Lśnij, morze Edenu

Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
Wydawnictwo: Rebis
6,18 (166 ocen i 43 opinie) Zobacz oceny
10
6
9
13
8
22
7
33
6
41
5
23
4
9
3
10
2
6
1
3
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Brilla, Mar del Edén
data wydania
ISBN
9788380621626
liczba stron
816
kategoria
Literatura piękna
język
polski
dodała
Iza

Wielowątkowa, zręcznie napisana powieść, swoisty miks "Dzikich detektywów" Bolaño, "Władcy much" Goldinga, "Burzy" Szekspira i… serialu "Zagubieni". Książka otrzymała Premio Nacional de la Crítica, a jej autor Anders Ibanez jest uważany za najlepszego pisarza swojego pokolenia w Hiszpanii. Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a...

Wielowątkowa, zręcznie napisana powieść, swoisty miks "Dzikich detektywów" Bolaño, "Władcy much" Goldinga, "Burzy" Szekspira i… serialu "Zagubieni".
Książka otrzymała Premio Nacional de la Crítica, a jej autor Anders Ibanez jest uważany za najlepszego pisarza swojego pokolenia w Hiszpanii.

Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną rajską wyspę, gdzie na pozbawionych kontaktu ze światem zewnętrznym nieszczęśników czyhają najprzeróżniejsze tajemnicze niebezpieczeństwa. Wśród ocalałych są przedstawiciele różnych narodów, zawodów i stanów. Narratorem opowieści jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Autor w mistrzowski sposób snuje opowieść o świecie pogrążonym w kryzysie i proponuje nową ścieżkę, która rodzi się z muzyki i milczenia.

 

źródło opisu: https://www.rebis.com.pl/pl/book-lsnij-morze-edenu...(?)

źródło okładki: https://www.rebis.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Oficjalna recenzja
Zicocu książek: 1641

Niepokojące przemieszanie

Rozprawę o „Lśnij, morze Edenu” zacznę od tego, na czym nie znam się zupełnie, a czego w przypadku tej książki pominąć milczeniem nie można: okładki. Ta ilustracja przyciąga wzrok, prawda? Ba, mało tego – widziałem nawet komentarz, który sugerował, że może się ona wiązać z nieprzyzwoitą treścią samej powieści. Cóż, jakiś związek między okładką a zawartością z pewnością istnieje, bo autor tej grafiki zna „Lśnij, morze Edenu” doskonale, wszak to on ją napisał. A ja po przeczytaniu książki muszę się z krzykliwą, barwną i nieco niepokojącą interpretacją Andrésa Ibáñeza zgodzić.

Czego w tej książce (i na jej okładce) nie ma! Pojawia się spora dawka erotyki (w tym rozdział składający się tylko i wyłącznie z nazwisk kochanek głównego bohatera), którą z pewnością symbolizuje naga kobieta z pierwszego planu; pojawia się też machający z oddali Roberto Bolaño, obecny zarówno we własnej osobie, jak i za sprawą swej twórczości; pojawiają się siedzący przy fortepianie Anton Bruckner, patrzący niewidomymi oczami Shōkō Asahara, ukryta w rogu kapibara, a nawet spoglądający z góry Doktor Manhattan, znany wszystkim miłośnikom komiksu z legendarnych „Strażników” Alana Moore'a. Centralną osią zdarzeń jest oczywiście bezludna wyspa, także ukazana na okładce – to ona staje się wybawieniem dla osób poszkodowanych w katastrofie lecącego z Los Angeles do Singapuru samolotu, to ona udowadnia im, jak mało wiedzą o świecie i sobie samych.

Jestem pewien, że wszyscy czytelnicy, nawet ci niezbyt lubiący...

Rozprawę o „Lśnij, morze Edenu” zacznę od tego, na czym nie znam się zupełnie, a czego w przypadku tej książki pominąć milczeniem nie można: okładki. Ta ilustracja przyciąga wzrok, prawda? Ba, mało tego – widziałem nawet komentarz, który sugerował, że może się ona wiązać z nieprzyzwoitą treścią samej powieści. Cóż, jakiś związek między okładką a zawartością z pewnością istnieje, bo autor tej grafiki zna „Lśnij, morze Edenu” doskonale, wszak to on ją napisał. A ja po przeczytaniu książki muszę się z krzykliwą, barwną i nieco niepokojącą interpretacją Andrésa Ibáñeza zgodzić.

Czego w tej książce (i na jej okładce) nie ma! Pojawia się spora dawka erotyki (w tym rozdział składający się tylko i wyłącznie z nazwisk kochanek głównego bohatera), którą z pewnością symbolizuje naga kobieta z pierwszego planu; pojawia się też machający z oddali Roberto Bolaño, obecny zarówno we własnej osobie, jak i za sprawą swej twórczości; pojawiają się siedzący przy fortepianie Anton Bruckner, patrzący niewidomymi oczami Shōkō Asahara, ukryta w rogu kapibara, a nawet spoglądający z góry Doktor Manhattan, znany wszystkim miłośnikom komiksu z legendarnych „Strażników” Alana Moore'a. Centralną osią zdarzeń jest oczywiście bezludna wyspa, także ukazana na okładce – to ona staje się wybawieniem dla osób poszkodowanych w katastrofie lecącego z Los Angeles do Singapuru samolotu, to ona udowadnia im, jak mało wiedzą o świecie i sobie samych.

Jestem pewien, że wszyscy czytelnicy, nawet ci niezbyt lubiący wnikliwą lekturę, zauważyli w powyższym akapicie coś niepokojącego, delikatnie wyprowadzającego ze stanu równowagi: totalne pomieszanie motywów. Bo co miałoby łączyć popularnego pośmiertnie Bolaño (niech dowodem jego sławy będzie to, że w krótkim odstępie czasu w Polsce ukazują się nawiązujące do niego książki z Bałkanów w postaci „Psów nad jeziorem” oraz „Lśnij, morze Edenu” rodem z Półwyspu Iberyjskiego) z amerykańskim komiksem? A ta bezludna wyspa, żywcem wzięta z „Lost”? Toż ten serial powstał zarówno po śmierci chilijskiego pisarza, jak i prawie dwadzieścia lat po premierze „Strażników”! Okazuje się jednak, że w odpowiednich rękach tak niekoherentny materiał (mimo że nie wspomniałem nawet jednej dziesiątej szerokich inspiracji autora, a przecież liczę tylko te wyraźnie widoczne!) może przeistoczyć się w spójną i, co ważniejsze, doskonałą powieść. Udowodnił to Infante w „Trzech pstrych tygrysach”, udowadnia to Ibáñez w „Lśnij, morze Edenu”.

Hiszpański pisarz postawił sobie zadanie, które wydaje się banalne, a w istocie jest trudne niezwykle: połączyć wciągającą fabułę z literaturą piękną; i to nie w formie kompromisu, który bez wątpienia stanowi literatura środka (bardzo przeze mnie, zaznaczę, szanowana – uważam, że jej tworzenie na wysokim poziomie wymaga talentu co najmniej równie wielkiego, co tak zwana sztuka poważna), a zderzenie elementów narracji czysto przygodowej z niezredukowaną nadbudową problemową. Będzie więc czytelnik brał udział w postmodernistycznych literackich grach, kiedy mechanik stanie się doradcą wielkich pisarzy, będzie miał okazję zajrzeć do głowy tworzącego kompozytora (pierwszy rozdział o Brucknerze jest po prostu genialny!), zostanie świadkiem duchowych rozterek zniewolonego przez sektę Japończyka. Ale to tylko jedna strona medalu; druga składa się z rozwikływania tajemnic bezludnej – do czasu – wyspy, odkrywania liczącego dziesiątki lat spisku, porwań, spotkań z krwiożerczymi dzikusami. A do tego wszystkiego na sam koniec okazuje się, że „Lśnij, morze Edenu” to książka o miłości!

W całym tym zamieszaniu Ibáñez nie pozostaje bezbłędny. Nie zdarzają mu się co prawda fabularne mielizny, co jest godne podziwu, bo często wtrąca w tekst dygresje mocno spowalniające tempo akcji (inna sprawa, że mój czytelniczy gust skłaniał się mocno ku tym wtrąceniom, bo tło i dotychczasowe historie bohaterów interesowały mnie bardziej niż przygodowy wątek wyspy), ale stylistyczne potknięcia – owszem. Najpoważniejsze mają miejsce w samej końcówce, kiedy jego fascynacja mistycyzmem i ezoteryką staje się nie tyle nawet wyraźna (bo taka jest przez cały czas), a irytująca. Nagle przestaje panować nad językiem (co wcześniej zdarza mu się bardzo rzadko – doskonale radzi sobie choćby z bardzo wymagającymi scenami brutalnej operacji czy przemocy wobec jednej z bohaterek) i popada w nieopanowane gadulstwo połączone z wyjątkowo patetycznym tonem. Szkoda, że autor postanowił skupić się w finale akurat na tym elemencie; jest on rozczarowujący szczególnie, bo pewne wątki zostały potraktowane po macoszemu (przede wszystkim wtręt o Ariko, który wydaje się zwykłym ozdobnikiem, podobnie jak kilka scen z Omé i świecącym Christianem), mimo że wyraźnie domagają się rozwinięcia.

„Lśnij, morze Edenu” bez wątpienia jest powieścią monumentalną i fascynującym wynikiem przemian, jakie w ostatnich latach przechodzi światowa kultura. Andrés Ibáñez z taką samą powagą podszedł do rzeczy tak różnych jak „Przypadki Robinsona Crusoe” i „Tajemnicza wyspa”, „Zagubieni”, „Strażnicy”, „Burza” czy w końcu „VIII Symfonia” Antona Brucknera. Obok efektu jego pracy nie można przejść obojętnie – albo się go pokocha, albo znienawidzi.

Bartek Szczyżański

pokaż więcej

Dodaj dyskusję
Dyskusje o książce
pokaż wszystkie
Sortuj opinie wg
Opinie czytelników (727)
 Pokaż tylko oceny z treścią
książek: 791
romeo | 2018-10-16
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 16 października 2018

Nie, nie oglądałem serialu Zagubieni(TV to wynalazek, z którego korzystam coraz rzadziej), więc już na wejściu zostałem zwolniony z przekleństwa skojarzeń, które czasem noszą poblask erudycji, a czasem zwyczajnie psują wrażenia czytelnicze. Powieść Ibaneza to spora cegiełka(ponad 800 stron), ale ja w czasie lektury ani przez moment nie czułem się zmęczony, przeciwnie, odkładałem książkę nieomal z żalem i entuzjastycznie do niej wracałem gnany niecierpliwą chęcią poznania ciągu dalszego. Nie chodzi wcale o dynamiczną akcję, bo na rynku wiele jest pozycji tym tylko się odznaczających, którą przecież spowalniają pojawiające się dygresje, zresztą nader smakowite literacko, lecz o bogactwo motywów, których tu multum. Od samego początku odnajdujemy z biegiem akcji pogłębianą ezoteryczną tajemnicę wyspy, gdzie utknęli rozbitkowie z wodującego na Pacyfiku samolotu, którzy muszą zmierzyć się z produkowanymi przez to miejsce fantomami czyniącymi ich igraszką nieznanych sił. Są wątki...

książek: 1181
Izabela Pycio | 2017-06-19
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 19 czerwca 2017

"Muzyka ma wymiar ludzki i wymiar pozaludzki... Odzwierciedla w całej jego złożoności i człowieka, i kosmos, i związek między nimi. Odzwierciedla, to, co rozumiemy w istocie ludzkiej, i to, czego nie rozumiemy. Całość rzeczywistości. Całość duszy i całość świata. Oraz połączenie istniejące między duszą człowieka a duszą świata."

Świetnie relaksowałam się przez kilka dni przy tej książce, nie dość, że mega dawka wciągającego zaczytania, to jeszcze fascynująca zabawa w odkrywanie analogii do znanych powieści i produkcji telewizyjnych. Niby wszystko już było, w zasadzie nic nowego nie pojawia się na łamach stron, a jednak z wielką przyjemnością zagłębiamy się w powieść. Sprawia to niezwykły styl autora, potrafiący wkręcić czytelnika w akcję, podłożyć sporo suspensu pod przebieg zdarzeń, nadać atmosferze pożądanej niepewności, ale też w luźnej formie nakłonić do snucia przypuszczeń zakończenia tej mocno rozbudowanej i plastycznie uszczegółowionej historii.

Lekkość pióra, gładkość...

książek: 791
reptar | 2017-06-11

Ogromne rozczarowanie!

Kiedy na okładce piszą o nawiązywaniu do takiego czy innego dzieła, spodziewam się (ewentualnie!) klimatu, ale nie plagiatu. Że samolot się rozbija, okej, to jeszcze nie są „Zagubieni”, ale już motyw z wózkiem inwalidzkim (str. 21) wywołuje konsternację, a opis Santiaga Reiny (str. 42) przepełnia czarę – w ogóle istnieją jakieś zalety aż tak małpiego kalkowania? I oto dość szybko, przy 4% na pasku postępu, dopadło mnie poczucie, że najprawdopodobniej będzie to strata czasu.

Potem te wiszące w powietrzu kamienie (str. 207, ćwierć dzieła przebrnięte) – warsztatowa żenada, ozdobnik, który zamiast świadczyć o potędze wyobraźni autora faktycznie dowodzi czegoś odwrotnego. Ot, taki niewymagający, baśniowy gadżet dla raczkujących, powierzchowna imitacja grochu z kapustą. Nie czepiam się wszystkiego w czambuł, czepiam się konkretnie tych kamieni, i może jeszcze paru innych grzybków w tym barszczu, bo bardzo skutecznie psują i tak nie nazbyt rewelacyjną...

książek: 1229
McRap1972 | 2017-06-29
Na półkach: Przeczytane, Posiadam, E-booki, 2017
Przeczytana: 29 czerwca 2017

Zapowiadało się arcydzieło. Świetny styl autora i arcyciekawa historia, musiały dać efekt w postaci powieści wybitnej. Ale niestety nie dały. Owszem książka jest dobra ale nic ponad to.

Po powieść "Lśnij, morze Edenu" sięgnąłem zachęcony porównaniami tej książki do serialu "Lost". Nie raziło mnie więc całe mnóstwo zapożyczeń czy kalek z serialu. Tego właśnie oczekiwałem i świetnie się bawiłem rozpoznając kolejne osoby znane mi z serialu. Motyw wyspy, tajemnic z nią związanych, walka bohaterów o przetrwanie, to wszystko było bardzo wciągające i doskonale opisane.

Siłą książki są też rozdziały retrospektywne gdzie ze szczegółami poznajemy historie bohaterów. W pewnym momencie poczułem, że te historie wciągają mnie nawet bardziej niż fabuła na wyspie. Dzięki tym rozdziałom mamy tu jakby wiele książek w jednej. To było fascynujące.

Co więc się stało, że "Lśnij, morze Edenu" nie jest dla mnie powieścią wybitną? Zdecydowało chyba gadulstwo autora, nieumiejętność czy tez niechęć do...

książek: 2958
BetiFiore | 2018-07-18
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 18 lipca 2018

Na początku zastrzegam: nie oglądałam serialu Lost, dlatego nie działają na mnie zarzuty o plagiacie. Zresztą, trzeba doczytać do końca, żeby przekonać się, że nie jest to po prostu opis życia rozbitków na bezludnej wyspie, tylko coś głębszego. No właśnie, nie do końca uchwyciłam wszystkie przesłania, szczególnie te czysto filozoficzne. Dziwię się też osobom, które po przeczytaniu zaledwie 200 z ponad 800 stron, zarzuciły lekturę po spotkaniu z lewitującymi kamieniami. Cóż, to jest książka z elementami fantasy, nie można jej odbierać dosłownie. Wyspa tu ukazana jest metaforą naszego życia - albo cytując dosłownie: wyspa jest nami a my jesteśmy nią. To monumentalne dzieło, na pewno nie bez wad, ale nie rozumiem też ostrej krytyki. Zresztą, krytyka powinna być konstruktywna - komentarze w stylu : Nie lubię fantasy - a więc jeżeli to fantasy, to jest to do niczego. Dziwi mnie brak tłumaczenia na język angielski - może rzeczywiście chodzi o te pomysły ściągnięte z serialu? Nie wiem,...

książek: 3147
Monika Stocka | 2017-08-08
Przeczytana: 08 sierpnia 2017

O ludzie! jak Wam się udało dobrnąć do końca!?
Jeszcze na początku ten język pełen dygresji, przegadany, obfity i niemal w sposób niekontrolowany przelewający się na papier, bawił. Czułam się opleciona, omotana i weszłam w grę, ale mniej więcej w połowie zaczęłam ziewać coraz częściej, coraz rzadziej do książki wracać, by po 500 stronach po prostu ją odłożyć. Apogeum dla mnie to rozdział o kochankach. Kto przeczytał ręka w gorę, bo należy się medal.
Nigdy nie oglądałam Lost, nawet 15 min, pewnie dlatego ubzdurałam sobie, że to będzie Golding w lżejszym wydaniu. No może nie zaraz Golding ale coś w tym stylu (formowanie się społeczności, zależności itd) przyjemna lektura na wakacje, na dobrą zabawę. Nie miejcie złudzeń! To, co początkowo pociąga, zaczyna irytować i odpychać do tego stopnia, że mimo zaintrygowania finałem, nie jestem w stanie zmusić się i przebrnąć przez ostatnie 300 stron.
Nie daję gwiazdek, bo nie doczytałam i nie sądzę, żeby cokolwiek mnie do tego zmusiło.

książek: 404
astaldohil | 2017-06-16
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 16 czerwca 2017

Fan-fiction i literacka zrzynka z serialu "Zagubieni"? Owszem. Do tego stopnia, iż trudno wyjść z podziwu, iż autor "Lśnij, morze Edenu" nie został dotąd pozwany przez twórców serialu (brak anglojęzycznego wydania książki może być w tej materii niejaką wskazówką). Szkielet i sploty okoliczności znane widzom telewizyjnej serii znajdują tu często dokładne odzwierciedlenie. Powiązane z "LOST" wydarzenia, bohaterowie i elementy serialowej mitologii nierzadko różnią się na poziomie detali. Plagiatowanie cudzego dorobku trudno poczytywać za zaletę, jakkolwiek przyznać muszę, że ja bawiłem się przednio odnajdując kolejne elementy znane z serialu, które autor - zaskakująco często z pozytywnym wynikiem - przerobił na swoją modłę.

Jakkolwiek, obok szkieletu, jakim jest główna oś fabuły serialu, Ibanez dał tutaj upust wszystkim swoim pasjom - od nawiązań do muzyki klasycznej poprzez nawiązania do filozofii, religii i mitologii wszech rodzajów, klasyki literatury i komiksu na wszelkiego...

książek: 85
Marcel Baron | 2017-06-21
Na półkach: Przeczytane

No i przeczytałem tę kolubrynę. Powiem szczerze, zagubiona na oceanie wyspa, rozbitkowie, tajemnica, to brzmi bardzo kusząco. No i jeszcze rzecz jasna te chwytliwe opinie z tyłu... Spodziewałem się w związku z tym zręcznie napisanej powieści, w dodatku genialnej. A co zastałem? Cóż, faktycznie miks, powiedziałbym wręcz misz-masz, żeby nie rzec: chaos. Pełno tam różnych dziwnych rzeczy, jakichś wielkich wilków, jakichś zmartwychwstań, jakichś latających kamieni, jakichś chmur wyglądających jak statki UFO, jakichś metafizycznych Łąk, jakichś tajemniczych Panów P., w dodatku przez większą część powieści bohaterowie miotają się wśród nich (i wśród zadziwiającej różnorodności szaty roślinnej wyspy, na której się rozbili), wyprawiając się w miernie zorganizowane wypady. Ciągle ktoś ich napada, porywa, grozi śmiercią, czy wręcz strzela w nogę albo odgryza rękę. I nie powiem, motyw z nogą nawet całkiem całkiem, historie niektórych bohaterów też świetne (moją faworytką jest ta o Xóchtil)...

książek: 971
bibliofilka | 2017-06-04
Przeczytana: 04 czerwca 2017

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

„Jakby to miejsce nie było miejscem z naszego świata, tylko czymś pośrednim, rodzajem nawiasu”.
Temat dość popularny - bezludna wyspa i garstka ludzi, którzy pragną przetrwać. „Przypadki Robinsona Crusoe”, „Tajemnicza wyspa”, „Zagubieni”, „Burza”, „Władcy much”. Można wymienić tu jeszcze kilka innych tytułów, zarówno literackich, jak i filmowych, gdzie taki motyw się pojawia.

Andrés Ibáñez, pisarz hiszpański, sam mówi w wywiadzie, że jego wyspa jest podobna i inna od serialowej. A czytelnik dostaje ponad osiemset stron wypełnionych emocjami i masą odniesień do świetnej, światowej literatury. I istotnie. Już po pierwszych stronach powieści ma się wrażenie, że to nietuzinkowe dzieło. Zachwyca tu przede wszystkim język i styl pisania. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się od katastrofy samolotu, który rozbija się na pozornie bezludnej wyspie. Tylko czy to na pewno jest to wyspa? Może to sen, jakaś iluzja albo inny wymiar, równoległy do naszego świta. Z biegiem akcji czytelnik sam...

książek: 69
CykloCzytelnik | 2017-07-22
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 22 lipca 2017

Czytam, czytam, czytam i jakbym już to znał ...Nawet poszukałem czy autor wzorował się serialem "Lost" lub odwrotnie, niby nie... Serial był tajemniczy, trzymał w napięciu i gdy kończył się w najgorszym z możliwych momencie człowiek bluźnił i czekał tydzień na kolejny odcinek. W tej książce nie ma napięcia, nie ma potrzeby czytania dalej. Za to jest dużo wątków pobocznych, długich historii bohaterów, jest rozdział z nazwiskami kochanek bohatera ....oj dużo jest momentów, w których aż chciało się przewinąć do przodu w oczekiwaniu na coś ciekawego. W 75% książki już mi nie zależało na uratowaniu bohaterów tylko na jakimkolwiek zakończeniu. Tak więc porównanie do "Lostów" bardzo na wyrost.

zobacz kolejne z 717 
Przeczytaj także

Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Cytaty z książki
Inne książki autora
więcej książek tego autora
Powiązane treści
Najlepsze, co może usłyszeć pisarz

„Lśnij, morze Edenu” – powieść, która wywołała w Hiszpanii sensację. Historia grupy rozbitków, którzy w wyniku lotniczej katastrofy trafiają na tropikalną wyspę i z czasem odkrywają, że dzieją się na niej dziwne, bardzo dziwne rzeczy. Z jej autorem Andrésem Ibañezem podczas Warszawskich Targów Książki rozmawiał Tomasz Pindel.


więcej
Patronaty tygodnia

Historia podbojów Boya-Żeleńskiego, biografia Konwickiego, powieść wyróżniona Premio Nacional de la Crítica, kolejne książki Olgi Rudnickiej i Remigiusza Mroza, przemyślana, głęboko poruszająca historia miłosna i reportaż o współczesnym ojcostwie – m.in. takie książki można znaleźć w tym tygodniu na półkach z nowościami w księgarniach. Po jakie tytuły warto sięgnąć? Sprawdźcie!


więcej
więcej powiązanych treści
zgłoś błąd zgłoś błąd