi garściami czerpały z osiągnięć John’a Wayne’a. Antywestern, spaghetti western, komedie westernowe, pastisze westernów, sagi rodzinne na Dzikim Zachodzie, hybrydy braci Coen. Lista jest długa i kręta, jak droga z Torunia do Koulamoutou. Nigdzie jednak do tej nie znalazłem takiego nagromadzenia motywów łamiących schematy, które opatrzone zostały tak wyrazistym językiem. A najważniejsze jest w tym, że Barry nie przesadza, nie skupia się na zaskakiwaniu i uwspółcześnianiu swojej opowieści. W ogóle mam wrażenie, że to powieść bez reszty oddana życiu, nie roszcząca sobie żadnych ambicji do bycia komentarzem współczesności. Autor „Tajnego dziennika” udowadnia, że bez kąśliwych przytyków do aktualnej polityki, bez wnikania w kwestie dyskryminacji rasowej, wreszcie bez nadmiernego epatowania pojęciami tęczy i tolerancji, można napisać intymną historię o miłości dwóch mężczyzn.
I tylko jakiś niesmak mam patrząc na tę okładkę, bo przecież Thomas i John, wcale nie byli anonimowi. Z niczym się nie chowali.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-dni-bez-konca-sebastian-barry.html

pokaż więcej

 
2019-03-21 15:19:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Bardzo krzywdzące są recenzje „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” pojawiające się co i rusz w przestrzeni wirtualnej. I wcale nie chodzi tu o to, że są one negatywne, wręcz przeciwnie, ich rozkoszne nuty zupełnie nie przystają do treści zastanych w książce. Spójrzmy na kilka haseł – powieść Jasmyn Ward jest „opowieścią o ogromnej sile miłości, która pozwala przetrwać najgorsze”, to „historia,... Bardzo krzywdzące są recenzje „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” pojawiające się co i rusz w przestrzeni wirtualnej. I wcale nie chodzi tu o to, że są one negatywne, wręcz przeciwnie, ich rozkoszne nuty zupełnie nie przystają do treści zastanych w książce. Spójrzmy na kilka haseł – powieść Jasmyn Ward jest „opowieścią o ogromnej sile miłości, która pozwala przetrwać najgorsze”, to „historia, która zostanie z wami na dłużej, mogę wam to obiecać”, „boleśnie rani czytelnika, nie dając mu ani chwili na oddech”. No nie, moi drodzy. Nie na tym zasadzają się atuty tej prozy, nie tym ona się wyróżnia, że jest ckliwa i nostalgiczna. Oczywiście na pewnym poziomie banalności można ją tak potraktować, ale uważny czytelnik, a recenzent chyba powinien do tego grona należeć, z pewnością mógłby zauważyć też dalsze, metafizyczne dno.
Zanim jednak pozwolę sobie wypunktować to, co mnie w niej urzekło, odwołam się do jeszcze jednego mitu. Chodzi tu o tematykę rasistowską. Widzę to tak - oczywiście, akcja książki osadzona jest na Południu Stanów Zjednoczonych, jest i plantacja bawełny i wiele oznak dyskryminacji. Czarni bywają poniżani, a biali czują się panami. Dokładnie tak to jest opisane w tej książce. Ale legenda, jakoby „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” było kolejnym „Błotem”, „Królową cukru” czy „Koleją Podziemną” jest zwyczajnie nieprawdziwa, a to dlatego, że kwestie koloru skóry i wszystko z czym to się wiąże, są tu wyłącznie tłem i to zresztą bardzo subtelnie rozrysowanym. W żadnej mierze nie uświadczycie tu epatowania agresją, grania na emocjach, schematycznego podziału na dobrych i złych (czytaj czarnych i białych) i wszystkiego tego, do czego nagradzana literatura z USA nas przyzwyczaiła.
Tak więc wyjaśniliśmy sobie, czym „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” nie jest. Czas przejść do faktów. Jasmyn Ward szarpiąc strunami swojej literackiej wyobraźni, wygrywa nam wiele czułych melodii, z której jedna wydaje mi się najważniejsza. Śmierć, bo o niej mowa, przybiera w powieści kilka intensywnych odmian. Babcia Jojo – nastoletniego bohatera, jednego z narratorów, umiera na raka. Mama Jojo, wciąż nie może pogodzić się z tragiczną śmiercią swojego brata. Jest też tajemniczy chłopiec z obozu, który stopniowo odkrywa przed nami i sobą smutną prawdę o swojej duchowej naturze. Proces odchodzenia w swojej inicjacyjnej formule autorka portretuje zatem z wielu punktów widzenia i konfrontuje z nim bohaterów znajdujących się w różnych etapach życia. Ich optyki uzupełniają się, tworząc jeden, spójny i bardzo wyrazisty fresk przemijania.
Autorka udowadnia nam zatem że zawsze istnieje jakiś ciąg dalszy, nic nie jest ostateczne. Że nawet śmierć, może być początkiem nowej drogi. Jest to też fraza o tym, że za każdym trudnym razem trzeba się zebrać do kupy i iść dalej, bo zawsze istnieje jakieś dalej. To jest ta siła, która każe nam każdego dnia wstać i dalej działać, wikłać się w te niejednokrotnie ciężkie przeprawy z samymi sobą i ze światem. Bohaterzy Ward nie są doskonali, czasem po prostu brakuje im sił, wzajemnego zrozumienia, ale są zdeterminowani, bo noszą w sobie przekonanie, że warto. Nawet jeśli nie dla siebie, to dla innych – młodszej siostry, starego przyjaciela, matki, męża.
„Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” są powieścią wartą uwagi także ze względu na swoją przemyślaną strukturę. Jak już wspomniałem przenikają się tu opowieści zmarłych i żywych, ale także relacje dzieci i dorosłych, powieść drogi i rodzinna psychodrama. To książka, która może przywodzić na myśl „Naszego chłopaka”, ze względu na swój traumatyczny wymiar, ale także „Pod śniegiem”, wszędzie tam, gdzie przekształca się w narrację z podróży. Przekonują mnie także retrospekcje i język – może niezbyt hermetyczny, może prosty, ba, momentami może nawet trywialny – ale taki właśnie powinien być slang używany przez ludzi z marginesu i ich dzieci. Dobrze że każdy mówi tu po swojemu, że autorka nie sili się na przeintelektualizowanie i wczesną dorosłość, że wreszcie – nie buduje świata wypchanego po brzegi przemocą i wulgaryzmami, nawet jeśli czasami rodzice nie dają dobrego przykładu. Bo przecież nie wszystko co z więziennictwem związane musi ociekać mięsem.
To na pewno powieść bez łatwych recept, bez rozpaczy, ale też pozbawiona łatwego piękna. Jasmyn Ward doskonale zdaje sobie sprawę, że piękno i szczęście są trudne, bo trudna jest świadomość, że pod ładną powłoką relacji rodzinnych znajduje się kupa brudu, który po zdarciu iluzji trzeba będzie przetrawić. Amerykańska pisarka miesza więc wiele koncepcji i tworzy z nich naprawdę niezłą całość. Nie powiem, że musicie to znać, nie powiem, że wstydem byłoby jej nie znać. Z pewnością jednak, jest to wyróżniająca książka w swojej tematyce i jeśli dacie jej szanse, prawdopodobnie odciśnie ona na Was pewne piętno.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-spiewajcie-z-prochow.html

pokaż więcej

 
2019-03-18 11:45:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Często spotykam się z określeniem, którego używa się w sytuacjach, gdy twórcy jakiegoś dzieła gatunkowego próbują nostalgicznie wpisać reguły danej kategorii w swoją opowieść. Kiedy w wywiadach, opisach, wreszcie samej literackiej kreacji zaznaczają, że dana postać, miejsce, artefakt, dialog są typowe, że w ten sposób używano ich już wiele razy. O takich opowieściach mawia się, że „współgrają... Często spotykam się z określeniem, którego używa się w sytuacjach, gdy twórcy jakiegoś dzieła gatunkowego próbują nostalgicznie wpisać reguły danej kategorii w swoją opowieść. Kiedy w wywiadach, opisach, wreszcie samej literackiej kreacji zaznaczają, że dana postać, miejsce, artefakt, dialog są typowe, że w ten sposób używano ich już wiele razy. O takich opowieściach mawia się, że „współgrają z oczekiwaniami widzów”. Wynika z tego, że powieści, które świadomie trzymają się gatunkowych schematów „nie grają z oczekiwaniami”, tylko wprost się w nie wpisują. I mniej więcej to właśnie należałoby powiedzieć o „Czasie pokuty” – że nie gra z oczekiwaniami, tylko wypełnia je z naddatkiem i każe się delektować wszystkim tym, którzy doskonale odnajdują się w świecie tych reguł .

Zaczyna się bardzo dobrze, sceną z izby przyjęć Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublińcu. Tam poznajemy mężczyznę cierpiącego na amnezję. Nie wie dlaczego się tam znajduje ani czego się dopuścił. Pilnujący go strażnik pogardza nim, niewiele lepszy kontakt nawiązuje z lekarzem i policją. Atmosfera zagęszcza się, na jaw wychodzą coraz nowsze poszlaki szaleństwa. I właśnie w otoczeniu białych fartuchów, zamkniętych przestrzeni i kroplówek zaczyna pleść się mroczna historia narzeczonej narratora – Agnieszki i tajemniczej Skarbimiry (ciekawy zabieg z odwróceniem znaczenia – Skarbimira znaczy bowiem „troszcząca się o pokój”). Także tutaj oderwiemy się od tego, co w tej książce najlepsze – od sugestywnych opisów pomieszczeń szpitalnych i nasyconego ekspresją studium zagubienia. Chociaż te chwile będę na łamach książki na szczęście wracać w częstych retrospekcjach.


„Czas pokuty” to historia łącząca w sobie dotyk rzeczywistości i zalew niesamowitości. Grzegorz Kopiec postanowił zmierzyć się z tematem cierpienia, zarówno tego fizycznego, jak i przede wszystkim duchowego. Odwołuje się do dobrze znanych czytelnikowi kulturowych tropów, starając się przenicować ich znaczenie: przerażający starcy, opuszczona krypta, szpital psychiatryczny, utrata pamięci – te wątki wykorzystano już wielokrotnie, rzadko jednak wpisując je w narrację z pogranicza horroru psychologicznego, dramatu miłosnego i tradycji religijnych. Już sam pomysł na umiejscowienie akcji w Bieszczadach podczas urlopu, zadaje kłam wyobrażeniom o tej krainie. Piękne widoki, wysokie drzewa pokryte pachnącym świeżością igliwiem, przeświecające spomiędzy szczytów promienie słońca kuszą, jak rajska jabłoń, ale dla pary bohaterów okazują się początkiem drogi krzyżowej. Te kulturowe zapożyczenia, schematy którym Kopiec stara się nadać nową świeżość, służą jedynie estetyce ukazywania katastrofy. Nie mają symbolicznych aspiracji, celem nadrzędnym ich użycia jest wzmocnienie zainteresowania czytelnika.

Kopiec tworzy baśniowe love story, z silnymi elementami grozy. Rozsądnie dawkuje poczucie osaczenia i rozpaczy, moduluje nastrój poprzez odpowiednią ścieżkę rozwoju zdarzeń, urywając ją czasem nieoczekiwanie, zgodnie z logiką percepcji ogłuszonego potężnym grzmotem umysłu. Gra pauzą wychodzi autorowi naprawdę przyzwoicie. Zaangażowanie czytelnika ma swoje granice, a momenty powrotu do rzeczywistości wypełnionej izolacyjną ciszą pełnią także swoistą funkcję autoreferencyjną, wyznaczając limit dostępu do cudzego cierpienia. Jest to także celowy zabieg, umożliwiający oderwanie się od pędzącego pociągu z napisem akcja, chwila na refleksję i zadumę. Także na przemyślenie, czy to wszystko ma jednak jakiś sens, i czy przypadkiem nie zgubiono tu jakiegoś wątku.

„Czas pokuty” jest książką schematyczną, co do tego nie ma wątpliwości. Nie zaskakuje także w warstwie językowej. Kopiec słowem posługuje się jakby od niechcenia, ale jednocześnie z dbałością. Dezynwoltura miesza się tu z pieczołowitością, przegadanie z żelazną dyscypliną. Mam wrażenie, że autor świadomie porusza się po odmiennych obszarach stylizacji, za jej pomocą nadając swoim bohaterom cechy indywidualne. Są więc w tej książce momenty bardzo wyraziste i te, gdzie miałoby się ochotę przeskoczyć kilka zdań, żeby wreszcie dokopać się do czegoś, co ma dla nas znaczenie (tych z czasem jest coraz więcej). Na płaszczyźnie formalnej powieść jest więc nierówna, co tylko potwierdza tezę, że „Czas pokuty” to książka dwóch światów – ciekawie zarysowanego świata realnego i zbyt szablonowego i przegadanego świata magicznego.

Debiut Grzegorza Kopca jest więc z jednej strony hołdem oddanym literaturze spod znaku krwi i mroku, także dobrą zabawą z klasyką powieści czarnoksięskiej, z drugiej jest także powieścią kilku potknięć i niewykorzystanych potencjałów. Momentami niepokoi i brzydzi, innym znów razem nudzi i zaraża wtórnością. To może być dobra lektura dla tych wszystkich, którzy lubią Kinga i jego światy. Dla mnie jest tu trochę za dużo słów, mimo wszystko także schematów, abym mógł z czystym sumieniem uznać tę książkę za dojrzałą i udaną.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-czas-pokuty-grzegorz-kopiec.html

pokaż więcej

 
2019-03-14 12:09:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Kiedy rzeczywistość staje się zbyt niewdzięczna i dynamiczna – w końcu musi dojść do wyładowania. W pogodzie będzie to burza; w rodzinie – walnięcie pięścią w świąteczny stół; w pracy – dyscyplinarne zwolnienie, zaś na wojnie i w życiu – bomba atomowa.
No właśnie. Joanna Rudniańska zdaje się nam mówić, że każde ludzkie życie jest swoistą mikro-Hiroszimą. Deklaruje to w kilku uzupełniających...
Kiedy rzeczywistość staje się zbyt niewdzięczna i dynamiczna – w końcu musi dojść do wyładowania. W pogodzie będzie to burza; w rodzinie – walnięcie pięścią w świąteczny stół; w pracy – dyscyplinarne zwolnienie, zaś na wojnie i w życiu – bomba atomowa.
No właśnie. Joanna Rudniańska zdaje się nam mówić, że każde ludzkie życie jest swoistą mikro-Hiroszimą. Deklaruje to w kilku uzupełniających się formach. W warstwie tekstualnej uzyskujemy portret kobiety zagubionej w chaosie codzienności. Bibi jest z zawodu psychoanalityczką. Pracuje w Warszawie, na wysokim piętrze Babka Tower. Mimo pełnionej profesji, to kobieta pełna kompleksów. Na ścianach gabinetu wiszą obrazy jej matki – słynnej malarki, kobiety sukcesu, w cieniu której Bibi nie może się schronić, gdyż burzy się w niej niezgoda na bycie tą drugą. Bohaterka Rudniańskiej nie ma także szczęścia w miłości. Jej związek z partnerem oparty jest na trudnych do zaakceptowania filarach – zdradzie i namiętności. Jest jeszcze Kasia – młoda i urocza dziewczyna, którą Bibi ratuje z rąk sadystycznego narzeczonego na Cyprze. Jej niezależność i promieniująca atrakcyjność działają na Bibi jak czerwona płachta na byka – z jednej strony hipnotyzują i nakazują pomagać, z drugiej deprymują i prowadzą do tłumionej agresji. Tym najważniejszym kompleksem będzie jednak bliźniaczka Bibi – żyjąca lub nie siostra, która zmarła prawdopodobnie w wieku dwóch lat. Piszę prawdopodobnie, bo relacje o tym wydarzeniu są różne, a najważniejszy świadek wydarzeń – matka psychoanalityczki, nie mówi nic o swojej przeszłości. Nawet o obozowych epizodach. Bibi jest zatem zakompleksiona, roztacza swoje życie wokół spotkań z pacjentami (Janiną i Panem Suzuki)), seksem, krótkim urlopem i rozmyślaniu o tym, co by było gdyby. Ale przede wszystkim o tragedii, jaką jest życie. Największym problemem Bibi wydaje się zatem nie to, że świat skąpi jej pozytywnego feedbacku, ale to, że ona sama jest w swoich oczach zbrukana brzydotą. Często wydaje się, że pragnęłaby z siebie własne bycie w jakiś magiczny sposób wydalić – zrzucić skórę jak wąż, a na to miejsce przyodziać jakąś nową, może nie piękną, ale chociaż akceptowalną wersję. I wątek ten wydaje mi się naprawdę ciekawy, bo autorka zmusza swoją bohaterkę do rozpaczliwego szukania własnej tożsamości, przeprowadzając ją przez współczesne nam kręgi ludzkich piekieł.
Rudniańska ciekawe rozpisuje relacje międzyludzkie. Jest czuła nawet wtedy, gdy stosuje ironię, uważna nawet, gdy redukuje opis. Potrafi zdobyć się na brutalną szczerość, nie oszczędza żadnego elementu świata przedstawionego, nie cofa się przed żadną niewygodną prawdą. Rzadko spotyka się taką pewność języka, który nie musi emanować arystokratyczną siłą, aby był soczysty. W „Snach o Hiroszimie” pojawiają się relacje mocne (fascynacja, nienawiść, miłość) i słabe (stan zakochania, niesmak, zagubienie), trwałe i kruche, proste i zakręcone. Nigdy jednak ta sfera kontaktu międzyludzkiego nie jest trywialna. Przeciwnie, jawi się jako rzeczywistość jednocześnie subtelna w odcieniach i wyrazista w skutkach. Dopełnieniem tego obrazu będzie też sfera dramatyczna utworu. To w niej dwójka bezimiennych bohaterów rozprawia w różnych, pospolitych miejscach, na tematy luźno łączące się z Hiroszimą. Mówią o hibakusha, o tramwajach, o sztuce i wielu innych powiązaniach, które stanowią pomost między codziennością Bibi, a nie dającą się wymazać z pamięci tragedią ludzkości. Forma dramatu uwypukla głębię całego utworu, podkreśla też skalę problemu – mówi, że siedem miliardów małych Hiroszim, w każdej chwili może eksplodować.
„Sny o Hiroszimie” są zatem kolejną książką o noszonych traumach. O tych wszystkich współczesnych problemach, o których ciągle się pisze i mówi, na wiele sposobów. Przyzwyczajeni jesteśmy przy tym do kontrowersji, mocnych wrażeń, polaryzacji postaw i łatwości kreowania zjadliwych sądów. Tymczasem Rudniańska wcale nie zamierza się do naszych aktualnych upodobań i nawyków wdzięczyć. Pisze prosto, nie używa skomplikowanej metaforyki. Potrafi zdobyć się także na humor i autoironię, które w sposób najbardziej wyrazisty ujawniają się w rysunkach zamieszczonych na początku każdego rozdziału. Jest to zatem książka wielkiego przesłania, która dzięki mieszanej konwencji będzie także atrakcyjna dla czytelnika. Dla grona uważnych odbiorców Rudniańska zostawia prezenty kulturowych skojarzeń, które dodatkowo wzbogacają klucz interpretacyjny dzieła. Ale ta książka ma też jeden poważny zgrzyt – zakończenie. Nie chodzi mi nawet o to, że jest ono zbyt pospolite i przewidywalne. Nie gra mi w nim sprowadzenie całej narracji to sensacyjnego mianownika. Mimo wszystko, to interesująca lektura, która nie pozwala na puentę i zapomnienie.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-sny-o-hiroszimie-joanna.html

pokaż więcej

 
2019-03-11 11:53:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Gdy w 1998 roku Jose Saramago otrzymał Nagrodę Nobla, w Polsce był praktycznie nieznany. Dość powiedzieć, że przed tym wyróżnieniem przetłumaczono jedynie „Baltazara i Blimundę” oraz „Ewangelię według Jezusa Chrystusa”. Jakby tego było mało, Czesław Miłosz, jeden z największych autorytetów do spraw literackich powiedział o nim takie słowa: „Wiadomość, że szacowne jury przychyliło się do osoby... Gdy w 1998 roku Jose Saramago otrzymał Nagrodę Nobla, w Polsce był praktycznie nieznany. Dość powiedzieć, że przed tym wyróżnieniem przetłumaczono jedynie „Baltazara i Blimundę” oraz „Ewangelię według Jezusa Chrystusa”. Jakby tego było mało, Czesław Miłosz, jeden z największych autorytetów do spraw literackich powiedział o nim takie słowa: „Wiadomość, że szacowne jury przychyliło się do osoby Portugalczyka José Saramago, jest mi niemiła. Znam twórczość tego pisarza. nie cierpię tego autora. Uprawia modne obecnie pisarstwo, pełne skrzących się i często wysilonych dowcipów. Takie pisarstwo niezbyt mi odpowiada”. Trudno się zatem dziwić, że o Saramago pisało się i mam wrażenie nadal pisze się za mało.

Ale wróćmy do istoty, czyli samej książki. Pamiętacie „Kamienną tratwę”? To wydana w 1986 roku powieść Saramago, traktująca o grupce osób, którzy niesieni siłą prądu oceanicznego przemierzają świat na oderwanej części Półwyspu Iberyjskiego. Rozmawiają, kontemplują, stawiają tezy, wspominają – uczą się życia na nowo. Ta literacka figura, w moim odczuciu, idealnie oddaje charakter działalności portugalskiego pisarza. Dla mnie, Jose Saramago, jest właśnie taką pływającą kamienną tratwą, odseparowaną od wszystkiego tego, co wokoło się pisuje. Jego styl jest niepodrabialny, poruszana tematyka onieśmiela swoją oryginalnością, a pokłady humoru i ironii potrafią rozjaśnić nawet najsmutniejszy dzień. Ważny jest tu także kruszec całej metafory – kamień oddaje wieczną aktualność jego słów. Bo choć sam pisarz zmarł, jego zdania wciąż krążą w odmętach czytelniczych dusz, a stawiane pytania i głębia głoszonej prawdy, nie traci na swojej świeżości.

Wydane niedawno „Rozterki śmierci” mają w sobie wszystko to, co fani autora tak suto chwalą od lat. Są długie, wielokrotnie złożone zdania, tak samo pięknie wykreowane, jak przetłumaczone. Jest nieprawdopodobna historia, która staje się przyczynkiem do rozważania kondycji ludzkiego bytu. Jest satyra, o wyjątkowo niebezpiecznym ostrzu, nawet jak na Jose Saramago. Jest też bytowanie w niekończącej się podróży, która nie prowadzi do jakiegoś celu, lecz jest celem samym w sobie.

Tym razem punktem wyjścia jest śmierć. Jak to możliwe, że postanowiła zrobić sobie urlop? I dlaczego tylko w jednym państwie? Ten biologiczny nonsens interpretować można jako wyznacznik fantastyczności, którego wdrożenie umożliwia kreację światów poza granicę empirycznej rzeczy­wistości. „Rozterki śmierci” nie są jednak tylko czystą fantastyką, ile tekstem opar­tym na pewnym porządku symbolicznym. Oddzielenie fragmentu przestrzeni i czasu, uczynienie zeń swoistego mistyczno-filozoficznego labiryntu – statuy izolacji, jest niezbędnym posunięciem do zbudowania inicjacyjnej historii swych bohaterów, wyjścia poza pospolitą przestrzeń i czas. Saramago rozważa konsekwencje tej niemożliwej sytuacji w kilku przestrzeniach – oczywistych i metafizycznych. Zadaje sobie pytania, co stałoby się na przykład z zakładami pogrzebowymi i dochodzi do wniosku, że pewnie zajęłyby się chowaniem zwierząt. Albo co zrobiłby kościół, który przecież opiera się na strachu przed wiecznym potępieniem? Autor „Miasta ślepców” powołuje też do życia maphię – organizację zajmującą się świadczeniem usług samobójczych. Skoro człowiek skazany jest na wieczną, powolną agonię, rodzina chętnie skorzysta z aktywności firmy, która wywiezie ciała za granicę i zakopie je ku pochwale uniwersalnego prawa natury. To takie proste prawda? Wątpliwości portugalski pisarz ma całą moc, a wszystkie dążą do jednego – zabrania głosu w swoim długim życiowym monologu o historii Boga i człowieka. Żywiołem Saramago jest humanizm radykalny, który każe mu pochylić się nad tragedią człowieka stającego w obliczu Boga, nad porażką, która wieńczy każde ludzkie spotkanie z Absolutem. W tym rozumieniu tytułowa śmierć, jest jednym z insygniów Boga, przy pomocy którego wzywa on ludzi do dalszej wędrówki w nieznane (jak w „Roku umierania Ricarda Reisa”, gdzie zmarły wcześniej Fernando Pessoa zjawia się, by zbu­dzić tytułowego bohatera ze snu i wezwać go do nowej wyprawy).

Saramago mówi jednak jeszcze coś. W tytule umieszcza kluczową postać swojej rozprawy – śmierć. Ważne jest tu właśnie słowo „śmierć” pisane z małej litery, bo choć przybiera ona w książce postać jak najbardziej cielesną, nie chce być traktowana jako coś osobliwego. Zresztą równość wybrzmiewa w książce w wielu postaciach. Równi są ci, którzy nie umierają, później ci, którzy dostają listy, równi są rządzący Państwem, mimo że czasami konwencja nie pozwala na bezpośredni z nimi kontakt. Równi są wreszcie wielcy mistrzowie sztuki – bach, proust, beethoven, których nazwiska Saramago pisze konsekwentnie z małej litery. Ostatecznie równa pozostaje także śmierć, która mając dość swojego nikczemnego zadania, porzuca je na rzecz miłości. To jest właśnie otwarcie szczelnie zamkniętego labiryntu, dzięki czemu „Rozterki śmierci” są nie tylko śmieszną opowiastką o wydumanej rzeczywistości, ale przede wszystkim obrazem pewnej części nas samych – naszych pragnień, słabości, egoizmu i uczuć.

Tak oto Saramago po raz kolejny pokazuje plecy Bogu i jego wiecznemu planowi. Choć głęboko wierzy, że tak jak to zapisano w Sumie teologicznej św. Tomasz z Akwinu – Bóg jest pierwszym poruszycielem i ustalającym ład kosmiczny, człowiek także ma tu coś do powiedzenia. W „Kamiennej tratwie” napisał, że „Od człowieka zaczyna się to, co niewidzialne”, a jak dowodzi finał recenzowanej powieści, sfera emocjonalna bywa czasami wyższym stanem, niż z góry narzucone ramy funkcjonowania. „Rozterki śmierci” są więc kolejną ciekawą powieścią o pielgrzymowaniu po morzu życia, o starciu z Absolutem i niemożności wyjścia poza swoje czysto ludzkie ograniczenia. O równości wobec nieskończoności i ironii, która jest dobrym remedium na troski codzienności. Ale „Rozterki śmierci” to też powieść nierówna, taka, gdzie rozbudowane humorystyczne anegdoty, często przysłaniają to, co w tej prozie najważniejsze, a piękne zdania, przetykane są też takimi, o których można napisać jedynie, że podtrzymują rytmikę frazy. Z pewnością Saramago pisywał lepsze książki.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-rozterki-smierci-jose-saramago.html

pokaż więcej

 
2019-03-09 16:24:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

O debiucie prozatorskim Barbary Klickiej napisano już chyba wszystko. Na jednej szali znalazły się porównania do Manna, Gombrowicza, Kafki czy Schulza, opisywanie jako objawienie polskiej literatury czy punktowanie fenomenu językowego, na drugiej z kolei zarzuty o wtórności stylistycznej, o bylejakości fabuły czy sztucznym oniryzmie. Wychodzi więc na to, że coś, co jednych zachwyca, innych... O debiucie prozatorskim Barbary Klickiej napisano już chyba wszystko. Na jednej szali znalazły się porównania do Manna, Gombrowicza, Kafki czy Schulza, opisywanie jako objawienie polskiej literatury czy punktowanie fenomenu językowego, na drugiej z kolei zarzuty o wtórności stylistycznej, o bylejakości fabuły czy sztucznym oniryzmie. Wychodzi więc na to, że coś, co jednych zachwyca, innych wręcz odwrotnie – denerwuje. Z jakiegoś jednak powodu o tej małej powieści się mówi, co i mnie skłoniło do przeczytania oraz przemyślenia tematu.

Poszlak popularności doszukuję się już na początku powieści. Klicka pisze o 33-letniej Kamie, która jedzie do Ciechocinka, aby tam uleczyć swoje zszargane chorobami ciało. Jej bohaterka pochodzi z Warszawy i ta geograficzna przynależność jak mantra powraca w każdym dialogu z napotkanymi osobami. Dysonans prowincji i słynnej Warszawki jest jednym z podstawowych tematów poruszanych obecnie w polskiej literaturze. Słusznie czyni autorka, że nie eksponuje go ponad miarę, że na krótkich uwagach etnicznych się kończy. Inna sprawa, że właśnie w takich małych elementach, ujawnia się w pełni jej koniunkturalizm. Bo Warszawka to jedno, ale gry popularnymi motywami jest tu znacznie więcej. Proza uzdrowiskowa, lekki erotyzm, marki sieciowe, muzyka…Klicka wie, że w erze Sanatorium Miłości to jest nam bliskie, dlatego świadomie sprowadza swoją nowelę (czy też powieść, jak kto woli) do rzeczywistych stymulantów.

Cóż jeszcze autorka wrzuca do swojej literackiej potrawy? Z pewnością jest to historia. Straumatyzowana bohaterka walczy z samotnością i demonami przeszłości. Za wszelką cenę chce nawiązać kontakt z kimkolwiek. Włóczy się po placówce, rozmawia z lekarzami, z człowiekiem spotkanym pod kaloryferem, łazi nawet nocami po korytarzach. Szuka, ale znaleźć nie może, co koresponduje z przedstawioną w retrospekcjach relacją o jej młodości. Klicka konfrontuje swoją narratorkę z młodzieńczymi uczuciami. Widać, że zadawnione smutki wyznaczają emocjonalny pejzaż życia bohaterki. Głęboko wierzy, że jednym z lepszych sposobów potwierdzenia naszej egzystencji jest drugi człowiek. Jej pragnienie bycia z kimś jest tak silne, że oddaje się marzeniom, wspomnieniom, imaginacji, projekcji. Sytuacje opisane w tej prozatorskiej miniaturze przypominają trochę rozmowę z odbiciem w lustrze, czyli z zawartością własnej pamięci. Znane lub z jakiegoś innego powodu pozostające w pamięci osoby, przemieniają się tu w fantasmagorie. Dialogi z nimi to wciąż powracające pytania o własne pochodzenie i tożsamość. To takie rejestry ponurych spraw, które każdy, kto ma odrobinę wrażliwości i życiowego doświadczenia, jakoś tam rozpoznaje. Ważnym motywem książki jest też czas. Stanowi on przyczynę pogłębiania się cierpienia i żalu, choć trzeba przyznać, że ten trop nie został przez autorkę wystarczająco rozwinięty.

Tak więc Klicka pisze o samotności i próbie radzenia sobie z otoczeniem. Robi to całkiem ciekawie. Jej wycyzelowany styl pisania dobrze współgra z postacią Kamy. Dzięki krótkim i celnym zdaniom, oddajemy się refleksji, że bohaterka jest osobą bezsilną, mającą świadomość straconego czasu i braku możliwości uśmiercenia inercji. Eksploatuje słowa, lecz nie usiłuje tworzyć z nich upiększonych zdań, pełnych wyrafinowanych metafor. Odnoszę wręcz wrażenie, że przekaz tej frazy jest pospolity, dostosowany do współczesnych czasów, pozbawiony romantycznej przenikliwości czy roszczeń wobec języka poetyckiego. Stanowi więc pewnego rodzaju nieustannie formowaną substancję, raz ostrą, innym razem namiętnie wygładzoną. Tym bardziej stoję na stanowisku, że istotny jest wydźwięk utworu, nie zaś jego kompozycja.

„Zdrój” jest więc książką ze wszech miar wyważoną. Nie porusza do głębi tematyką, ani nie zachwyca językiem. Nie można przy tym powiedzieć, że to nowela obojętna. Przekaz, w który autorka włącza powszechnie znane elementy, ma z założenia szansę na przebicie się do szerszej rzeszy odbiorców. Tworzy on zarówno ścieżki porozumienia, jak i utwierdza poczucie bycia częścią tego wszystkiego, co nas otacza. To, co bardziej znane, słynne, popularne, jest jakby mocniej zaakcentowane. I nie ma się co na to obrażać. Intrygująco łączy autorka produkty kultury popularnej z wytworami ducha, bo też oba te elementy występują w naszym życiu na prawach nieusuwalnego komponentu.

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie, które wysunąłem już przy lekturze „Psów ras drobnych”. Książki z małą liczbą stron, mają większą szansę na przebicie się przez sferę recenzencką i czytelniczą. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo wiecznie pędzące, lubimy nurzać się w minimalizmie i stylistycznej powściągliwości. Nie chcę pisać wprost przy tej lekturze, że w dobie ebooków faktyczny rozmiar książki ma często większe znaczenie, niż zawartość merytoryczna. Nie chcę tego robić, bo akurat w przypadku „Zdroju” byłoby to krzywdzące. To książka pojemna w swoim umiarkowaniu. Nie napiszę więc tego teraz, ale zrobię to pewnie następnym razem.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-zdroj-barbara-klicka.html

pokaż więcej

 
2019-03-05 11:16:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

10 czerwca 1963 roku podczas rozdania dyplomów na American University w Waszyngtonie Prezydent Kennedy wygłosił niezapomniane przemówienie „Przede wszystkim, broniąc swoich żywotnych interesów, potęgi atomowe są zobowiązane do odrzucenia tego rodzaju konfrontacji, które skłaniają przeciwnika do wyboru między poniżającą rejteradą a wojną nuklearną. Przyjęcie takiej linii postępowania w epoce... 10 czerwca 1963 roku podczas rozdania dyplomów na American University w Waszyngtonie Prezydent Kennedy wygłosił niezapomniane przemówienie „Przede wszystkim, broniąc swoich żywotnych interesów, potęgi atomowe są zobowiązane do odrzucenia tego rodzaju konfrontacji, które skłaniają przeciwnika do wyboru między poniżającą rejteradą a wojną nuklearną. Przyjęcie takiej linii postępowania w epoce atomu stanowiłoby jedynie dowód bankructwa naszej polityki – albo powszechnego życzenia śmierci dla całego świata. (…) Niech nas nie zaślepiają dzielące nas różnice – lecz zwróćmy także uwagę na nasze wspólne interesy i na sposoby rozwiązywania tych różnic. (…) Ponieważ w ostatecznym rozrachunku tym, co nas wszystkich łączy, jest to, że wszyscy mieszkamy na tej małej planecie. Wszyscy oddychamy tym samym powietrzem. Wszyscy troszczymy się o przyszłość naszych dzieci. I wszyscy jesteśmy śmiertelni”. Te słowa na stałe wpisały się w polityczną historię świata. Zanim jednak one padły, zanim Stany Zjednoczone i Związek Radziecki nauczyły się kilku istotnych prawd o sobie samych i o swoich ideologicznych rywalach, cały świat czekał na początek wojny. Konflikt kubański ostatecznie okazał się prawdziwą lekcją pokory dla obu mocarstw, historia mogła jednak potoczyć się zupełnie inaczej. Dość powiedzieć, że w 1962 roku nad Kubę skierowano jednostki lotnictwa amerykańskiego, rozpoczęto też blokadę morską wyspy, w odwecie za przesyłane na wyspę sowieckie rakiety, mające stać się nośnikami broni jądrowej.

Właśnie w tym okresie Kurt Vonnegut pisał swoją „Kocią kołyskę”. Nie ma się więc co dziwić jej tematyce, biorąc tym bardziej pod uwagę doświadczenia pisarza z okresu wojennego. Książka ta wpisuje się także doskonale w absurdalny ton ówczesnych dzieł sztuki. Dość wymienić „Paragraf 22”, „Mechaniczną pomarańczę”, „Tango” czy "Dr. Strangelove, albo jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Chociaż porównania z akurat tymi obrazami nie są może tu najlepsze, znając osobisty wymiar powieści. Nie chodzi tu nawet o kwestię bombardowania Drezna, ale też o karykaturalne ukazanie własnej rodziny na przykładzie Hoenikkerów. Całe dialogi rodzeństwa w tej powieści pochodzą z prawdziwych rozmów Vonnegutów. Okazuje się zatem, że jeszcze zanim powstanie „Rzeźnia numer pięć”, Vonnegut potrafi łączyć swój życiorys z trudną tematyką polityczną, w niepowtarzalny, fantastyczny sposób.

Jeśli diagnoza Vonneguta jest trafna, żyjemy w koszmarnej, skłamanej rzeczywistości, bardziej zatrważającej od rozmaitych Marvelowych światów. Rzeczywistość jest oszukiwana, ponieważ tego pragnie. Nie tylko godzi się na oszustwo, ale nawet własnoręcznie je wytwarza i aplikuje sobie niczym narkotyk. Dość powiedzieć, że bokononizm jest religią zakazaną na wyspie, mimo że wszyscy jej mieszkańcy są bokononistami, nawet ścigający religijnego przywódcę – Bokonona – "Papa" Monzano. Zakłada ona także, że aby osiągnąć swe cele, można, a nawet trzeba kłamać. Z tak zaklętego kręgu można wyjść, jedynie odstawiając źródło utrapienia, jeżeli jednak ten głód jest przyrodzony, to pozostaje tylko samozagłada. Czyż w tym właśnie prostym założeniu, nie mieści się bardzo pojemna metafora współczesnego fanatyzmu?

Wielowymiarowość „Kociej kołyski” w pełnej krasie ukazuje się w warstwie językowej tej książki. To specyficzna, pełna neologizmów fraza, tyleż poważna, co satyryczna. Vonnegut jest w ogóle pisarzem skorym do jaskrawości, nie stroniącym od ryzykownej symboliki i porównań, balansującym czasem na granicy ekstrawagancji i poprawności politycznej. Jego język jest przede wszystkim kakofoniczny i chaotyczny, plastycznie oddając ten nieustanny strumień bodźców słownych, jaki ze wszystkich stron opływa naszą ludzkość. Tu rządzący mamią nas wyborczą kiełbasą, tam media przedstawiają alternatywną wizję wydarzeń codziennych, z innej jeszcze strony atakują nas hasła marketingowe, slogany religijne czy fanatycy wszelkiej maści kuriozalnych wierzeń. Vonnegut obśmiewa nas samych. I robi to bardzo dosadnie, tak, że czytając jego słowa, z jednej strony mam ochotę podpisać się pod tym dwoma rękami, gdy akurat mam przed oczyma wizję otaczającej mnie społeczności, z drugiej strony po chwili nachodzi mnie refleksja, że to przecież jest też o mnie . A to boli, bo chcę wierzyć w sens codziennego trudu. I chyba o to właśnie chodzi w dobrej literaturze prawda? O to, żeby skłaniała do melancholii i zadawania pytań.

Nie wiem czy Vonnegut był dobrym kreatorem. Nie do końca przekonują mnie jego światy, zdania też nie skrzą się od stylistycznej rozpusty. Mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że Vonnegut to jeden z najlepszych obserwatorów rzeczywistości, jacy kiedykolwiek napisali książkę. Głębia jego humanistycznych obserwacji jest zadziwiająca, a niektóre frazy muszę czytać wielokrotnie, żeby w pełni docenić ich kunszt i wielowymiarowość. „Na początku Bóg stworzył Ziemię i oglądał ją z wyżyn swojej kosmicznej samotności. I rzekł Pan: Ulepmy z gliny żywe stworzenia, aby glina mogła zobaczyć, co uczyniliśmy. I ulepił Bóg wszelkie zwierzęta, jakie żyją na Ziemi, a pośród nich i człowieka. Jedynie glina w postaci człowieka potrafiła mówić. Bóg pochylił się nisko, kiedy glina w postaci człowieka powstała, rozejrzała się dokoła i przemówiła. Człowiek zamrugał i grzecznie spytał: Jaki jest sens tego wszystkiego?”. No właśnie, jaki?

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-kocia-koyska-kurt-vonnegut.html

pokaż więcej

 
2019-03-01 10:00:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Blaže Minevski w „Celowniku” użył znanej i stosowanej w dziełach artystycznych figury zawieszenia w czasie. Czasami przybierała ona formę notesu na numery telefonów („Ostatnie rozdanie”), innym razem wypełniania deklaracji („Deklaracja celna”). W powieści macedońskiego pisarza jest to tytułowy celownik. Po dwu stronach rzeki para snajperów kieruje celowniki karabinów na swoich przeciwników.... Blaže Minevski w „Celowniku” użył znanej i stosowanej w dziełach artystycznych figury zawieszenia w czasie. Czasami przybierała ona formę notesu na numery telefonów („Ostatnie rozdanie”), innym razem wypełniania deklaracji („Deklaracja celna”). W powieści macedońskiego pisarza jest to tytułowy celownik. Po dwu stronach rzeki para snajperów kieruje celowniki karabinów na swoich przeciwników. Ten epizod stanie się zalążkiem fabuły, która przeniesie nas do bardowskiej krainy, do miejsca położonego na krawędzi fikcji i rzeczywistości.
W przeciwieństwie do wymienionych wyżej tytułów, „Celownika” nie można nazwać książką rozliczeniową. Widząc skierowaną w swoją stronę broń, narrator opowieści przenika w głąb swojej świadomości i nawiązuje metafizyczną więź z kobietą ustawioną po drugiej stronie barykady. Zaczyna snuć trzystustronicowy monolog, w którym fakty przeplatają się z folklorem, strumienie myśli ze wspomnieniami, a nad wszystkim góruje potęga sztuki. Właśnie w tym ostatnim elemencie upatruję oś interpretacyjną książki. Poszlak zastosowania tego kodu powieści, autor wysyła całkiem sporo. Już na początku przytacza średniowieczną albańską legendę o Doruntinie i Konstantinie (odwołanie do książki „Kto przyprowadził Doruntinę” Ismaila Kadare). Spośród dziesięciorga dzieci starej Albanki została przy życiu tylko jej córka Doruntina i syn Konstantyn. Ona wyjechała do swojego męża w dalekie strony, zaś jej brat obiecał matce, że przywiezie ją do domu, jeśli tylko matka zechce ją zobaczyć. Przedwczesna śmierć Konstantyna wprowadza matkę w rozpacz. Złorzeczy zmarłemu synowi, że nie dotrzymał besy (przysięgi), choć jest ona w prawie zwyczajowym ważniejsza niż śmierć. Konstantyn powraca więc z zaświatów by wypełnić swoją powinność. Ta legenda wprowadza nas w pewien baśniowy trans, który nie ustąpi już do końca dzieła. Tym bardziej, że nasz bezimienny bohater swoją rywalkę z celownika nazywa właśnie Doruntiną. Ale odniesienie do tej legendy nie jest jedynym nawiązaniem literackim. Całymi garściami Minevski czerpie z „Anny Kareniny” oraz „Pani Bovary”, a przeplatające się motywy literackie i życie narratora są jednym z jakościowych wyznaczników talentu macedońskiego pisarza.
Sztuka przybiera też w „Celowniku” bardziej osobisty wymiar. Opowieść narratora wypełniona jest wspomnienia o własnych doświadczeniach pisarskich. Z jednej strony z sentymentem wspomina lekcje literatury z nauczycielką, która stanowiła ważną ikonę w jego życiu, z drugiej zaś podejmuje dyskurs o strukturze książki wstrząsającej, w odniesieniu do odbytego kursu kreatywnego pisania w Ameryce. A wszystko to przy zastosowaniu niepowtarzalnej, opartej na uporczywej inkantacyjności, starannej eufoniczności, wyrazistej rytmizacji składni, nade wszystko zaś – hipnotyczności. Sprawia to, że „Celownik” odczytuję bardziej jako rozbudowany poemat niż jak cokolwiek innego. To bez dwóch zdań książka stylistycznie osobliwa, prywatna również dlatego, że autonomiczna na europejskim rynku wydawniczym. W tym, momentami podobnym do jąkania kodzie, autor zastawia pewną pułapkę na skłonnego do szufladkowania czytelnika. Pozornie przywłaszczając frazę swojego opus magnum, odwołuje się (świadomie lub nie) do koncepcji Wittgensteina i wchodzi tym samym w polemikę z wymiarem poufności książki. Zdaniem niemieckiego filozofa, nie sposób nadać odcienia prywatności uczuciom i emocjom, które chcemy wyrazić publicznie, niezależnie od tego, jakich narzędzi ku temu użyjemy i w jaki sposób zaprogramujemy informację w procesie „gry językowej”. Dopełnieniem tej koncepcji jest wewnątrzfabularna dyskusja o procesie twórczym, będąca silnie autotematyczną podróżą na pokładzie statku literata, przez akweny jego twórczości, w tym przede wszystkim przez odwołania do procesu formowania recenzowanej pozycji. W tym też kontekście, kolejnymi przystankami żeglugi nazwać można intertekstualne odwołania do uznanych ikon literackich i wykreowanych postaci. Ten zabieg pozwala spojrzeć na głosy tej pozornie monotonnej prozy z nowej perspektywy.
Minevski przekazuje nam zatem przede wszystkim swoje poglądy na temat literatury. Poglądy o tyle istotne, że wygłaszane w trakcie procesu twórczego. Jego filozoficzne kalambury są niejako wykładnią własnego, poetyckiego języka. Kolejne mijane porty literackiej podróży tworzą pewną mapę tradycji i dawnych podań, ale ukazują też zwrot autora w przestrzeń bardziej zaangażowaną. „Celownik” bardzo spójnie łączy szacunek do legend z panoramą współczesnego społeczeństwa. Jak słusznie podkreślają recenzenci, książka jest refleksją nad bezzasadnością konfliktów zbrojnych. Ten wątek poboczny, może bardzo łatwo zmylić nieuważnego czytelnika, nastawionego na emocjonującą rozgrywkę z czasem, oczekującego wciągającej i pełnej zwrotów akcji historii. Ale to tylko fałszywy trop, odskocznia, która pozwala Minevskiemu jeszcze bardziej naszpikować swoją książkę synestezjami. To dzięki tej wojennej poświacie, emocje zalęgają w nas i niczym robaki drążą wnętrze, nie pozwalając na odłożenie książki. I całe szczęście, bo wreszcie dochodzimy też do wieńczącego dzieło, klamrowego zakończenia, które wprowadza nas w sferę intymności. Bohater konfrontuje siebie i nas, najpierw z miłością, a później ze śmiercią bliskich osób i zestawia to niejako z dylematem zbrodni – ma zabić, czy zostać zabitym. To kolejne z mrowia pytań, być może najważniejsze, które Minevski każe zadać sobie czytelnikowi. W ten sposób, w przypowieść o wielu przypowieściach, wplata traktat o uniwersalnych pokładach ludzkiego losu, zahaczając przy tym o cierpienie, miłość, samotność i obraz własny egzystencji człowieka. Jest to też jego kontra do wspomnianej wyżej teorii Wittgenteisna.
„Celownik” jest książką szalenie trudną, nieoczywistą i metaforyczną. To zbiór wielu relacji, które każdy czytelnik musi poukładać i dyskursywnie uspójnić. Bo to nie jest bynajmniej przypadkowy chaos, ale doskonale przemyślana konstrukcja o wielu poziomach interpretacyjnych. Macedonia Minevskiego, to relatywnie nowy organizm państwowy, który poszukuje swojej tożsamości. Autor upatruje takiej szansy w literaturze, która jednak nie może odchodzić znacząco od tego, co najbardziej aktualne. Zachwyca mnie to, co większość będzie męczyć – dygresyjność i witalność samego języka. Jeśli tli się w nas jeszcze odrobina wiary w liryczność prozy, w emancypacyjną moc języka, w poszukiwanie istoty procesu twórczego, ale też w jego społeczne znaczenie i działanie, oparte na przechwytywaniu petryfikujących się form wyrażania, nie wypada pozostać na tę książkę obojętnym.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/03/recenzja-celownik-blaze-minevski.html

pokaż więcej

 
2019-02-26 13:47:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Anna Cieplak poruszyła temat bardzo dobrze mi znany. I być może z tego właśnie powodu wynika mój problem z tą książką. Bo też sfera samorządowa, szczególnie w tych mniej znanych, często zapomnianych gminach, gdzie gmachy urzędowe straszą swoją przestarzałą infrastrukturą, a pracownicy więcej czasu spędzają na rozwijaniu swoich relacji wirtualnych, niż na rzeczywistym wkładzie w rozwój... Anna Cieplak poruszyła temat bardzo dobrze mi znany. I być może z tego właśnie powodu wynika mój problem z tą książką. Bo też sfera samorządowa, szczególnie w tych mniej znanych, często zapomnianych gminach, gdzie gmachy urzędowe straszą swoją przestarzałą infrastrukturą, a pracownicy więcej czasu spędzają na rozwijaniu swoich relacji wirtualnych, niż na rzeczywistym wkładzie w rozwój jednostki, jest dużo bardziej kolorowa i anegdotyczna, niż prezentuje to autorka „Ma być czysto”. Ot chociażby sytuacja pewnej gminy spod Częstochowy, w której dokumentach strategicznych uwzględniono przepływający przez miasto Dunajec. Albo inna, z miejscowości położonej jeszcze bardziej na południe, gdzie nie złożono kluczowego wniosku o dofinansowanie przedszkola, ponieważ pracownik spóźnił się z wysyłką wniosku o 84 sekundy. Mógłbym wspominać też kuriozalne zamknięcie pracownika w urzędowej piwnicy w dniu, w którym miał on złożyć istotne wyjaśnienia w Urzędzie Marszałkowskim, panią, która w naglącym momencie uciekła z pracy, ponieważ bała obsłużyć się drukarkę, tudzież wpis w strategii rozwoju turystyki niedużego miasta, informujący że newralgiczną ofertą przykuwającą uwagę przyjezdnych jest…krycie koniem arabskim. No właśnie, jest tego dużo, bywa mrocznie, zabawnie, uwłaczająco…przede wszystkim specyficznie. A to tylko sfera samorządowa, zaręczam, że sektor NGO trapi jeszcze większy wirus niecodzienności.
Nie będzie nowością, że akcję swojej nowej książki Anna Cieplak umieszcza w Cieszynie. Polska prowincja, to wbrew pozorom scena wielu literackich i kulturalnych ustawek. Dość wymienić książki Olgi Tokarczuk, Macieja Płazy, Andrzeja Muszyńskiego, Andrzeja Stasiuka, Jakuba Małeckiego czy Jakuba Żulczyka. Mamy więc całe woluminy zapisanych słów w różnych barwach, stylach i gatunkach, większość jednak sprowadza świat prowincji do jednej współczesnej prawdy – opozycji wobec przestrzeni wielkomiejskiej i wiążącym się z tym brakiem perspektyw. A brak perspektyw, czy też jak mawiają niektórzy, potencjału rozwojowego, współgra w tych miejscach z innymi problemami – patologią, wykluczeniem, uzależnieniem od mediów, ubóstwem, ograniczonym światopoglądem i wszystkim tym, co Anna Cieplak zamyka w sformułowaniu Beneficjent. Nie będzie więc w tym tematycznym względzie autorka „Lekkiego bagażu” oryginalna, chociaż myliłby się też ten, który z góry założy, że jej nowa książka jest wyłącznie kalką tego, co już Polacy wcześniej czytywali.
Autorka osadza swoją opowieść na trzech pierwszorzędnych i dwóch drugoplanowych ludzkich filarach. Olkowy jest nauczycielem języka polskiego, który wbrew łatkom przypisywanym tej profesji, potrafi dogadać się z młodzieżą. Jego współlokatorka, Weronika, pracuje w trzecim sektorze. Z uzyskanych grantów stara się zbudować lepszy świat. Jest też Baśka, która swoją karierę reporterską rozpoczęła dzięki posiadaniu profesjonalnego aparatu fotograficznego (bynajmniej nie z uwagi na talent). W swojej pracy zawodowej realizuje się głównie dzięki możliwości uwieczniania nikogo nie interesujących konkursów muzyki dziecięcej, zawodów sportowych czy spotkań w lokalnej bibliotece. Oprócz nich są jeszcze Dagmara – niespełna dwudziestoletnia barmanka z Kurczaka, zapalona kucharka amatorka, zakochana po uszy w programie Magdy Gessler, oraz Darek – chłopak, któremu mimo trudnego początku, systematycznie udaje się wychodzić na prostą, dzięki pomocy społecznej. Za każdą z tych postaci ciągnie się echo życiowej decyzji, która warunkuje ich istnienie w tej społeczności. To ludzie z peryferii, którzy mimo dróg ucieczki, ciągle uparcie trzymają się swojego miasta. Wierzę, że ich historie mogłyby być szalenie interesujące, gdyby zostały inaczej podane. Ale niestety mam wrażenie, że to nie bohaterowie i ich pogmatwane życiorysy są tu kluczem do odczytania dzieła.
Czytając „Lekki bagaż”, miałem wrażenie, że brnę przez 300 stron ekspozycji w oczekiwaniu, że coś wreszcie zacznie się dziać. Nie mam tu bynajmniej na myśli fajerwerków przerysowanej akcji. Nie liczyłem też na relację z poszukiwania własnej, zachwianej licznymi deficytami tożsamości. Chciałem jednak w tej homogenicznej papce małomiasteczkowej polityki i biedy znaleźć cokolwiek, jakiś wyróżniający kąsek dla myśli. Tymczasem po zakończeniu lektury wiedziałam tyle, ile przed jej rozpoczęciem, a wszystko to, co mogło stanowić wartość dodaną, zostało umyślnie stonowane. Powiedzmy sobie szczerze: czy nie wiedzieliśmy przed lekturą „Lekkiego bagażu”, że każde miasto ma swoje Manhattany i Broadwaye, a kolorowym pocztówkom zdarzają się brudne rewersy? Czy oszałamia nas informacja, że działacze społeczni prędzej czy później napotykają na swojej drodze zapatrzonych w siebie urzędników? I że ogólnopolskie media potrafią naplątać w społeczeństwie bardziej, niż bezpośrednie przyznanie się do winy? Albo że ostracyzm nadal się zdarza? Że już nie wspomnę o molestowaniu, mobbingu, depresji czy przemocy na osobach starszych.
I taki właśnie mam zarzut do Pani Cieplak. Bo ona pisać potrafi, posługuje się naprawdę ciekawym, rytmicznym językiem, całkiem zgrabnie oddającym wieloznaczność stanów emocjonalnych swoich bohaterów. Nie boi się odwołać do kultury, użyć mocnego zdania, a nawet ułożyć zgrabny neologizm. Jej powieść jest jednak, tu użyję mało wykwintnego, matematycznego porównania, jak linia prosta, która w idealnie odmierzonej skali prowadzi od znanego nam dobrze punktu A, do jeszcze lepiej wyeksponowanego punktu B. Wszelka ironia, niezwykłość i dygresyjność ustąpiła miejsca małym gierkom, które polscy czytelnicy całkiem dobrze już znają. Autorka jest na pewno autentyczna w tym co pisze, czuć tu także doskonałą znajomość tematu i zaangażowanie w walkę z krótkowzrocznością polskiej polityki samorządowej. Wyczuwam między wierszami, że pisarka zna urzędowe absurdy, wie też że korupcja i pożądanie władzy, bardzo rzadko przybiera aż tak uproszczoną formę, jak w jej książce. Tym bardziej chciałbym jej powiedzieć, że napisała niezłą książkę, która domaga się wyjścia poza ten powielany w mediach schemat, że ma potencjał do stworzenia czegoś niebanalnego, że komizm rzeczywistości, jest czasami lepszy niż ukryty pod warstwą metaforyki sarkazm. Że tu nie chodzi o kreowanie poradnika dla mas. A przede wszystkim, że powieść zawsze przede wszystkim będzie książką o ludziach, których domagają się palmy pierwszeństwa nad reporterską chęcią ukazania tego, co autorkę mocno boli.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-lekki-bagaz-anna-cieplak.html

pokaż więcej

 
2019-02-23 21:08:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nastała era technologiczna. Chociaż, jak sugeruje IBM w „Next 5 in 5”, lada moment możemy doświadczyć kolejnego przełomu. Epoka systemów poznawczych, charakteryzować ma się przede wszystkim położeniem podwalin pod następną epokę przetwarzania komputerowego. Powstałą w wyniku tej ewolucji nowa generacja maszyn będzie doświadczać świata, uczyć się i przystosowywać na bazie swoich własnych... Nastała era technologiczna. Chociaż, jak sugeruje IBM w „Next 5 in 5”, lada moment możemy doświadczyć kolejnego przełomu. Epoka systemów poznawczych, charakteryzować ma się przede wszystkim położeniem podwalin pod następną epokę przetwarzania komputerowego. Powstałą w wyniku tej ewolucji nowa generacja maszyn będzie doświadczać świata, uczyć się i przystosowywać na bazie swoich własnych doświadczeń. Tym samym maszyny będą nie tylko za nas myśleć i wykonywać nasze polecenia, ale także uwrażliwiać człowieka, potęgować jego zmysły i emocje. Twórcy opracowania obiecują, że maszyny „pozwolą nam dostrzec prostotę w złożoności i powtarzalne wzorce w chaosie, dotrzymać kroku przyrostowi informacji, podejmować lepsze decyzje, wzbogacić życie i znieść ograniczające nas bariery”. Brzmi pięknie? Dlaczego zatem większość, jeśli nie całość futurystycznych wizji rozwoju ludzkości jest tak przygnębiająca?

Świat się nieustannie zmienia, brnie do przodu nie oglądając się za siebie. Być może właśnie dlatego, współczesnemu pokoleniu coraz trudniej posiąść wiedzę o życiu w Polsce Ludowej. Coraz mniej osób może pochwalić się relacjami z tamtych czasów zasłyszanymi od starszych lub z książek. Wolą włączyć smartfon, uruchomić aplikację z muzyką i zanurzyć się w swoim wirtualnym życiu. Dla takich właśnie osób, kulisy działalności Leopolda Tyrmanda będą totalnie nieczytelne. Bo też obecnie, nie jest problemem propagowanie czegokolwiek, nawet jeśli neguje to wartości religijne czy zrywa z utrwalanym przez stulecia tabu. W tamtych jednak czasach zwykłe słuchanie muzyki albo taniec było godnym odnotowania aktem odwagi. Zorganizowanie skromnej prywatki mogło zakończyć się milicyjnym nalotem. Tak właśnie było z jazzem na początku lat 50-tych (pierwsze wydanie „U brzegów jazzu” datuje się na 1957 rok), była to muzyka zabroniona przez socjalistyczną propagandę. Wszystkich tych, którzy jej słuchali, grali lub w jakiś inny sposób wyrażali swoją sympatię, spotykały rozmaite, często bardzo dotkliwe nieprzyjemności. Komunizm odrzucił jazz nie tylko jako muzykę, ale także jako styl życia – sposób ubioru, otwartość, improwizację.

Jerzy Pilch w „Mieście utrapienia” napisał, że „ludzie musieli wtedy śnić z dnia na dzień”. I śnili, przez całe dziesięciolecia, chociaż nie wszyscy. Aktywiście podejmowali się różnych form walki i propagowania odmiennych poglądów. Jednym z nich niewątpliwie był Leopold Tyrmand. To człowiek płynący permanentnie pod prąd swoich czasów. Nawet zakładając kolorowe skarpetki, choć dziś może wydawać się to nieprawdopodobne, demonstrował swój sprzeciw wobec narzuconych z góry wzorców zachowania. Podobnie było ze spychanym na margines jazzem, którego autor „Zapisków dyletanta” stał się animatorem. Omawiana publikacja przybiera formę eseju o tym, czym był jazz, ale też w szerszej perspektywie o jego trzech płaszczyznach: zjawiska dźwiękowego, stylu muzycznego podlegającego ewolucji oraz zjawiska społeczno-socjologicznego. Pięknie na tym tle maluje nam Tyrmand bajeczną anegdotę z okresu wojennego, gdy to pewnej wiosennej niedzieli, leżąc w bujnych łęgach portu rzecznego w Moguncji nad Renem, usłyszał „pierwsze dźwięki klarnetowego ataku i już za chwilę Benny Goodman rozwijał swą błyskotliwą orację w 'Ain't Misbehavin'”. Porażony niecodziennością tego zdarzenia wszczął rozmowę z przepływającym kajakiem niemieckim żołnierzem, który rozsiewał te anielskie dźwięki po całej okolicy. Tak właśnie przedstawiciele różnych frontów, wspólnie dyskutowali i cieszyli się muzyką tworzoną przez amerykańskiego Żyda, amerykańskiego Murzyna i zamerykanizowanego Polaka. Czysty humanizm w dobie katorżniczych zdarzeń.

„U brzegów jazzu” jest zbiorem intelektualnie bogatych impresji historycznych śladami rozwoju jazzu. Od pierwotnych zalążków rodzimych pieśni Afrykańczyków, którzy w niewolniczych statkach przenieśli swoją muzyczną duszę na plantacje południowej Ameryki, aż do nowoorleańskich buntowników, traktujących grę jako sposób wyrażenia swoich uczuć we wszechogarniającej społeczeństwo dyskryminacji. Tyrmandowi udaje się odpowiednio ująć i wyrazić głębię jazzu, nie tylko jako stylu muzycznego, ale przede wszystkim jako odpowiedzi na społeczne skrępowanie. Słusznie zauważa także, że najlepszymi artystami byli zazwyczaj ludzie niepełnosprawni, niezdatni do pracy niewolnicy, którzy z braku innych perspektyw chwytali za amatorskie instrumenty i kreowali nowe linie melodyczne. Tymi, często nieokiełznanymi dźwiękami opisywali swój trudny żywot: straconą przyjaźń, zaniechaną ambicję, niedolę, ból po stracie. ,,Czyż trąbka nowoorleańskiego Murzyna nie byłaby przed Sądem Ostatecznym najlepszym rzecznikiem ludzkiej niedoli?'' – to jeden z piękniejszych cytatów, na jakie natknąłem się w książce, wyrażający sedno tego, co Tyrmand Chciał nam przekazać.

Nie wiem dla kogo ta książka będzie odpowiednia. Może dla starszego pokolenia, które w słowach pisarza odnajdzie wspomnienia i zrozumienie dla własnego postępowania. Może dla młodych, którzy buntując się na wszechogarniającą nijakość, zechcą poznać źródła języka jazzu w kontekście historycznym. Może też „ U brzegów jazzu” spodobać się wszystkim tym, którzy cenią sobie mądrość artystyczną i jasny umysł twórcy. Wiele niepewnych i tylko jedna wiadoma – to nie jest leksykon wiedzy o fenomenie muzyki. To zbiór bardzo osobistych przemyśleń, które domagają się permanentnego przypominania i akceptacji, szczególnie w tych szalonych, zrobotyzowanych czasach, gdzie pęd za technologią przysłonił istotę estetyzacji życia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-u-brzegow-jazzu-leopold-tyrmand.html

pokaż więcej

 
2019-02-20 21:39:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

W tym tygodniu ogłoszono listę książek nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Znalazło się na niej aż 105 tytułów, w tym także „La petite mort” Waldemara Bawołka. I to nie dziwi, bo proza osobliwa zawsze może liczyć na skromne, ale wierne grono odbiorców. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, gdy to co najdziwniejsze, wcale nas już nie dziwi, a odstępstwa od klasycznego... W tym tygodniu ogłoszono listę książek nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Znalazło się na niej aż 105 tytułów, w tym także „La petite mort” Waldemara Bawołka. I to nie dziwi, bo proza osobliwa zawsze może liczyć na skromne, ale wierne grono odbiorców. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, gdy to co najdziwniejsze, wcale nas już nie dziwi, a odstępstwa od klasycznego strukturyzowania i puentowania miniatur literackich, są wręcz wymogiem stawianym współczesnym opowiadaniom.

„La petite mort” jest zbiorem 10 opowiadań publikowanych przed 2000 rokiem w czasopismach Twórczość, Kresy, Fa-Art i Fraza. To cechujące się erudycyjną głębią opowieści z pogranicza rzeczywistości i snu. Raz autor będzie snuć historię o małżeństwie i ojcostwie („Deja vecu”), później o odchodzącym fachu („Hot knot”), o oczekiwaniu na miłość („Bez ceregieli”), o nostalgii powrotu („Uświęcony powrót Franciszka”), a nawet o gościu, który czuje się panem świata, bo jest uzbrojony w liść laurowy, który kupił sam w sklepie. Wachlarz zainteresowań autora jest bardzo szeroki, podobnie jak życie nigdy nie zawęża orbity swoich aspiracji tylko do kluczowych wydarzeń. Ale nawet ta wielobarwność, ma swój gwóźdź programu. I wcale nie mam tu na myśli Eulalii. Ujmuje mnie w tej narracji przede wszystkim tęsknota, raz wyrażana dosłownie, innym razem ukryta między wierszami. To tęsknota napędza tę prozę, nie jej bohaterowie czy układ. A żeby jeszcze pogłębić ten stan, Bawołek stosuje figurę odsunięcia w czasie, umieszcza wydarzenia w przeszłości, żeby ułatwić sobie, i czytelnikowi, zanurzenie się w sentyment. Postaci opowiadań co rusz wspominają swoją młodość, czasy pielęgnowania zbiorów, ciężkiej orki i prawdziwego chleba. To trochę jak testament odchodzącego w niebyt świata. Figura oddalenia pomaga poczuć tę nostalgię, bo wytwarza znów, w całej pełni, choćby na chwilę, obraz młodości.
„La petite mort” zamiast skupiać się na codzienności namiętności, skupia się na namiętności codzienności, malując przedstawiony w opowiadaniach świat raczej w intensywniejszych barwach, niż w odcieniach szarości. Duszna atmosfera poszukiwań nowych, często pozornie irracjonalnych, środków wyrazu, idzie u Waldemara Bawołka w parze z bezradnością, zagubieniem i złowrogimi podszeptami sumienia, którego nie można uwolnić od samotności i oczekiwania na śmierć. Autor „Echa słońca” jest jak wysłannik Dziadka do orzechów, który przebierając słowami, niczym palcami na flecie, czaruje melodią słowa i mrocznym pięknem przeszłości. A przy tym wszystkim sytuuje się na miejscu wyjątkowym w polskiej prozie jeśli wziąć pod uwagę sposób nowatorskiego kreślenia zawiłych relacji między bohaterami.
Waldemar Bawołek dalej szlifuje swój idiom. Beznamiętne gry znaczeniowe, swoisty dystans, skłonność do artystycznych odwołań (mitologicznych, literackich, religijnych) i wyłapywania szybkich skojarzeń, tworzenia rebusów pospolitości – to jego danie główne. Autor wychodzi poza horyzont tego, co linearne i liniowe. To proza wymagająca poszukiwania sensów i zwracająca uwagę na niuanse rzeczywistości, na małe przedmioty, jak łazienne freski, pierścionek czy prezerwatywy, które czasami bez zapowiedzi prowadzą nas do wrót innych wymiarów teraźniejszości. Bo przecież nasz byt wcale nie funkcjonuje na jednej płaszczyźnie, a przestrzeni do zrozumienia tego co widzimy jest cała masa, wystarczy otworzyć się na to, co zamazane.
„La petitem ort” to zbiór, gdzie nie uświadczymy egzaltowanej frazy, nie poczujemy zapachów wanilii w powietrzu, nie skosztujemy ulotnych wrażeń, nie pochwalimy się też, że wszystko to rozumiemy, bo to wyjątkowo mało uniwersalne dzieło. To raczej rzecz o bezsilności, smrodzie niewdzięczności i brudzie rodzinnych relacji. Ale także fraza ze wszech miar osobista, posiadająca wiele dróg interpretacyjnych. Dosadna, a przy tym odnoszę wrażenie, także inteligentnie prześmiewcza książka, która domaga się kolejnych odczytań i poszukiwania niedostrzeżonych treści. To też, podobnie jak w kuchni meksykańskiej, mieszanka syta, różnokolorowa i o wielu smakach, która może okazać się zarówno błogim odkryciem, jak i niestrawną papką. Wypróbujcie sami, na własnym literackim układzie trawiennym.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-la-petite-mort-waldemar-bawoek.html

pokaż więcej

 
2019-02-18 19:02:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Gdzieś u końca książki Elia Barcelo pisze taką oto definicję dobrej sztuki: „Sztuka nie musi się podobać. Ma poruszać, wstrząsać, niepokoić. Napawać lękiem, albo budzić dreszcz, albo tęsknotę za tym, co stracone. Człowiek ma się czuć tak, jakby dostał pięścią w brzuch. Albo przynajmniej, jakby go gdzieś w głowie kopnął prąd. Dzieło musi stawiać pytania, łamać schematy, sprawiać, że widz będzie... Gdzieś u końca książki Elia Barcelo pisze taką oto definicję dobrej sztuki: „Sztuka nie musi się podobać. Ma poruszać, wstrząsać, niepokoić. Napawać lękiem, albo budzić dreszcz, albo tęsknotę za tym, co stracone. Człowiek ma się czuć tak, jakby dostał pięścią w brzuch. Albo przynajmniej, jakby go gdzieś w głowie kopnął prąd. Dzieło musi stawiać pytania, łamać schematy, sprawiać, że widz będzie miał ochotę odwrócić wzrok albo będzie się zastanawiał, jak jest możliwe to, co widzi”. To całkiem trafne określenie, mógłbym się nawet pod nim podpisać, ba, mógłby je upowszechnić jako motto identyfikujące moją amatorską działalność opiniującą. Trudno mi jednak tak postąpić mając wiedzę, że sama autorka tych słów, nijak się do nich nie stosuje, a tworząc dzieło tak bardzo osadzone we wszystkim tym, co konwencjonalne, niejako sama spycha je na margines artystycznego świata.
„Kolor milczenia” otwiera scena terapii metodą Berta Hellfingera. Główna bohaterka powieści – hiszpańska malarka Helena Guerrero – cierpi z powodu utraty siostry. Całe wydarzenie miało miejsce ponad dwadzieścia lat temu, dokładnie 21 lipca 1969 roku, w dniu pierwszego namacalnego kontaktu człowieka z Księżycem. To wtedy Alicja, żona Jeana Paula i jednocześnie potajemna kochanka Heleny, wyszła z domu i w tajemniczych okolicznościach została zgwałcona i zamordowana. Wspomnienie tych chwil i wiążąca się z nią trauma, po dziś dzień maluje życie Heleny w czarnych barwach. Stąd pomysł na ustawienie rodzinne, czyli metodę psychoterapeutyczną, polegającą na odgrywaniu swego wewnętrznego świata na scenie wobec innych, przy asyście tzw. reprezentantów, którzy zastępują członków rodziny klienta. Jak podpowiada słownik psychologiczny „celem metody ustawień rodzinnych jest ujawnienie oraz transformacja nieświadomych sił panujących w systemie rodzinnym klienta, które – zdaniem terapeutów ustawiających - powodują problemy życiowe oraz dolegliwości psychiczne i fizyczne”. Odczytując te słowa literalnie, terapia Heleny przebiega wręcz wzorcowo. Początkowe obawy co do trafności obranej drogi, szybko zostają rozwiane przez reprezentanta, który postanowił wejść w rolę cienia, cienia, który, jak później się dowiemy, dręczy Helenę od pamiętnego wypadku. Pojawia się na każdym jej obrazie, nie pozwala dobrze sypiać i zakłóca tak zasłużony dla znamienitej artystki relaks. To właśnie ten moment stanie się zalążkiem właściwej fabuły książki, która zamiast skupiać się na indywidualnym cierpieniu, podąży śladem bestsellerowych kryminałów.
Przepis na retro kryminał pozornie jest prosty. Trzeba umiejscowić swoją akcję w przeszłości mniej lub bardziej odległej, najlepiej wybierając międzywojnie. Istotnym elementem łączącym czas miniony ze współczesnością będzie tu pojęcie retrospektywności, pisanie na kilku płaszczyznach czasowych. Jako przestrzeń akcji warto wybrać miasto, najlepiej multikulturowe, które jednocześnie będzie poruszało w czytelniku wrażliwe struny. Bohater retro kryminału powinien być wyrazisty i niepokorny, idący pod prąd nie tylko otoczeniu, ale też szeroko pojętemu społeczeństwu. Towarzyszyć powinno mu w tym całe grono ciekawych postaci, wśród których nie może zabraknąć byłego kochanka, wojskowego, głosu rodziców z przeszłości, Watsona i jakichś przedstawicieli młodego, głodnego sukcesu pokolenia. I oczywiście interesująca zagadka, koniecznie mroczna, z morderstwem i polityką w tle, ale także podważająca mit o starych dobrych czasach. Ów motyw czasu i melancholii jest kluczowy dla nurtu, bo sam termin retro jest tyleż wygodny, co niesprecyzowany.
Kryminały retro to ciekawa forma odnajdywania „małej ojczyzny” i opowiadania o niej w atrakcyjny sposób. Żeby wyszło jednak wiarygodnie, należy właściwie zbudować otoczenie. Niezbędne jest posłużenie się topografią lat minionych, wsparcie się na tytułach prasowych, przywołanie dawnych legend, wplecenie w fabułę popularnych kiedyś filmów, sztuk teatralnych i piosenek. Ten autorski trud najbardziej docenią oczywiście mieszkańcy tych miejsc, ale nawet dla niewtajemniczonego czytelnika obudowanie otoczenia namacalnymi artefaktami będzie smakowitym kąskiem. Tym bardziej, jeśli wykreowany świat będzie wyrazisty i stylowy. I tu chciałbym użyć porównania, w którym drugim członem miałby być Madryt i Rabat stworzony przez Elię Barcelo. Niestety jednak, tak jak schodząc nieco na nasze swojskie podwórko, Wejherowo Schmandta jest odmalowane w kolorze sepii, tak jak Lublin Wrońskiego skrzy się żywymi kolorami, tak miasta Barcello są nijakie. Ograniczają się właściwie do wewnętrznych przestrzeni mieszkań i pustych opisów bujających się na wietrze drzew. Blade to i bezduszne, mimo że egzotyczny potencjał kipi całymi rozdziałami płomiennych opisów. Właściwie ów Rabat, jest w opisach autorki równie atrakcyjny i tajemniczy, jak powiedzmy Kurzętnik, opisany w Wikipedii.
Skoro zatem nie udało się z nostalgią, przyjrzyjmy się bohaterom. Układ serwowanych pionków na szachownicy książki jest precyzyjnie dobrany i przemyślany. Szwankuje za to psychologia. Trudno w przypadku „Koloru milczenia” mówić o szczególnej odkrywczości, a nawet prawidłowym wykorzystaniu tego, co już w literaturze osiągnięto. Helena to zakompleksiona dojrzała malarka, znajdująca się w niesformalizowanym związku z symbolem wszelkich cnót – pracowitym Carlosem. To on zajmuje się załatwianiem jej spraw, on pieczołowicie przeszukuje wszelkie poszlaki zbrodni, wreszcie on chodzi na spotkania, na które jego partnerka nie ma zwyczajnie sił, po wielogodzinnym myśleniu o przeszłości. Helena jest egocentryczką, wyparła ze swojej codzienności nie tylko rodzinę, ale także miejsca kultu młodzieńczych lat. Sztampowość tej postaci najbardziej uwidacznia się jednak w kodzie językowym, którym jako widzowie jej tragedii, jesteśmy suto karmieni. U Elii Barcello każda postać mówi tym samym, przegadanym językiem. Niestety autorka chce cały czas mieć kontrolę nad emocjami czytelnika, dlatego też operuje słownikiem oczywistości. Widać to chociażby w tym zdaniu: : „Helena miała wrażenie , że Carlos coś kombinuje”. To wrażenie, Helena ma na każdej stronie książki. Rzecz jasna zmienia się sceneria i bohaterowie, jednak to nie czytelnik zostaje zmuszony do myślenia o zdarzeniach. Wszystko jest tu gotowe i podawane z uporem godnym lepszej sprawy. Dochodzi nawet, i to wcale nie rzadko, do tak kuriozalnych sformułowań jak na przykład w tym wersie: „„Przygotowując herbatę, Helena zastanawiała się, czy to możliwe, aby jej siostra miała kochanka i nikt o tym nie wiedział. Oczywiście, że możliwe”. I tak jak w książce cała fraza kipi oczywistościami, tak oczywiści są tej jej bohaterowie. To chodzące schematy – czarne, lub białe, różnorodne (w warstwie biograficznej), ale jednocześnie niczym nie odstające od gotowych masek. Barcello wykorzystuje jako budulca ciężkich popkulturowych prefabrykatów, które w założeniu miały nadać intrydze wyrazistości. Nie udaje się, jest wtórnie i trzecioligowo.
Na koniec jeszcze parę słów o samej historii, która przecież winna w kryminale grać pierwsze skrzypce. Serwowana intryga, jest jakby żywcem wyjęta z dreszczowców Hitchcocka. Cechuje ją zatem swoista prostota, która smakuje dopiero w połączeniu z umiejętnym dozowaniem napięcia. „Kolor milczenia” nie jest jednak typem książki, którą połyka się w jeden wieczór. O gęstości emocji „Urzeczonej” czy „Zawrotu głowy” nie ma nawet co wspominać. Winę za to ponosi także dobór środków przekazu. Właściwie Barcello ograniczyła się tylko do dwóch form – retrospekcji i listów. Najbardziej męczące są właśnie te listy, które pojawiają się w każdym niedwuznacznym momencie tylko po to, żeby zabić napięcie w momencie jego powstawania. Raz list przyniesie ktoś z rodziny, kto przez poprzednie dwadzieścia lat nie miał odwagi go ujawnić, innym razem zostanie on znaleziony w skrzynce, która podobnie jak wyżej nie została wcześniej podana właściwej osobie, będzie też scena, w której to sama bohaterka przypomni sobie o ukrytej skrytce, którą wcześniej wyparła ze swojej świadomości. Trafią się też maile od Jeana Paula, który u schyłku swego życia, dokona rozliczenia z przeszłością. Te zabiegi miały z pewnością śrubować suspens, mimo że rozwiązanie zagadki jest aż nazbyt oczywiste. Zamiast jednak budować, niszczą one wszelką wielowymiarowość i tajemniczość. Ponadto puszczone w ruch wątki często nabierają komicznego rozmachu – jak chociażby w scenie odkrywania drugiej tożsamości ojca i informacji, że był on odpowiedzialnym za jeden z największych zamachów w początkowej fazie panowania generała Franco.
Chciałbym w tym miejscu napisać, że „Kolor milczenia” ma swoje atuty. Ale niestety sumienie mi na to nie pozwala. Szalę goryczy przeważyły koniunkturalne przemyślenia autorki, które wplata w słowa swoich postaci. A to padnie coś o ETA, a to skomentuje w groteskowy sposób komunistyczny reżim, a to znowu doczepi się homoseksualistów („Po co? Przecież teraz tylko geje biorą śluby”, „Wiesz w co zamieniło się wojsko? W zgraję wypindrzonych pedałów”). I tak czytając te ponad pięćset stron, wracam wzrokiem to definicji dobrej sztuki, sformułowanej przez autorkę „Dzieło musi stawiać pytania, łamać schematy…”. I mam ochotę zadać pytanie Elii Barcello: „Dlaczego w takim razie tworzy Pani cegiełkę, która jest marnej jakości kalką znanych nie od dziś motywów i form literackich?

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-kolor-milczenia-elia-barcelo.html

pokaż więcej

 
2019-02-14 17:45:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

"Diabeł Urubu" to debiut pierwszego Jamajczyka, który osiągnął sukces w świecie literatury. Marlon James w jednym z wywiadów przyznał, że zanim książka ostatecznie znalazła wydawcę, była odrzucana 78 razy. Nie można się temu zresztą dziwić, biorąc pod uwagę treść samej powieści.
Szkieletem książki jest jamajska prowincja. W małej wiosce Gibeah dochodzi to oburzających wydarzeń. Oto pastor...
"Diabeł Urubu" to debiut pierwszego Jamajczyka, który osiągnął sukces w świecie literatury. Marlon James w jednym z wywiadów przyznał, że zanim książka ostatecznie znalazła wydawcę, była odrzucana 78 razy. Nie można się temu zresztą dziwić, biorąc pod uwagę treść samej powieści.
Szkieletem książki jest jamajska prowincja. W małej wiosce Gibeah dochodzi to oburzających wydarzeń. Oto pastor Hector Blight, ostoja miejscowej społeczności i źródło światła prowadzącego do Pana, wpada w alkoholizm. Pije na umór, szcza po ulicach, śpi w rowach. Ludzie zaczynają się więc odwracać tak od niego, jak i od tego kogo reprezentuje. Wszystko jednak trwa do czasu, gdy podczas jednego z obrzędów na scenę wchodzi nikomu nieznany Apostoł York. Ten silny mentalnie mężczyzna, najpierw wygania podupadłego pastora, a następnie szybko wciela w życie plan otaczania się stadem wątpiących owieczek. W tym całym nowym porządku Blight nie odpuści, a walka między głosicielami prawdy stanie się siłą napędową książki.

Religijny zestaw ludzkich potrzeb posłużył autorowi za punkt wyjścia do opisu pewnej mikrospołeczności, a że akcja tej historii dzieje się na specyficznej wyspie, książka kipi od mniej lub bardziej uzewnętrznianych emocji. Kilku przewijających się przez nią bohaterów łączą nie tylko grzeszne ciągoty, ale też brak perspektyw, ubóstwo i wszechogarniający brud, tak fizyczny, jak i moralny. James pisze bezkompromisowo, niczego nie pomija i nie wygładza. Bywa wulgarny, zabawny, ironiczny, zjadliwy, chwilami groteskowy, ale przede wszystkim szczery aż do bólu. Początkowo swobodnie rozwija akcję i żongluje wątkami, by następnie stopić je w jedną, zazębiającą się historię ludzi, którzy pobłądzili w zakamarkach życia, upadli i nie mają nadziei na powstanie. „Diabeł Urubu” to kalejdoskop postaci powykrzywianych, niejednokrotnie zadziwiających czytelnika, a nawet zniesmaczających. Będą dokonywać chłosty, stać po stronie zła, nawoływać do przemocy, a wszystko to w imię Obeah.

Autor „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” wykreował opowieść wieloaspektową w swoim przesłaniu i wielopoziomową w ukazywaniu wyłuskiwanych z szarości życia problemów. Ta fraza, dzięki swojej szerokiej perspektywie, zmusza do kojarzenia i analizowania wątków rozproszonych, a jednak powiązanych ze sobą, do myślenia po odłożeniu książki i wreszcie do osobistego rachunku sumienia. James uderza przede wszystkim w tony mistyczne, w walkę Dobra ze Złem. Jeden awanturnik ubiera się na biało, drugi w czerń z czerwienią. Za jednym podążają tytułowe urubu – ptaki z rodziny kondorowatych, za drugim – gołębie. Jeden schowa się za wdową, drugi za świętoszkowatą starą panną. Tylko który tak naprawdę jest Aniołem, a który Demonem? Gdzie leży odkupienie win i jak należy postępować? Mrowie pytań, dla których autor przygotowuje bardzo sugestywne odpowiedzi. Jest też „Diabeł Urubu” próbą opowiedzenia o małomiasteczkowych dramatach i animozjach. To taki jamajski odpowiednik „Wzgórza psów”, tylko dużo bardziej obrazoburczy i wykoślawiony. Jest też ambitniej, bo James operuje ciekawym stylistycznie językiem, łączy dramat noir z postapokaliptycznym horrorem, komiks z magią. Istotne jest także, że poruszone tematy wydają się zadziwiająco znajome, odnoszę bowiem wrażenie, iż wszystkie te grzechy nie mają narodowości. Autor, rodowity Jamajczyk, wybiera jednak swoją wyspę, by obnażyć jej słabości, ograniczenia i plugastwo, będące również udziałem ludzi. To ona przemawia ustami bohaterów, steruje ich losami, beszta, gdy coś zaczyna odbiegać od wyznaczonych przez nią praw natury.

„Diabeł Urubu” to udany debiut. Może nie wybitny, może nie doskonały, ale z pewnością wyrazisty i skłaniający do refleksji. To też wiarygodna zapowiedź tego, co w kolejnych latach przyniosło pisarzowi rozgłos i uznanie. Jamajczyk daje się poznać jako wyczulony na absurd i fałsz niezwykle wprawny artysta i baczny obserwator rzeczywistości w jej rozmaitych wymiarach. Trudna i niewdzięczna książka, obca kulturowo i nękająca „cipami”. Niepoprawna. Czytajcie.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-diabe-urubu-marlon-james.html

pokaż więcej

 
2019-02-11 18:37:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Therese Bohman Może irytować, jeśli zacznie się czytać jej powieść z niedostateczną dozą uwagi. Można przypadkowo wysnuć zarzuty o pretensjonalność historii, o brak logiki w postępowaniu Karoliny – głównej bohaterki, wreszcie o niezrozumiałe wprowadzenie do akcji opowieści o krzyżowaniu kobiety z gorylem. Ano właśnie, tylko że w tej pozornie dziwnej historii skryte jest zasadnicze przesłanie... Therese Bohman Może irytować, jeśli zacznie się czytać jej powieść z niedostateczną dozą uwagi. Można przypadkowo wysnuć zarzuty o pretensjonalność historii, o brak logiki w postępowaniu Karoliny – głównej bohaterki, wreszcie o niezrozumiałe wprowadzenie do akcji opowieści o krzyżowaniu kobiety z gorylem. Ano właśnie, tylko że w tej pozornie dziwnej historii skryte jest zasadnicze przesłanie tej intrygującej książki. Szwedzka pisarka gra wieloma znanymi nutami, mamy więc czterdziestoletnią samotną kobietę, której nie udało się ułożyć życia w rodzinie, tłumione pożądanie, samców alfa, którzy za wszelką cenę starają udowodnić się światu, że są lepsi niż reszta, pasję naukową i wreszcie doskwierającą samotność. Z tyloma wykorzystanymi pomysłami fabularnymi łatwo było wykoleić się w kierunku nadmiernego feminizowania czy przestylizowania, na szczęście „O zmierzchu” ani razu nie przekracza granicy, która zamazuje wieloznaczny i dramatyczny wydźwięk tej historii.

Karolina Anders¬son jest wykładowczynią na uniwersytecie. Swoją karierę zawodową poświęciła na odkrywanie mało interesujących dla świata form malarskich. Pod wpływem podszeptów kolegi z katedry, który doskonale rozumie wymogi współczesnego rynku, wyspecjalizowała się w propagowaniu dzieł artystek. Ta feministyczna łatka będzie się za nią ciągnąć w pracy zawodowej, stanowiąc niejako kontrapunkt do jej rzeczywistych poglądów i bolączek. Bohman nie stawia w swojej książce na oczywistą symbolikę i nie chce rozpisać kolejnej historii o kobiecie niezależnej, która za wszelką cenę musi udowadniać światu swoją niezłomność. To nie jest kolejna powieść idealizująca postać walecznej i nieugiętej kobiety skrytej w cieniu męskiego patriarchatu. Karolina jest przede wszystkim autentyczna w tym co robi. Miewa gorsze chwile, słabości i smutki. Ulega mężczyznom, by za chwilę unieść się poza swoje czysto ludzkie ograniczenia, bywa oszukiwana, by ostatecznie wyjść z kłopotliwej sytuacji nie tylko z twarzą, ale też na wierzchu. I właśnie ta rzeczywistość bohaterki stanowi o sile książki. Dzięki niej czujemy realność toczących się zdarzeń, przeżywamy razem z nią wątpliwości, czerpiemy też satysfakcję z jej sukcesów. Bohman nie boi się także wywodzić swojego czytelnika w pole, wysyłać sygnały, które ostatecznie prowadzą donikąd. Wszystko to buduje napięcie z powodzeniem przysłaniające nieliczne truizmy i oczywistości.

Myślę, że zasadniczym zamiarem autorki było ukazanie klaustrofobii ludzkiej jaźni, niezależnej od płci. Bohman pisze o kobiecie, która wiodąc pozornie normalne życie, czuje się wyobcowana z lokalnej społeczności. Nie wpisuje się w normy tych wszystkich osób, które stawiają w swojej codziennej egzystencji na nowoczesność. To bohaterka, którą trudno polubić ze względu na jej mizerność i skłonność do narzekania. Choć marzy o bliskości, nie może jej osiągnąć z powodu braku akceptacji obowiązujących ram funkcjonowania. To powieść, która z pewnością spodoba się czytelnikom o introwertycznym usposobieniu, ale będzie też powieścią zagadek i subtelnych zmian. „O zmierzchu” interesująco niuansuje lęki egzystencjalne – nie określając ich źródeł, ale nazywając konsekwencje. Powracająca historia kobiety zapłodnionej przez goryla wzmaga tylko poczucie osamotnienia. Decydując się na ten nieludzki eksperyment, nie miała ona wiedzy, że raptem po kilku tygodniach zostanie ze swoim problemem sama, że tak jak to bywa w życiu, ostatecznie wszystkie obiektywne czynniki ułożą się w obraz pełen mroku i smutku. Skąd zatem czerpać siłę na dalsze bycie? A może pozostaje tylko patrzeć na te wszystkie osoby odchodzące ze swoimi walizkami, wiedząc, że twój bagaż doświadczeń nigdy nie pozwoli dołączyć do tłumu?

Szwedzka pisarka kreuje opowieść o pozornym spełnianiu własnych i cudzych oczekiwań oraz budowaniu relacji opartych na iluzji, a wszystko po to, by unikać myśli o własnym wyobcowaniu bohaterki. Uzbraja Karolinę w oręż ironii, która jest tu znakiem bezradności i wyrazicielem społecznych niepokojów. Choć wywołuje wesołość, jest to raczej śmiech gorzki, niż niepohamowany rechot. Odnoszę wrażenie, że „O zmierzchu” jest znakiem nowej jakości, nowego spojrzenia na bolączki anachronicznego i skostniałego świata, w którym pragnienie o poczuciu własnej wartości dalekie jest od spełnienia. Jest też ta książka próbą udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy praca naukowa w szerszym znaczeniu, a poszukiwanie wszystkiego tego co odmienne i zapomniane w węższym znaczeniu, pozwala dojść do punktu samospełnienia.
Bohman opowiada też o mieście, choć ukazuje je raczej jako tło potęgujące poczucie wewnętrznego odosobnienia. Sztokholm to kłębowisko samochodów, bloków i anonimowych ulic. Ma też Muzeum, jako symbol dawnych czasów i niechęci do odwiedzania tego, co minione. Karolina wzorcowo wpisuje się w ten grubo ciosany schemat. Z biegiem lat staje się coraz bardziej dzieckiem, jej ewolucja przebiega w kierunku przeciwnym, do ogólnie akceptowalnego. Odcina się od własnych emocji, żyje po omacku. Z każdym dniem więźnie coraz bardziej w świecie swoich fantazji i strachów, nie potrafi wejść w dojrzałość adekwatną dla swojego wieku. Przypadkowy seks i odkrycie nowych zależności w sztuce jest dla niej jedynym wybawieniem od traumy codzienności.
Z pewnością „O zmierzchu” nie jest książką aspirującą do miana wybitnej i być może właśnie to jest jej najważniejszą zaletą. Bohman nie chce nikomu udowodnić, że jest oryginalna, a jej historia wyjątkowa. Lepi swoją opowieść z drobinek tego wszystkiego, co oglądamy w realnym świecie. Tworzy interesującą analizę socjologiczną, dokonaną na przykładzie konkretnej, wyraziście scharakteryzowanej jednostki z niezwykłą wnikliwością oraz w tragikomicznym stylu. Karolina stanowi żywy dowód tezy autorki, że we współczesnym społeczeństwie nie sposób dać szczęścia wszystkim swoim żeńskim przedstawicielom. Każda wspólnota nie tylko ofiarowuje przywileje, ale również stawia przed swoimi członkami określone obowiązki, których wypełnianie nie każdemu musi przypaść do gustu. To bardzo intymna i subtelna narracja o wyobcowaniu i poszukiwaniu swojej tożsamości. Do głębszego przemyślenia.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-o-zmierzchu-therese-bohman.html

pokaż więcej

 
2019-02-06 09:46:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

John le Carré stwierdził kiedyś, że służby specjalne pokazują najprawdziwsze oblicze każdego narodu. Chcę wierzyć, że proza Alistaira MacLeoda jest wizytówką Kanady. Może nie tyle całego narodu, tak przecież różnorodnego, ale chociaż tego małego jego fragmentu, jakim jest Nowa Szkocja. U autora „Utraconego daru…” przestrzeń odgrywa niezwykle ważną rolę. Tło jest tu elementem spajającym każde... John le Carré stwierdził kiedyś, że służby specjalne pokazują najprawdziwsze oblicze każdego narodu. Chcę wierzyć, że proza Alistaira MacLeoda jest wizytówką Kanady. Może nie tyle całego narodu, tak przecież różnorodnego, ale chociaż tego małego jego fragmentu, jakim jest Nowa Szkocja. U autora „Utraconego daru…” przestrzeń odgrywa niezwykle ważną rolę. Tło jest tu elementem spajającym każde opowiadanie, z niego wyrastają poszczególne historie i to one wyjaśniają zachowania postaci. Nie da się ich interpretować w oderwaniu od tradycji i skali izolacji tego miejsca. Cape Breton rozumiany jest bowiem nie tylko jako wymiar terytorialny, ale także jako stan świadomości mieszkańców.
Kanadyjski pisarz zestawia ze sobą bezwzględny obraz przyrody z ciepłem ogniska domowego. Z jednej strony mamy więc trudne warunki bytowania – niska gęstość zaludnienia, otoczenie otwartych przestrzeni i dzikich lasów, wzburzone wody oceanu, brud wydobywający się z czeluści kopalni, smród wyławianych całymi ławicami ryb. Z drugiej są też bohaterowie, z ich czysto ludzkimi przywarami. Są to osobowości zaprawione, nieuległe i zawzięte. Ponury klimat wykreował z nich jednostki nieokrzesane, ale jednocześnie pełne wewnętrznego uroku. To osoby z innej epoki, potrzebujące bliskości i ponad wszystko stawiające dobro rodziny. Ich pokora względem sił przyrody ujmuje, zaś surowość frazy przywodzi na myśl dokonania skandynawskich naturalistów. Nie jest jednak tak, że teksty zgromadzone w tym zbiorze są oziębłe, wręcz odwrotnie, tchnie od nich wyczuwalną subtelnością. Pochodzi ona wprost od człowieka, wiecznie harmonijna natura wokół nie nosi w sobie żadnych emocji i potrzeb.
MacLeod w centrum swoich zainteresowań stawia także oddziaływanie współczesności na relacje międzyludzkie. Jednym z piękniejszych tekstów jakie mogłem przeczytać w zbiorze było opowiadanie „Dostrajanie ideału”. To historia starszego człowieka, drwala, jednego z ostatnich ludzi potrafiących śpiewać po gaelicku. To człowiek z innych czasów – czerpiący swoje umiejętności z korzeni. Śpiew był wpisany w jego życiorys, podobnie jak przywiązanie do siekiery. Gdy pewnego dnia łowca talentów zaproponuje jego rodzinie uczestnictwo w telewizyjnym show, atmosfera wyraźnie się zagęści, a sama opowieść zyska wymiar społecznej diagnozy. Jak bowiem pogodzić umiłowanie do tradycji i ducha przekazu z wymaganiami pożądającej sensacji publiczności? Skrócenie i spłycenie utworów stanowić będzie granicę, której przekroczenie będzie wyrzeknięciem się sedna swojej tożsamości.
Innym opowiadaniem podejmującym tę tematykę jest „Następnej wiosny”. To historia próby utworzenia „klubu cielęcego”, czyli miejsca rozrostu zwierząt dobrej i sprawdzonej rasy, która w przyszłości mogłaby zostać sprzedana z zyskiem. Młody mieszkaniec Cape Breton zostaje namówiony przez przedstawiciela do spraw agrokultury, aby poniechał swoich pierwotnych planów i zajął się jego ideą na zarabianie. Mimo nieprzychylności rodziny, prowadzi on swoją krowę do byka rozpłodowego, a sama przygoda zakończy się dla niego tak, jak zakończyć się musiała. W tym hermetycznym świecie, pierwszeństwo od zawsze miały wartości, nie zaś zysk i chwała.
„Skoro ptaki czynią słońce” to hołd złożony epoce, której już nie ma. Ludziom ceniącym sobie honor i kurczowo trzymającym się wypracowanym przez pokolenia tradycjom. To też napisana przezroczystym językiem wielowymiarowa opowieść o ciężarze przeznaczenia, o świecie bez wyścigów i miłości do natury. Prostota stylistyczna idzie tu w parze z codzienną prozą życia. To opowiadania bez wielkich wydarzeń i nagłych zmian tempa. MacLeod nie rezygnuje ze swojego elegijnego tonu, minimalistycznej poetyki i jednostajności stylistycznej. To minimalistyczna fraza uwieńczona wspaniałym literackim językiem, wywodzącym się z kolebki najlepszych psychologicznych pisarzy świata. Olga Tokarczuk pisała kilka lat temu w jednym z felietonów, że „Powieść służy wprowadzeniu w trans, opowiadanie – oświeceniu”. Jeśli wierzyć tym słowom to zdaje się, że żyjemy w stanie nieustającego transu, natomiast krótkie chwile olśnienia zdarzają się nam bardzo rzadko. Alistair MacLeod jest w tym znaczeniu jak iluminacja, drogowskaz prowadzący do jaśniejszej strony życia. To książka, która zmienia naszą perspektywę, porusza i zadziwia jednocześnie. Bardzo intensywna podróż w głąb historii, w głąb naszych korzeni, w głąb siebie samych.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2019/02/recenzja-skoro-ptaki-czynia-sonce.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
753 210 36595
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (625)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (17)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd