Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Plaża za szafą. Polska kryminalna

Wydawnictwo: Agora SA
6,85 (187 ocen i 25 opinii) Zobacz oceny
10
1
9
13
8
31
7
78
6
43
5
18
4
3
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788326824708
liczba stron
328
kategoria
literatura faktu
język
polski
dodał
L_Settembrini

Choć reportaże wciągają dynamiczną akcją i uwodzą tajemnicą, są przede wszystkim opowieścią o Polsce, w której zbrodnia bywa aktem rozpaczy, nadziei albo ostatnią szansą. Marcin Kącki zabiera nas w kryminalną podróż po Polsce: do Wdzydzów, gdzie dwóch przyjaciół zaplanowało terrorystyczny atak na międzynarodowy koncern, do Konstancina, gdzie mieszkała przebiegła pogromczyni celebrytów,...

Choć reportaże wciągają dynamiczną akcją i uwodzą tajemnicą, są przede wszystkim opowieścią o Polsce, w której zbrodnia bywa aktem rozpaczy, nadziei albo ostatnią szansą.

Marcin Kącki zabiera nas w kryminalną podróż po Polsce: do Wdzydzów, gdzie dwóch przyjaciół zaplanowało terrorystyczny atak na międzynarodowy koncern, do Konstancina, gdzie mieszkała przebiegła pogromczyni celebrytów, Sanoka, gdzie gangiem rządziła kobieta, i Poznania, gdzie złodziej za szafą urządził sobie muzeum jednego, za to wybitnego obrazu. Te historie mrożą krew w żyłach, a jeszcze bardziej zdumiewają. Bo Polska kryminalna to jedno z najdziwniejszych miejsc na światowej mapie zbrodni.

Niewiele przeczytałem powieści kryminalnych, rzadko oglądałem filmy, a seriale kryminalne omijałem z daleka. Nudziły mnie, bo życie daje po mordzie najbardziej wymyślnym pomysłom literackim i scenariuszom. Poznałem to życie, gdy wpychałem się miedzy zbrodnie i karę z notesem, ołówkiem i długim nosem - a książka to efekt 10 lat tej reporterskiej roboty.
Marcin Kącki

W reportażu najlepsze jest to, ze nie trzeba niczego wymyślać, a i tak działa jak kryminał. U Kąckiego tak właśnie jest. Najpierw jest mistrzowskie pierwsze zdanie ("Po wypadku miała wpisać kwotę odszkodowania za utratę marzeń, ale zapomniała, o czym marzyła".), a potem mistrzowska historia. I tak w kółko, aż się wierzyć nie chce, a wierzyć trzeba, bo to dziennikarstwo w najlepszej postaci. Kącki ciągle gdzieś idzie, na kogoś czeka, próbuje złapać i zadać pytanie. Jest namolny, bezczelny i nigdy odpuszcza. Jeżeli Ryszard Kapuściński pisał z perspektywy lecącego ptaka, a Jacek Hugo-Bader z perspektywy wałęsającego się psa, to Marcin Kącki pisze z perspektywy natrętnej muchy.
Filip Springer

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1008
malena | 2017-07-07
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 06 lipca 2017

"Pitawal Dyndalskiego"

Marcin Kącki w słowie wstępnym informuje czytelnika, że książka to "efekt 10 lat tej reporterskiej roboty". Trudno w to uwierzyć. Nie widać tego ani w doborze tematów, ani w ich opisaniu. Szczytne założenie, by uchwycić prozę zła rozmywa się w wszechogarniającej tendencyjności i wtórności. I tak, wśród całkiem przyzwoitych artykułów (m.in.: o ratowniku medycznym, który zamordował swą żonę, o kobiecie chorej na parkinsona walczącej z producentem leków, nepotyzmie panującym w środowisku lekarskim, mężczyźnie, który ukradł z muzeum obraz Moneta, kobiecie parającej się najstarszym zawodem świata, którą dopadły demony przeszłości etc.) znajdujemy reportaże z zabarwieniem antyreligijnym, antykościelnym. To w samo sobie nie byłoby jednak wykroczeniem. W końcu reporter ma prawo, ba, nawet obowiązek poruszać tematy niewygodne dla opinii publicznej. Warto jednak w tym miejscu się zatrzymać i przyjrzeć temu bliżej. W reportażu "Gdzie diabeł nie skusi, tam baba musi" Kącki opisuje jakąś błahą, niezwykle szybko i sprawnie rozwiązaną przez policję sprawę napadu na bank. W zasadzie nic godnego odnotowania, choćby ze względu na tempo jej rozwiązania, brak jakichkolwiek wątpliwości, niejasności. No ale napadającym był ksiądz i to ksiądz, który ma kobietę i dziecko, ksiądz wplątany w spiralę długów. W porządku. Załóżmy, że w ten sposób autor próbuje przekonać naiwnego i zaślepionego odbiorcę, że zło przyciąga wszystkich, niezależnie od profesji, którą wykonuje. Idźmy jednak dalej. W reportażu "Nóż w brzuchu" opisuje konflikt między dyrektorką szkoły, a nauczycielem informatyki, konflikt, który zakończył się tytułowym nożem w brzuchu. Nie wiemy tak naprawdę, co było zarzewiem sporu. Dowiadujemy się jedynie, że dyrektorka (sprawczyni?) to osoba bardzo religijna, co samo w sobie ma stanowić wyjaśnienie niewyjaśnionej sprawy. I kolejny, moim zdaniem najgorszy, "kwiatek": Krapkowice, wojna o krzyż w pokoju nauczycielskim. Napisałam "najgorszy", bo w czasie, gdy autor "wyjaśniał" tę "arcyważną" z punktu widzenia reporterskiego sprawę, szukano sprawcy brutalnego mordercy nastolatki, co niejednokrotnie Kącki podkreśla. Dla smaczku autor podpina w tym artykule jeszcze przemoc księdza wobec dzieci na religii, zmuszanie ich do uczestnictwa w tych lekcjach etc. Zwieczeńczeniem tendencyjności jest reportaż o skompromitowanym arcybiskupie Paetzu i jego powszechnie znanym zamiłowaniu do luksusu i młodych mężczyzn. Dla niezainteresowanych tematyką antyreligijną, antykościelną Kącki proponuje dwa artykuły o wywiadzie. W jednym z nich opisuje sprawę szyfranta Zielonki, w drugim sprawę znikających pieniędzy z kas Agencji Wywiadu. W pierwszym, mimo że umieszcza go w rozdziale zatytułowanym "Podwójne dno", tego drugiego dna Kącki nie zauważa, ot, klasyczne samobójstwo złamanego życiem kryptologa. W drugim klauzula tajności uniemożliwia mu zgłębienie opisywanej sprawy.

Reportaże te są bardzo zróżnicowane zarówno pod względem doboru tematyki, ale też sposobu prezentacji. Niektóre mogłyby spokojnie stanowić uzupełnienie artykułów Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy", inne (znaczna większość) nadaje się do zamieszczenia - przy dobrych i sprzyjających wiatrach - w "Detektywie" lub "Śledztwie". Z kilku można by spokojnie zrezygnować. Niestety, ale nie udało się Kąckiemu wyłamać z nurtu narzuconego odgórnie przez redaktora naczelnego p. M. Dla mnie - osoby, której obce jest dualistyczne myślenie polityczne - jest to coraz bardziej drażniące i uciążliwe. I tak, skoro czytam "Eli, Eli" Wojciecha Tochmana, to nie potrzebuję tyrad oskarżających Boga, ale chciałabym się dowiedzieć więcej o kraju, który opisuje; gdy czytam "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" Jacka Hugo-Badera, to nie potrzebuję informacji o katastrofie lotniczej w Smoleńsku i ataku internautów na Bronisława Komorowskiego, bo - za przeproszeniem, co ma piernik do wiatraka, oprócz tego, że wiatrak można ropierniczyć? Nic. No właśnie. Po drugiej stronie, by nie zostać posądzona o sympatię, której we mnie nie ma, jest jeszcze gorzej. Tam propaganda jest bardziej nachalna i bardziej prostacko forsowana. Od dziennikarza śledczego, niezależnie od osobistych zapatrywań politycznych, wymagałabym więcej rzetelności, powściągliwości, a raczej autononomii, suwerenności. Ubolewam nad tym, że polskie dziennikarstwo "zeszło na psy" i w każdym niemal zupełnie odległym wydarzeniu trzeba usilnie szukać choćby cienia, echa poglądów swych chlebodawców. Rozumiem jednak, że mieszkanie na zamkniętym osiedlu (patrz: artykuł Kąckiego pt. "Ładne osiedle zamknięte w sobie") zobowiązuje. Taką cenę trzeba zapłacić za rzetelność i indywidualizm. Smutne to...

Reasumując: Tendencyjność, wtórność tematów sprawia, że nie czyta się tych artykułów z przyjemnością. Poza tym autor nie dysponuje zbyt imponującym warsztatem pisarskim. Jego styl jest ciężki, wymuszony, nużący, irytujący. Czytelnikowi niejednokrotnie trudno się połapać kto jest kim, komu w danym momencie jest udzielony głos (dużo nazwisk, imion, rozmów, z których nic nie wynika). Jeśli w ten sposób autor łudzi się, że buduje jakiekolwiek napięcie, to jest w błędzie. Zaburza tym samym już i tak wątpliwy przekaz.

Polecam tym wszystkim, którzy parają się dziennikarstwem śledzczym, jako przykład, jak nie powinny wyglądać reportaże, jak oszczędzić sobie dziesięciu lat życia. No chyba że chcemy stać się Dyndalskim, któremu Cześnik dyktuje, co ma napisać w liście. "Mocium panie, mocium panie..."

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Miłość w kasztanie zaklęta

Emocje, emocje, emocje... Piękna opowieść o miłości. Bardzo ciepła, mądra, wyciskająca łzy. O ogromnej pustce i beznadziei po utracie ukochanej osoby....

zgłoś błąd zgłoś błąd