Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Takeshi. Cień Śmierci

Cykl: Takeshi (tom 1) | Seria: Fantastyczna Fabryka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
7,02 (795 ocen i 114 opinii) Zobacz oceny
10
50
9
80
8
166
7
245
6
144
5
56
4
21
3
24
2
5
1
4
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788375747270
liczba stron
460
język
polski
dodał
aspolski

Sztuka walki – najważniejsza ze sztuk? Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem. Mroczny cień śmierci wyłania się z każdą chwilą, niespodziewanie. Samotna wędrówka gościńcem i krótki wypad do karczmy w sekundę może odwrócić porządek świata. I tylko jeden człowiek potrafi zachować spokój. Nawet w trakcie ostatecznej próby. Walki o życie ze wściekłą jak wulkan psychopatyczną Mariko. Porywające,...

Sztuka walki – najważniejsza ze sztuk?

Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem. Mroczny cień śmierci wyłania się z każdą chwilą, niespodziewanie.

Samotna wędrówka gościńcem i krótki wypad do karczmy w sekundę może odwrócić porządek świata. I tylko jeden człowiek potrafi zachować spokój. Nawet w trakcie ostatecznej próby. Walki o życie ze wściekłą jak wulkan psychopatyczną Mariko.

Porywające, pełne intryg starcie klanów podkreślone szkarłatnym cięciem katany.

Kadr wycięty z Kill Bill’a .

 

źródło opisu: http://fabrykaslow.com.pl/zapowiedzi/takeshi-cien-smierci

źródło okładki: https://www.facebook.com/fabryka

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 145
Linoskoczek | 2014-11-25
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 25 listopada 2014

Za dużo narratora.
Początkowa scena. Jatka na gościńcu. Bandyci kontra ofiara. Tzn. potencjalna ofiara, która stokroć bardziej zabójcza. Co Autorka zdradza przed. Zabija dramatyzm. Nie ratuje go przybliżaniem łotrów, jaki to sposób znamy chociażby z „Iliady”, gdzie każdy zamordowany miał imię i historię. Kossakowska końcowy efekt niszczy opisem zielonych oczu.
Dalej tych zielonych oczu bardzo wiele. Nieznajomy takie ma. Ponadto jego refleksje nad przemijaniem, kiedy ogląda na przykład zachód słońca.
No i mnóstwo antycypacji, czyli bezbłędnych ocen dotyczących tego kto kim jest. Ci bohaterowie to geniusze albo telepaci. Lub wszechwiedzący bogowie. No, może przesadzam, ale spory naddatek Paulów Muad’dibów.

Stanowczo wymiękłem podczas porównania ironicznego, drwiącego uśmiechu, wedle Autorki, ostrego niczym sztylet tanto. Czemu nie krótki miecz wakizashi? Albo długi, arystokratyczny tachi? Czy też wszędzie opiewana katana? Głownie takie same. Sztychy podobne. Nie wiedziałem dotąd, że tanto ostrzejsze. W tej książce zapoznaję się z niezwykłymi treściami.
Aż żołądek staje dęba, parafrazując stylistykę Autorki – jak ogier nieokiełznany.
No i pewna konfuzja geograficzna mi się przytrafiła. Bandyci mieli napaść na typka idącego do wioski, tego zmierzającego do dworu pozostawiając w spokoju. A tu we wsi obcy pyta o drogę do gospody lub dworu. To gdzie ten dwór? Obok wsi, za wsią, dwie drogi do niego?
Nie mogłaby Autorka jaśniej, bo skoro on przez wioskę do dworu chce iść, to czemu bandyci taki wybór sobie dawali? Coś tu pokręcone.

Mamy opis jak bandyta gapi się na „wysoką, szczupłą postać nieznajomego”. Naprawdę? Prędzej by go określał mianem: gnoja lub sukinsyna. Jak już Autorka włazi bohaterowi do głowy, to niech w prostaku nie szuka subtelności, gdy temu mord się nie udaje. Prostak, wierzę, że mógłby być subtelny, jakby przelał rzekę krwi. O tak, wtedy, owszem.

Ale do rzeczy, zielonooki (określenie powtarzane po wielekroć) główny bohater to Artysta, ludzie których spotyka to w większości durnie. Ale my wiemy, że Artysta to gość co się zowie, zabija ze smutkiem w zielonych oczach, a przebiegły jest tak bardzo, że okpi każdego tępego kmiotka, jakiego przed nim postawi Autorka. Że to trochę dziwne zestawienie raz smutek po urezanym obwiesiu, a raz radocha, że wieśniak oszwabiony? Czy ja twierdzę, że to logiczne? Ależ nie, tylko się dziwię, jak się dziwiłem tej osławionej ostrości sztyletu tanto.

To wszystko sprawia wrażenie pisania na łapu capu, a przecież czytamy, że Autorka jest bardzo sumienna i nie dość, że dzięki archeologii zyskała zdolność do snucia opowieści (bo to archeologia ma ułatwiać, według notki o Autorce), to jeszcze jest przykładem dokładności i wszystko sobie starannie rozpisuje.
Jakoś odnoszę odmienne wrażenie.
Niechlujstwa.
Nie mówiąc o typowości.
Bohater musi zaszlachtować na wstępie kilku obwiesiów. Trzech, jak wiedźmin. Tam ma to sens, choć nawet przed trzydziestoma laty sposób nie trącił świeżością, ale niech tam. Byle klimat został zbudowany.
Nie są jednak jego fundamentem obrazki wywlekanych flaków i błyskanie zielonymi oczyma.
To maniera po stokroć zużyta. Boleśnie przewidywalna, na dodatek bez smaku doprawiona tymi zielonymi oczyma i ckliwym obrazkiem zachodzącego słońca. Nie mówiąc o refleksjach Artysty. A te, niestety, pojawiają się.

Czyli na samym początku nieudolnie rozrysowana scenka.

Nie będę jednak znęcał się nad fabułą. Jak kto chce, niech sobie sam ją poznaje. Garść moich przemyśleń o całości.

Świat. Niby Japonia, a gadki jak małomiasteczkowej bandyterki z Polski. Japończycy, co widać po filmach Kurosawy, ci wzorowani na historycznych, posługują się językiem prostym, a zarazem finezyjnym, nie stroniąc, ba, lubując się w symbolach. Tak też ukazywani. Łatwo tę specyfikę widać w finałowej scenie „Ame Agaru”, kiedy bohater idzie wolno, podziwiając widoki, a pędzący konno magnat dogonić go nie może.
Autorka stylizuje świat na Japonię. Przyznam, że mnie to rozbawiło, bo to tak, jakby ateista tłumaczył chrześcijaninowi na czym wiara polega. Autorka jest nasza, krew nasza i kość, więc zabieg jakiego dokonuje szalony. Fascynacja obcą kulturą nie daje od razu umiejętności zgrabnego halsowania po jej meandrach. Kossakowska podejmuje ogromne ryzyko, a po popełnianych wpadkach widać, ze zgubne. Nie lepiej by oparła się na naszym rodzimym buractwie? Przecież ci jej chłopi ze wsi sielskiej, wesołej japońskiej to jak nasi matołkowie. Kudy Jej wybierać się do kraju zachodzącego słońca, skoro w przedstawieniu dostajemy jednakże nasz?

Autorka zdecydowanie przesadza z obserwacjami bohaterów, którzy aż nazbyt wnikliwie charakteryzują swych pobratymców. Lepiej (o wiele!) by uczyniła gdyby to czytelnik sam sobie ich rozpoznawał. A nawet gdyby nie potrafił, to brak tych pseudogłębokich analiz nie uświadamiałby odbiorcy, że te serwowane charakterystyki są po prostu wydumane.

Mnóstwo usterek językowych.
Na przykład zdanie: „A Ryuyjiu jest nie tylko dobry, lecz wybitny”. Forma „nie tylko, lecz” zręczniejsza w przypadku określeń „mieć”, „posiadać”. Czyli np. „ Ma nie tylko wiedzę, lecz także rozum”. Albo czasowników typu „zobaczył”. „Zobaczył nie tylko oczyma, lecz także sercem” itp. W przypadku czasownika „być” lepsze byłoby zdanie: „A Ryujiu jest nie tyle dobry, co wybitny”.
Albo zdanie: „Smokowi wyraźnie przypadło do gustu korne powitanie, bo uśmiechnął się lekko z satysfakcją”. Albo lekko, albo z satysfakcją, a jeśli już łączymy „lekko” z „satysfakcją” to o wiele lepiej w figurze „uśmiechnął się z udawaną lekkością, naprawdę z satysfakcją” czy też podobnie. Niby głupstewka, ale niezręczności dowodzące niestarannego wykonania.

Autorka stara się przybliżać Japonię. Co ja widzę? Że ta odmienność polega na spotęgowanej krzykliwości. Zdawało się, że Japończycy różnią się nieco głębiej. Na przykład tym, że są kolektywni. Tu mamy jedną deklarację tego typu, a i tak niewiarygodną
Warto sobie zadać pytanie: jacy my jesteśmy? Nakierowani na sukces osobisty. A oni? Zespołowy. Triumfują jako grupa, w ich przypadku zajmowane miejsce jest równoznaczne z obowiązkami. Takie postaci jak Mariko, Takeshi, Haru to nasi współobywatele, w gruncie rzeczy poza warstwą zewnętrzną nie różniący się od nas. Czy tacy są Japończycy, ta naprawdę dziwna nacja?
Tak naprawdę nie ma to znaczenia.
Ale lepiej dla książki by się od nas różnili nie tylko pozorami, bo tak ciekawiej. Spotkanie z czymś prawdziwie obcym lepsze od udawanego obcego, słowem: rzeczywista postać bardziej zajmująca od przebieranki.

Kossakowska to nie Tarantino, który swym bohaterem czyni kogoś z naszego kręgu kulturowego, to mamusia mścicielka. Trzeba zauważyć, że szefem Yakuzy zostaje nie Japonka, a mieszaniec chińsko – amerykański. Japończycy w „Kill Bill” czują urazę, zniewagę, to hańba dla ich tradycji. Japończycy wpisują się w coś większego. Kossakowska nie do końca, a raczej słabo to czuje. Próbuje i pudłuje. Jej bohaterowie zanadto są nasi.
Poza tym to postacie jednowymiarowe, napędzane jedną potrzebą. Np. Etsuke – zadawaniem bólu, Mariko – szermierką itp.

Narrator nazbyt często podsumowuje wydarzenia lub zdradza przyszłe, jest aż nazbyt aktywny, jakby był jednym z bohaterów.
Pojawiające się ważne kwestie – np. sprawa lojalności, w rozmowie pani Fumiko i Takeshiego to okładanie się sloganami.

Jak wcześniej napisałem tym rozkrzyczanym bohaterom Autorka nazbyt chętnie zagląda do głowy. To nieciekawe. Bo czego się dowiadujemy? Taka Mariko – tylko piękno zabijania oby mieczem, Etsuke – dręczenia, Haru – że księżniczka, Fumiko pielęgnuje żal do Takeshiego, że się do niej przez lata nie odzywał. On nie jest pewien jej uczuć. Nie rozmawiają ze sobą jak dorośli, by wyjaśnić nieporozumienia. Nie ufają sobie, a poczucie wspólnoty bez zaufania nie istnieje. W przywołanym „Ame Agaru” żona twardo staje po stronie męża, to kwestia lojalności. U Kossakowskiej pogubienie.
Jak i zachowanie zdradzonych adeptów Zakonu Ciemnej Wody. Aby nie powinni trzymać się razem jak tacy rozbójnicy od Janosika albo Robin Hooda?
Aha, to nie Japończycy.
Ale w takim nieudanym filmie jak „47 roninów” oni dążą do zachowania wspólnoty.
W „Takeshim” mamy w gruncie rzeczy obraz organizacji z mafijną skłonnością do przemocy (taki jest obraz klanów), a w nich obowiązuje wzajemna lojalność głowy klanu do podwładnych, ona działa w dwie strony. Ale w książce Kossakowskiej tego nie zobaczymy.

By akceptować zdarzenia tej historii musiałbym poczynić pewne założenia. Na wiarę. Tylko, że trochę ich za wiele, a niektóre sprzeczne z logiką.

Jaka jest rola Autora?
Zatrzeć granicę, by odbiorca nie mówił sobie: to nieprawda. Nieudana kreacja sprawia, że trudno uwierzyć w taki świat. Płascy bohaterowie, płytkie motywacje, kulejąca logika, głupie wpadki językowe czy też całkiem nietrafione porównania bardzo taki proces utrudniają.
Wtedy cała praca na nic.
Tej książce przysłużyłoby się staranniejsze dopracowanie, bo niestety ona nie przekonuje, że to co innego niż domalowane dekoracje.
Nie zatraciłem się w tej historii, coraz się od niej odrywałem bez przymusu kontynuowania lektury. To źle.
Trzy gwiazdki.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Już mnie nie oszukasz

Bardzo dobra powieść. Nieprzewidywalna, od początku, az do końca trzyma w napięciu. Świetnie wykreowane postacie, ciekawe wątki, przede wszystkim um...

zgłoś błąd zgłoś błąd