Malowany człowiek: Księga I

Tłumaczenie: Marcin Mortka
Cykl: Cykl Demoniczny (tom 1.1) | Seria: Obca Krew
Wydawnictwo: Fabryka Słów
7,95 (7604 ocen i 594 opinie) Zobacz oceny
10
1 112
9
1 666
8
2 191
7
1 651
6
613
5
237
4
54
3
49
2
15
1
16
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Painted Man
data wydania
ISBN
9788375740578
liczba stron
504
język
polski

Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc. Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Usiłują wymodlić dla siebie i najbliższych kolejny dzień życia. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań. Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic...

Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc. Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Usiłują wymodlić dla siebie i najbliższych kolejny dzień życia. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.

Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi. Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha - jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo - nowicjuszka u starej zielarki, bardziej chyba przerażającej od krwiożerczych potworów. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.

Tych troje ma coś wspólnego - są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?

 

źródło opisu: [Fabryka Słów, 2008]

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 936
Erebos | 2017-10-23
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 23 października 2017

Pierwotnie planowałam dać tej książce 5/10, po czym przypomniałam sobie, że tak oceniłam "Dziecko Odyna" oraz "Ogrody księżyca".

Taka ocena byłaby nie fair w stosunku do nich.

*SPOILERY NADCHODZĄ*.

"Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc. Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Usiłują wymodlić dla siebie i najbliższych kolejny dzień życia. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.
Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi. Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha – jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo – nowicjuszka u starej zielarki, bardziej chyba przerażającej od krwiożerczych potworów. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego – są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?"

- Głosi szumnie napis na obwolucie.
Wiecie, co ja tu widzę? Wierutne kłamstwo.

No dobrze. Może nie kłamstwo. Jednakże jest to definitywnie łudząca reklama. Dlaczego? Wyjaśnię. Jak zwykle moja recenzja będzie miała bardziej formę wywodu, niż właściwej opinii. Bear with me, please.

*

1. Tytuł.

Śmieszne, bo w tym tomie... nie ma żadnego "Malowanego człowieka" z tytułu. Może pojawia się w drugiej części? Może? Ale... co z tego? W takim razie jaki sens ma tytuł? Zdążyłam już wygrzebać z Internetu informacje, że owe malunki to runy, które człowiek wymalował sobie na ciele.
Okej.
Może tytuł nabiera sensu w kontekście kolejnych części. ALE NIE MA SENSU W PRZYPADKU TEGO TOMU, KTÓRY JEST PIERWSZY I KTÓRY POWINIEN MNIE ZACHĘCIĆ, A NIE DENERWOWAĆ SWOIM BRAKIEM LOGIKI.
"Dziecko Odyna"? Pojęcie króluje na kartkach książki! "Uczeń skrytobójcy"? Tytułowy skrytobójca i jego uczeń to bohaterowie powieści! "Szklany tron"? Jakkolwiek nie ma on dużej roli, to pojawia się i jest wspominany. "Prawie jak gwiazda rocka..."? To sentencja pojawiająca się w książce, to nawiązanie do książeczki pojawiającej się w książce, to... MA SENS.
A "MALOWANY CZŁOWIEK" SENSU NIE MA.

PS. JAK TO JEST, ŻE NIKOMU PRZEZ TRZYSTA LAT NIE PRZYSZŁO DO GŁOWY, ŻEBY WYMALOWAĆ SOBIE RUNY NA CIELE?

2. Świat przedstawiony.

Mapka w książce jest paskudna i niewyraźna. To moje pierwsze zażalenie. Jestem fanką mapek w książkach fantasy, więc widząc ten drobny i niewyraźny bohomaz na pierwszych stronach już poczułam się zniechęcona. Dodajmy, że w całej powieści pojawiają się całkiem ładne ilustracje, co jeszcze bardziej irytuje w kontraście z paskudną mapką.

Na skrzydełku okładki przeczytałam, że autor jest wielkim fanem "Hobbita" i... to widać. Zwłaszcza na początku. Kraina, w której mieszka Arlen - jeden z głównych bohaterów - to tzw. Potok Tibbeta. Znajduje się tam miejsce o nazwie Pagórek Bogginów.
Czy to mogłoby być bardziej oczywiste?
Następne: mieszkańcy Potoku są raczej niscy w porównaniu z np. Milneńczykami (Hobbity vs. Reszta świata). Miln - znajduje się w górach i czerpie zyski głównie z górnictwa, czy to już Erebor? Ma nawet pysznego króla, którego obchodzi tylko gromadzenie bogactw. Angriers jest położone w lesie niczym siedziba leśnych elfów, natomiast Lakton... (Lejk-ton... Laketown - Lejk tałn, Miasto na Jeziorze - Esgaroth) = znajdujące się na wyspie na środku wielkiego jeziora.
Początkowo na to narzekałam, ale im dalej w las, tym bardziej żałowałam, że nie czeka mnie hobbitowa sielanka.

Co więcej można powiedzieć o świecie przedstawionym? Jest mało konkretny. Mamy wielkie obwarowane forty (przeważnie, wyjątkami Krasja czy Fort Rizon), mamy małe wioski, mamy lasy, pustynie, pola... Jakieśtam ruiny, ale kogo by obchodziło jak to wszystko wygląda?

Nie zrozumcie mnie źle, nie tęsknię szczególnie za opisami w guście Sienkiewicza czy nawet samego Tolkiena, ale uważam, że dobry autor byłby w stanie znaleźć złoty środek pomiędzy zanudzaniem czytelnika na śmierć, a zarysowaniem bardzo fajnego świata przedstawionego.

Dobrze, ale może świat przedstawiony to ma być tylko tło wydarzeń i nie musi być spektakularnie rozbudowany? No, spoko. Zrozumiałabym to. GDYBY TE WYDARZENIA TEŻ NIE SSAŁY.

a) Czas.

Akcja toczy się w czwartym stuleciu Plagi. Plagą tą są, oczywiście, demony, które... - ale o tym zaraz. Co się działo przez ostatnie stulecia? Ciul wie, znając pomyślunek autora i rozkładanie wydarzeń w czasie, to sto lat temu świat wyglądał zapewne podobnie do tego, co mamy pokazane na kartach książki.

Mamy tu także dość spore time-skipy. Bohaterowie pojawiają się pierwotnie w różnych fazach swojego dzieciństwa, doznają pewnego rodzaju traumy i każdy z nich rusza swoją drogą. Po drodze mijają lata. Jednakże nie każdy autor potrafi ukazać dobrze upływ lat. Peter V. Brett nie podołał. W jednej chwili widzimy Arlena dwunastoletniego, obserwujemy jego pracę, zainteresowanie runami i książkami, po czym... Podróż w czasie. Widzimy Arlena szesnastoletniego, którego mentalność miała się rzekomo zmienić, a jednak chłopak wciąż zachowuje się tak, jak zachowywałby się kilka lat temu. Tylko autor próbuje nam wmówić, że się zmienił.

Tego upływu czasu nie widać, a co więcej - ciągłe time-skipy są szkodliwe, bo przecinają więź czytelnika z postacią, gdy co rusz ma się zmieniać jej obraz w naszej głowie. Nie wiemy, co bohater robił, czego się uczył - a nas to interesuje. Niestety autor wspomina o tym w pięciu słowach, bo reszty mamy się domyślić po superzdolnościach naszego protagonisty.

b) Demony.

Opisuję je tutaj, bo są istotnym elementem świata przedstawionego. O tyle istotnym, że zostały niemal olane przez autora. Egzystują, bo egzystują, gnębią ludzkość bez bliżej określonego powodu.

Znaczy, według powieściowej religii - która WCALE NIE JEST KALKĄ ORTODOKSYJNEGO CHRZEŚCIJAŃSTWA - i jej świętej księgi: "Kanonu", są one Plagą, którą Stwórca zesłał na ludzkość za jej grzechy. Nie zalatuje to nikomu dżumą?
W każdym razie demony przybyły na ziemię po raz drugi, gdyż za pierwszym razem zostały pokonane przez armie ludzi, którym przewodził Jezu---- to jest, Wybawiciel. Ma on nadejść ponownie i bla, bla, bla. Biczujmy się, bądźmy wstrzemięźliwi, ale mnóżmy się jak króliki w sakramentalnych, monogamicznych związkach (no chyba, że nasza małżonka jest niepłodna, wtedy to co innego).

Demony wyglądają jak potwory, senne mary rodem z DeviantArta czy Tumblra, a przy tym są brutalne i krwiożercze. Posiadają nikłą inteligencję, wystarczającą do tropienia i poszukiwania wyłomów w zaporach runicznych.

To zwykłe straszaki.

Wydawały mi się jednym z najsłabszych elementów książki między innymi ze względu na swoją typowość. Były po prostu nudne. Nie miały wykształconej świadomości. Cała ich straszność polegała na niebezpieczeństwie z nimi związanym. Może i realistyczny był strach przed nimi dla ludzi zamieszkujących świat pana Bretta, ale mnie one w ogóle nie przekonały.

Może nie miały. Trudno.

3. Bohaterowie.

O, wkraczamy na grząski teren. Najpierw oceniam bohaterów, ponieważ zazwyczaj bywają oni dla mnie dużo ważniejsi niż sama historia. Bywa, że czytam książki o nudnej i powtarzalnej fabule tylko dlatego, że uwielbiam bohaterów.

a) Arlen (czy on miał nazwisko?)

Tym bohaterem pan Brett wpadł w niewątpliwą pułapkę schematu. Młody, jedenastoletni chłopak żyjący na odludziu na farmie rodziców... Brzmi znajomo? Oczywiście, że tak. TO JUŻ BYŁO.
Czy to znaczy, że taki schemat się nie uda? Nie. Mógłby wypalić, gdyby autor nadał temu staremu pomysłowi ciekawy kierunek albo stworzył bardziej złożoną postać.
Tymczasem Arlen to typowy młody bohater fantasy. Jest wyobcowany, niezrozumiany, utalentowany w dziedzinie kreślenia runów, ciekawy świata, to buntownik, który zadaje dużo pytań, choćby tylko w myślach.
Jego buntownicza postawa bardziej pasuje do nastoletniego chłopaka. Wiecie, co mam na myśli... Zaczyna się dusić w swojej małej wiosce, kwestionować zasady, którymi podążają ludzie wokół niego.
Cóż, można to chyba przypisać temu, że w wieku szesnastu lat miałby już żonę i prawdopodobnie dziecko w drodze. To zapewne wpłynęło na szybsze osiągnięcie rzekomej dojrzałości psychicznej.
Mówię 'rzekomej', bo Arlen to jęczący idealista. Idealizm także przypisuję jego niedojrzałości i buntowniczej postawie. Z tego idealizmu Arlen zresztą nie wyrósł. Pierwotnie objawia się w jego gniewie na ojca, który był zbyt przerażony, aby uratować Arlena i jego matkę, następnie w zawziętym pragnieniu zostania Posłańcem, aż wreszcie w ostatnim rozdziale, gdzie Arlen przyznaje, że podziwia Krasjańczyków, którzy każdej nocy walczą z demonami, tracąc życie lub kończąc okaleczeni.
Czy to wada?
W TAK NIEBEZPIECZNYM ŚWIECIE: OWSZEM. Arlen jest niezwykle wyidealizowany, dlatego, oczywiście, nie muszę się martwić, że nie przeżyje kolejnej nocy. Wszystkiego szybko się uczy i za każdym razem odkrywa w sobie nowy, niezwykły talent. Czegokolwiek się nie dotknie, zamienia to w złoto.
Tymczasem chłopak ma więcej szczęścia niż rozumu. I właściwie nikt nie był w stanie mu tego uświadomić. Chłopak to idealista, naprzód popychają go upór, brawura, gwałtowność... Tymczasem w tak niebezpiecznym świecie to powinno go już dawno zabić.
W dodatku jego znieczulica w stosunku do wszystkich bliskich denerwuje niemiłosiernie. Nie jestem w stanie ogarnąć, jakim cudem Ragen i Elissa byli w stanie pokochać tego zimnego, potrafiącego obrazić się na cały rok (sic!) chłopaka, którego przyjęli pod swoje skrzydła z dobrego serca. Arlen, jakkolwiek by im się nie odpłacił, wciąż okazał się zimnym, nieczułym dupkiem, co rusz odwracając się od tych dobrych ludzi, aż wreszcie opuścił ich pewnego dnia, pozostawiając jedynie liścik.

JAK POLUBIĆ TAKIEGO BOHATERA?

Nie polubić. Jednakże Arlen nie ma w sobie niczego interesującego, co mogłoby mnie przy nim zatrzymać. Nie został wyposażony w interesujące poczucie humoru, nadnaturalną inteligencję, spryt, cokolwiek... Arlen to wydmuszka, bohater wspaniały i wszechmocny z zewnątrz, a pusty i nudny w środku.

Ps. Ta cała akcja w domu Harla... Peter V. Brett przed napisaniem tej książki chyba naczytał się jakiegoś brutalnego fantasy albo nawet "Pieśni lodu i ognia". Mam tylko jedno słowo: obrzydliwe. Małe dziewczynki obmacujące swojego niemal rówieśnika, opowiadając o tym, jak ojciec gwałci ich siostrę? JA SPASUJĘ.
To raz, a dwa, że sama ta sytuacja była niemożebnie źle skonstruowana. Autor chyba nie wiedział, jak zakończyć sprawę Silvy - matki Arlena - tak, aby to wywołało możliwie największą traumę u protagonisty, więc postanowił poeksperymentować. W efekcie skonstruował to fabularne gówno.

b) Leesha.

Oh, don't even get me started. Wątek Leeshy jest równie bolesny i bezsensowny, co akcja z Arlenem w chacie Harla. Gdyby wyciąć z niego cały seksizm, patriarchalne gderanie itd., to nie zostałoby wiele. Leesha ma nieco więcej charakteru niż Arlen, to należy przyznać. Jest spokojna, wrażliwa, ale z wiekiem uczy się stawiać na swoim i to się ceni. Jednakże tak jak Arlen... szybko się uczy, jest chwalona przez te postacie, które się liczą, okazuje się geniuszem w swoim fachu itd.
Mary Sue. W dodatku cnotka. Co takiego? Już piszę.
Wątek Leeshy skupia się wokół religii i obrządku małżeństwa w społeczeństwie Zakątka Drwali. Leesha (trzynaście lat) została przyrzeczona pewnemu chłopakowi (piętnastoletniemu) imieniem Gared i początkowo bardzo go lubi, on zresztą też okazuje jej uwagę a nawet czułość. Urocze.
Do czasu.
Na scenę wkracza seksizm. Kobiety są w tym społeczeństwie traktowane jako ludzkie inkubatory, ich rola sprowadza się do rodzenia dzieci i zajmowania się domem, nie piastują wyższych funkcji, a według wiary mają być posłuszne mężowi i pokorne, a przy tym zachowywać czystość do ślubu itd.
Co w takim razie musiał zrobić pan Brett? WYTKNĄĆ TEMU SPOŁECZEŃSTWU OBŁUDĘ! W efekcie tego niemal każda kobieta zdradza swojego męża, jedna ma nieślubne dziecko z miejscowym "księdzem", inna znowu została wykluczona społeczeństwo za zajście w ciążę z żonatym mężczyzną itd. Sielanka.
A jaką ma w tym wszystkim rolę Leesha?
Po pierwsze jest workiem do boksowania dla swojej matki. Elona to postać tak okropna, że brak słów. Została skonstruowana wyłącznie po to, aby uprzykrzać Leeshy życie. Nienawidzi jej, bo ta urodziła się dziewczynką i przelewa na nie swoje niespełnione ambicje. Przy tym bije Leeshę za wszelkie przewiny, wyzywa ją itp. Oczywiście okazuje się też, że spała z połową wsi, wyszła za mąż dla pieniędzy, a swojego małżonka zdradza tuż pod jego nosem.
Czy istniała postać bardziej jednowymiarowa? Oczywiście, ale w tej chwili to Elona jest moim największym problemem.
Dobrze, może nie największym.
Wracając... Leesha stała się obiektem... seksualnego skandalu. Trzynastolatka. Cóż, patrząc na to społeczeństwo... Odłóżmy to na bok. Kto chciałby czytać o seksie trzynastoletniej dziewczynki, która jeszcze nie miała pierwszej miesiączki, z piętnastoletnim drągalem? Ja nie. Peter V. Brett chyba też nie, bo przerwał to w odpowiednim miejscu, ale niesmak pozostał.

W dodatku odnoszę wrażenie, że pan Brett pomimo gadek, którymi rzucała Bruna, skłania się jednak ku stanowisku Leeshy - dziewczyny potępiającej całkowicie seks przedmałżeński, co według mnie zaburza jakikolwiek sens całego wątku.

Jedynym ciekawym elementem tej historii była Bruna, stara Zielarka i nauczycielka Leeshy. Była wprawdzie dość typową postacią tego typu: surową, gderliwą i wulgarną staruchą, która nie zawaha się zdzielić cię laską, ale i tak ją polubiłam.

Nie rozumiem, jak komukolwiek mógłby się podobać wątek ukazujący niemal wszystkie kobiety jako obłudne, puszczające się zdziry (poza główną bohaterką i Mairy) a mężczyzn jako napalone zwierzęta myślące wyłącznie o jednym.
To obraźliwe i niesmaczne.

c) Rojer.

Jedyny wątek, który mnie zaciekawił i który autentycznie polubiłam. LICZYŁ SOBIE DWA ROZDZIAŁY. ROZUMIECIE? DWA ROZDZIAŁY. GDZIE TU SĄ PROPORCJE DO CHOLERY?

Może polubiłam go dlatego, że właściwie nie było go zbyt dużo i pan Brett nie zdążył zbyt dużo spieprzyć. Postać bezpalcego Minstrela, który spektakularnie gra na skrzypcach zaciekawiła mnie i jeżeli sięgnę po kolejne części, to raczej tylko dla tej postaci.

Ps. Kolejny wątek, w którym pan Brett pokazuje, że każda dorosła kobieta ma popęd do zdrady. Super. Ponadto okładka kłamie: "jego los na zawsze odmienił wędrowny Minstrel, wygrywający chłopcu na skrzypkach skoczną melodię". Gówno prawda. Jego los odmieniło kilka innych czynników, a to, że Arrick się nim zajął, było już konsekwencją tych wydarzeń.

4. Imiona.
Imiona w tej powieści ssą. To po prostu w większości przeróbki anglojęzycznych imion, które brzmią tak samo, a wyglądają dziwacznie. Kompletnie nie widzę w tym sensu.

5. Fabuła.
Myślę, że w bohaterach nakreśliłam już wystarczająco tego, co mi z nią nie pasuje. Co mnie jeszcze boli?
a) Prawie wszyscy dorośli są źli. Gwałciciele, pijacy, tchórze, zdradzają małżonków, są obłudni, oszukują, kradną itd.
b) Wątki trójki głównych bohaterów nie łączą się w tym tomie w ogóle.
c) Zakończenie było bardzo pospieszne, autor nagle przeskoczył z ucieczki Arlena do jego dalszego życia i poszukiwań w ruinach, co mocno zaburzyło dotychczasowe wolniejsze tempo.
d) Relacje między bohaterami są płytkie. Autor nie daje szansy im się rozwinąć. Gdy widziałam zalążek przyjaźni między Cobem i Arlenem, Arlen dostał robotę w bibliotece i widywali się rzadko. Ragen co rusz wyjeżdżał, Arlen od Elissy uciekał lub się obrażał itd. Natomiast romans Arlena i Mery to: 1. idealny przykład niedojrzałości tego chłopaka i jego idealizmu, 2. chyba jakiś żart.
Najbardziej z całej książki odpowiadały mi relacje Leeshy i Bruny oraz Rojera i Arricka, które choć też nie były szczególnie pogłębione, to wywołały we mnie więcej sympatii (pomimo swojej toksyczności w przypadku Rojera i Arricka).
e) Proporcje. Historia Arlena zajmuje 2/3 książki, Leesha zajmuje pozostałe 1/3, pomijając dwa rozdziały wydzielone dla Rojera.
f) Autor, o czym wspominałam, próbuje czytelnika szokować brutalnością i seksualizowaniem, co raczej przyprawia o niesmak.
g) Za cholerę mnie to nie zachęciło do czytania dalszych części cyklu.

Mój rant dobiega końca. Pozostaje mi tylko zdumienie, że tak wielu ludzi uwielbia tę książkę. Nie mam pojęcia, co w niej dojrzeli. Może dostałam jakieś złe wydanie, ponieważ w tej powieści nawet proza jakoś szczególnie nie zachwyca (przykładowo: brązowe oczy i włosy mają być tym, co określa Maricka jako 'przystojnego', no błagam).
Czas znaleźć nowego właściciela dla mojego egzemplarza "Malowanego człowieka".

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Domofon

Miłoszewski mnie nie zawiódł. Mimo że jego debiut przeczytałam jako ostatni ;) Wciągająca książka - trochę horror trochę dramat a trochę obyczajówka -...

zgłoś błąd zgłoś błąd