pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!
Dziedzictwo. Tom 2
„Do niedawna, Eragon, Smoczy jeździec, był biednym synem farmera, a jego smoczyca Saphira, jedynie błękitnym kamieniem w lesie. Długie miesiące treningów i bitew przyniosły zwycięstwa i nadzieję, ale... „Do niedawna, Eragon, Smoczy jeździec, był biednym synem farmera, a jego smoczyca Saphira, jedynie błękitnym kamieniem w lesie. Długie miesiące treningów i bitew przyniosły zwycięstwa i nadzieję, ale także wielkie straty. Mimo to, najważniejsza bitwa ciągle przed nimi: czeka ich ostateczna rozgrywka z Galbatoriksem. Kiedy to już nastąpi, będą musieli być wystarczająco silni, aby go pokonać. Bo jeśli nie oni, nikt nie podoła temu zadaniu. Nie będzie też drugiej szansy. Smok i jego jeździec zaszli dalej niż ktokolwiek mógł przypuszczać, ale czy uda się im obalić złego króla i przywrócić sprawiedliwość w Alagaësii. I jeśli nawet, to za jaką cenę? Nadzwyczajne uwieńczenie bestsellerowego cyklu Dziedzictwo. Najbardziej oczekiwana książka roku.” pokaż więcej.
źródło opisu: Wydawnictwo Mag
źródło okładki: www.mag.com.pl
Moja Biblioteczka
Gdzie kupić?
Oficjalna recenzja
Zagadka bez rozwiązania
Po zdobyciu Dras-Leony Eragon wraz z Saphirą wyruszają na poszukiwanie Krypty Dusz, o której wspomniał im kotołak Solembum i która może okazać się jedynym sposobem zwyciężenia Galbatorixa. Podczas ich podróży Nausada zmuszona jest samodzielnie zmierzyć się z torturującym ją Galbatorixem , w trudnych chwilach znajduje jednak nieoczekiwanie wsparcie w Murtaghu, który wydaje się być wyraźnie nią zafascynowany. Po powrocie Eragon wraz z przyjaciółmi przygotowuje się do ostatecznej walki o przyszłość Alagaesii.
Drugi tom Dziedzictwa potwierdza zdecydowanie tezę, iż powieść czytałoby się znacznie lepiej, gdyby wydano ją - jak w innych państwach – jako całość, nie rozbijając jej na dwie części. Efektem tego pomysłu była nieco dłużąca się fabuła tomu pierwszego i zaskakujący układ tomu drugiego, w którym punkt kulminacyjny przypada mniej więcej na środkową część powieści, przez co zakończenie wydaje się zdecydowanie za długie.
Paolini stanął bez wątpienia przed bardzo trudnym zadaniem. Miłośnicy przygód Eragona i Saphiry od dawna czekali na wielki finał, mający przynieść również rozwiązania licznych zagadek i wątpliwości, jakie niosły ze sobą poprzednie tomy. Czy Dziedzictwo. Tom II" spełni ich oczekiwania? Częściowo – na pewno. Młodemu pisarzowi udało się wybrnąć z kłopotów, choć pewne wykorzystane przez niego rozwiązania mogą nie wzbudzić entuzjazmu. Ostatecznie postawił wykreowanego przez siebie bohatera w sytuacji niemal bez wyjścia – i niestety, Dziedzictwo wyraźnie ukazuje, iż zabrakło mu pomysłu na rozwiązanie problemu. Pojawia się więc kilka koncepcji, które uznać można za mocno naciągane.
Rozczarowuje samo finałowe starcie – zapowiadana walka z Galbatorixem. Zdecydowanie większe wrażenie robią pod tym względem pierwsze rozdziały powieści, w których mroczny władca wykazuje się niezwykłym okrucieństwem wobec uwięzionej Nasuady. W zestawieniu z tym ostateczna walka wypada dosyć blado. Postacią znacznie ciekawszą od samego Galbatorixa okazuje się Murtagh. Paolini nadaje tej postaci inny wymiar, czyniąc go bardziej interesującym od głównego bohatera, Eragona. Otwarte zakończenie wątku dotyczącego tej postaci sugeruje, że autor ma być może zamiar powrócić do opisywania Alagaesii – bez wątpienia w nowych powieściach znalazłoby się również miejsce na poszerzenie wątku Murtagha i Nasuady.
Bardzo rozczarowuje schematyczność i powtarzalność rozwiązań, znanych z innych powieści fantasy. Najsłabiej pod tym względem prezentuje się zakończenie – wyraźna kalka z „Władcy Pierścieni” – niestety, znacznie słabsza od oryginału. Niemile zaskoczeni będą również ci czytelnicy, którzy oczekiwali, iż w Dziedzictwie odnajdą odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące dalszych losów bohaterów lub rozwiązanie pewnych wątpliwości. Paolini nie wykorzystał nawet połowy wątków, które rozpoczął w poprzednich tomach. Być może wynika to z chęci stworzenia kontynuacji, ostatecznie jednak seria powinna stanowić zamknięty twór. W ten sposób zagadki Angeli pozostaną nadal zagadkami bez rozwiązania.
„Dziedzictwo. Tom drugi” pozostawia mieszane wrażenia. Choć powieść czyta się szybko, rozczarowuje jednak schematyczność i nietrafiona konstrukcja fabularna. Otwarte zakończenia wątków i pewne aluzje zamieszczone przez autora w końcowej części powieści wyraźnie podpowiadają jednak, że miłośnicy prozy Paoliniego nie będą prawdopodobnie musieli żegnać się z Alagaesią na długo – być może następne tomy dopełnią to, czego nie wyjaśniło „Dziedzictwo”.
Maria Guzelak-Robaszkiewicz
Opinie znajomych
-
368
-
868
-
423
Opinie czytelników
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
Jest źle.
Ta książka nie wywołuje emocji. Żadnych. To ma być zakończenie tej genialnej sagi? Oszukali nas, przyjaciele. Christopher Paolini został zamordowany, ale ze względu na chęć zarobku, kazali komuś i tak to napisać. TO WSZYSTKO JEST NIEPRAWDA.
Zacznijmy od tego, że Galbatorix jest najnudniejszym rodzajem czarnego charakteru ze wszystkich obecnie mi znanych. Spodziewałem się kogoś naprawdę szalonego, kto używa swojej mocy do przypiekania chleba... albo nie wiem, do przypiekania kobiecych piersi... a nie zwykłego, nudnego królika, który gada tylko o władzy, kontroli i jaki to on nie jest silny, mądry etc.
Jest źle.
RORAN ŻYJE. Tak, ja również jestem w szoku. Przez kilka lat obmyślałem tortury, jakie wypróbowałbym na tym osobniku, a on przeżywa. Brigit (jakoś tak się nazywała) ma okazję odebrać mu trochę skóry, włosów, mięśni i narządów wewnętrznych... Ale nie. Dźga go tępym mieczem w rękę. Oczywiście Roranek dzielnie znosi swoją rankę i nie chce, by Eragon ją leczył, ale Jeździec i tak używa magii. NO LITOŚCI.
Arya i Eragon nie są ze sobą. Okej, nie obchodzą mnie wątki miłosne, ale w takim razie po co w ogóle było to rozpoczynać? Jaki z tego morał? Przecież stada fanek będą ryczały, niezaspokojone.
Pół książki to nudne pożegnania ze wszystkimi, które polegają generalnie na tym samym, tylko zmieniają się rozmówcy Eragona.
Bitwa jest żałosna. Nie ma cudownego oblężenia, niebanalnej taktyki, wszystkich poznanych w książce bohaterów mierzących się w ostatecznym starciu z królem. Nie ma. No i ginie królowa elfów. KRÓLOWA GINIE, A RORAN ŻYJE! What the... what the...?
Chociaż dobra, walka z Lordem Brastem jest bardzo interesująca. Ale książka nie wymiata.
To jest fantastyka... tu wszystko powinno być naciągane... powinno mieć głupie, naciągane zakończenie, ale epickie, widowiskowe i przyjemne dla oka. A nie takie byle co, nie wiadomo po co.
Plusy:
- walka z Lordem Brastem,
- odrobina Angeli,
Minusy:
- Galbatorix,
- Roruś przeżywa,
- Eragon x Arya nie ma miejsca,
- nudne zakończenie,
- za mało Angeli,
- Arya zrobiła się jakaś taka mętna,
- oblężenie Ilirei opisane na niedostateczny (przy umiejętnościach autora),
- brak dobrej taktyki,
- Murthag i Cierń,
- brak fajnych dialogów z królem,
- brak asów w rękawie króla,
- brak różnorakich "mrocznych" sług Galbatorixa (przez tyle czasu powinien być otoczony różnymi dziwactwami. Ten torturujący robak to za mało),
- niekreatywne tortury przeprowadzane na Nasuadzie.
Mówiąc szczerze, gdybym mógł, wymazałbym te dwa tomy Dziedzictwa z pamięci. Wolałbym nie znać zakończenia, za to mieć pamięć o trzech wspaniałych książkach. Szkoda, ale jestem rozczarowany.
Historia, która rozpoczęła się od "Eragona"....
Kończy się "Dziedzictwem"...
... Tomem II
Widząc napis na tyle okładki, żal ścisnął mi serce, bo wtedy w pełni do mnie dotarło, że to ostatnia część i skończy się przygoda w Alagaesii.
Muszę zaznaczyć, że żeby przeczytać ostatnie pół książki, nie poszłam na lekcję tańca - a to już samo w sobie jest dobrą opinią, gdyż nie opuszczam tych zajęć praktycznie nigdy.
Po pierwsze, chwała, że był słownik! Tego mi brakowało w I tomie. Ale coś za coś - był słownik, nie było mapy. Więc siedziałam z "Eragonem" na kolanach, żeby studiować mapę. Nie do końca było to wygodne, ale trzeba sobie jakoś radzić.
Starałam się nie domyślać ani wyobrażać co się wydarzy, żeby nie zepsuć sobie lektury. Wolałam dać pole do popisu Paoliniemu. Nie wypowiem się do zakończenia jakie jest - to całkiem nie ważne. Sam fakt, że to koniec złamał mi serce. Przywiązałam się do tej serii, pokochałam krainę, bohaterów. Cieszę się z niektórych rzeczy, które Christopher zawarł, a także czuję niedosyt z powodu tego, czego zabrakło.
Pożegnałam moich przyjaciół, a cała seria łącznie z ostatnim tomem sprawiła mi wiele radości i przyniosła niesamowitych doświadczeń na skrzydłach Saphiry.
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
Od razu mówię, iż książka jeszcze nie wyszła, ale oczywiście nie mogąc się doczekać szybciutko zaopatrzyłam się w nieoficjalne tłumaczenie. I skończyłam! A więc... po zdobyciu Dras-Leony Eragon wraz z Saphirą wyruszają do Krypty Dusz, o której istnieniu i miejscu znajdowania się poinformował ich kotołak Solembum. Opuszczenie obozu nie będzie łatwe i bezpieczne biorąc pod uwagę fakt, iż Nasuada została porwana przez Murtagha, a młody Jeździec został mianowany nowym przywódcą Vardenów. Zostawiając w obozie iluzję siebie i Saphiry (wykonaną i kontrolowaną przez elfy) Eragon wyrusza jednak w trudną podróż, aby znaleźć sposób na pokonanie Galbatorixa. Czy znajdzie potrzebną pomoc?
Książka została podzielona na dwa tomy ze względów finansowych, jednak gdyby była możliwość niedzielenia jej - byłoby to najkorzystniejsze w czytaniu - mogę to stwierdzić po skończeniu cyklu. Kurczę no, nie mogę więcej powiedzieć, bo wyjdzie, że spoileruję, a wolę tego uniknąć. O, może powiem tak - po punkcie kulminacyjnym pozostaje jeszcze prawie pół książki, kiedy to wszystkie sprawy były załatwiane itp. Czyli jednym słowem - nuda!
Wszystko było takie... zupełnie nie po mojej myśli. Jestem osobą lubiącą albo złe zakończenia, albo dobre zakończenia. Nie lubię jak jest po środku, bo to strasznie denerwuje - tak tak, jakby książka wcale się nie zakończyła. Gdybym mogła, opisałabym to dokładniej, ale naprawdę nie chcę psuć innym przyjemności czytania.
Powiem tak - mimo, że cały cykl kocham od dawna, że żyję tą historią każdego dnia i nie mogę o niej zapomnieć, to po prostu... "Dziedzictwo" spaprało wszystko to, do czego Paolini dochodził w "Eragonie", "Najstarszym" i "Brisingrze". Po prostu spaprana robota, że tak się wyrażę. Nie wiem, czy to zmiana stylu, czy może długa przerwa między "Brisingrem" a "Dziedzictwem", ale... coś było nie tak (i na pewno nie nieoficjalne tłumaczenie tu zawiniło). Tylko z mojego wielkiego sentymentu do cyklu daję sześć gwiazdek.
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
Nastała pustka... Tak duża jakoby mogła pomieścić w sobie cały ogrom Alagaesia'i. Jest mi niezmiernie przykro, że saga "Dziedzictwo" przeszła już do historii, lecz wszystko, co ma początek ma też swój koniec. Czy koniec okazał się spektakularny i godny całości cyklu? Powiem szczerze, że…
Losy Eragona i Saphiry były mi bliskie od samego początku. Odnalazłem w tych książkach niesamowity świat, który pochłonął mnie niczym bagna wędrownego chłopa. Ciekawe postaci, niesamowite krajobrazy, solidna linia fabularna to coś, czego wymagam i oczekuję od lektury. „Dziedzictwo” mogło mi to zaoferować, lecz potencjał został nieco zmarnowany w ostatniej części sagi.
Tom I rozpoczyna się batalią buntowników z siłami Imperium ociekającą dramaturgią, polotem i niezwykle szybką akcją. Książka zaoferowała nam dobry i wciągający początek, tylko po to, aby w kolejnych stronnicach zwolnić i zanurzyć czytelników w nic nieznaczące wydarzenia. Paolini próbował przełamać brak akcji kolejnymi scenami batalistycznymi (bitwa Rorana o Aroughs), lecz były to wydarzenia upchane na siłę i zupełnie niepotrzebne. Mimo, że lektura owych rozdziałów nie nużyła, to dało się odczuć, iż jest to oderwanie od prawdziwych, znaczących i chętniej czytanych wydarzeń, które działy się w Dras-Leonie. Mam na myśli tutaj brak przedstawienia pierwszej potyczki Eragona i Murtahg’a, a skupianie się na historii Rorana. Jeżeli jesteśmy już przy owym biegu wydarzeń, warto zaznaczyć, że w tym miejscu nastąpił dziwny zabieg, który nie do końca mnie przekonał. Samotna konfrontacja Młotorękiego z oddziałem wroga powinna w normalnych okolicznościach zakończyć się klęską Rorana i ozdobieniem kuźni jego narządami wewnętrznymi. Tak się jednak nie stało. Sztuczka, którą zastosował jeden z głównych bohaterów okazała się tandetna i mało wiarygodna. Byłem bardzo ciekawy, jakie rozwiązanie podsunie nam Christopher Paolini i niestety, nie zostałem usatysfakcjonowany tym co zostało mi zaserwowane.
Kolejne stronny wyglądają lepiej i należą się za to pochwały. Szczególnie za akcję z kapłanami i przedstawienie narodzin Ra’zaców. Potyczka zbrojna (i umysłowa) w Dras-Leonie oraz porwanie Naseuady również należą do niezwykłych doświadczeń. Tom pierwszy kończy się w doskonałym momencie, odkrywając wielką tajemnicę, sprawiając, że czytelnik chce od razu sięgnąć po kolejną część i zagłębić się w wir wydarzeń.
Tom II ukazuje nam w końcu postać Galbatorixa. Jest to postać dogłębnie wierząca w swoje ideały, usprawiedliwiająca swoje czyny czymś więcej niż tyranią i żądzą władzy. Ten człowiek ma cel, który przysłużyłby się dobru ogółu (Hitler też go miał…). Poznajemy go z innej strony i sami zaczynamy się zastanawiać czy jest to tak naprawdę postać negatywna. Można rzec, że namieszał w moim umyśle i zacząłem postrzegać go zupełnie inaczej (nawet moje Eldunari nie zdołały tego powstrzymać). Nie zmienia to jednak faktu, że postać Króla była nijaka, bezpłciowa i najbardziej mdła ze wszystkich znanych mi czarnych charakterów w historii literatury, animacji i filmów fantasy (nawet Gargamel ze Smerfów wydaje się bardziej groźny i solidniej wykreowany).
Smutno mi zakomunikować, że również w tym tomie występują niepotrzebne zapychacze stron. Niech za przykład posłużą nam halucynacje Naseudy lub lot Saphiry podczas burzy. Książka obyłaby się bez tych rozdziałów i nikt by na to nie narzekał, a „burzo-lot” przeszedł wszystkie możliwe punkty krytyczne monotonii. Odkrycie faktu, że „ziemia jest okrągła” można było ukazać mimochodem, nie rozpisując się na pięćdziesiąt stron o wyładowaniach atmosferycznych.
Dość szybko (bo już przed połową tomu) zostajemy wrzuceni w wir ostatecznej bitwy – bitwy o Uru-baen. Uznałem to za duży plus, sądząc, że przez kolejne dwieście stron będzie opisywana batalia i tajemnicze wydarzenia prowadzące do obalenia króla-tyrana. Niestety również tutaj napotkało mnie rozczarowanie. Liczyłem na coś więcej, na coś, co urwie mi sutki i pozostawi w szoku przez długie tygodnie. Samo obalenie i śmierć Galbatorixa było… słabe. Wydarzenia, które rozgrywały się w sali tronowej nie można nazwać mistrzostwem świata, a walka smoków była za szybka i nierealistyczna (jeżeli można mówić o realności w książkach fantasy). Wierzyć mi się nie chce, że najpotężniejszy smok w Alagaestii został tak łatwo zabity, nie próbując się nawet dostatecznie bronić. Rzecz ma się podobnie z czarem rzuconym przez Eragona na Galbatorixa – po prostu tego nie kupuje. Autor poszedł po najłatwiejszej linii oporu i jeżeli ktoś spodziewał się epickiej walki dobra ze złem, jaką możemy przeczytać w ostatniej części Harrego Pottera zawiedzie się w każdy możliwy sposób. Galbatronix istniał przez dwieście stron i… chyc o podłogę bęc – koniec. Najpotężniejszy Jeździec został pokonany w tak prosty sposób.
Mogę śmiało rzec, że wydarzania dziejące się na powierzchni Uru-baen'u były o wiele ciekawsze niż te zaprezentowane nam w sali tronowej. Na plus zasługuje przede wszystkim walka z Lordem Brastem. Jest wciągająca, ciekawa i krwawa, jednakże również nie pozbawiona paranoi. Królowa Islansadi - jedna z najpotężniejszych osób w Alagaesti!! - zostaje zabita przez Lorda, a cudowny wieśniak, który wkurza na każdym kroku żyje i ma się dobrze! Co więcej, obmyśla plan zabicia Brasta (widocznie królowa elfów była tępa jak podeszwa od butów i na taki czy inny sposób pokonania przeciwnika nie wpadła). Wszystkie rasy, bez wyjątku biegną za wodzem-wsiokiem i są na jego rozkazy. Miałem nadzieję, że zginie przy końcu książki z rąk swojej sąsiadki, lecz również tutaj "happy end" musiał zwyciężyć nad dramatyzmem, nieprzewidywalnością i ciekawym zwrotem akcji. Podsumowując - litości.
W kolejnych stronach książki czas gna jak szalony. Jednak wszystkie późniejsze wydarzenia są tak przewidywalne jak wyniki meczów piłki nożnej naszej reprezentacji. Smok z okładki pojawia się w końcowej fazie tomu i nie jest niespodzianką, dla kogo się wykluł. W końcu było to wiadomo praktycznie od samego początku. Pisklak nie wniósł nic specjalnego w życie bohaterów (może oprócz swojego kodu genetycznego w drugiego smoka), nie wytwarza żadnych emocji i jest obojętny czytelnikowi. Myślę, że rozsądniej byłoby przedstawić na okładce smoka Galbatorixa, który bądź co bądź istniał przez całą wędrówkę Eragona i Saphiry.
Jak to powiedziała moja koleżanka przeczytawszy Dziedzictwo: "wygląda na to, że Eragon został wiecznym prawiczkiem". Co prawda to prawda!
Nastała pustka... Tak duża jakoby mogła pomieścić w sobie cały ogrom Alagaesia'i. Jest mi niezmiernie przykro, że saga "Dziedzictwo" przeszła już do historii, lecz wszystko, co ma początek ma też swój koniec. Czy koniec okazał się spektakularny i godny całości cyklu? Powiem szczerze, że…
...nie.
Wydarzenia są przewidywalne, w niektórych miejscach monotonne i pozbawione sensu. Ostateczna walka dobrych i złych bohaterów nie urzeka i czuć niedosyt w każdy możliwy sposób. Poza tym, po co tworzyć książkę, która zajmuje 880 stron, gdy można było z powodzeniem zamknąć całą historię w sześciuset stronach? Zostanie to dla mnie zagadką.
Mimo wszystko nie żałuje czasu spędzonego przy tej lekturze, dobrze się bawiłem, lecz oczekiwałem czegoś innego, bardziej spektakularnego.
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
Każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku, hę?
I dla niektórych lepiej, żeby się nigdy nie kończyła, bo po co psuć tak mile zapoczątkowaną znajomość?
Strzału w stopę wydawcy ciąg dalszy: oto czytelnik dostał 'część drugą' ostatniego tomu i dopiero teraz widać ogrom połowicznej kastracji... wybita z rytmu powieść wykoleiła się z impetem i zanim zdążyła nabrać rozpędu, to nastapił finał. W dodatku finał wołający o pomstę do nieba, bo takiej kalki to ja dawno nie widziałam.
Gdyby oceniać 'Dziedzictwo' jako całość, to mamy średniej jakości przygodę w klimacie fantasy, z mnóstwem nierównych momentów; mamy wielkie, do granic absurdu wręcz, starania, żeby rozwiązać wszystkie wątki (Eragon przed odjazdem biegnie spłacić zobowiązanie drzewu Menoa, a drzewo nie chce nic - czyżby brak pomysłu?; Birgit gna w te pędy, żeby odebrać dług krwi od Rorana, wszyscy mdleją, zgroza, przerażenie - oczywiście kończy się to jak najlepiej i skąd my znamy takie chwyty?). Mam wrażenie, że młody autor nasłuchał się o strzelbie z pierwszego aktu, która po prostu musi wypalić w trzecim i siedział z listą imion na kolanach, i sklejał ostatni tom tak, żeby niczego nie pominąć - rozwiać każdą tajemnicę i zadośćuczynić wszystkim.
W dodatku musiał się mierzyć z jeszcze innym problemem, a mianowicie specyfiką świata, który sam stworzył. Najpierw wykreował magię słowa, która Może Wszystko; potem odblokował możliwość czarowania bez słów (na wypadek, gdyby ktoś sprytny wpadł na koncept wyciszania dźwięku); później jednak wszedł mu w paradę Galbatorix, który Naprawdę Może Wszystko no i co z tym fantem?... jakoś to rozwiązał, ale szwy są konkretnej grubości.
Wyobrażam sobie więc biednego Christophera, jak biega z rękopisem i dopytuje wszystkich wokół, co jeszcze nie gra, co się nie składa?
A i tak nie uniknął błędów w tym zakresie, bo ustami mrocznego króla zagroził Ra'azacami i kto wie, czym jeszcze, po czym radośnie porzucił ten wątek.
Zaś finał... kopia tolkienowskiej Szarej Przystani(i już to jedno wywołuje grymas niesmaku), ale kompletnie nieudana - bohater żegna się z każdym, z kim może przez - dosłownie - 3/4 powieści, łącznie ze swoją niedoszłą ukochaną, a ja zadam tylko proste pytanie... a po co on się tak dramatycznie żegna? To nie Valinor, na tę podróż jest bilet w obie strony, bo dlaczego nie? Nikt nie każe najpotężniejszemu magowi znikać na zawsze z rodzonej ziemi. Owszem, niewskazane, aby jego siła chwiała równowagą sojuszy, ale, mój Boże, czy to oznacza wygnanie bez prawa powrotu? Jego można odwiedzać, a on raptem nie może?
...Paolini chyba nigdy, ale to nigdy nie słyszał o związkach na odległość.
Nielogiczności.
Niespójności.
Bardzo na siłę.
A potencjał ciekawych postaci tragicznie zmarnowany.
Nie twierdzę, że źle się to czyta, jednak czuję się rozczarowana. Myślałby kto, że nam autor rozwinie warsztat, że rozbuduje koncepcję i wzniesie się, jeśli nie na wyżyny, to chociaż przyjemne wzniesienia talentu. A dostałam serię pisaną 'na wzór', wątki z tej grupy rozwiązane modelowo tak a tak, a fabuła zamknięta rasowo tak a tak.
Ale to już wszystko było, w dodatku lepszym językiem spisane.
Bo do zakończenia jak w dramacie trzeba, niestety, dojrzeć.
Cóż więc rzec... czytajcie, krzywdy to nie uczyni. Co zdecydowanie nie jest komplementem.
"Nadzwyczajne uwieńczenie bestsellerowego cyklu Dziedzictwo."
Hahaha, dobry żart. Może mój angielski nie jest perfekcyjny, ale książkę przeczytałam i jak dla mnie jest ona słaba. I w sumie chyba z dobroci serca dałam 3 gwiazdki.
Zawiodłam się strasznie. Krypta Dusz to rozczarowanie, liczyłam na coś więcej. Ostateczna walka jest śmieszna, a zakończenie... Nie wiem, może autor będzie chciał wrócić kiedyś do tego cyklu?
Wprawdzie 2012 rok dopiero się zaczął, ale sądzę, że ta książka będzie największym rozczarowaniem. Życzę sobie znacznie lepszych lektur przez resztę roku.
Po przeczytaniu książki czuję wielki smutek. Nie chodzi o samą treść, ale o to, że to już koniec. Nie będzie kolejnych części. Nie jest to może najlepsza seria świata, ale mam do niej sentyment, ponieważ od "Eragona" zaczęła się moja przygoda z fantastyką. Dlatego te książki mają u mnie dość specjalne miejsce. Nie pamiętam, żeby po jakieś skończonej serii, czuła coś podobnego. Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi...
Ta część jest pisana z punktu widzenia trzech postaci: Eragona, Roana i Nasuady. Za każdym razem, gdy znów wracano do kuzyna Eragona, irytowałam się. Chłopak miał aż za duży zapas szczęścia, a do tego po prostu go nie lubię. Bardziej podobały mi się fragmenty z punktu widzenia Saphiry w pierwszej części. Wiele wątków zostaje zakończonych, w ten czy inny sposób. Ale część nadal pozostaje otwarta. W połowie dochodzi do kulminacyjnego momentu i nie oszukujmy się, każdy ma pojęcie, jak się to skończy. Podoba mi się, że tak wiele miejsca poświęcono wydarzeniom po wojnie. Zazwyczaj tego braku w wielu książkach. Swojego rodzaju rozwinięcia tematu. Książka momentami bywa...przesłodzona. I trzeba to przyznać. Ale da się to w miarę znieść, jako rekompensatę, tych złych wydarzeń.
Ja się nie zawiodłam, chociaż można usłyszeć tyle samo dobrego, co i złego o tej książce. Jak dla mnie jest to godne zakończenie tej serii, chociaż owszem mogłoby być jeszcze lepsze, ale jest, jak jest. :)
Plusy: Murtagh ;3 Moja ukochana postać! Było go całkiem dużo i można go lepiej poznać. Ahh! ;3
Zapowiedź innym książek autora. Napisał, że wróci do tematu Alagaësi. Jak dla mnie super, chętnie poczytam, o dalszych przygodach bohaterów.
Minusy: Nie chcę spoilerować, ale czekałam na pewną rzecz od pierwszej części. I to się nie zdarzyło. Byłam naprawdę rozczarowana. A poza tym nie podoba mi się, że autor nie poruszył już tematu Murtagha po bitwie.
Podzielenie książki. Nie obchodzi mnie, jak to tłumaczą. -.- Uważam, że to nie był dobry pomysł. Mogłam poczekać trochę dłużej i zapłacić trochę więcej, ale nie tyle ile faktycznie trzeba. A do tego w pierwszej części brakowało mi słowniczka, a w drugiej mapy.
Ogólna ocena:10/10
Jak to już bywa z seriami, z którymi człowiek się uczuciowo związuje, zakończenie zawsze bywa dla czytelnika bardzo trudne. I w tym przypadku, nie stanowiło to wyjątku.
Nie jest to ta sama książka co pierwsza część. Paolini zakończył sagę pokazując, że można inaczej. Jednym się to spodoba, innym już nie. Zaskoczy czytelnika rozwojem akcji, która swój punk kulminacyjny osiągnie w połowie tomu II. Niestety, mimo że zakończenie zaskakuje, to zaskakuje karygodna liczba wątków, których Paolini nieumyślnie, bądź umyślnie, nie chciał rozwijać. I tak kończymy książkę z pewnym niesmakiem, spowodowanym nieświadomością, ale co dalej z tym, tamtym, a dlaczego to, a tamto?
W książce dużo się dzieje. Po chwili budzimy się na łóżku z książką przed sobą i stroną na której widnieje napis koniec. I tylko to poczucie pustki, że to koniec kolejnego etapu w życiu i koniec kolejnej ciekawej sagi fantastyki.
Szkoda także, że zakończenie bardzo przypomina zakończenie pewnego magnata fantastyki od Gandalfa...
Rozczarowałem się. Nie dość, że wydawnictwo rozdzieliło 4 tom na 2 części, żeby więcej kasy z czytelnika wydusić, to jeszcze w tym przypadku cena zdecydowanie nie idzie w parze z jakością. Przyznam, książki ładnie na półce wyglądają, ale nic poza tym. Przewidywalna, momentami nudna, widać niedociągnięcia. Wiele elementów pozostaje nie wytłumaczonych (Jak na przykład kim jest Angela)jakby autor zrobił to celowo, aby móc z czasem wrócić do cyklu z nową historią i zarobić kilka dodatkowych milionów. Nie winie go za to, ale mógł się bardziej postarać. Książkę oceniam jako średnią, dla tych którzy posiadają poprzednie części, na pewni będzie to ładnym uzupełnieniem kolekcji, dla tych którzy chcą ja kupić jako jedyny tom, polecam pożyczenie jej od kogoś kto już ją ma. Szkoda przeszło 40 zł na coś takiego
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
A więc ta książka była zakończeniem trylogii o Eragonie i losach Alagaesii. Spodziewałam się ciut lepszego zakończenia no ale cóż..
Tak więc patrząc ogólnie(I i II tom)na ostatnią część.
Do najlepszych nie należy, ale najgorsza też nie jest. Autor ciekawie opisał ostatnią walkę. Co do wydarzeń po obaleniu Galbatorixa. Koniec mnie niezwykle zaskoczył! Nigdy bym się tego nie spodziewała..
Żałuje tylko, że nie udało się Eragonowi i Aryi.
Jest to książka z najwyższej półki, jest obowiązkową lekturą dla każdego miłośnika fantastyki bądź samych smoków. Jest 90% prawdopodobieństwo, że jeśli przeczytacie tę książkę choć raz to na pewno do niej powrócicie!
Pierwsze części bardziej mi się podobały. Ten tom oraz poprzedni czytałam już z niejakim trudem. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor próbuję na siłę przeciągnąć tą historię. Aczkolwiek zakończenie było ciekawe.
O serii: Dawno temu Alagaesią rządzili smoczy jeźdźcy byly to czasy pokoju i dobrobytu, lecz jeden z nich imieniem Galbatorix zdradził współbraci wraz z garstką zdrajców zwanych zaprzysiężeni wymordował i jeźdźców i smoki ocalały tylko trzy smocze jaja. Wiele lat później piętnastoletni chłopiec Eragon podczas polowania w Kośćcu znajduje dziwny niebieski kamień który okazuje się być smoczym jajem. Z jaja wykluwa się smoczyca Saphira, bezwzględny Galbatorix wysyła zabójców zwanych Ra'zacami do wioski Eragona Carvahall, chłopaka z opresji ratuje miejscowy bajarz Brom który okazuje się byc agentem Vardenów, buntowników nienawidzących Galbatorixa. Eragon postanawia do nich dołączyć.
O książce: "Jeszcze niedawno, Eragon, Smoczy jeździec, był biednym synem farmera, a jego smoczyca Saphira, jedynie błękitnym kamieniem w lesie. Długie miesiące treningów i bitew przyniosły zwycięstwa i nadzieję, ale także wielkie straty. Mimo to, najważniejsza bitwa ciągle przed nimi: czeka ich ostateczna rozgrywka z Galbatoriksem. Kiedy to już nastąpi, będą musieli być wystarczająco silni, aby go pokonać. Bo jeśli nie oni, nikt nie podoła temu zadaniu. Nie będzie też drugiej szansy. Smok i jego jeździec zaszli dalej niż ktokolwiek mógł przypuszczać, ale czy uda się im obalić złego króla i przywrócić sprawiedliwość w Alagaësii. I jeśli nawet, to za jaką cenę? Nadzwyczajne uwieńczenie bestsellerowego cyklu Dziedzictwo. Najbardziej oczekiwana książka roku. "
Fabuła opowiada o wydarzeniach dziejących się zaraz po ty które zakończyły "Dziedzictwo Tom I", książka rozpoczyna się rozdziałami poświęconymi Nasuadzie oraz jej rozmowach z Galbatorixem, akcja płynnie przechodzi pomiędzy trzema postaciami czyli, Eragonem, Nasuadą i Roranem, dzięki temu widzimy rózne wydarzenia dziejące się w tym samym czasie jak również poznajemy poglądy bohaterów na konkretne sprawy. Powieść spełniła moje wymagania, wyjaśniła większość wątków w tym słynny wątek skały kuthian, opis pobytu Eragona na Vroengardzie jest bardzo dobry a opis zdobywania Ilirei obfituje w wiele akcji dzięki czemu można naprawdę wczuć się w czytaną opowieść...
Bohaterowie w tej powieści są świetnie wykreowani i pełni życia co sprawia że bardzo łatwo jest czytelnikowi utożsamić się z nimi oraz przeżyć przygody razem z Eragonem, Aryą i Saphirą. Czarne charaktery też są świetnie przedstawione a walki pomiędzy dobrem a złem są zjawiskowe i oszałamiające.
Polubiłem też rozdziały poświęcone Nasuadzie i Roranowi gdyż pokazują dwie odmienne postacie o stalowych charakterach z których każda toczy własną batalię, w przypadku Rorana jest to batalia miecza, a w przypadku Nasuady batalia umysłu...
Język powieści jest typowo młodzieżowy co ułatwia znacznie odbiór tekstu i pozwała cieszyć się lekturą i przygodami bohaterów bez zbędnego bólu głowy i wyszukiwania co trudniejszych słów w słowniku;)
Na okładce jak zwykle znajduje się smok tym razem zielony co automatycznie nasuwa czytelnikom znającym serię skojarzenie z ostatnim istniejącym smoczym jajem które też jest zielone, jednak liczyłem ze okładka będzie choć zmieniona kolorystycznie by odróżniała się od tomu pierwszego, tak się jednak nie stało co zmusza niestety do czytania napisów na okładce:)
Podsumowując "Dziedzictwo Tom 1" mogę polecić każdemu kto szuka dobrej rozrywki i ciekawej historii która pomoże mu uwolnić się od codzienności;)
Fabuła: 10/10
Bohaterowie: 10+/10
Język: 10/10
Okładka: 8/10
Moja Ocena: 10-/10
Zniecierpliwiona czekałam na drugą połówkę ostatniej księgi. Prawie czterysta stron przeczytałam za jednym zamachem, ostatnich kilkadziesiąt zostawiając na kolejny dzień. Było kilka faktów, które mi się nie spodobały, ale reszta? Bardzo mi się spodobała.
Zaczynając od początku: Eragon wraz z Saphirą i Gleadrem wyruszyli na morze w poszukiwaniu Vroengardu, gdzie znajduje się Skała Kuthian. Otwierają Kryptę Dusz, gdzie znajdują to o czym nawet nie śmieli marzyć... Uzbrojeni w nową wiedzę i nowe nadzieje powracają do Vardenów, w samą porę na oblężenie Urubaenu. I ostateczną walkę z Galabatorixem.
W międzyczasie przenosimy się też do Nasuady. Porwana pod koniec pierwszej części, przetrzymywana w lochu w zamku Galbatorixa, jest torturowana i namawiana do przejścia na stronę wroga. O dziwo, znajduje tam sojusznika...
Ta część książki skupia się na wyprawie Ergona, a potem bitwie w Urubaenie i walce z samym królem. Mnie król nie rozczarował, ani potyczka z nim. Potyczka to dobre określenie, bo tak naprawdę przez większość czasu Eragon ani żaden jego towarzysz nie był w stanie nic mu zrobić. Do czasu.
To co mnie zaskoczyło, to to, że po pokonaniu króla (to chyba żadne zaskoczenie, żeby o tym nie pisać?) zostało jeszcze wiele stron, gdzie Paolini pokazał nam jak Vardeni odbudowują państwo, tworzą nowe zasady, radzą sobie po trudach wojny. Autor postarał się objaśnić większość zagadek, które postawił, choć nie każdą. Zwykle zakończenia mają to do siebie, że czytelnik sam się musi domyślać, "co się mogło stać dalej". Tutaj było inaczej (nie mówię o wyprawie za morze).
Zakończenie... Muszę przyznać - inspirowane Tolkienem aż zanadto. Ta decyzja mi się nie spodobała, a przynajmniej ta część "Nigdy nie wrócimy". Relacja z Aryą - też jestem zła. Pewna rasa Jeźdźcami? Nie wiem, co Paolini sobie myślał, podejmując taką decyzję. Ale reszta? To co się stało z Murtaghiem, zielonym smokiem na okładce, Nasudą - jestem zadowolona. Ten koniec nie był zły, bardziej nie do końca przemyślany.
Ale z powodu zakończenia głupotą jest skreślać całą serię jak to niektórzy czynią. Seria dostarczyła mi kilku lat zabawy, mile spędzonych chwil, roztrząsania tajemnic. Wędrowałam Eragonem i Saphirą, z nimi poznawałam Alagaesię, obserwowałam jak chłopak z rolnika zmienia się prawdziwego Jeźdźca, godnego swego dziedzictwa. I nawet jeśli czasem Paolini wybierał rozwiązania zbyt oczywiste - i tak seria jest jedną z moich ulubionych.
Wreszcie nadszedł ten wyczekiwany koniec końców. Zakończenie mojej ukochanej serii, część w której wszystko się stanie, wszystko to co ciągnęło się przez pozostałe cztery części. Niestety po raz ostatni zanurzyłam się w krainę Alagaesii. Ciekawi? To zapraszam.
Po zdobyciu Dras-Leony Eragon, Saphira i Glaedr wyruszają do Krypty Dusz w której zgodnie z przepowiednią kotołaka Solembuma mają szukać pomocy. Jednak nie jest to bezpieczne wyjście, ponieważ po porwaniu Nasuady Eragon zostaje nowym przywódcą Vardenów. Co tam znajdzie
(w Krypcie Dusz), tego nie zdradzę, ale jak dla mnie to był niezły szok! Nasuada znajduje się w Urubaenie i jest torturowana przez niby szalonego Galbatorixa, bo jak dla mnie to on nie był szalony i okrutny tylko nudny i próżny. Pocieszenie dziewczyna znajduje w na prawdę intrygującej postaci czyli Murtaghu.
No więc powiem tak: spodziewałam się czegoś o niebo lepszego, no bo to przecież uwieńczenie cyklu. Poniekąd się zawiodłam, ale jednak magia była. Sporo zawodu mnie spotkało przy mojej ukochanej Angeli, Paolini nic o niej nie wspomniał! Nie było żadnych wzmianek o jej przeszłości, nic, a nic ;( Pojawiła się w dwóch scenach...nie no może w trzech. Kolejny zawód był w postaci "szalonego króla" liczyłam na to, że on jest na prawdę niespełna rozumu. Następnie Roran, całe dnie spędzałam na wymyślaniu tortur dla tego bohatera. A on cóż przepraszam, że zaspojleruję wyszedł bez szwanku ;( Końcowa bitwa miała swój urok, lecz na niej także się zawiodłam, no i największy minus Arya. Nic więcej nie napiszę aby nie spojlerować, przeczytacie, zobaczycie.
Teraz może o plusach. Nie było ich za wiele, ale jednak. Pierwszy z nich to Krypta Dusz. Niezły szok, aż krzyknęłam: "o matko!". Kolejny to wyjaśnienie zagadki w postaci zielonego smoka Następnie, bardzo podobał mi się słowniczek, ale gdzie jest mapa ja się pytam!? Mimo, że przez większość książki kompletnie nic się nie działo to jednak wkraczając do Alagaesii nie miałam zamiaru jej opuszczać. Pobeczałam się na końcu, mówicie co chcecie ostatnio ryczę coraz częściej. Dopiero po zakonczeniu dotarło do mnie, że to już koniec. Koniec przgód Eragona i Saphiry, koniec czekania na kolejne częsci, po prostu koniec końców.
ps. Pocieszeniem jest fakt, że w podziękowaniach Paolini pisze, że być może wróci kiedyś do przygód Eragona, bo zakończenie było...sami zobaczcie ;)
!!UWAGA SPOILERY!!
Jedyne, co czuję,po lekturze angielskiej wersji dziedzictwa to rozczarowanie. Mam wrażenie, że autor zepsuł wszystkie możliwe wątki jakie tylko mógł zepsuć. Niewątpliwie cechą całej serii była "konwencja cukierkowego fantasy". Wszystko tutaj było naiwne, zło i dobro było silnie zarysowane, w zasadzie nie występowały pomiędzy nimi żadne półcienie.
Skoro tak, to nie rozumiem, dlaczego autor na samym końcu "wysilił się" żeby złamać tę konwencję. Dodam, że efekty tego wysiłku są co najmniej marne. W zasadzie nigdy wcześniej, w żadnej książce nie widziałem zakończenia tak bardzo nietrzymającego się kupy. Eragon, poświęcający miłość swojego życia dla jakiegoś wydumanego na poczekaniu obowiązku....
Autorowi naprawdę pomyliły się chyba gatunki, w których tworzy. Wydawca powinien był mu przypomnieć, że nie pisze melodramatów, tylko powieści mieszczące się w nurcie heroic fantasy.
Po za tym jakże badziewnym zakończeniem wątku "miłosnego" (w zasadzie jakiego miłosnego... jeśli ta quasi relacja miłosna z Aryą miała być spełnieniem przepowiedni z pierwszego tomu, to targetem tej książki są chyba przedszkolaki,) autor spartolił także motyw krypty dusz. Bardziej oczywistego rozwiązania zagadki krypty być nie mogło. To była chyba najczęściej przewijająca się koncepcja na różnych forach fanowskich tejże serii. A przecież autor obiecywał złote góry...
Nie rozumiem także po co autorowi sztuczna racjonalizacja. Na miłość boską, przecież to jest powieść fantasy, takie powieści wręcz wymagają rąbka tajemnicy. Autor niestety odziera z niej niemal wszystko, włącznie z ciekawym wątkiem przemiany z Najstarszego.
Oprócz tego jest jeszcze wiele irytujących rzeczy: Roran Młotoręki pokonujący kogoś z kim nie mógł sobie poradzić najsilniejszy elf(!!!!),sposób w jaki został zabity Shruikan i wiele innych.
Serię zacząłem czytać w podstawówce i wtedy mnie urzekła. Dalej miło wspominam pierwsze 2 tomy. Ale to co autor zrobił w ostatnim to jest po prostu zwyczajne przegięcie. Ode mnie 1/10.
Moja opinia z tomu pierwszego ostatniej części dotyczy całości Dziedzictwa, tak więc postanowiłam ją tu wkleić. Bo i to jeszcze jeden minus: Dziedzictwo było dłuższe od Brisingr o ledwie 80 stron w wydaniu angielskojęzycznym. Raz jeszcze marketing z butami wpakował się do portfeli polskich czytelników!
Cóż, miałam okazję dorwać się do angielskiej wersji i na temat tejże będę się wypowiadać.
Nie podobała mi się ostatnia część serii. Być może Paolini zbytnio nasłuchał się o wspaniałości słodko-gorzkich zakończeń, ale w Inheritance stanowczo przestrzelił z elementami gorzkimi, w zasadzie psując mi opinię o całej jego serii.
Przykro mi, ale jestem zdania, że skoro w naszym życiu i tak szczęśliwych zakończeń szukamy z lupą, to po co walić czytelnika po głowie kamieniem, przy okazji kompletnie łamiąc dotąd znajome charaktery i osobowości postaci?
Duża część postaci zaczyna podejmować sprzeczne decyzje, czasem decyzje, które nie mają nic wspólnego z logiką, i kompletnie nie pasują do tego, co już o nich wiemy.
I na domiar złego, Paolini chyba odkrył inwersję w tym tomie. Niby pisze z perspektywy jakiegoś bohatera, podając jego myśli i jego obserwacje, ale robi to takim językiem, że czasami ma się wrażenie, że wzięło się do poczytania jakiś niezykle formalny podręcznik.
Warto wspomnieć też, że Paolini zaskoczył tam, gdzie nie chcielibyśmy zostać zaskoczeni, i był przewidywalny tam, gdzie w zasadzie mógł to zrobić ciekawiej. A patrzący na nas z okładki zielony smok? Pojawia się na chyba 100 stron. I ma jedną wypowiedź. Jest chyba najbardziej bezużytecznym teoretycznie-głównym-ale-nic-nie-robiącym bohaterem, jakiego w życiu spotkałam.
Podsumowując, prawdopodobnie straciłam większość szacunku, jakim dotąd darzyłam tego młodego pisarza.
Łza spłynęła mi ukradkiem po policzku, gdy przeczytałam "koniec". Koniec Eragona, Dziedzictwa? Straszne.
Ostatnia część cyklu. Nie mogłam się oderwać od tej książki, wszystko inne przestało się liczyć. Paolini wciąż umiejętnie kreuje postacie bohaterów, bawi dialogami. A także wprowadza dreszczyk emocji i zaskoczenia. Ale mimo to od chwili go przeczytałam książkę czuje jakąś straszną pustkę.
Po pierwsze zgładzenie Galbatroixa było- powiedzmy szczerze- strasznie lapidarne. Przez te trzy tomy przygotowywano nas do czegoś nieziemskiego, nadzwyczajnego, czegoś, co nas powali na kolana! A tu co? Władca imperium ginie przebity mieczem. Po prostu. Może to też był sposób na zakończenie,może Paolini chciał, żeby WŁAŚNIE tak było. Co nie zmienia faktu, że po przeczytaniu tego rozdziału myślałam:"Że co? Że to niby już?"
Dalej. Dręczy mnie pytanie- co się stało z Murthagiem? Co z nim i Nasuadą? Co z Angelą? Ach, wiele wątków nierozwiniętych, niewyjaśnionych.(I niepotrzebnych- cóż to za kobieta,która pod koniec tnie Rorana w rękę? Przepraszam z góry, ale jej nie pamiętam, było to kompletne zaskoczenie. Skąd ona w ogóle się wzięła??)W każdym razie pojawia się iskierka nadziei że Paolini wróci do Algeasii jeszcze kiedyś ;)
Książka mi się bardzo podobała. Ale czytając, miałam wrażenie że autor jest już strasznie zmęczony jej pisaniem. Jakby na siłę chciał to dokończyć i zostawić. W sumie mu się nie dziwię. To co miało być trylogią okazało się 4-tomowym (lub 5!) cyklem.
Tak czy inaczej chylę czoła przed Paolinim, że stworzył coś takiego! Będę za nimi tęsknić!

Selkar
Albertus
Zinamon
Matras
Empik
Weltbild



