Polska 2.0 Jacek Inglot 7,2

ocenił(a) na 1050 tyg. temu Jacek Inglot to autor nietuzinkowy, obdarzony głową pełną różnorodnych pomysłów. Jest również wnikliwym obserwatorem, który często wyraża swoje zdanie z sarkazmem, charakterystycznym dla ludzi o wysokiej inteligencji. Przynajmniej jeśli wierzyć słowom Oscara Wilde'a, że sarkazm to najniższa forma dowcipu, ale najwyższa forma inteligencji. Osobiście cenię sarkazm i ironię, choć osoby posługujące się tymi formami często bywają trudne w odbiorze. Czy twórczość tego autora jest trudna? Biorę na warsztat recenzencki „Polskę 2.0”. Jest to tom złożony z dwóch mini powieści, wchodzących w skład czterech tekstów traktujących o Polsce przyszłości. Przeczytałem ją jeszcze we wrześniu, ale długo nie mogłem zabrać się za opisanie połowy tetralogii. Myślałem, że lepiej będzie omówić całość, ale zmieniłem zdanie.
„Wojna dronów” to pierwsza minipowieść zawarta w tym tomie. Jej bohaterem jest Aleksander M’Beki, żołnierz i polski patriota, który w obliczu nadciągającego wroga zamyka się w bunkrze, chroniąc dostęp do urządzeń odcinających elektryczność w newralgicznych miejscach zajmowanych przez polską armię. Zdaje on sobie sprawę, że zginie, więc jego ostatnie godziny wypełniają wspomnienia z okresu szkolenia i obserwacji jak zachodzą w Polsce zmiany polityczne na najwyższych szczeblach, a po władzę sięga niejaki Władysław Sidorski i wszystko ulega zmianie. Z rozlazłej, miałkiej polityki, jaką znamy z codzienności, zaczyna wyłaniać się sprawna i skuteczna administracja. Pojawia się jednak pytanie, czy za tym wszystkim kryją się ukryte cele oraz jak na budowę silnej Polski zapatrują się nasi sąsiedzi, sojusznicy i wrogowie. I pomyśleć, że wszystko miało swój początek w książce niejakiego Adama Tarkowskiego o tytule „Projekt Jagiellonia 2.0”.
Drugą minipowieścią w tym zbiorze jest „Burza planetarna”. Fabuła koncentruje się na dociekliwym, ale jednocześnie podporządkowanym systemowi dziennikarzu Mateuszu Lewandowskim. Zostaje on wpuszczony do stacji naukowej o nazwie Polska 2, umiejscowionej na dnie Oceanu Spokojnego. Jest to o tyle ważne wydarzenie, że stosunki między państwem polskim a ową stacją nie są najlepsze, od kiedy prywatna inicjatywa wywinęła władzom Polski nie lada psikusa prawnego. Lewandowski poznaje prawdę o całym projekcie oraz jego celach, bynajmniej nie sprowokowanych, raczej będących konsekwencją przewidzianych działań ze strony kogoś innego. Dowie się także, kto stoi za tym wszystkim i jaką rolę miał odegrać on sam. Oprócz śledzenia jego losów „tu i teraz”, autor dostarcza czytelnikom informacji z przeszłości bohatera, co rzuca nowe światło na jego charakter i wyjaśnia, jak znalazł się w centrum wydarzeń.
Obie opowieści mają wspólne cechy. Przede wszystkim obie opowieści to wizje przyszłości wcale nie tak odległej, bo rozgrywającej się w 2037 roku. A dokładniej 14 kwietnia 2037 roku. Dla obu opowieści jest to punkt wyjścia fabuły, chociaż retrospekcje przenoszą czytelników do wydarzeń z alternatywnych początków XXI wieku. Co istotne, po raz pierwszy ta książka ukazała się w 2016 roku, a jej zręby powstały cztery lata wcześniej. Dlaczego o tym wspominam? Przede wszystkim ze względu na wiele informacji, które Inglot trafnie przewidział w kontekście lat dwudziestych XXI wieku. Trochę mnie to niepokoi, ponieważ do 2037 roku wiele może się wydarzyć, a pomysły autora nie należą do utopijnych, choć obie minipowieści mają swoje niewątpliwe zalety. Wydaje się, że potrzebny byłby jakiś polski Elon Musk, który zaangażowałby potężne środki finansowe lub drugi Józef Piłsudski, cieszący się ogromnym autorytetem wśród ludzi i zdolny sięgnąć po władzę bez społecznego oporu. Obu takich postaci próżno szukać.
Dla prawidłowego odbioru treści tych opowieści warto wiedzieć, że są względem siebie przeciwstawne. Czyli ogólnie mówiąc są to wizje alternatywne wobec siebie. Jest w nich pewien punkt wspólny, gdzie wydarzenia toczą się inaczej powodując lawinę zupełnie odmiennych wydarzeń. Żeby było ciekawiej uzupełniają one stan wiedzy czytelnika o danym wydarzeniu, tworząc naprawdę spójny i intrygujący obraz, który mógł zaistnieć, a może zaistniał, ale… Wiadomo, że „ale” zawsze musi być. To co autor opisał na stronach swojej książki zdaje się być naprawdę wartym rozważenia scenariuszem. Problem w tym, że to, co na papierze wygląda ślicznie nie zawsze będzie działało równie pięknie w rzeczywistości, gdzie liczba zmiennych jest wypadkową setek, a nawet tysięcy decydentów, nie zaś jednego wizjonera. Przecież komunizm w swoich założeniach teoretycznych miał być utopijnym systemem ostatecznym. W praktyce okazało się, że jest zarówno utopijny – topił problemy we krwi, jak i ostateczny – dla milionów nie było już nic dalej. Gdzieś w głębi serca i duszy chciałbym by udało się zrealizować założenia z „Projektu Jagiellonia 2.0”, może z pominięciem pewnych rzeczy, ale tak twardo odstawiając polityków od koryt i oddając decyzyjność w ręce specjalistów. Tylko tyle i aż tyle, bo im więcej patrzę na robotę tzw. zawodowych polityków tym bardziej chce się na to wszystko rzygać. Wybaczcie to paskudne sformułowanie, jednak myślę, że dobrze podkreśli to także pewne elementy, które zainicjowały wydarzenia opisane w książce „Polska 2.0”.
Językowo jest to pozycja ze wysokiej półki. Jeszcze nie filozoficzny bełkot, ale już nie prościutka książka rozrywkowa. Nie znaczy to, że jest tu jakiś wysoki próg wejścia. Absolutnie nie. To wciąż tekst dla każdego, nawet wskazane by dotarł do jak największej liczby odbiorców. Fabuła, konstrukcja i styl są bardzo łatwo przyswajalne, chociaż opowiedziane językiem bardzo ładnym literacko, bogatym w odniesienia polityczne i historyczne oraz sformułowania zaczerpnięte z nauk społecznych. Jednak zapewniam, nie ma potrzeby czuć obaw. Jacek Inglot miejscami wręcz łopatologicznie wyłożył wszystko, co mogłoby być zbyt skomplikowane. Nie jest to jednak powieść, w której uświadczymy akcję rodem z Mission Impossible, czy innego Johna Wicka. To jest godna kontynuacja fantastyki socjologicznej, która swoje pięć minut miała w opresyjnych czasach komunizmu właśnie, a w osobie Jacka Inglota trwa współcześnie. Zresztą, kiedy czytałem „Burzę planetarną” nie mogłem się oprzeć umieszczaniem tej opowieści obok „Paradyzji” Janusza A. Zajdla. Różnice są między tymi historiami wielkie, jednak moja podświadomość wiązała je bardzo ściśle. Były też fragmenty, których nie powstydziłby się orwellowski „Rok 1984”. Sprawiły one, że z niedowierzaniem kręciłem głową, że w ogóle na taki pomysł można wpaść. Jakakolwiek wizja ich realizacji jest nie tylko zatrważająca, ale przerażająca. Tymczasem, gdybyśmy spojrzeli poza czubek własnego nosa na państwa tzw. trzeciego świata, to okaże się, że naprawdę wiele złego dzieje się na świecie. Wnikliwy obserwator może to przekuć w przestrogę, tak jak zrobił to Inglot. Warto też zwrócić uwagę na niektóre nazwiska i nazwy własne. Są one jakby sparafrazowane, co dla niektórych może się okazać wielkim obrazoburstwem.
Książka posiada bardzo solidną twardą oprawę. Jest też solidnie zszyta. Sprawdziła się na wyjeździe służbowym, przeżywając trzy dni w plecaku. Spory zawód sprawił mi druk na białym papierze, którego serdecznie nie cierpię. Gdyby treść książki nie broniła się bardzo solidnie, to czytania by nie było. Ilustracja okładkowa jest delikatnie mówiąc dziwna. Tak jakby ktoś dostał bardzo mało wytycznych, co ma się na niej znaleźć z motywem przewodnim „pod wodą”. To znaczy że ten jeden czynnik się zgadza, chociaż z połową książki. Jedna rzecz w tej grafice mnie walnęła mocno to napis „Polska” poprzecinany drutem kolczastym. To jest solidny przekaz. Wydawnictwo „Stalker Books” mogłoby postarać się o lepszą oprawę wizualną, bo zawartość tej książki jest naprawdę na wysokim poziomie.
Polecam lekturę „Polski 2,0” dosłownie każdemu. Tak dla refleksji, wniosków albo prostego walnięcia w ten głupi łeb, jakim niejeden obnosi się z dumą, stwierdzając, że on „to ma wywalone na politykę”. O to proszę political fiction, fantastyka socjologiczna, utopia i antyutopia nakreślona ostrym piórem. Futurologia z wysokiej półki. Również podwójne posłowie jest interesujące i właściwie wprost, niestety bardzo trafnie uderza w polską mentalność. Tak może skończyć się uprawianie zaściankowej i poddańczej kultury politycznej, jakimi przesiąknięte jest nasze społeczeństwo. Czas zacząć myśleć i działać, bo to 14 kwietnia 2037 roku nie zostało wiele czasu. Zachęcam gorąco do sięgnięcia po ten tytuł, gdyż jest to solidna książka. Ja już ostrzę sobie zęby na kolejne tomy czekające na półce.
Recenzja pierwotnie opublikowana na stronie:
https://www.facebook.com/SoFiK.DamianPodoba/