pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!
44 Scotland Street
Pierwszy tom cyklu wprowadza w atmosferę kamienicy w eleganckiej części Edynburga, zamieszkałej przez bogatych burżujów i nieco zblazowanych artystów, studentów i poetów. Każde mieszkanie zajmuje inte...
Pierwszy tom cyklu wprowadza w atmosferę kamienicy w eleganckiej części Edynburga, zamieszkałej przez bogatych burżujów i nieco zblazowanych artystów, studentów i poetów. Każde mieszkanie zajmuje interesujące postaci: Pat to młoda wieczna studentka w związku z Brucem - superprzystojnym, nieprzewidywalnym i narcystycznym fanem rugby, Irena - pełna pretensji elegantka, matka pięcioletniego Bertiego, dziecka geniusza, który podpalił gazetę czytającemu ją ojcu i poddany jest terapii u znanego edynburskiego psychoanalityka. Wszystko zaś obserwuje i komentuje bystra i tajemnicza Domenica MacDonald. Przyjaźni się ona z wieloma lokalnymi osobistościami. Wraz z bohaterami odwiedzamy okoliczne bary i puby. Spotykamy barwną klientelę - znanego pisarza Iana Rankina czy głośnego polityka Toma Dallyella.
[opis wydawcy]
pokaż więcej.
Moja Biblioteczka
Gdzie kupić?
Opinie znajomych
-
290
-
427
-
373
Opinie czytelników
http://miqaisonfire.wordpress.com/2011/07/11/36-44-scotland-street-alexander-mccall-smith/
Powieść na odcinki - taka była pierwsza forma wydania. Wydawać by się mogło, że jest to zwyczaj zamierzchły obecnie nie mający racji bytu. Czy ktoś w ogóle chce czekać w dobie kultury „ wszystko albo nic”, „ teraz albo nigdy”? Okazuje się, że jeśli jest dobry pisarz to i czekający się znajdą.
44 Scotland Street to nazwa ulicy, na której znajduję się powieściowa kamienica. A w niej... Wszystkie indywidua świata. Para gejów, przemiła babuszka, młodzieniec zapatrzony w siebie, pracownica galerii sztuki, matka o wygórowanych ambicjach wobec swojego synka.
Ich losy plączą się jak w życiu... Lubią się, pomagają sobie, obgadują siebie.
Schemat? Macie rację. Czy jednak w obecnym świecie da się całkowicie zaskoczyć czytelnika? Moim zdaniem nie. Dlatego wolę skupić się na formie podania klasyki a ta jest bardzo „smaczna”.
Podoba mi się dwojakość lektury. Jeśli szuka się lektury łatwej i przyjemnej to ona spełnia te zadanie. Jednocześnie jednak autor przemyca tematy, nad którymi można się zastanowić czy też porozmawiać o nich z innymi czytelnikami.
I tak posługuje się starym i trochę wytartym już schematem, że stary człowiek nie oznacza nudnego człowieka. Nigdy nie wiemy, jaką historię kryje w sobie.
Mamy też matkę, której dziecko jest najcudowniejsze na świecie i wieku przedszkolnym uczy się gry na instrumentach, języka włoskiego i nie wiadomo, co czego jeszcze. Pojawiają się pytania: Na ile rodzice mają prawo stymulować swojego dziecko, rozwijać jego pasje, które mogą w późniejszym czasie zaowocować wielką karierą. Gdzie przebiega granica między stymulacją a przymusem?
Jest też pewien przystojniak, któremu wszystko w życiu wychodzi. Czy jednak, aby na pewno wszystko? Czy może wszystko, co dobre kiedyś ma koniec?
Podobało mi się, że to właśnie para gejów jest takim spoiwem, które łączy i mobilizuje mieszkańców do wspólnych działań. Są dyskretni, a jednak zawsze obecni tam gdzie potrzeba niczym najlepsi przyjaciele.
Na koniec zostawiłam pracownicę galerii sztuki imieniem Pat. To dzięki jej przeprowadzce do tej barwnej kamienicy poznajemy mieszkańców. Sama w sobie jest miłą dziewczyną, która szuka swojego miejsca w życiu i chce uniezależnić się od rodziców. Jest czasem tłem na którym brylują pozostali.
Narracja prowadzona jest z punktu widzenia kilku osób. Jest to oczywiste rozwiązanie w sytuacji, gdy mieszkańcy dalecy są od obrazku jednej wielkiej rodziny.
Język jest prosty, przyjemny co sprawia, że czyta się niezmiernie szybko. Autor wie do czego słyży słowo pisane i co ważniejsze wie jak się nim posługiwać. Jeśli chce bawić to pisze tak, że bawi. Jeśli chce smucić to też osiąga ten efekt.
Dodatkowym miłym akcentem są ilustracje wykonane przez Iaina McInstosh’a. Wpasowują się do treści danego rozdziału, żałować można jedynie, że jest ich tak mało.
Z tylu książki przytoczony został fragment recenzji „The Times”, który będzie dobrym zakończeniem mojej notki.
„ Książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę.”
Przytulna książka, pełna ciepła herbaty Earl Grey i szkockich ciasteczek maślanych. Ach, Szkocja Szkocja :-)
Autor w lekki i przyjazny sposób nakreśla portrety kilku postaci (oraz ekscentrycznego psa), z czułą pobłażliwością opisując ich wady. W lekkiej formie umiejętnie 'przemyca' wskazówki do zrozumienia szkockiej mentalności i pogłębienia wiedzy na jej temat: wspomina kilku szkockich malarzy, pisarzy, poetów i polityków.
W zasadzie to trzeba przyznać, że bardzo ociepla klimat szkocki - gdybym nie wiedziała i sama tego nie doświadczyła, nigdy bym nie wpadła po przeczytaniu tej powieści na to, że w Szkocji pada "tylko" 312 dni w roku :-) oraz że przeważającym kolorem w szkockiej stolicy jest szary. Tym samym przekazuje nam prostą (acz często zapomnianą) prawdę, że kolory miasta to zasługa mieszkających w nim ludzi.
Można się owinąć i zagrzać tą książką.
PS Zabawny jest koncept nadania ulicy nazwy kraju, gdzie się znajduje. Ciekawe, czy gdzieś w Polsce jest ulica Polska?
Spotkałam się tylko z ulicą Poznańską w Poznaniu :-)
Czy wyobrażacie sobie sytuację, gdy siedząc na kanapie przenosicie się do ulubionego kraju? W pobliżu szklanka ulubionej herbaty lub kubek kakao, a Wy, leżąc na łóżku, odkrywacie nowe miasto, poznajecie jego mieszkańców – i to wszystko nie ruszając się z miejsca?
Tak właśnie na początku potraktowałam tę książkę – jako powrót do Szkocji, która urzekła mnie już dawno, dawno temu. Im bliżej końca, tym bardziej uświadamiałam sobie, że jednak jest ona czym o wiele więcej.
„44 Scotland Street” nie jest pierwszą książką Alexandra McCall Smitha, napisał on mnóstwo powieści i książek dla dzieci, które cieszą się popularnością nie tylko w Wielkiej Brytanii czy Polsce. Jest jednak pierwszą z kolejnej serii książek o mieszkańcach edynburskiej Scotland Street. Nie jest to tradycyjna powieść. Autor wpadł na pomysł historii w odcinkach na pewnym przyjęciu, nie mając pojęcia, że odniesie ona taki sukces. A sukces odniosła niemały.
Tytułowa Scotland Street znajduje się w artystycznej dzielnicy Edynburga. Na kolejnych kartach książki śledzimy codzienne przygody mieszkańców domu nr 44: dwudziestoletniej Pat, wprowadzającej się do kamienicy, jako współlokatorka zakochanego w sobie, narcystycznego Bruce’a; pięcioletniego Bertie’ego, uzdolnionego dziecka i jej matki Irene, która zmusza syna do gry na saksofonie, a gdy on się buntuje, postanawia poddać go psychoanalizie; także mieszkającej samotnie, ale bystrej i inteligentnej Domeniki Mcdonald, obserwującej i komentującej życie mieszkańców swojej kamienicy.
Nigdy nie czytałam powieści tego typu, książki w odcinkach, rozdziałach, które są króciutkie, bo pisane pierwotnie do szkockiej gazety „Scotsman”. Jednak w każdej małej części coś się dzieje, mamy zapowiedź kolejnych wydarzeń, co nie pozwala nam się znudzić. Mało tego – niemalże od pierwszej strony zaprzyjaźniamy się z jej nietuzinkowymi bohaterami i zanim się obejrzymy, chcemy więcej i więcej. Ta książka jest jak balsam dla duszy i ciała, jak lekarstwo na złamane serce, antidotum na chandrę. Czyta się ją błyskawicznie, chociaż nie posiada jako takiej akcji. Jednak jest pełna humoru, barwnych postaci i różnorakich charakterów, napisana przyjemnym językiem – po prostu cudowna. Najlepiej się ją czyta na kanapie pod kocem, z ulubionym kubkiem herbaty Earl Grey pod ręką. Bo jak już zaczniecie, to nie będzie Wam się chciało jej odkładać na półkę – to gwarantuję!
Ja sama sięgnęłam po tę książkę ze względu na Szkocję, którą kocham. A dzięki niej mogłam znowu przenieść się do jej stolicy, przypomnieć sobie edynburskie uliczki, szkockie krajobrazy – nie spodziewałam się, że ta książka urzeknie mnie do tego stopnia, że kiedy ją skończę, będę tego żałować. A tak właśnie jest. Żałuję, że już ją skończyłam i że była taka krótka. Pocieszeniem może być jednak fakt, że to pierwsza część całej serii o mieszkańcach Edynburga, więc na pewno wrócę do jej bohaterów tak szybko, jak to będzie możliwe.
Komu polecam? Wszystkim, ale głównie tym, którzy chcą zażyć sporej dawki dobrego humoru, uśmiechnąć się nie raz pod nosem, oderwać od otaczającego świata i przeczytać coś lekkiego, ale zapadającego w serce i wciągającego. A również tym, którzy tak jak ja są zauroczeni szkockimi miasteczkami i Szkocją samą w sobie. Nie bez powodu nota wydawcy mówi nam, że ta książka powinna być przepisywana jako lek na zimową chandrę – bo taka właśnie jest. Ja będę czekać, aż wpadną w moje ręce kolejne części przygód mieszkańców edynburskiej kamienicy. Mam nadzieję, że długo nie będę musiała na to czekać.
[http://mojeczytadla.blogspot.com/2012/04/autor-alexander-mccall-smith-wydawnctwo.html]
Swojego czasu Alexander McCall Smith bił rekordy popularności na blogach książkowo-recenzyjnych. Na fali tej popularności i jak najbardziej przychylnych recenzji, trafił na moją magiczną listę "Chcę przeczytać". Podczytywałam tę książkę bez zbędnego pośpiechu. Wszak sam autor stworzył mi ku temu możliwość - w zamyśle "44 Scotland Street" miał być cyklem powieści w odcinkach, która miała być publikowana w gazecie codziennej. Stąd i moje mniejsze wyrzuty sumienia. Jednak w mojej głowie pojawiło się pytanie: lepiej czytać ją "na raz" czy czytać w odcinkach?
Trudno wskazać głównego bohatera - jest ich wielu, a każdą z postaci poznajemy w równej mierze. Autor stosuje ciekawy sposób narracji - swoistą mieszankę narratora pierwszoosobowego z wszechwiedzącym. Postaci zostały przedstawione z dużą dozą humoru. Każdy z bohaterów jest groteskowy na swój sposób - Pat, która organizuje sobie kolejny "gap year", zakochuje się (literalnie) bez rozumu w swoim współlokatorze, w każdej trudniejszej sytuacji dzwoni do swojego ojca - psychiatry. Bruce - zapatrzony w swoje ego, narcystyczny, nieograniczony w uwielbieniu do siebie pracownik firmy zajmującej się wyceną nieruchomości. Ich sąsiadka - Domenica, doświadczona przez życie, uważna obserwatorka - nic w kamienicy nie dzieje się bez jej wiedzy. Irena - nadambitna matka zmuszająca swojego pięcioletniego synka do nauki włoskiego i gry na saksofonie. I tak dalej, i tak dalej ... Przyznam szczerze - Edynburg w oczach Alexandra McCall Smitha wydaje się być wyjątkowo ekscentrycznym i niemal absurdalnym miejscem.
Język jest moim zdaniem sporym atutem "44 Scotland Street". Skondensowane, krótkie rozdziały, napisane dowcipnym, lekkim językiem. Trudno jest mi odnieść się do konkretnego przykładu z literatury, ale ten styl coś mi przypomina. Może ktoś z Was podpowie, co takiego może mi przypominać.
Fabuła nie jest skomplikowana, nie dzieje się tutaj nic wielkiego. Szczerze mówiąc - byłam przekonana, że sięgam po lekki kryminał. Mamy tutaj jednak do czynienia z wyjątkowo sprawnie i uważnie napisaną obyczajówką. Osoby mieszkające w Edynburgu na pewno znajdą mnóstwo odniesień do osób rzeczywistych. Akcja jest dynamiczna, pełno w niej nieoczekiwanych zwrotów. Każdy rozdział jest jak odcinek dobrego serialu - interesuje, wciąga, bawi, zachęca do obejrzenia (tu: przeczytania) kolejnego, jednak nie angażuje na tyle, żeby czuć się przytłoczonym. Pomyślicie, że można by określić ten typ książki "czytadłem". Otóż - nie zgodzę się. Zbyt wnikliwe potraktowanie postaci, subtelny humor na dobrym poziomie i to nieokreślone uczucie, które towarzyszyło mi przez całą lekturę. Jakbym i ja była mieszkanką 44 Scotland Street i znała mieszkańców od podszewki.
Podsumowując - doskonały pomysł na formę powieści. Przyzwoita fabuła, wyważona dawka humoru. Nie porywa, ale nie pozostawia obojętnym. Idealna na takie mroźne wieczory, jak te, których doświadczmy teraz.
bazgradelko.pl
Ciepła, przyjemna, niewymagająca. Idealna na zimowy wieczór przy kawie.
44 Scotland Street to powieść dokładnie taka jak opisuje ją „The Times”
"Książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę."
Lekka, przyjemna, do śmiechu ale też pełna ciekawych spostrzeżeń na temat społeczeństwa szkockiego, różnych typów i osobowości.
Pod tytułowym adresem, w luksusowej artystycznej dzielnicy Edynburga, mieszka kilka szczególnych nietuzinkowych osób, ale nie tylko oni są bohaterami tej powieści. To również ich znajomi i bliscy tworzą całe tło i wprowadzają czytelnika w wiele zabawnych i ciekawych sytuacji.
Mamy dwudziestoletnią Pat, szukającą swojej drogi, która jest tu „nowa” wprowadza się jako współlokatorka Bruce’a – narcyza, zapatrzonego w siebie a przy tym zarozumiałego i egoistycznego. Mamy Irene matkę pięcioletniego Bertiego, która poprzez dziecko chce zaspokoić swoje ambicje, chorobliwe i wygórowane a chłopiec powoli zaczyna wszczynać bunt i wypowiadać na ten temat swoje zdanie. Mamy starszą panią Domenicę Macdonald, która skrupulatnie obserwuje lokatorów swojego budynku, pełną ciepła i mądrości.
Do tego dołączyć należy tętniący życiem Edynburg, restauracje, kluby i ulice, ludzi pełnych życia, werwy i ambicji i oraz dużą dawkę humoru. Bohaterowie nie są przerysowani, są tacy, jacy są, prawdziwi. Jednych się lubi, innych nie darzy sympatią, wzbudzają różne emocje,
Mimo iż akcja toczy się dość delikatnie, bez wielkich zrywów, śledzi się ją z ciekawością, bohaterowie potrafią wciągnąć w swoje losy, intrygują, chcemy im towarzyszyć przy podejmowaniu kolejnych decyzji i kolejnych spotkaniach.
Bardzo podoba mi się konstrukcja powieści – w odcinkach – o której szczegółowo autor pisze we wstępie. Mają przedstawiać jedną osobę lub opisywać jakieś pojedyncze zdarzenie. Dużo uroku dodają każdemu odcinkowi ilustracje autorstwa I.McIntosha, obrazujące jakiś element z danego rozdziału.
Nie m tu nic kontrowersyjnego, zmuszającego do wielkich refleksji. Powieść jest bardzo odprężająca, wywołuje tylko pozytywne odczucia. Z chęcią sięgnę po kolejną część, bo ma ich być podobno sześć. Polecam!
Alexander McCall Smith był mi dotąd autorem zupełnie nieznanym, chociaż '44 Scotland Street' nie jest bynajmniej jego literackim debiutem. Zainteresowałam się tą powieścią na fali entuzjazmu po lekturze 'Dziewczyny z sąsiedztwa' i moje ówczesne skojarzenia były uzasadnione - obie te powieści osadzone są w podobnej rzeczywistości, choć porównywanie Edynburga do Nowego Jorku byłoby jednak pewną niestosownością. Niemniej, w obu przypadkach mamy osadzenie akcji w kamienicy, pełnej interesujących osobowości.
Najpierw poznajemy Pat - dwudziestolatkę, która planuje kolejny rok przerwy między ogólniakiem, a studiami. Nie bardzo wie, co zrobić ze swoim życiem - najpierw wprowadza się pod numer 44, potem znajduje pracę w podrzędnej galerii sztuki i uparcie szuka miłości wśród otaczających ją mężczyzn. Jednym z nich jest jej współlokator - Bruce - postać tak irytująca, że aż zgrzytałam zębami z każdą kolejną wzmianką na jego temat. Gapi się toto wiecznie w swe odbicie, pręży mięśnie, szczerzy zęby, a do tego pakuje we włosy goździkowe mazidło, mające mu zapewnić wiecznie sterczącego jeża na głowie. Doprawdy, fantastycznie! Najgorsze, że poznałam w swym życiu paru jemu podobnych i wcale nie napawa mnie to optymizmem, bo choć jego postać zdaje się być przejaskrawiona i przerysowana, jest też brutalnie prawdziwa. A to już nie jest, niestety, pocieszające.
Pod 44tym numerem mieszka też para skrzywionych psychicznie rodziców, lubujących się w przelewaniu wybujałych i chorych ambicji na swego jedynego potomka. Pięciolatek przebija więc umiejętnościami przeciętnego dorosłego - znakomicie gra na saksofonie, biegle posługuje się językiem włoskim, a do tego jest niezwykle obeznany w sprawach politycznych kraju. Cudowna mamunia rozplanowuje dla niego również lekcje jogi (dacie wiarę?), basen i jeszcze parę innych cudów, byle tylko nie być jak inni rodzice, którzy - o, zgrozo! - namawiają swe pociechy do grania w piłkę nożną. Toż to zbrodnia niesłychana!
Na szczęście dzieciak w pewnym momencie się buntuje i uciera nosa przemądrzałej mamuśce, która za cudowne rozwiązanie uznaje posłanie go... na psychoterapię. Good idea, mom!
Ostatnią mieszkanką '44 Scotland Street', jaką poznajemy, jest urocza staruszka, imieniem Domenica, która nachalnie kojarzy mi się z niejaką Violet z - wspomnianej wcześniej - Dziewczyny.... Łączy je tak wiele, że w pewnym momencie złapałam się na tym, iż utożsamiam je ze sobą, pomimo znaczących różnic z biografii obu pań. Niemniej, schemat staruszki-powierniczki wciąż jest w cenie. Szkoda, że ja nie znam takich fajnych babć, czasem dobrze by było pomówić z kimś doświadczonym, kto zwiedził świat i wciąż zachowuje pogodę ducha, a ludzi młodych nie traktuje z góry, jak to najczęściej się dziś spotyka... Niestety - takie rzeczy to tylko w książkach.
Oprócz mieszkańców tytułowego numeru 44, poznajemy jeszcze paru innych ciekawych bohaterów. Jest małżeństwo, które na siłę chce posłać 23letnią córkę za mąż, jest owa córka, która warczy na wszystkich, ma wiecznego PMSa i właściwie uśmiecha się tylko wtedy, kiedy rzuci komuś jakąś kąśliwą uwagę. Jest też nieporadny Matthew - syn bogatego ojca, mający wszystko, co można zdobyć za pieniądze. Niestety, pewności siebie, charakteru, przebojowości, czy choćby odrobiny energii kupić się nie da, toteż Matty jest typową ciepłą kluchą, która daje się robić w konia wszystkim wokół. Sam nie podejmie żadnej decyzji, jest bierny i nudny, chociaż akurat we mnie wzbudza jakieś rozczulające instynkty. Na pewno wolałabym takiego smętnego Matthew, niż gogusia Bruce'a, który skłonny jest nawet ukraść majtki swego szefa, byle tylko wyglądać dobrze.
Oczywiście barwnych osobowości w powieści McCall Smitha jest jeszcze sporo, ale cóż by to była za zabawa, gdybym tu rozrysowała wszystkich od góry do dołu? Sięgnijcie po książkę i sami się przekonajcie, jak ten autor ciekawie konstruuje postaci i wydarzenia. Pochłonęłam '44 SS' w kilka godzin, właściwie nie dowierzając, że tak lekko, szybko i przyjemnie idzie lektura. Myślę, że jest to idealna pozycja na długie, leniwe wieczory z kubkiem kakao i kocykiem. Teraz właśnie nadeszła taka pora, więc radzę nie zwlekać i czym prędzej sięgnąć po tę powieść. Nie jest to może arcydzieło, czy literatura wyższych lotów. Do tego nie każdy musi lubić tak pociachaną (czy polonistyce wypada używać takich sformułowań?) narrację - bo musicie wiedzieć, iż powieść ta powstawała w odcinkach na łamach jednego z czasopism. Z mojego punktu widzenia jest to zabieg całkiem udany - kojarzycie chyba, jak we wszelkich telenowelach każdy odcinek kończy się w kulminacyjnym momencie, co ma zachęcić do obejrzenia kolejnego? Tak też jest w tym przypadku - po każdym rozdziale chce się poznać kolejny, by dowiedzieć się, cóż to autor przyszykował dla swych bohaterów. A jest tego sporo, wierzcie mi!
44 Scotland Street oraz jej kontynuacje są zbiorem opowiastek o mieszkańcach edynburskiej kamienicy. Czyta się to lekko i przyjemnie, zwłaszcza że książka ozdobiona jest sympatycznymi rysunkami, choć miałam wrażenie, że w powieści tej nie ma żadnego konkretnego wątku, że dalsze losy bohaterów powstawały na bieżąco, w miarę pisania kolejnych rozdziałów. Biorąc pod uwagę to, że jest to powieść skompilowana z odcinków drukowanych w prasie – to taki scenariusz jest najzupełniej uzasadniony. Niestety na lekkim czytaniu zalety tej książki – jak dla mnie się kończą.
Są to opowiastki w zasadzie o niczym, nie prowadzące do niczego – poznajemy młodych ludzi PRÓBUJĄCYCH pracować lub studiować oraz ich starszych sąsiadów, posiadających wystarczające zasoby finansowe, żeby swobodnie sobie egzystować. Słowo PRÓBUJĄCYCH jest tu uzasadnione, ponieważ żadna z tych osób nie wydaje się szczególnie zapracowana, jeśli posiadają pracę to jest to praca nie wymagającą żadnego wysiłku, ani starań, zdobycie pracy też nie jest problemem – ah, jakże im zazdroszczę. Ewentualnie posiadają pieniądze, spadające z nieba: bogaci rodzice, mężowie, spadki… Wszystkie te osoby łączy jakaś „nieznośna lekkość bytu”, niefrasobliwość, nikt tu nie jest zatroskany życiem, nikt nie ma „prawdziwych problemów”, dylematów. Bohaterowie to grono obiboków, zajętych przede wszystkim sobą, spędzających czas głównie na zabijaniu czasu. Znowu tłumaczę to tym, że w zamyśle miało to być po prostu miłe czytadło na chwilę, żeby zająć czas w tramwaju lub w poczekalni u lekarza, nic ponadto – i takie w istocie jest. Nie potrafię dostrzec w tej książce nic więcej, denerwowała mnie powierzchowność postaci i ta ich beztroska, jakże odrealniona w porównaniu z prawdziwym życiem, nie potrafiłam się wczuć w sytuację bohaterów, a ich tzw. perypetie (czyli głównie przesiadywanie w barach i pubach oraz szwendanie się po mieście) mnie znudziły. Język, w jakim jest napisana powieść świadczy o sporej dozie (auto)ironii - namalowane przez autora postaci oczywiście należy traktować z przymrużeniem oka, tym niemniej po wielu dobrych recenzjach spodziewałam się czegoś lepszego. Okazało się że dla mnie ta książka była stratą czasu, nawet jak na moje obecne standardy.
Powieść pisana w odcinkach do gazety stworzyła nam książkę "44 Scotland Street", każdy "rozdzialik" pozostawia obietnicę dalszych wydarzeń, dlatego trudno jest przerwać czytanie. W książce mamy całą paletę charakterów. Każdy z nas znajdzie osobę podobną do siebie z którą może się utożsamić śledząc losy i przygody bohaterów. W powieści pojawia się zderzenie dwóch światów; ludzi z wyższych sfer z poetami, malarzami oraz mieszkańcami kamiennicy pod numerem 44, zachęcam do rozwiązania zagadki tajemniczego obrazu oraz odprężenia się przy lekkiej lekturze której akcja dzieje się w Szkocji.
Mam mieszane uczucia. Cudowny klimat książki to przede wszystkim zasługa pięknego, tajemniczego Edynburga, nie było go jednak w książce aż tak wiele. Więcej bohaterów utożsamiających się mocno ze Szkocją. I tu z ciężkim sercem muszę zakończyć opis plusów. Bardzo chciałabym dać 5 gwiazdek, ale bohaterowie i ich historie są dosyć płaskie i przewidywalne... bardzo żałuję,ale się rozczarowałam...:(
Znakomita na swojej półce - książek lekkich a zarazem niebanalnych. Ciekawe postaci, cudownie zabawne obserwacje, dobre tempo (wymuszone pierwotną formułą drukowanej w gazecie powieści w odcinkach) - czyta się naprawdę świetnie. Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na coś lekkiego i naprawdę dobrze napisanego, bez pretensji do Wielkiej Literatury.
Czytadło na deszczowe dni. Czyta się gładko i przyjemnie, krótkie rozdziały ułatwiają wciągnięcie (syndrom "jeszcze tylko jeden rozdział") i czytanie w tramwaju, ale za dużo z tej lektury nie zostaje. Owszem, bywały ciekawe fragmenty, ale ogólnie książka nie podobała mi się przesadnie. Chociaż spełniła swoje zadanie — umiliła mi listopad.
Nigdy nie wiadomo jak dobrze znasz swojego sąsiada. Szczególnie gdy mieszkacie w zabytkowej kamienicy a każdy z lokatorów ma swój własny pokój i tajemniczą historię.
"44 Scotland Street" to książka o relacjach międzyludzkich na zamkniętej przestrzeni. Przyjaźnie, miłości, ludzkie tragedie - książka trochę o nas samych.
Mam mieszane uczucia co do tej książki... Z jednej strony autor opisuje nam piękno Edynburga, które bardzo mnie urzekło, chociaż wzmianek o nim było naprawdę niewiele... Z drugiej strony spodziewałam się czegoś więcej po lekturze. Czegoś bardziej interesującego, wciągającego. Książka jednym słowem mnie nie zachwyciła.
"44 Scotland Street" to opowieść o mieszkańcach kamienicy znajdującej się właśnie pod tym numerem. Zbieranina typów jest zróżnicowana, mamy narcystycznego... - pełna wersja recenzji (ze względu na nowy regulamin) dostępna tylko na moim blogu - http://ksiazkowo.wordpress.com]

Albertus
Zinamon
Weltbild
Selkar
Matras
Empik





























