Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , ,

Któż z nas nie zna, choćby fragmentarycznie, ,,Baśni z tysiąca i jednej nocy’’? Będąc dzieckiem, chętnie sięgałam po ,,Przygody Sindbada Żeglarza’’, z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w ,,Ali Babie i czterdziestu zbójcach’’, zaś disneyowską wariację na temat ,,Cudownej lampy Alladyna’’ do teraz uznaję za jedną z najwspanialszych bajek tamtego okresu.

Po pacholęcym zachwycie pozostało jednak tylko miłe wspomnienie. To, co wówczas jawiło się jako magiczne baśnie – nieszkodliwe bajania, przepełnione czarami i egzotycznymi przygodami – przeistoczyło się w iście mroczne przypowieści o zdradzie, zemście i miłości. Przesycone brutalnością, okrucieństwem oraz jednoznacznym erotyzmem utwory nie tylko odsłoniły swe prawdziwe – jakże zaskakujące! – oblicze, ale także nakreśliły problematykę, która dotyczyła ich publikacji na przestrzeni wieków.

Wszak ściśle zamknięte, niemal hermetyczne społeczeństwo europejskie, wyposażane w szereg restrykcyjnych norm, w żadnym razie nie było gotowe na przyjęcie równie gorszącego dzieła – dzieła jawnie naruszającego tę sztywną obyczajowość. Pierwsze, fragmentaryczne przekłady ,,Księgi tysiąca i jednej nocy’’ pojawiają się więc w okolicach XVII wieku (także w Polsce) i oczywiście, już wtedy zostają ocenzurowane; oddają co prawda ich ogólny charakter, lecz skwapliwie pomijają wszelkie aspekty mające negatywny wpływ na pruderyjną opinię publiczną. W sto lat później brytyjski podróżnik i prozaik, sir Richard Burton, oczarowany literackim bogactwem Bliskiego Wschodu, decyduje się na przekład oryginału, nie pozbawiwszy go żadnych z owych prowokacyjnych elementów. Tłumaczenie Burtona – przez wzgląd na liczne kontrowersje związane z przedstawieniem śmiałych scen – wzbudza rozgłos. Pełen zbiór, który liczy sobie dziesięć opasłych tomów, ostatecznie zostaje wcielony do prywatnej kolekcji i udostępniany jedynie na specjalne życzenie czytelników.

Polskie wersje pojawiają się równie wcześnie, na przestrzeni lat opracowywane przez rozmaitych artystów – między innymi Bolesława Leśmiana czy Kornela Makuszyńskiego. Wygładzone, wolne od drastycznych i dwuznacznych szczegółów, trafiają w ręce dzieci. Tak zresztą będą kojarzone: jako bajki dla najmłodszych. Jednak za sprawą ,,Arabskich nocy’’ – pierwszej uaktualnionej publikacji – współczesny odbiorca ma szansę nie tyle wniknąć w świat mistycznych opowieści, co przybliżyć sobie nieco orientalną kulturę i zasmakować jej wyjątkowego kolorytu.

Na kanwie historii o sułtanie Szachrijarze i jego świeżo poślubionej małżonce Szeherezadzie, poznajemy ponad trzydzieści niezwykłych tekstów, zawierających przestrogi, nauki, tradycyjne ludowe mądrości; część z nich przybiera formę krótkich, zabawnych anegdotek, część natomiast to utwory o stricte rozrywkowym wydźwięku – oscylujące wokół misternych intryg, miłosnych uniesień czy krwawych pojedynków na śmierć i życie. Te ostatnie zresztą, nader często przewijają się jako ich główne motywy.

W centralnej części – co może szczególnie zaskakiwać – stawia się kobietę i czyni zeń sprawczynię wszystkich możliwych nieszczęść oraz niepowodzeń. Obraz niewiasty - pięknej, przebiegłej, bezwzględnej, a przy tym i erotycznie rozbuchanej – kreśli się jednoznacznie. To kusicielka i uwodzicielka, z rozmysłem wykorzystująca mężczyzn do swych własnych celów, ślepa na ich zgubę, gotowa złożyć ofiarę w zamian za pozyskanie materialnego dobra czy zaspokojenie cielesnych uciech. Narratorzy ,,Arabskich nocy’’ bezlitośnie obnażają tę drapieżną i występną stronę kobiecej natury, tworząc w kontrze do niej jej zupełne przeciwieństwo. Mądra, wierna, czuła żona (albo kochanka), absolutnie poddana mężowi, jemu lojalna, gotowa do poświęceń, przyjęcia właściwej roli, stanowi wzorzec godny najwyższego szacunku. Dążenie do ideału jest więc niejako pretekstem, aby wysnuć kilkanaście osobliwych tekstów.

Te z kolei, przepełnione orientalną mitologią, intrygują i wabią. Bo czego tu nie ma! Bogactwo utworów pozostaje nieprzebrane – złe duchy, psotne dżiny, niesamowite podróże, przepych miast i złotych pałaców, potężni sułtanowie, przebiegli wezyrowie, urodziwe księżniczki… Mnogość elementów oraz postaci przyprawia niemal o zawrót głowy, ale stanowi nieodzowną część owych fantastycznych historii. Historii hipnotycznych, tajemniczych, niesamowitych, a mimo to – nadal ponadczasowych. W każdej z nich, tak jak to bywa w przypadku legend i bajań 😉, tkwi ziarenko prawdy: piękno i okrucieństwo są integralną częścią naszego świata.

Któż z nas nie zna, choćby fragmentarycznie, ,,Baśni z tysiąca i jednej nocy’’? Będąc dzieckiem, chętnie sięgałam po ,,Przygody Sindbada Żeglarza’’, z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w ,,Ali Babie i czterdziestu zbójcach’’, zaś disneyowską wariację na temat ,,Cudownej lampy Alladyna’’ do teraz uznaję za jedną z najwspanialszych bajek tamtego okresu.

Po pacholęcym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ośmioletnia Bella bardzo kocha swoich rodziców. Mamusia i Tatusiek są dla niej całym światem.
Ale Bella ma jeden, malutki sekret. Sekret, o którym wie tylko ona... i mamusia.

Nie, nie ta prawdziwa mamusia. Ta druga.
Ta, która mieszka w szafie i czasem – kiedy nikt nie patrzy – wychodzi, żeby się pobawić.

Jest fajnie, dopóki Druga Mamusia nie zaczyna pytać, czy Bella wpuści ją do swojego serduszka.
Dziewczynka odmawia – a wtedy Druga Mamusia staje się coraz bardziej zła. I zła. I zła.
Bella czuje, że wkrótce wydarzy się coś naprawdę strasznego. I wie, że musi temu zapobiec.

Bo kocha Mamusię i Tatuśka.

****

Motyw nawiedzonych domostw w literaturze grozy przewija się niemalże od momentu jej rozkwitu – począwszy od klasycznych gotyckich romansów, skończywszy na utworach osadzonych we współczesności. Nie dziwi ta zależność, biorąc pod uwagę atrakcyjność samego gatunku, jak i jego doskonałe wpasowanie w element upiornych przestrzeni. Opuszczony, zaniedbany budynek z mnóstwem ciemnych zakamarków, mrocznych zaułków i zakurzonych pokoi, już i tak dostatecznie pobudza wyobraźnię; ale jeśli dodać do tego jeszcze wątek paranormalny - to w istocie – powstaje pretekst do stworzenia wyjątkowo barwnej opowieści.

Josh Malerman postanowił osadzić swoją historię na kanwie zbliżonego pomysłu. Aspekt nadprzyrodzony w książce pojawia się oczywiście we wstępie, a dom – choć jest rzeczywiście zamieszkany przez odrażającą kreaturę – nie do końca stanowi kalkę podobnych obiektów. Właściwie nieco odbiega od schematu snujących się zjaw i hałasujących pokątnie umrzyków; straszy, lecz w zupełnie innej konwencji. W sposób bardziej wyważony, subtelny, nieskomplikowany, a jednocześnie plastyczny, bo mocno bazujący na uczucie niepokoju, strachu oraz powolnie wzrastającego napięcia.

Perspektywa Belli – ośmioletniej dziewczynki, córeczki ukochanych rodziców, odkrywającą nieznaną dotąd i trudną filozofię dorosłych – okazuje się doskonałą w swojej prostocie i bezpośrednim przekazie. Świat widziany oczami dziecka, uważanego obserwatora rzeczywistości, przefiltrowany przez szczere, absolutnie niewinne spojrzenie na otaczających je ludzi, stanowi jednoznaczny klucz do całej powieści. To genialne posunięcie – nowatorskie i niekonwencjonalne – otwiera furtkę wobec równie zaskakującego finału.

Nie ma tu miejsca ani na wybuchy, ani fajerwerki, tym bardziej na krwawą jatkę; wszystko rozgrywa się bowiem na poziomie samoświadomości i psychologii. Reszta natomiast… Pozostanie głęboko skrytym koszmarem.

Ośmioletnia Bella bardzo kocha swoich rodziców. Mamusia i Tatusiek są dla niej całym światem.
Ale Bella ma jeden, malutki sekret. Sekret, o którym wie tylko ona... i mamusia.

Nie, nie ta prawdziwa mamusia. Ta druga.
Ta, która mieszka w szafie i czasem – kiedy nikt nie patrzy – wychodzi, żeby się pobawić.

Jest fajnie, dopóki Druga Mamusia nie zaczyna pytać, czy Bella...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Życie Eustacii Rose nie będzie – jak mogłoby sugerować nazwisko – usłane różami.

Rok po śmierci ukochanego ojca Eustacia znalazła się w miejscu, które trudno uznać za szczęśliwe, a pogrzebana kariera akademicka nie poprawia sytuacji.
Samotna i wycofana profesor Rose wiedzie niemal pustelniczy żywot, poświęcając się jedynej pasji, jaka jej jeszcze pozostała – badaniom nad śmiertelnie niebezpiecznymi okazami roślin. Toksykologia to największa miłość kobiety, więc nielegalny ogród, uprawiany na dachu budynku, stanowi istne laboratorium botaniczne, gdzie przeprowadzane są eksperymenty oraz… wnikliwe obserwacje najbliższego sąsiedztwa.
Pewnego wieczoru, podczas rutynowego obchodu, Eustacia dostrzega coś niepokojącego. Mieszkająca naprzeciwko – piękna i intrygująca Simone – zostaje porwana. Profesor Rose, przejęta losem tajemniczej dziewczyny, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć osobiste śledztwo. Niestety, sytuacja się komplikuje. Dochodzi do morderstwa, z prywatnej kolekcji kobiety ginie jedna z trujących roślin, a ona sama znajduje się w bardzo trudnym położeniu. Dociekliwy nadkomisarz Roberts jest przekonany o jej winie.
________________________________________

Nie ukrywam, że hasło „kryminał botaniczny” wywołało we mnie niemałe zainteresowanie. Dawno bowiem nie miałam styczności z czymś, co stroni od gatunkowego schematu, a powieść Jill Johnson zdecydowanie odbiega od wszelkich możliwych, oklepanych konceptów – począwszy od samej intrygi, a skończywszy na głównej bohaterce tego nietypowego dramatu. Bo tak naprawdę, pomimo oczywistej przynależności gatunkowej, historia Eustacii Rose nieco ociera się o obyczaj. W ogólnym rozrachunku nie przeszkadza to wcale (ba – wyśmienicie uzupełnia i ubarwia treść), ale zasadniczo tego wątku pominąć się nie da.

Siłą napędową „Czarciego ziela”, wbrew pozorom, nie będzie więc zagadka zaginięcia tajemniczej Simone, a raczej perypetie związane z jej poszukiwaczką – ekscentryczną, skrajnie wyalienowaną profesorką botaniki, prowadzącą od ponad dwudziestu lat nielegalną uprawę zabójczych roślin na dachu swojego uroczego mieszkanka. Brzmi nietypowo? I rzeczywiście – nietypowo jest.

Jill Johnson, oprócz całkiem zmyślnej intrygi, wykreowała rewelacyjną postać, z którą wręcz nie sposób nie sympatyzować. Eustacia Rose łączy w sobie całe mnóstwo przeciwstawnych cech, wspaniale wyróżniających ją na tle innych bohaterek literackich.
Choć daleko jej do ideału charyzmatycznej, samozwańczej detektywki, nadal jest szalenie atrakcyjną postacią: diablo sprytną, nieprzeciętnie bystrą, inteligentną, obdarzoną doskonałym zmysłem obserwacji, a przy tym… odrobinę niezdarną, nieco nieudolną społecznie, zgryźliwą, zrzędliwą, z ogromnymi pokładami wisielczego humoru i pesymistyczną filozofią życia. Wyobrażacie sobie ją w akcji?

Smaczku dodaje sensacyjny wydźwięk i jeszcze jedna tajemnica, związana z przeszłością profesor Rose. Johnson prowadzi tutaj niejako dwie linie fabularne – w jednej rozgrywa się dochodzenie dotyczące nagłego zniknięcia Simone, w drugiej: coś, co wydarzyło się rok wcześniej i stanowi odpowiedź na aktualne położenie Eustacii.
Taki zabieg to doskonały wabik dla czytelnika. Karty odkrywane są powoli, jednak za sprawą odpowiednio utrzymanego napięcia oraz podrzucanych wskazówek z niesłabnącym zainteresowaniem śledzi się przebieg wydarzeń.
Uników, mylnych tropów, dziwnych powiązań i fałszywych znaków jest sporo – momentami trudno doprawdy dociec, jaki motyw kieruje sprawcą. Lub sprawcami. 😉

Niebagatelną rolę w „Czarcim zielu” odgrywa również wspomniany wątek botaniczny. To nie tylko element dekoracyjny (choć rzeczywiście tworzy wyjątkowo malowniczą inscenizację), ale też bezpośrednia przyczyna całego zamieszania.
Jill Johnson idealnie wykorzystuje ten nietypowy aspekt, osadzając go w samym centrum powieści – wszystko bowiem kręci się wokół roślin i śmiertelnie trujących substancji.

Życie Eustacii Rose nie będzie – jak mogłoby sugerować nazwisko – usłane różami.

Rok po śmierci ukochanego ojca Eustacia znalazła się w miejscu, które trudno uznać za szczęśliwe, a pogrzebana kariera akademicka nie poprawia sytuacji.
Samotna i wycofana profesor Rose wiedzie niemal pustelniczy żywot, poświęcając się jedynej pasji, jaka jej jeszcze pozostała – badaniom nad...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Warsztat Fernandy Melchor charakteryzuje się bezwzględnym naturalizmem oraz surowością języka. Wyzuty z wszelkich możliwych ozdobników i kolorowych upiększeń, ma szansę uwieść swojego odbiorcę właśnie monochromatyzmem barw i prezencją nielukrowanej rzeczywistości. Na próżno doszukiwać się weń radosnych epizodów, fortunnych rozwiązań, a przede wszystkim idyllicznego ‘żyli długo i szczęśliwie’; te w ,,Fałszywym zającu’’ nie pojawiają się w ogóle. Zamiast nich – żywa antyteza szczęścia. To właśnie na niej Melchor opiera trzon swojej powieści, głównym motywem czyniąc zaś wspomnianego zająca – metaforę niekończącej się pogoni za tym, co ułudne i nieuchwytne. Andrik, Zahir, Pachi i Vinicio będą co prawda wytrwale poszukiwać spełnienia, lecz samonakręcająca się spirala przemocy i nienawiści, nie pozwoli im wyrwać się z destrukcyjnej matni. Jakiekolwiek próby – podejmowane niemal z nadludzkim wysiłkiem – będą nieustannie prowadzić do punktu wyjściowego. Widmo dobrostanu, pozornie osiągalnego i dostępnego, rozwieje się z pierwszym większym podmuchem huraganu, ulatując z dala od głębokich pragnień młodych marzycieli. Porzuceni, samotni, niekochani, pozbawieni rodzin, przyjaciół, jakiegokolwiek wsparcia, skazani na ocenę nieprzychylnego im społeczeństwa, rzuceni wprost do paszczy lwa – do biednych, brudnych, niebezpiecznych dzielnic miejskiej dżungli – pozostaną zdani wyłącznie na samych siebie. Nierówna to jednak walka; pojedynek pomiędzy jednostką, a okrutnym systemem musi przecież zakończyć się tylko w jeden możliwy sposób.

,,Fałszywy zając’’ brutalnie rozwiewa miraż bajecznego Meksyku. Gorące promienie słońca rzucają także cienie, w których rozkwita ludzka niegodziwość. Fernanda Melchor pomimo oszczędności słów, kreuje niezwykle sugestywny obraz przytłaczającej rzeczywistości; rzeczywistości pozbawionej choćby krztyny nadziei na lepsze jutro. Festiwal zepsucia, wynaturzenia, zbydlęcania, demoralizacji przewija się niczym w kalejdoskopie, zmieniając jedynie swoje oblicza i perspektywy. Ekspozycja zła w zestawieniu z próbą osiągnięcia podstawowych potrzeb każdego człowieka – zwłaszcza przez bardzo młodych, a już mocno doświadczonych bohaterów powieści – uderza tym mocniej, im większą desperację dostrzega się w postępowaniu każdego z nich.

Warsztat Fernandy Melchor charakteryzuje się bezwzględnym naturalizmem oraz surowością języka. Wyzuty z wszelkich możliwych ozdobników i kolorowych upiększeń, ma szansę uwieść swojego odbiorcę właśnie monochromatyzmem barw i prezencją nielukrowanej rzeczywistości. Na próżno doszukiwać się weń radosnych epizodów, fortunnych rozwiązań, a przede wszystkim idyllicznego ‘żyli...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Idealny horror na lato nie ist... A nie, wróć!

****
Życie Kamila zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy dochodzi do rozwodu jego rodziców. Po trudnym okresie jaki przeżyła cała rodzina, czas na zmiany. Nastolatek wraz ze swoją mamą przeprowadza się do małego miasteczka, w którym mieszka babcia chłopca. Czarny Staw nie jest – w przeciwieństwie do miejskiej aglomeracji – ani trochę rozrywkowy. Wręcz przeciwnie; ta odcięta od świata wioska, z rozległym peerelowskimi pejzażem i przytłaczającą senną atmosferą, przywodzi na myśl relikt uwięziony w dalekiej przeszłości, a nie – jak mogłoby się wydawać – sielską mieścinkę. Wszystko wskazuje więc na to, że nadchodzące wakacje będą najnudniejszym wypoczynkiem, jakiego kiedykolwiek doświadczył Kamil.
Ale, ale… Zupełnie nieoczekiwanie, nastolatek zaprzyjaźnia się z grupką okolicznych dzieciaków, które przeprowadzają skomplikowane śledztwo. Okazuje się bowiem, że Czarny Staw tylko z pozoru jest miejscem nudnym i spokojnym; od lat bowiem, wokół owianego złą sławą stawu, krążą niepokojące legendy oraz fantastyczne pogłoski. Z roku na rok sytuacja się pogarsza – co rusz dochodzi tutaj do różnych tragedii – niewyjaśnione zaginięcia, zgony, dziwne wypadki… Seria niefortunnych zdarzeń się mnoży, Kamil natomiast zaczyna podejrzewać związek pomiędzy przeszłością, tajemnicami skrywanymi przez jego babcię i ludowymi podaniami. Czy chłopiec ma rację?

****
Ach, jaka to była pyszna przygoda! Nostalgiczna, angażująca, pełna wrażeń i emocji! Kartki przewracały się same, a ja – z wypiekami na twarzy – śledziłam losy nastoletnich bohaterów, jednocześnie rozpamiętując swoje własne dziecięce przygody oraz wszystkie te lekturki, które pochłaniałam w burzliwym okresie dorastania. Powieść Roberta Ziębińskiego pomimo oczywistej przynależności do literatury młodzieżowej - jestem przekonana - sprawi frajdę także starszym czytelnikom. Napisana jest bowiem tak sprawnie, tak lekko, komfortowo i przyjemnie, że z pewnością przywoła ducha minionych lat. Nie sposób pominąć więc oczywiste nawiązania do kultowych już tekstów kultury - choćby do kingowskiego ,,To’’, simmonsowskiej ,,Letniej nocy’’ czy ,,Jakiś potwór tu nadchodzi’’ Bradbury’ego – ponieważ echa tychże wybrzmiewają wyraźnie niemalże od początku historii. Są one zresztą znaczącym atutem, wszak Ziębiński wspaniale z owych czerpie; zapożycza tożsame elementy, sięga po doskonale nam znane zabiegi, nie boi się wejścia w schematy i odgórnie przyjęte role, wplata w fabułę nasze rodzime strachy (odwołanie do regionalnego folkloru to strzał w dziesiątkę!). Czyni to jednak z wielkim wdziękiem i urokiem, zaś podobna doza przewidywalności absolutnie nie przeszkadza; raczej stanowi kolejną zaletę ,,Czarnego stawu’’. Również motywy – na pierwszy rzut oka dość jednoznaczne – będą wspaniałym ukłonem w stronę klasyki gatunku. Walka dobra ze złem, nierówne starcie sił, próba ratowania świata (tutaj akurat malutkiej wioseczki), poświęcenie, heroizm, bohaterstwo, ubrane w lekką kreację, składają się - w istocie - na opowieść może i znaną, może i nie nazbyt skomplikowaną, lecz nadal uniwersalną oraz niezwykle poczytną.

Idealny horror na lato nie ist... A nie, wróć!

****
Życie Kamila zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy dochodzi do rozwodu jego rodziców. Po trudnym okresie jaki przeżyła cała rodzina, czas na zmiany. Nastolatek wraz ze swoją mamą przeprowadza się do małego miasteczka, w którym mieszka babcia chłopca. Czarny Staw nie jest – w przeciwieństwie do miejskiej aglomeracji...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ach jakże piękna to była powieść! Wspaniale opowiedziana, w duchu baśni, mitu, folkloru, starych ludowych podań; utkana pieczołowicie, misternie właściwie, bo - chyba nikt tak jak Diane Setterfield – nie potrafi snuć równie malowniczych i sugestywnych historii. Z miejsca zakochałam się w ów na wpół onirycznej, a na wpół poetyckiej gawędzie, która niby rzeka właśnie, meandrowała leniwie pomiędzy losami bohaterów, ocierając się o ich wewnętrzne dramaty.

Ileż tu subtelności, delikatności i taktu! Setterfield słowem operuje doprawdy mistrzowsko, wspaniale oddaje głębię przeżywanych uczuć oraz emocji – jej postaciom nie brak ani charakteru, ani wielowymiarowości. Świetnie łączy różnorakie motywy, ubiera je w rozmaite kreacje, opiera o kanwę mistyki oraz tajemnicy; doprawdy nie sposób oderwać się od zadzierzgniętej nici intryg, mimo że tempo samej fabuły jest niezmienne. Uwaga odbiorcy jednak pozostaje przykuta: czy to za sprawą rozgrywających się wydarzeń, czy absolutnie urokliwych opisów, jakimi autorka raczy czytelnika…

Z mojej strony – absolutny zachwyt!

Ach jakże piękna to była powieść! Wspaniale opowiedziana, w duchu baśni, mitu, folkloru, starych ludowych podań; utkana pieczołowicie, misternie właściwie, bo - chyba nikt tak jak Diane Setterfield – nie potrafi snuć równie malowniczych i sugestywnych historii. Z miejsca zakochałam się w ów na wpół onirycznej, a na wpół poetyckiej gawędzie, która niby rzeka właśnie,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Nie sposób uwierzyć, że ,,Space Invaders’’, ta mikro powieść – a właściwie nowelka – może wzbudzać tyle emocji i prowadzić do tak wielu złożonych przemyśleń oraz refleksji. Historia dorastania w cieniu dyktatury Pinocheta w latach 80. jest głównym tematem fabuły wykreowanej przez Nonę Fernandez, ale jednocześnie stanowi jej tło. Na pierwszym planie autorka osadza bowiem wątek zaginięcia dziewczynki, Estrelli Gonzalez Jepsen, którą po latach wspominają jej szkolni koledzy. Grupka przyjaciół – teraz już dorosłych – przywołuje widmową postać dziecka, patrząc na nią oczami przeszłości; z perspektywy czasu do bohaterów w końcu dociera niezwykłość i zagadkowość minionych zdarzeń. Podczas gdy ich koleżanka znika, dzieje się także coś, czego nie rozumieją, choć instynktownie wyczuwają – poruszenie dorosłych, ich nerwowość, atmosfera niepokoju i strachu, ciągłe napięcie, liczne aluzje, niedopowiedzenia i jakby odgórnie narzucona zmowa milczenia; wszystko to, dopiero po latach nabiera znaczenia. W zbiorowej świadomości zaczyna natomiast kiełkować przekonanie, graniczące niemalże z pewnością, o związku pomiędzy panującym wówczas reżimem, a nagłym odejściem Estrelii. Czy to możliwe, że wszystko zostało skrupulatnie ukartowane?

Fernandez wybitnie operuje słowem, balansując na granicy porażającej rzeczywistości i rozmytego snu. Doskonale uchwyca niezwykłą ulotność wspomnień, mistrzowsko kreśli aurę odrealnienia wymieszaną wespół ze specyfiką dziecięcego postrzegania świata – doświadczania oraz chłonięcia przez nie emocji, próby jego przełożenia, w konsekwencji również i zrozumienia. Wielogłosowa narracja potęguje poczucie zażyłości i intymności; mgliste przebłyski beztroski, niewinności, krótkie momenty radości, przerwane raz po raz brutalnymi realiami, składają się na opowieść poruszającą, nawet wstrząsającą – bo opowiedzianą ustami dziecka.

Nie jest to łatwa ani przyjemnie przyswajalna proza, choćby przez wzgląd na swoją własną bezkompromisowość czy ładunek jaki za sobą niesie, ale zdecydowanie – warta głębokiej eksploracji.

Nie sposób uwierzyć, że ,,Space Invaders’’, ta mikro powieść – a właściwie nowelka – może wzbudzać tyle emocji i prowadzić do tak wielu złożonych przemyśleń oraz refleksji. Historia dorastania w cieniu dyktatury Pinocheta w latach 80. jest głównym tematem fabuły wykreowanej przez Nonę Fernandez, ale jednocześnie stanowi jej tło. Na pierwszym planie autorka osadza bowiem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

,,Oto ciało moje’’ do mnie przemówiło - w sposób subtelny, wyważony, a jednak jakoś bezpośredni. Szybko odnalazłam się w kameralnej prozie Aleksandry Pakieły. Ujęła mnie ta nieco zamknięta, pieczołowicie wykrojona forma, pamiętnikarsko – poufała narracja, naturalistyczny język i otwarte uzewnętrznienie; ukazanie doświadczeń związanych z wychowaniem, dorastaniem, z płcią, cielesnością, religią, z postrzeganiem otaczającego nas świata, społeczeństwa, w którym przyszło nam wzrastać.

Ładnie Pakieła pisze o tematach trudnych i ważnych, celnie i prosto – bez zdobywania się na afektację lub pompatyczność. Wyziera za to, zza tych lekko układanych fraz, uważność obserwacji oraz swego rodzaju wrażliwość, pozwalająca odbiorcy poczuć, zrozumieć, nawet - utożsamiać się. Zresztą ten ostatni aspekt właśnie, stanowi największą siłę ‘Ciała mojego’. Nie sposób w nowelce nie odszukać siebie; nie dostrzegać się w siostrzanych przeżyciach, w kalkach współczesnej rzeczywistości, w schematach, w stereotypach, w miejscach, gdzie próbuje nas się usilnie wepchnąć i ukształtować. Autentyczność wyrażanych myśli oraz błyskotliwość spostrzeżeń autorki zmusza czytelnika do wyciągnięcia własnych wniosków i refleksji.

Trafił do mnie bardzo ten słodko gorzki przekaz.

,,Oto ciało moje’’ do mnie przemówiło - w sposób subtelny, wyważony, a jednak jakoś bezpośredni. Szybko odnalazłam się w kameralnej prozie Aleksandry Pakieły. Ujęła mnie ta nieco zamknięta, pieczołowicie wykrojona forma, pamiętnikarsko – poufała narracja, naturalistyczny język i otwarte uzewnętrznienie; ukazanie doświadczeń związanych z wychowaniem, dorastaniem, z płcią,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Zdrajca i szaleniec. Część 2. Ostatnia rola Justyna Andrulewicz, Joanna Truchel
Ocena 8,9
Zdrajca i szaleniec. Część 2. Ostatnia rola Justyna Andrulewicz, Joanna Truchel

Na półkach: , ,

Przyznaję otwarcie: z ciężkim, doprawdy ciężkim sercem, odkładałam na regał powieść Justyny Andrulewicz i Joanny Truchel. Ale tak to najczęściej bywa w przypadku historii porywających, maksymalnie angażujących; jest w nich coś hipnotycznego, coś przyciągającego i magnetycznego, coś co nie pozwala odpuścić, oderwać się choćby na minutę; zapomnieć o ukochanych postaciach, ich perypetiach i przeżyciach.

Pod tym względem drugi tom przygód Valentina Cosogrove’a i Catlin Brogan jest bezlitosny. O ile pierwszy zapewnił mi całkiem sporo intensywnych wrażeń, o tyle jego następca przemienił się w prawdziwy rollercoaster emocji. Zarówno w ,,Przysłudze dla wroga’’, jak i w ,,Ostatniej roli’’ nie ma miejsca ani na nudę, ani na krztynę spokojnego oddechu. Akcja gna szaleńczym tempem, oscylując wokół skomplikowanej przeszłości głównych bohaterów oraz teraźniejszości, która stawia przed nimi coraz cięższe wyzwania. Planowany zamach irlandzkich nacjonalistów staje się więc zaledwie wierzchołkiem góry lodowej - kłopoty mają dopiero nadejść i, być może, przesądzić o ostatecznej przyszłości kochanków.

Sama nie wiem co zachwyca mnie bardziej; czy fantastycznie odmalowane tło epoki z osadzonymi wątkami sensacyjno - romantycznymi, czy też może wnikliwość i uwaga, jaką autorki poświęciły kreśleniu złożonych portretów psychologicznych. Trudno orzec, lecz jedno jest pewne – każdy z tych elementów składa się na historię odpowiednio ukształtowaną, posiadającą właściwy sobie urok i charakter. Nie sposób oprzeć się jej dwojakiemu nastrojowi – z jednej strony mrocznemu, gęstemu, sugestywnemu, z drugiej – subtelnemu i wyważonemu. Obie odsłony wspaniale ze sobą współgrają, czytelnik pozyskuje możliwość wejrzenia w różnorakie perspektywy, przy tym także stany wrażliwości. Zresztą ma się wrażenie jakby to właśnie przesądzało o sukcesie ,,Zdrajcy i szaleńca’’ - ta powieść po prostu żyje, toczy się nie, jak zazwyczaj bywa, z góry przyjętym schematem, ale odrębnym torem. Bo to opowieść o ludziach nam bliskich i tożsamych; o ich zwykłych ułomnościach, słabościach, wzlotach i upadkach; opowieść o dążeniu do spełnienia pragnień i marzeń tak dobrze znanych…

Przyznaję otwarcie: z ciężkim, doprawdy ciężkim sercem, odkładałam na regał powieść Justyny Andrulewicz i Joanny Truchel. Ale tak to najczęściej bywa w przypadku historii porywających, maksymalnie angażujących; jest w nich coś hipnotycznego, coś przyciągającego i magnetycznego, coś co nie pozwala odpuścić, oderwać się choćby na minutę; zapomnieć o ukochanych postaciach, ich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

,,Ten świat był światem dla mężczyzn.’’

Istnienie Aslakra warunkuje całe życie Folkvi. Po śmierci rodziców oboje pędzą spokojny żywot w wikińskiej osadzie położonej na rubieżach. To dobra, jednostajna i dość przewidywalna codzienność, która przynosi rodzeństwu radość. Wszystko się jednak zmienia, kiedy Aslakr wyrusza na swoją pierwszą wyprawę, pozostawiając siostrę samą. Folkvi tęskni, wyczekuje, kocha, i - choć zdaje się jej, że długa zima nigdy nie dobiegnie końca - to cieplejsze dni wreszcie powracają, a wraz z nimi On.

Lecz Asklar prócz egzotycznego podarku, ma dla siostry także zaskakujące wieści; przywozi nowinę o swoim rychłym ożenku, co wywołuje w niej gwałtowny sprzeciw – nie tak wyobrażała sobie przyszłość.

Zdeterminowana, aby zapobiec nadchodzącym zmianom, Folkvi posuwa się do ostateczności; jest gotowa wymodlić u Bogów moce, o których nawet nie śniło się Asklarowi.

****

Chciałabym o powieści Marii Hesselager napisać ładnie i mądrze, ale ani ładnie, ani mądrze nie potrafię. Tę dziwną, choć niewątpliwie urokliwą prozę, trudno skategoryzować czy jasno przyporządkować; a o wsadzaniu w utarte ramy lub schematy mowy być nie może - głównym atutem utworu Hesselager jest bowiem jego dwojakość.
Z jednej strony amorficzny, o zamkniętym, dość kameralnym charakterze i subtelnym wydźwięku, z drugiej zaś pulsujący napięciem, z wolna gromadzoną niepewnością, wypełniony niedopowiedzeniami, domysłami, aluzjami, symbolami, metaforą: tytuł zdecydowanie nieprzeciętny. Szczególnie uwodzi zarówno język - jego surowa, naturalistyczna odsłona – jak i sposób narracji, który zostaje rozdzielony pomiędzy dwójkę bohaterów osadzonych na dwóch przeciwstawnych liniach czasowych. Każde słowo ma tu więc niebagatelne znaczenie; frazy układają się we właściwym porządku, zdania nadają rytm i narzucają odpowiednie tempo opowieści. Efekt poraża, bo odnosi się wrażenie - przez wzgląd na ów hipnotyczną ciągłość poznawania, doświadczania, smakowania – jakby w historię Folkvi/Aslakra stopniowo się zanurzało i nią otaczało. Pojawiające się uczucie klaustrofobii, odizolowania, zamknięcia wraz z bohaterem w jego wewnętrznych przeżyciach, rozterkach i zmaganiach, daje przyczynek do odkrywania nieco mroczniejszej strony dramatu. Na światło dzienne nieśmiało wyzierają głęboko chowane pragnienia i tajemnice, kłamstwa nabierają śmiałości; dręczyć zaczyna lęk przed utratą najcenniejszego, wzbiera chęć do wypowiedzenia dotąd niewypowiedzianego.

Czytelnik uważnie śledzi ów starcie - pojedynek człowieka z jego przeznaczeniem. Fabuła oscyluje wokół mistycyzmu, folkloru, pradawnych wierzeń i rytuałów, przy czym jednak pozostaje nadal w obrębie zagadnień nurtujących ludzkość niemalże od zarania dziejów - żądzy, namiętności, miłości, dzikości ludzkiej natury – które pomimo upływu wieków pozostają nadal niezmienne.

,,Ten świat był światem dla mężczyzn.’’

Istnienie Aslakra warunkuje całe życie Folkvi. Po śmierci rodziców oboje pędzą spokojny żywot w wikińskiej osadzie położonej na rubieżach. To dobra, jednostajna i dość przewidywalna codzienność, która przynosi rodzeństwu radość. Wszystko się jednak zmienia, kiedy Aslakr wyrusza na swoją pierwszą wyprawę, pozostawiając siostrę samą....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Można odnieść wrażenie, że w początkach XX wieku (lecz nie tylko) społeczeństwo niechętnie podejmowało debaty nad problemem przestępczości dokonywanej przez osoby małoletnie. W powszechnej opinii nadal bowiem krążyło przekonanie jakoby dziecko – istota z gruntu czysta, niewinna – nie było zdolne do świadomego czynienia krzywdy. Miało dopiero z czasem, gdy pozostanie już wyposażone w bagaż niezbędnych umiejętności poznawczych, rozumnie rozróżniać dobro od zła. Stawało się wówczas odrębną, w pełni poczytalną jednostką, gotową do dokonywania intencjonalnych wyborów i działań.

Konserwatywne lata 50. ubiegłego wieku hołdowały wpajaniu właściwych wartości. Nadal podtrzymywano przeświadczenie o kształtowaniu ludzkiego charakteru; odpowiednie zasady moralne były gruntem dla zdrowego rozwoju osobowości i jej indywidualnych cech. Przynajmniej w teorii.

Amerykański prozaik William March odważnie polemizował z powyższą tezą. Za sprawą swej powieści, w której przedstawia fikcyjną historię Rhody Penmark – rozkosznego dziecięcia o morderczych skłonnościach – wykazuje szereg argumentów obalających podobne założenie. Kiedy jeden z bohaterów ,,Złego nasiona’’ mówi: ,,niektórzy ludzie po prostu rodzą się źli’’, autor dokładnie taką refleksję bierze pod analizę.
Szkicując postać ośmiolatki - wzrastającej w dostatnich warunkach, otoczonej miłością, troską, opieką – March początkowo wysyła jasny przekaz: słodka, a przy tym bystra i dobrze ułożona dziewczynka, musi wzbudzać zaufanie i zaskarbiać sobie sympatię społeczności; nie sposób podejrzewać jej o jakiekolwiek niecne zamiary, wszak niemożliwe, by takie posiadała. Czy rzeczywiście?

Rhoda jednak różni się od reszty: ,,nigdy nie była nieposłuszna, leniwa, ani zuchwała, jak wiele innych dzieci. Ma tak dużo dobrych cech. Jest w niej tylko ta jedna zagadkowa rzecz, ta rysa na jej charakterze’’. Ów ‘rysa’, którą dostrzega niewiele osób z otoczenia małej, a którą widzi również Pani Penmark, zdaje się powiększać, wywołując z wolna narastający niepokój. Obie – córka oraz matka – pozostają więc w głębokim konflikcie. Choć po prawdzie, tylko ta druga ponosi tragiczne skutki kłopotliwej sytuacji; dziecko bowiem pozostaje niewzruszone i bierne. Zimna obojętność, brak współczucia, niezdolność do odczuwania, przejawiania nadrzędnych emocji, prostych odruchów człowieczeństwa – wyrzutów sumienia, skruchy, żalu, smutku – przeraża Christine. Z czasem odkrywa ona także, że motywacje dziewczynki są niczym innym, jak chłodną kalkulacją zysków i strat: żadne wyższe pobudki nie kierują tą ‘wspaniałą, cudowną, piękną istotką’, jej zachowanie zaś stanowi w znacznej mierze zabawę w naśladownictwo; Rhoda jest w końcu wyjątkowo błyskotliwą i uważaną obserwatorką.

Kobieta miota się pomiędzy własnymi przekonaniami, a tym co wydaje się być słuszne - ,,nagle uświadomiła sobie, że przemoc jest nieuniknionym składnikiem serca, być może najważniejszym czynnikiem ze wszystkich – nieusuwalną rzeczą, która chowa się jak złe nasiono, za dobrocią, za współczuciem, za czystą miłością. Czasem głęboko ukryta, czasem na wierzchu; ale zawsze obecna, gotowa się pojawić, w odpowiednich warunkach, w całej swojej irracjonalnej grozie.’’
Domysły, przypuszczenia, wreszcie niepodważalność wniosków, wiodą Christine ku szaleństwu.
Zrozpaczona, pozbawiona złudnych nadziei, decyduje się na dramatyczny krok, który – z logicznego punktu widzenia – wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem.

Powieść Williama Marcha to doskonałe studium ludzkiej psychiki oraz złożoności charakterów. Mroczne oblicze zła, jakie March w swoim dziele stara się sportretować, nie zostaje jednak w pełni odzwierciedlone – i to właśnie przeraża najbardziej.

Można odnieść wrażenie, że w początkach XX wieku (lecz nie tylko) społeczeństwo niechętnie podejmowało debaty nad problemem przestępczości dokonywanej przez osoby małoletnie. W powszechnej opinii nadal bowiem krążyło przekonanie jakoby dziecko – istota z gruntu czysta, niewinna – nie było zdolne do świadomego czynienia krzywdy. Miało dopiero z czasem, gdy pozostanie już...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Odbiłam się od tej powieści zupełnie. Ani do mnie nie trafiła, ani nie bardzo przemówiła, wyjąwszy może kilka dość jednoznacznych refleksji, które autorka wplotła w chaotyczny strumień myśli bohaterki ,,Aktów desperacji’’.

Meg Nolan główną postacią swojego dramatu uczyniła dziewczynę młodą, pogubioną, naiwną, a przy tym także obłąkańczo zakochaną w eterycznym Ciaranie. Historia jakich wiele, i to dosłownie; osadzona na schematach od lat przewijających się w literaturze, popkulturze, rzeczywistości. Cała fabuła oscylowała zresztą wokół pomniejszych tragedii; pasmo nieszczęść, krzywd, sercowych zawodów, klęsk i katastrof zdawało się nie mieć tutaj końca: dwoje ludzi - podobnie skrzywionych - wikła się bowiem w toksyczną relację prowadzącą prosto w ramiona autodestrukcji oraz zatracenia. Festiwal bólu, zadawania cierpienia, urągania, poniżania, terroryzowania, trwa w najlepsze - happy endu na pewno nie będzie.

Może więc zaskakiwać, że pomimo tak potężnej dawki emocji, którą Nolan swemu czytelnikowi serwuje, ja odczuwałam całkowitą obojętność. Banalne frazy, nieustanna eksploracja tych samych, w kółko powtarzanych wątków, motywów, przemyśleń, oczywistych wniosków, nijakich wynurzeń, wywoływała we mnie irytację i znużenie, nie zaś – jak oczekiwałam, a jak zapewne autorka zakładała – zachwyt.

Ma się nieodparte wrażenie, jakby ‘Akty’ stanowiły swego rodzaju sztukę, pozornie udaną, bo ukartowaną zmyślnie i z dbałością o najdrobniejsze szczegóły: wszak wzniosłe uczucia i piękne słowa są, lecz właśnie zza nich - tych wszystkich cudnie poukładanych fragmentów - wyziera i pretensjonalność i sztuczność jednocześnie; w ogóle nie potrafiłam zaangażować się w sytuację bohaterki, jakkolwiek utożsamić, zrozumieć czy przekonać.

Dużo górnolotnych haseł, melodramatyzmu, usilnego przekonywania odbiorcy wobec współodczuwania i empatyzowania – sorry not sorry, ja tego nie kupuję.

Odbiłam się od tej powieści zupełnie. Ani do mnie nie trafiła, ani nie bardzo przemówiła, wyjąwszy może kilka dość jednoznacznych refleksji, które autorka wplotła w chaotyczny strumień myśli bohaterki ,,Aktów desperacji’’.

Meg Nolan główną postacią swojego dramatu uczyniła dziewczynę młodą, pogubioną, naiwną, a przy tym także obłąkańczo zakochaną w eterycznym Ciaranie....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

,,Stwardniała, zastygła w środku. Kiedy następnym razem będzie okazja do radości, postara się nie cieszyć. Z obawy o własne życie.’’

To dobra powieść. Zresztą tak jak u Bohman bywa - że ciekawa, że intrygująca, że ważna, że poruszająca rozmaite kwestie bliskie współczesnym (lecz nie tylko) kobietom. Uniwersalna, na jakimś poziomie tożsama, trącająca o zbliżone uczucia, doświadczenia i przemyślenia.

Jednak tym razem nie do końca ‘moja’.

I być może nie powinnam się dziwić, wziąwszy pod uwagę, że główną bohaterką tej historii jest Karolina Andersson – samorealizująca się badaczka sztuki i modernizmu – która w swoim dotąd poukładanym życiu wprowadza istotne zmiany, włącznie z aktualizacją statusu singielki. Choć pod kątem fabuły nie dzieje się absolutnie nic ekscytującego, to Therese Bohman układa całkiem zajmującą narrację kobiety w średnim wieku; kobiety odkrywającej siebie, swoją samotność, swoje potrzeby, swoje pragnienia, swoje ja. Nie ma tutaj miejsca na szalone zwroty akcji czy spektakularny finał, ale to zupełnie nie przeszkadza, bo najważniejsze w ,,O zmierzchu’’ są przeżywane emocje i towarzyszące im refleksje; wszystko to, co rozgrywa się wewnątrz, w środku; to, co wreszcie zaczyna wrastać, wychylać na światło dzienne, dojrzewać i pęcznieć.
Podobało mi się kameralne tło, atmosfera intymności, oszczędny styl oraz celność, niekiedy nawet błyskotliwość, rzucanych uwag i komentarzy. Wątek historii sztuki, powiązania pomiędzy artystycznym spełnieniem, a prozą kobiecości, ujmowały mnie szczególnie.

,,Stwardniała, zastygła w środku. Kiedy następnym razem będzie okazja do radości, postara się nie cieszyć. Z obawy o własne życie.’’

To dobra powieść. Zresztą tak jak u Bohman bywa - że ciekawa, że intrygująca, że ważna, że poruszająca rozmaite kwestie bliskie współczesnym (lecz nie tylko) kobietom. Uniwersalna, na jakimś poziomie tożsama, trącająca o zbliżone uczucia,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

,,Kochać, a być nienawidzonym! Kochać z całym zapałem duszy, czuć, że za jeden uśmiech oddałoby się krew, wnętrzności, sławę, zbawienie, wieczność, życie obecne i przyszłe; żałować, że się nie jest potężnym, aby jej zhołdować świat cały – a ona kocha innego, kocha świecidełka żołnierza!’’

*****
Fragment tego płomiennego dialogu wygłaszanego ustami jednego z bohaterów ,,Katedry Marii Panny w Paryżu’’, może dawać pewien ogląd na rodzaj utworu Victora Hugo. Przypuszczenie jakoby był on – ni mniej, ni więcej – historią miłosną jest jak najbardziej zasadne, ale w rzeczywistości nie do końca prawdziwe. Celność podobnych przypuszczeń znajduje potwierdzenie w momentach, w których akcja oscyluje bezpośrednio pomiędzy osobami uwikłanymi w sercowy dramat. Tajemnicza Cyganka Esmeralda, kaleki dzwonnik Quasimodo, podstępny alchemik Klaudiusz Frollo i rozpasany erotycznie kapitan Febus stanowią dobór o tyle ciekawy, co i zaskakujący. Wiadomym więc będzie, że pomiędzy całą czwórką musi dojść do konkretnych interakcji; dopasowanie tak zróżnicowanego towarzystwa poddaje również doskonały przyczynek do kompleksowej analizy ich charakterów oraz snucia głębokich rozważań nad złożonością ludzkiej natury. Hugo zresztą ów sposobność gorliwie wykorzystuje, jednocześnie rozwijając pokrewne zagadnienia. Pochyla się nad pojęciami moralności, duchowości, grzechu, miłości, żądzy, występku; za sprawą poczynań swoich bohaterów przedstawia i bada wszelkie zależności, pisząc o uczuciach najpodlejszych i najwznioślejszych. Ta wnikliwa, wręcz gruntowna obserwacja, stanowi iście pasjonującą lekturę – śmiem twierdzić – znacznie bardziej intrygującą niż sam romans.

Lecz obok głównego wątku toczy się jeszcze jedna historia. Może nie tak oczywista w odbiorze, ale równie ważna, bo stanowiąca monumentalną pochwałę wobec wielodziejowych dokonań ludzkości w dziedzinach sztuki, nauki, historii, architektury, słowem - całego dorobku kulturowego – manifestowaną szczególnie wyraziście; opatrzoną własnymi komentarzami, błyskotliwymi spostrzeżeniami, konkluzjami, niezwykłymi refleksjami. Przemowa Hugo, choć początkowo kłopotliwa w zrozumieniu (przez wzgląd na nieco archaiczny język) współczesnego czytelnika przekona do siebie dopiero z czasem, jednak finalnie z pewnością go zachwyci. Na docenienie zasługuje zwłaszcza misterny, bogato zdobiony krajobraz Francji. Z drobiazgowym odmalowaniem paryskich przedmieść, uliczek, placów, dzielnic, ogromu ich dobrodziejstwa i ubóstwa; ze szczegółowymi opisami struktury miasta; z poematami wystawianymi na cześć budowli, zabytków, rzeźb, pomników, tworzy on integralną część powieści, bez której niemożliwym byłoby zbudowanie właściwego wyobrażenia na temat rozgrywających się w ,,Katedrze Marii Panny w Paryżu’’ wydarzeń.

,,Kochać, a być nienawidzonym! Kochać z całym zapałem duszy, czuć, że za jeden uśmiech oddałoby się krew, wnętrzności, sławę, zbawienie, wieczność, życie obecne i przyszłe; żałować, że się nie jest potężnym, aby jej zhołdować świat cały – a ona kocha innego, kocha świecidełka żołnierza!’’

*****
Fragment tego płomiennego dialogu wygłaszanego ustami jednego z bohaterów...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Święta Herkulesa Poirota oraz inspektora Edwarda Catchpoola zapowiadają się wyśmienicie. Przynajmniej do momentu, w którym matka tego drugiego, nie postanawia odrobinę namieszać. Pani Catchpool, w wielkiej tajemnicy, zaplanowała bożonarodzeniowy wyjazd do rezydencji Państwa Laurierów w Norfolk, aby dwójka przyjaciół mogła rozwikłać zagadkę pewnej zbrodni. Okazuje się wszakże, że Vivienne Laurier dręczy przeczucie - graniczące wręcz z pewnością - że jej śmiertelnie chory mąż ma zostać kolejną ofiarą seryjnego mordercy. Obawy zrozpaczonej żony wydają się być bezpodstawne i niepoparte żadnymi sensownymi argumentami, lecz instynkt Poirota podpowiada mu coś zgoła odmiennego…

Czy posępna willa wraz z gromadą dziwnych mieszkańców może swoje własne skrywać mroczne sekrety?

****

,,Cicha noc Herkulesa’’ Poirota stanowi zaskakująco udaną imitację klasycznych kryminałów Agathy Christie. Właściwie do tego stopnia pomyślną, że czytelnik, który z twórczością Christie obcował jedynie okazjonalnie, dałby się na podobną maskaradę złapać. Co prawda, zapaleni entuzjaści nabiorą wątpliwości, choćby przez wzgląd na mnogość językowych ozdobników, specyficzną manierę narratora oraz nieco rozwlekły styl jednoznacznie wskazujące na falsyfikat, ale…
No właśnie. W tym niepozornym ‘ale’ skrywa się parę interesujących kwestii. Sophie Hannah nakreśliła mistrzowską intrygę, jakiej - jestem przekonana - nie powstydziłaby się sama A.C., na jej tle osadzając tle grono postaci uposażonych w wachlarz osobliwych cech i atrybutów. Bez wątpienia to jedne z głównych zalet powieści; Hannah bowiem nie tylko poświęca swoim bohaterom sporo uwagi – konstruuje drobiazgowe stadia psychologiczne, wyodrębnia wewnętrzne rozterki bądź motywacje, rozciąga stosowną sieć wzajemnych powiązań i zależności – lecz także mota ich w skomplikowane machinacje przebiegłego, diabelnie błyskotliwego Belga. W połączeniu z logicznym ciągiem przyczynowo – skutkowym, teatralną inscenizacją, nutą groteski i całkiem słuszną dawką napięcia, rzeczywiście wyłania nam się scenariusz zmyślnie ukartowanej fabułki. Powolne i nieśpieszne tempo, w akompaniamencie dyplomatycznych działań wielkiego Poirota, maksymalnie pochłania uwagę czytelnika.

Zaskoczenie okazywało się tym większe, im bardziej wczytywałam się w lekturę; cieszę się więc niezmiernie, że sama sobie dałam szansę na sięgniecie po powieść spod pióra Sophie Hannah. Dla wszystkich niedowiarków, podejrzliwców, wątpiących: to naprawdę bardzo dobra próba naśladownictwa Christie.

Święta Herkulesa Poirota oraz inspektora Edwarda Catchpoola zapowiadają się wyśmienicie. Przynajmniej do momentu, w którym matka tego drugiego, nie postanawia odrobinę namieszać. Pani Catchpool, w wielkiej tajemnicy, zaplanowała bożonarodzeniowy wyjazd do rezydencji Państwa Laurierów w Norfolk, aby dwójka przyjaciół mogła rozwikłać zagadkę pewnej zbrodni. Okazuje się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Nieoficjalny Tezaurus Harryego Pottera Joanna Lipińska, Andrzej Polkowski
Ocena 8,8
Nieoficjalny Tezaurus Harryego Pottera Joanna Lipińska, Andrzej Polkowski

Na półkach: , , ,

 

Czy podczas kartkowania opasłego leksykonu, można BAWIĆ się DOBRZE?

Jak najbardziej, choć pod warunkiem, że:

a) jesteś zapalonym entuzjastą przygód pewnego nastoletniego czarodzieja,

b) z własnej, nieprzymuszonej woli, sięgasz po ,,Nieoficjalny Tezaurus Harry’ego Pottera”.

Jest tutaj jednak odrobina przewrotności. Nie przypominam sobie bowiem, aby lektura jakiegokolwiek kompendium stanowiła dla mnie aktywność przyjemną, ciekawą, co dopiero (!) pasjonującą. Ale podobne zaskoczenie powinno być jedynie pozorne; pamiętam przecież, że czytając Harry’ego po raz pierwszy tyle samo uwagi poświęcałam zarówno fabule powieści, jak i skromnemu słowniczkowi zamieszczanemu na końcu każdego z siedmiu tomów serii. Ten krótki przewodnik stanowił zbiór starannie wyselekcjonowanych haseł, który miał objaśniać znaczenie, etymologię oraz genezę przekładu – dla zaangażowanego czytelnika był zaś dodatkiem absolutnie niezbędnym.

Dzisiaj natomiast, dzięki nieocenionej pracy tłumacza Andrzeja Polkowskiego i antropolożki Joanny Lipińskiej, mamy możliwości zapoznania się z poszerzonym o ponad 1000 zagadnień unikatowym vademecum z fantastycznego świata wykreowanego przez J.K.Rowling. Ich zebranie, uporządkowanie oraz drobiazgowe omówienie pozwala nie tylko na usystematyzowanie posiadanej wiedzy, lecz także na dogłębną analizę systemu magicznego i praw z nim związanych. Wzbogacony o szereg faktów, ciekawostek, wszelkich dostępnych informacji, uzupełniony również o szkice postaci wraz z szczegółową chronologią zdarzeń, ‘Tezaurus’ rzeczywiście składa się na pozycję pochłaniającą, przy tym też niezwykle satysfakcjonującą.

Twarda oprawa, złote detale i liczne ryciny wspaniale korespondują z klimatem uniwersum.

 

 

 

Czy podczas kartkowania opasłego leksykonu, można BAWIĆ się DOBRZE?

Jak najbardziej, choć pod warunkiem, że:

a) jesteś zapalonym entuzjastą przygód pewnego nastoletniego czarodzieja,

b) z własnej, nieprzymuszonej woli, sięgasz po ,,Nieoficjalny Tezaurus Harry’ego Pottera”.

Jest tutaj jednak odrobina przewrotności. Nie przypominam sobie bowiem, aby lektura...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Nie od dziś wiadomo, że proza Louisy May Alcott prócz rozrywkowego wydźwięku stanowiła również pewien rodzaj nauki, która miała przemawiać do najmłodszej, jeszcze nie do końca ukształtowanej części społeczeństwa. Dzisiaj na dzieła Alcott – choć uniwersalne – patrzymy z lekkim przymrużeniem oka. Trudno bowiem nie oprzeć się wrażeniu, że znaczna ich część ugina się pod ciężarem XVIII – wiecznego moralizatorstwa oraz licznych pouczeń zeń płynących. Pióro autorki jednak ów surowy dydaktyzm sprawnie łagodziło; w połączeniu wespół z beztroskimi przygodami młodych bohaterów, kunsztownymi opisami ówczesnej obyczajowości i szeregiem zabawnych fabułek, podnosiło morale, jednocześnie zachęcając do przyjęcia postaw zgodnych z aktualnymi zasadami epoki.

Echa tychże właśnie odnaleźć można też i w ,,Gwiazdce’’, zbiorze kilku króciutkich nowelek osadzonych na tle okołoświątecznego ferworu. Boże Narodzenie u Alcott jest więc pretekstem do snucia ciepłych, nastrojowych, wzruszających gawęd, poruszających kwestie dotyczące cnotliwości, szlachetności, także szeroko rozumianej dobroci wobec maluczkich; tematy wykluczenia, biedy, odrzucenia, ukazuje ona na przykładzie postaci uwikłanych w skomplikowane sytuacje życiowe; za ich sprawą przedstawia nadrzędne wartości, które powinny stać u podstaw odpowiednio wypracowanego charakteru jednostki oraz wkładu, jaki wnosi w pracę na rzecz ogółu.

Niestety, obok pięknie nakreślonych laurek ku duchowemu rozwojowi, nie brak także nieco idealistycznych, żeby nie powiedzieć – naiwnych – haseł, boleśnie kontrastujących z przytłaczającymi realiami życia najuboższych. Przewijająca się parada wdów, sierot, półsierot, wdowców skazanych na katorżnicą pracę, albo na łaskę bogatych fundatorów, czy w ostateczności - na śmierć głodową w imię wyższego poświęcania - kłuje w oczy tym bardziej, im uważniej zagląda się pod pozornie sielskie obrazki Louisy May Alcott. Wnioski wynikające z powyższych historyjek, wcale nie są tak pozytywne i tchnące nadzieją, jak należałoby zakładać, przeciwnie: współczesnego odbiorcę zmuszą do głębszych, złożonych refleksji, niekoniecznie zaś optymistycznych. Zza fasady słodkich i radosnych obchodów Świąt Bożego Narodzenia, wyziera bowiem jego druga mroczniejsza strona, dalece odbiegająca od romantycznych wyobrażeń.

Nie od dziś wiadomo, że proza Louisy May Alcott prócz rozrywkowego wydźwięku stanowiła również pewien rodzaj nauki, która miała przemawiać do najmłodszej, jeszcze nie do końca ukształtowanej części społeczeństwa. Dzisiaj na dzieła Alcott – choć uniwersalne – patrzymy z lekkim przymrużeniem oka. Trudno bowiem nie oprzeć się wrażeniu, że znaczna ich część ugina się pod...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Śnieżna siostra Lisa Aisato, Maja Lunde
Ocena 8,8
Śnieżna siostra Lisa Aisato, Maja Lunde

Na półkach: , , ,

Wyjątkowo Maja Lunde napisała o śmierci, żałobie, o stracie i tęsknocie; wspaniale Lisa Aisato odmalowała wszystkie nastroje tej na wpół magicznej, a na wpół melancholijnej historii. Wszystko w ,,Śnieżnej siostrze’’ zostało wyważone niemal idealnie, począwszy od karkołomnego podjęcia tematu odejścia najbliższego członka rodziny, po ukazanie szarej i wcale niełatwej rzeczywistości, kiedy wydaje się, że już nigdy nie będzie tak, jak było przedtem. ⁣

Z niesamowitą czułością i wrażliwością Lunde opisuje perspektywę chłopca, dziesięcioletniego Juliana, który próbuje pogodzić się z bolesną utratą starszej siostry. Nowa codzienność jest jednak przytłaczająca, a nadchodzące Święta Bożego Narodzenia nieoczekiwanie nabierają zupełnie innego charakteru. Julian nie do końca więc wie, jak poradzić sobie w obliczu kolejnych fal smutku i osamotnienia. Przynajmniej do momentu, gdy w jego świecie pojawia się Hedvig – wesoła dziewczynka w czerwonym płaszczyku…⁣

To, co w ,,Śnieżnej siostrze’’ ujmuje najbardziej, to prostota przekazu. Nie ma tutaj miejsca na melodramatyczne sceny, głośną manifestację wielkich uczuć i pompatycznych czynów, zdecydowanie nie. Ta ludzka tragedia rozgrywa się na kameralnej scenie, w cichości i skrytości, pomiędzy paroma bohaterami zmagającymi się ze swoimi własnymi przeżyciami oraz głęboko osobistymi doświadczeniami. Jest coś niesamowitego w oszczędnym stylu, w krótkich zdaniach, w paru dobitnych frazach, w kilku niby nic nie znaczących dialogach; zza fasady pozorności, wyziera bowiem historia nieopowiedziana wprost. I to ona właśnie, ta powolnie dojrzewająca narracja, poprowadzi nas do zaskakującego finału. ⁣

Smutna, choć zarazem piękna, bardzo przenikliwa i bardzo wzruszająca opowieść...⁣


.

Wyjątkowo Maja Lunde napisała o śmierci, żałobie, o stracie i tęsknocie; wspaniale Lisa Aisato odmalowała wszystkie nastroje tej na wpół magicznej, a na wpół melancholijnej historii. Wszystko w ,,Śnieżnej siostrze’’ zostało wyważone niemal idealnie, począwszy od karkołomnego podjęcia tematu odejścia najbliższego członka rodziny, po ukazanie szarej i wcale niełatwej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dziwna to była powieść; dziwna i niejednoznaczna, bez oczywistego początku i ostatecznego zakończenia. Na myśl przywodzi mi utwory Shirley Jackson przez wzgląd na pokrewne elementy oraz specyficzną nastrojowość. I tu jawa miesza się ze snem, świat odkształca się, układa na nowo, odbicie swe odnajdując w zwierciadle po drugiej stronie rzeczywistości. Tu także gęstnieje, lepi się od wolno postępującej (z)grozy; wypełnia się mistyką, fantastycznym mitem, ułudą, mirażem; wzbiera melancholią, pęcznieje od smutku, nabrzmiewa skrajnie absurdalnym surrealizmem.
Uwiera, gniecie, mąci w głowie.
Trudno o książce Eekhout pisać jednak jakoś konkretnie; niewłaściwym wręcz wydaje się ją oceniać w odgórnie narzuconej skali, a już tym bardziej próbować szufladkować - ni to dramat, ni biografia, ni horror, ni literatura piękna. Ale czy to ważne? No niekoniecznie, bo literackie doświadczenie – w tym przypadku o nim zaś mowa – finalnie doświadczeniem pozostaje.
Czy mi się podobało? Dalej nie wiem.

Dziwna to była powieść; dziwna i niejednoznaczna, bez oczywistego początku i ostatecznego zakończenia. Na myśl przywodzi mi utwory Shirley Jackson przez wzgląd na pokrewne elementy oraz specyficzną nastrojowość. I tu jawa miesza się ze snem, świat odkształca się, układa na nowo, odbicie swe odnajdując w zwierciadle po drugiej stronie rzeczywistości. Tu także gęstnieje, lepi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Melancholik i wrażliwiec. Empata, romantyk, poszukiwacz; może nawet odkrywca.
Życie Stefana Grabińskiego nie rozpieszczało - naznaczone gruźliczym piętnem upływało mu w ciągłym oczekiwaniu na najgorsze. Dywagować można jak wielki wpływ miała nieuleczalna choroba na jego twórczość; zaowocowało to jednak nie jednym, nie dwoma, a kilkunastoma wybitnymi utworami, w których Grabiński stara się zbadać istotę tego, co niewidzialne, nienazwane i tajemnicze. W swoich wizjach prezentuje bowiem cały wachlarz dziwactw, niesamowitości, fantastycznych urojeń, magii, widm, diablego erotyzmu; wyczerpuje niemal wszystek zagadnień natury metafizycznej, paranormalnej, również psychologicznej. Przez wzgląd na niezwykle rozbudzoną wyobraźnię, czuły zmysł oraz umiejętność przelewania własnych kreacji na papier, z powodzeniem zaskarbia sobie sympatię miłośników nurtu.

Lecz nowele Grabińskiego nie są - wbrew pozorom - ukłonem w stronę klasycznego horroru, zdecydowanie nie. To groza nienachalna, oniryczna, uduchowiona, momentami także stanowiąca logiczne następstwo porządku wszechrzeczy; taka, która się pojawia, ponieważ być musi. Czający się miraż śmierci, jej zimny oddech owiewający kark, ciążąca obecność, wyziera więc z wolna: zza fatalistycznych procesów i nieprzewidzianych splotów losu. I choć można dostrzec w owych tekstach elementy charakterystyczne dla samego gatunku – opuszczone domostwa, nawiedzone posiadłości, nękające widma, upiory, straszydła i strzygi – nie zostają one wtłoczone w machinę schematu; autor posługuje się tu znacznie bardziej wymyślnymi środkami, otaczając je złożonymi konceptami literackimi.
Najczęściej z nich stosowany przedstawia protagonistę postawionego wobec zagadki. Bohater ów, siłą przypadku czy też umyślnym czynem, zostaje popchnięty do działań mających na celu rozsupłanie mistycznych węzłów. Jest to wyczyn nie lada karkołomny, a trud włożony weń, niejednokrotnie doprowadza do ostateczności – deprawacji lub ogólnego zepsucia. Za sprawą skomplikowanej psychoanalizy jednostki osadzonej na tle mrocznych przeźroczy, Stefan Grabiński tworzy zróżnicowaną mozaikę zmagań mocy ponadnaturalnej z czynnikiem ludzkim. Obsesyjna pożądliwość zaglądnięcia do świata ‘po drugiej stronie lustra’ stanowi niejako motor napędowy fabuły, ale również przyczynę dla której warto zgłębić nieodkryte rejony jaźni. Tak oto, pojawiają się pewne zniekształcenia rzeczywistości – stateczne obrazy nabierają dynamizmu, przyroda zostaje upersonifikowana, ożywają przedmioty martwe; nieśpiesznie nadchodzi groza żerująca na nieszczęściach, dramatach, klęskach i tragediach.
Wyśmienicie Grabiński aranżuje scenerię tychże wydarzeń. Wie, jak oddać ducha atmosfery; jak właściwie opisać rodzaj strachu oraz lęku; jak głęboko sięgnąć do środka, by wywołać odpowiednie nastroje i stany. Jest w tym jego pisarstwie całe mnóstwo subtelności, uważności, wnikliwości, co i błyskotliwych form, oryginalnych metafor, nieprzeciętnych przenośni. Senny liryzm miesza się z kunsztem wysublimowanej poetyki, do tego stopnia, że nie sposób oderwać oczu od urokliwych fresków ponuractwa.

Melancholik i wrażliwiec. Empata, romantyk, poszukiwacz; może nawet odkrywca.
Życie Stefana Grabińskiego nie rozpieszczało - naznaczone gruźliczym piętnem upływało mu w ciągłym oczekiwaniu na najgorsze. Dywagować można jak wielki wpływ miała nieuleczalna choroba na jego twórczość; zaowocowało to jednak nie jednym, nie dwoma, a kilkunastoma wybitnymi utworami, w których...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to