Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

Z oddechem ulgi mogę stwierdzić, że tym razem powieść Barry’ego nie dokonała spustoszeń w mojej już pogruchotanej czytelniczej duszy. To wciąż solidna, przejmująca proza, która pochłania, wciąga, jest w pewien sposób niewygodna i bolesna, z drugiej jednak strony – tylko poprzez porównywanie z wcześniejszą twórczością pisarza – wydaje się zdecydowanie najlżejszą w odbiorze, „łatwiejszą” w przyswajaniu. A nie jest to zarzut.

To historia życiowo pokonanego Jacka McNulty’ego, Irlandczyka z pochodzenia, wygnańca z własnego kraju, weterana wojennego, przeciętnego inżyniera, fatalnego męża, kiepskiego ojca i nie umiejącego w miłość alkoholika. Śledzimy jego losy dzięki pamiętnikowi, który spisuje w ostatnim akcie tchnienia – wysłany przez ONZ na misję go Ghany mimowolnie staje się świadkiem upadającego świata kolonializmu. Przyglądając się zmianom, wraca wspomnieniami do lat młodości i walk o niepodległość, ale przede wszystkim do czasu, który wypełnił w większości jego życie: małżeństwa z Mai, dziewczyny poderwanej na film z Rin Tin Tinem.

Powieść otwiera dynamiczna scena zniszczenia korwety przez niemiecki okręt podwodny. To, co dzieje się później, spowite jest gęstniejącą mgłą alkoholowych oparów i zapachem błyskającej na bursztynowo szkockiej. Demon, który opętał Jacka, powoli odbiera mu wszystko – to opis drogi, która prowadzi ku jednemu tylko końcowi. A mimo to jest w Jacku tlące się światło, które daje mu siłę, by pisać i dzięki pisaniu bezkompromisowo rozliczać swoje stracone życie. Zyskujemy tym samym prozę przejmującą choć ironizującą, szczerą lecz subiektywną, która nabiera chmurnego kolorytu im bliżej jej końca.
Jack staje się mimowolnym dżentelmenem – to świat pędzi za szybko, by taki jak on mógł się do niego dostosować. Dlatego jego prawdziwe „ja” pozostaje „ukryte”, nie wychyla się przed szereg, nie walczy. Jack nakłada na maskę twarz mężczyzny szczęśliwego i poukładanego, w tajemnicy zadłużając swoje życie (a przy okazji dom), w wieczornej ciszy wlewając w siebie alkoholowe ukojenie.
Podwójny finał jest jednocześnie ostateczny i otwarty, zostaje w pamięci niczym rozdarcie nieba, w którym jedni ujrzą kojący błękit, inni nadciągającą nawałnicę.

Do tego niezmiennie pyszny styl Barry’ego, który można dawkować sobie do woli i cieszyć się kompletnie złożonym frazami, w których nie ma zbędnej litery.

Z oddechem ulgi mogę stwierdzić, że tym razem powieść Barry’ego nie dokonała spustoszeń w mojej już pogruchotanej czytelniczej duszy. To wciąż solidna, przejmująca proza, która pochłania, wciąga, jest w pewien sposób niewygodna i bolesna, z drugiej jednak strony – tylko poprzez porównywanie z wcześniejszą twórczością pisarza – wydaje się zdecydowanie najlżejszą w odbiorze,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

W ramach powrotów do książek przed laty czytanych, sięgam po „Cmentarz w Pradze”, z którym, z tego co pamiętam, miałem kiedyś czytelniczy kłopot (dziś już wiem, z czego wynikał - ach, ta młodość!). I choć po „Wahadle Foucaulta” nic nie może się już wydać dziwne, to „Cmentarz” jest książką, która porządnie mąci w głowie, bo zadaje pytania fundamentalne: co jest prawdą, co fikcją? Co faktem, a co teorią spiskową?

W odróżnieniu od „Wahadła”, w którym trzech panów dla żartu stworzyło Plan, który miał być odpowiedzą na wszystkie mokre sny spiskowców, a później okazał się strzałem w dziesiątkę, w „Cmentarzu” prawdą jest to, że tworzy się literacką fikcję i fałsz po to, by stały się prawdą powszechnie obowiązującą. Tu nie ma miejsca na zabawę w przeintelektualizowane teorie. Potrzeba żywiołu, a żywioł wymaga prostoty.

Teorie spiskowe nie biorą się znikąd. Ludzie chcą prostych odpowiedzi, chcą nieskomplikowanych wyjaśnień zdarzeń niezrozumiałych, potrzebują też jasno określonego wroga, przeciwko któremu mogą skierować swoje frustracje i wściekłość, którego będą mogli obwiniać za swoje niepowodzenia i lęki.
Eco rozkłada na czynniki pierwsze wielką blagę i fałszywkę, jaką były mistyczne „Protokoły mędrców Syjonu” stworzone właśnie dla celów wyłącznie politycznych i "przekierowania uwagi". Bohaterem powieści, które dotyka nie tylko tego wątku (mamy także wojnę o niepodległość Włoch, francuskie rewolucje XIX wieku itp.) jest Simone Simonini, arcyłotr i morderca. To on stoi za wzniecaniem rebelii i tworzeniem doskonałych podróbek literackich, które podsycają żądze tłumów. To agent wielu krajów europejskich, natchniony przez ojca antysemityzmem, a jednocześnie człowiek o podwójnym obliczu. Aby okiełznać swoją wybujałą fantazję i uporządkować pewne fakty ze swojego życia, pisze pamiętnik, jednak okazuje się, że w tym samym mieszkaniu notatki prowadzi ksiądz, opat Della Piccola. Czy Picolla to Simonini? A może to jego alter ego, druga twarz, brat w schizofrenii?

Przez Europę przewalają się wojny i rewolucje, Simonini tworzy kolejne zlepki arcyszatańskich fałszywek (nie ma poszanowania dla praw autorskich, zżyna aż miło), te zaś napędzają kolejne konflikty. Tymczasem sterta trupów w jego piwniczce rośnie…

Jest mrocznie, piekielnie intelektualnie i interdyscyplinarnie (przecież to Eco!). W kotle wyobraźni mistrza pławią się historia, ksenofobia i fantazja, a nade wszystko ludzka pycha, obłuda i łatwowierność. Eco ponownie (po „Wahadle”) piętnuje ludzką głupotę i naiwność, umysłową papkę, która wypełnia niektóre głowy, a która przecież nie bierze się znikąd.

Powieść doskonale się broni - zwłaszcza dzisiaj, w świecie fakenewsów i trolli, płaskoziemców i fanów wszelkich teorii spiskowych, okazuje się powieścią zaskakująco aktualną.

W ramach powrotów do książek przed laty czytanych, sięgam po „Cmentarz w Pradze”, z którym, z tego co pamiętam, miałem kiedyś czytelniczy kłopot (dziś już wiem, z czego wynikał - ach, ta młodość!). I choć po „Wahadle Foucaulta” nic nie może się już wydać dziwne, to „Cmentarz” jest książką, która porządnie mąci w głowie, bo zadaje pytania fundamentalne: co jest prawdą, co...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Biblioteki. Krucha historia Andrew Pettegree, Arthur der Weduwen
Ocena 7,8
Biblioteki. Krucha historia Andrew Pettegree, Arthur der Weduwen

Na półkach: ,

Monumentalne “Biblioteki” pozwalają spojrzeć na świątynie książek nie tylko z perspektywy czasu ale przede wszystkim – co zapowiada podtytuł – ich kruchości i ulotności w trwaniu. Autorzy sięgają starożytności, począwszy od najsłynniejszej biblioteki aleksandryjskiej, by na kolejnych, wielu niestety przykładach, udowadniać, że książki były i wciąż są przedmiotem pożądania i nienawiści. Natomiast miejsca, w których je przechowywano, stawały się łatwym celem wszelkiej maści szabrowników i awanturników, najeźdźców, bezbożników i furiatów. Były kluczem do potęgi mocarstwowej, wizytówkami bogactwa kulturalnego i sztuki, pamiątką czasów zamierzchłych ale i świątyniami, gdzie kwitł humanizm i rodziła się idea człowieka myślącego. Ukryte za klasztornym murami, schowane w zamkach i pałacach przebyły wielowiekową drogę, trafiając wreszcie „pod strzechy”. Są nadal, choć część z nich wciąż dostępna jest wyłącznie dla wybrańców, sanktuariami wiedzy i piękna, a jednocześnie więzieniami przedmiotów zbyt cennych, by ukazywać je w świetle dnia.

Historia bibliotek jest kroniką ludzkiej cywilizacji – zawartością swych zbiorów opowiadają o potędze i upadku człowieka. Jeśli spojrzy się na ogrom zniszczeń, głupotę tych, którzy palili księgozbiory w imię mniej lub bardziej egzotycznych idei, można zadać pytanie o sens ich udostępniania, skoro są tacy, którzy widzą w nich zło i drogę do piekła. „Biblioteki” to pasjonująca opowieść o kolekcjonerach i tu na scenę wkraczają nie tylko najznamienitsi władcy i ich ministrowie, ale i kapłani oprawionego w skóry pisma ręcznego (byli też tacy, którzy nie tolerowali w swych zbiorach ksiąg drukowanych, a fuj!).

Autorzy nie zapomnieli o współczesności – na przykładzie bibliotek lotnych udowadniają, że ludzie co do zasady są głodni świata i chcą czytać. Oczywiście to pewnego rodzaju uogólnienie jak i to, że są miasta, w których biblioteki wciąż budowane są wyłącznie po to, by zachwycać architekturą. Mają być pomnikami „kultury wysokiej”, mimo że świecą pustkami. Książka doskonale pokazuje, jak fenomen użyczania słowa pisanego jest nieustannym procesem, w którym użyczający muszą nie tylko „walczyć” o klienta, ale wciąż dostosowywać się do trendów i technologii.
To również historia zaangażowania, filantropii ale i zachłanności człowieka, który w książkach widział nie tylko mądrość ale i złoto.

Wszystko to sprawia, że „Biblioteki” czyta się jak najlepszą powieść historyczną, która mimo mnogości zdarzeń, nazwisk i opisywanych miejsc, jest fascynującą podróżą przez świat. To książka obowiązkowa dla każdego bibliofila.

Monumentalne “Biblioteki” pozwalają spojrzeć na świątynie książek nie tylko z perspektywy czasu ale przede wszystkim – co zapowiada podtytuł – ich kruchości i ulotności w trwaniu. Autorzy sięgają starożytności, począwszy od najsłynniejszej biblioteki aleksandryjskiej, by na kolejnych, wielu niestety przykładach, udowadniać, że książki były i wciąż są przedmiotem pożądania i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Onieśmielają, a czasem aż obezwładniają mnie książki, w których łączy się literaturę z malarstwem. Wprawdzie w przypadku „Biblii Dorégo” zamiast gęstych, oleistych obrazów mamy do czynienia z rycinami, ale to one właśnie nadają całości, zresztą wcale smakowitej, dodatkowy sznyt, drugi wgląd a może i dodatkowe znaczenia.

Bezimienny narrator opisuje swoje dzieciństwo i wchodzenie w dorosłość – dziadek opowiada mu historie biblijne, których ilustracją jest właśnie oprawiona w czerwoną okładkę tytułowa księga. Zawarte w niej ilustracje oddziałują na chłopca tak silnie, że to one później – gdy okaże się, że nigdy nie nauczy się czytać i pisać (to tzw. aleksja), staną się dlań ratunkiem i sensem istnienia. Brzmi patetycznie, wiem, ale wcale takie nie jest. Ryciny „wgryzają się” w umysł tak głęboko, że dzięki nim potrafi cieszyć się literaturą, której sam nie potrafi przyswajać. Do tego potrzeba mu osoby bliskiej, która będzie mu, niczym malcowi, czytać.

I jest w prozie Lindgrena powolność, jakby zdania płynęły szeroko rozlaną rzeką. Ta niespieszność, którą znalazłem w jego „Przepisie doskonałym”, wymusza uważność i pozwala wyłapywać błyskotliwe niczym złote rybki znaczenia i metafory. Jest przecież wątek ojca i metody wypalania lasów, przyjaciela i kochanki-posłanki, która wprowadza bohatera do muzeów. Sama księga, którą narrator traci, staje się ważnym bohaterem powieści. Znakomity jest kąsek w postaci relacji między nauczycielką a uczniem, oparty na rozumieniu, czym dla człowieka jest nauka czytania i literatura w ogóle.
A przecież narrator pozbawiony jest jednej z najcudowniejszych umiejętności, jakie posiada człowiek – zdolności zapisywania i łączenia znaków w dźwięki, słowa i zdania (trafia do szkoły dla, jakże mnie to ujęło, niepojętnych). To one budują rzeczywistość, są znacznikiem przeszłości, tworzą i pozwalają zachować tożsamość i historię, rejestrują chwile ulotne a przede wszystkim opisują emocje. Bohater nie tylko jest pozbawiony tej „sztuki”, ale również nie może literalnie odczytać zapisków innych, przez co jego życie zdaje się być uboższe (choć takie w ostatecznym rozrachunku nie jest).
Lindgren zestawia to z biblijnymi treściami (daleko tu do religijnych kazań) i mówiąc, że litera zabija, a Duch ożywia, nakłania do refleksji nad literaturą jako taką i mocą słowa mówionego (starotestamentowego przekazu) i pisanego. Narrator staje się nowym (s)twórcą, bo swą opowieść opartą przecież na Piśmie/piśmie nagrywa na dyktafon.

Książka wypełniona jest biblijnymi rycinami. Czyta się ją i ogląda, a można też w odwrotnej kolejności.

Przekład Dawida Jabłońskiego, okładka Łukasza Piskorka, który specjalnie na potrzeby jej opracowania zapomniał literek 😉

Onieśmielają, a czasem aż obezwładniają mnie książki, w których łączy się literaturę z malarstwem. Wprawdzie w przypadku „Biblii Dorégo” zamiast gęstych, oleistych obrazów mamy do czynienia z rycinami, ale to one właśnie nadają całości, zresztą wcale smakowitej, dodatkowy sznyt, drugi wgląd a może i dodatkowe znaczenia.

Bezimienny narrator opisuje swoje dzieciństwo i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Opowieść chrześcijańskiego mnicha staje się nie tylko wyprawą w zamierzchłe czasy (XIV w.). To również nie tylko historia zmagań w rzeką, której imię mówi wszystko: Ujana Zwodnicza, bohaterką symbolizującą żywioł i nieokiełznaną przyrodę, którą w ramy kamiennych przęseł chce ująć człowiek z jego inżynierią i matematyką.
„Most” jest przypowieścią o rzecznej granicy, przez którą wędrują podróżnicy z północy, potężnej Europy, na południe, ku wciąż potężnemu Bizancjum. To także linia demarkacyjna między przeszłością (przez rzekę prowadzi rzymska droga Via Egnatia) a teraźniejszością. Mieszkańcy osady z niepokojem patrzą jednak w przyszłość – dużo mówi się o zbliżającej się wojnie. Czy most może ją do nich przybliżyć?

Kadare pisze o ludzkiej nienawiści, niezrozumieniu i sile pieniądza ale przede wszystkim o przyzwyczajeniu, tradycji i sprzeciwie wobec nowego (bo przecież wszystko co nowe jest złem), które symbolizowane są m.in. przez tratwiarza i spółkę „Łodzi i tratw”. Budowa przeprawy staje się polem zmagań obaw i nadziei oraz wpływów i odmiennych sposobów patrzenia na świat. Poniekąd to także wojna bogów i guseł – niech przykładem tego będzie zabobonna wiara w konieczność ofiarowania ludzkiego życia, by obłaskawić wartką rzekę i wzmocnić kamień.

Opowieść o moście nie skupia się na ludzkich sylwetkach. Dowiadujemy się o nich niewiele – przecież to kronikarskie zapiski z budowy i konstrukcyjnych działań. Kadare język czyni również ważnym bohaterem, dzięki czemu może tworzyć szeroką metaforą kraju i ukazując zmiany, jakie przeszła Albania.

Dużo treści w niewielkiej formie. Niestety, mimo uniwersalnego przesłania i pewnej jego aktualności, „nie zagrała” ze mną opowieść o moście na Ujanie Zwodniczej. O ile wątek samej budowy przykuwał moją uwagę, pozostałe nie były dla mnie dostatecznie czytelne, by móc się nimi cieszyć (wątek turecki, hrabiego, dyplomatycznych rozważań itp.) – co z pewnością wynika z mojego dyletanctwa.

Nie mniej jednak polecam, bo to literatura wyjątkowa.

Opowieść chrześcijańskiego mnicha staje się nie tylko wyprawą w zamierzchłe czasy (XIV w.). To również nie tylko historia zmagań w rzeką, której imię mówi wszystko: Ujana Zwodnicza, bohaterką symbolizującą żywioł i nieokiełznaną przyrodę, którą w ramy kamiennych przęseł chce ująć człowiek z jego inżynierią i matematyką.
„Most” jest przypowieścią o rzecznej granicy, przez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Dziewczyna na Via Flaminia” jest dla mnie czytelniczym zaskoczeniem. Nie tylko dzięki specyficznej, oszczędnej formie i buzującymi między głównymi bohaterami emocjami, które rozpędzają powieść ku jednemu z najbardziej gorzkich książkowych zakończeń ale poprzez wyjątkowe naświetlenie okresu w powojennej historii Włoch, o którym dotąd niewiele wiedziałem.
Amerykańskie wojska wkraczają do Wiecznego Miasta. Front zamiera, walki z nazistami trwają „gdzieś daleko”, następuje dziwaczne rozprężenie, a chłopcy zza oceanu szukają uciech na ulicach miasta. I Rzym ma dla nich wszystko i da im wszystko. I to jest jeden świat.
Po drugiej stronie panuje głód i zimno, a przede wszystkim poczucie klęski, które masakruje dumny naród. I nagle Amerykanie, którzy biorą wszystko dlatego, bo mogą i chcą brać, stają się kolejnym okupantem, wrogiem ludzkich serc.
U Hayes’a wszystko rozbija się o uczucia – włoskie dziewczyny nawiązują przelotne znajomości z wybawicielami, bo żołnierze mają dostęp do produktów żywnościowych. Codzienność sprowadza się do prostej transakcji – trochę uczucia i cielesnej miłości w zamian za konserwę z amerykańską wołowiną. Do tego jeszcze groźba przyklejenia łatki „kobiety zepsutej” i nieusuwalny, urzędowy wpis do żółtej książeczki zdrowotnej, będący nowym piętnem, wiecznym zaznaczeniem, ostatecznym upadkiem. Okrutne to i straszne, bo przegranymi są obie strony – on, młody żołnierz szukający tymczasowego „domu” i „rodzinnego szczęścia”, ale nieudawanego i szczerego oraz ona, która swoje ciało decyduje mu oddać, aby żyć.
Hayes wchodzi do zimnych, wilgotnych rzymskich mieszkań przy Via Flaminia, do kuchni i sypialni. Zamyka bohaterów w pokoju, który staje się jednocześnie więzieniem, azylem i ucieczką przed bezdusznym światem. Doskonale ukazuje rozpacz Włochów i beznadzieję tych „dziwnych dni”. Gorąca, niemożliwa miłość towarzyszy tu chłodowi i odrzuceniu, radość łączy się z potępieniem, prawdziwa miłość z kłamstwem. Na końcu pozostaje tylko rozpacz.
Przejmujące, filmowe i literacko piekielnie dobre. Polecam absolutnie.

„Dziewczyna na Via Flaminia” jest dla mnie czytelniczym zaskoczeniem. Nie tylko dzięki specyficznej, oszczędnej formie i buzującymi między głównymi bohaterami emocjami, które rozpędzają powieść ku jednemu z najbardziej gorzkich książkowych zakończeń ale poprzez wyjątkowe naświetlenie okresu w powojennej historii Włoch, o którym dotąd niewiele wiedziałem.
Amerykańskie wojska...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Z „Jesienią w Pekinie” jest tak, że ani to książka o jesieni, ani o Pekinie. A o czym, pytacie zaciekawieni? Ano o budowaniu linii kolejowej na pustyni. W Egzopotamii.

Albowiem, jak mówił Vlan, rzeczywistość jest zbyt nudna, by traktować ją dosłownie.

Oto literacki surrealizm najwyższych lotów i porywająca przejażdżka rollercoasterem. Starajcie się prędko wyłapywać znaczenia; tu wszystko dzieje się szybko i pozornie bez ładu, a jednak jest w pisarskim szaleństwie Viana metoda, która sprawia, że „Jesień w Pekinie” raz staje się opowieścią o nieszczęśliwej miłości, a raz karykaturą bezdusznego biurokratyzmu. Linię kolejową buduje się tu nie po to, aby dokądś prowadziła, lecz po to aby istniała.

Początkowo ogarnia nas chaos osobowo-zdarzeniowy – Amadeusz próbuje dostać się do autobusu. Kiedy wreszcie udaje mu się wejść na jego pokład, dowiaduje się, że nawet konduktor nie wie, gdzie jedzie. Wreszcie kończy na pustyni. Klaudiusz Leonek strzela do rowerzysty, by później w ramach rozgrzeszenia udzielonego mu przez zdziwaczałego księdza (a może diabła? Nie wiem, w każdym razie jeździ karawanem, a jego imię to Małyjanio) również trafić do Egzopotamii. Tu także przyjeżdżają robotnicy, którzy budować będą linię; jest ich chyba ze czterech (sic!). W ogóle na środku tego pustkowia stoi hotel, nieopodal prowadzone są wykopaliska archeologiczne (ich cel jak i liczne odkrycia pozostają niewiadomą), mieszka tu również pustelnik, pojawia się lekarz i asystent - jeden z nich lubi zabijać pacjentów. Jest również przystojny Anna i piękna Rochelle, zakochany Angel, groteska i wiadra czarnego, bardzo czarnego humoru. I tak dalej i „w ten deseń”. Nie jest możliwe przewidzieć, co wydarzy się na kolejnej stronie, a mimo to wątki wspaniale do siebie pasują i całość układa się w spójną, choć wariacką opowieść.

Wśród chichotu wywołanego scenami, które ten mają wywoływać, chichotać można także nasycając się zgrabną frazą Vlana, którą tłumaczenie Krystyny Dolatowskiej oddało wyśmienicie. Pełno tu zgrabnie „zmontowanych” zbitek wyrazowych, zdań składanych lekko i zupełnie sprzecznie z logiką „rozumienia” i odczytywania, które początkowo bawią, później układają się w głowie jako coś zupełnie zwyczajnego. „Mniej więcej koło piątej rano Amadeusz Dode wpadł na pomysł, żeby się obudzić, i miał rację; pozwoliło mu to stwierdzić, że leży w okropnie niewygodnej pozycji i że bardzo bolą go plecy”.
Przewrotny i pustynny świat Vlana zamienia się w twardą rzeczywistość i to, co dziwiło wcześniej, zaczyna pachnieć normalnością.

Bawiłem się doskonale. Jeśli czytaliście „Budowniczych ruin” Herberta Rosendorfera, „Jesień w Pekinie” to must read!

Wyśmienita okładka Jerzego Jaworowskiego

Z „Jesienią w Pekinie” jest tak, że ani to książka o jesieni, ani o Pekinie. A o czym, pytacie zaciekawieni? Ano o budowaniu linii kolejowej na pustyni. W Egzopotamii.

Albowiem, jak mówił Vlan, rzeczywistość jest zbyt nudna, by traktować ją dosłownie.

Oto literacki surrealizm najwyższych lotów i porywająca przejażdżka rollercoasterem. Starajcie się prędko wyłapywać...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Chciałem znaleźć w „Starości” Svevo – i z takim nastawieniem książkę nabyłem, historii o zmęczonym życiem mężczyźnie albo o przemijalnej radości z trwania, z której bohater zdaje sobie sprawę zbyt późno czyli historii, która tak jak w „Zeno Cosini” była wspaniałą i zmysłową poniekąd wyprawą.
Czekałem na głodnego życia estetę-kontestatora, stłamszonego w triesteńskim biurze żmudną i nierokującą pracą krytyka sfer wyższych, a jednocześnie łaknącego choćby promienia duchowego bogactwa.
Tymczasem „Starość” ma się nijak do starości i o starości w ogóle nie mówi. To, uwaga, romans, w którym jednak na pierwszy plan wysuwa się nie męski bohater lecz Angiolina. Svevo pisze historię niepoprawnej miłości Emiliana do panny, która nie posiada (już) dobrej reputacji. Prawdę mówiąc, z czym zresztą Emilian się nie kryje, u podstaw zawarcia znajomości tkwiła wyłącznie chęć uwiedzenia – dziewczyna była irytująca, pospolita, a nawet głupia (choć nogi miała zgrabne). Im jednak dalej Emilian zagłębiał się w tę niebezpieczną sferę zmysłów, tym ciężaru nabierały u niego wszelkie cechy zazdrośnika. Angiolina nie była jednak w ciemię bita – znalazła sobie starszego narzeczonego (wszak z małżeństwem wiązały się finansowe zyski), co nie przeszkadzało jej spacerować po parku nie tylko z coraz bardziej zagubionym i nieszczęśliwym Emilianem.
Po przeciwnej stronie charakterologicznej mieszkanki stoi siostra naszego nicponia (przypomina pensjonarkę od Mniszkówny) oraz pewien gagatek, który idąc śladem Angioliny, ma niejedna złamane serce na sumieniu.
Svevo kreśli portrety średniej (choć zniżkującej) klasy społecznej – to drobni kupcy, chałupnicy, pracownicy niewielkich firm, ciułacze dni i grosików, ludzie bez wyższych ambicji, skupieni na doraźnym polepszeniu własnego losu. To także obraz młodzieńczej pasji, odkrywania życia i łamania konwenansów, choć autor zdaje się przestrzegać przez zbytnią frywolnością. Z drugiej strony krytykuje domową zaściankowość i nadmierną gorliwość w okazywaniu rozpaczy i łez wylewaniu. Bądźmy sobą, ale nauczmy się ze sobą żyć, mówi ustami Amalii.
Z trzech książek Svevo tę stawiam na ostatnim miejscu. Podejrzewam, że gdyby nie „Zeno” i „Jedno życie” (które także polecam!), nie sięgnąłbym po „Starość”.

Chciałem znaleźć w „Starości” Svevo – i z takim nastawieniem książkę nabyłem, historii o zmęczonym życiem mężczyźnie albo o przemijalnej radości z trwania, z której bohater zdaje sobie sprawę zbyt późno czyli historii, która tak jak w „Zeno Cosini” była wspaniałą i zmysłową poniekąd wyprawą.
Czekałem na głodnego życia estetę-kontestatora, stłamszonego w triesteńskim biurze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Sądzę, że nie jestem wyjątkiem – sięgnąłem po opowiadania Marlen Haushofer z nadzieją na spotkanie prozy lepkiej. Na fabularne zaskoczenie i pewną prostotę słów, od których można wybić się w nieba interpretacji.
„Zabijemy Stellę / Piąty rok” to nie jest „Ściana”. To opowieść o patriarchacie, który trwa dzięki milczeniu kobiet. Stworzona przez autorkę postać Anny w pierwszej z nowel była dla mnie z jednej strony pewną niezrozumiałą tajemnicą (zdziwiła mnie jej bierność i milczenie właśnie, a niezgoda na jej zaniechanie drażniła moje myśli), z drugiej akceptowałem dokonany przez nią wybór: własny komfort jest lepszy niż kłótnia i strata. Sama konstrukcja układu w wytartym od analiz trójkącie jest jakimś odświeżającym spojrzeniem na absolutnie typową sytuację zauroczenia dojrzałego mężczyzny wchodzącą w dorosłość kobietą. I jest ta trzecia, Anna, dzięki której obserwujemy „dramat” oczami wypełnionymi łzami, wściekłością ale i pewną rezygnacją. Rezygnacją, z której istnienia Anna nie zdawała sobie sprawy. Odkrycie to było zaś powiewem świeżości. Jest także w „Zabijemy Stellę” sporo o zawinieniu, albowiem wina zdaje się rozkładać po równo (a może jednak za wszystko odpowiedzialna jest Anna?) i myślę, że stąd niedaleko już do greckiej tragedii.

„Piąty rok” to wyprawa w dziewczęcą dziecinność – Marilia wychowuje się u dziadków i jest obserwatorką życia w pigułce. Daleko tu do idylli i rodzinnego szczęścia, bo choć dziadek jest jej przyjacielem (babcia kobietą raczej z tych oszczędnych w emocjach), przez całe opowiadanie ciążą nad dziewczynką ponure chmurzyska smutku. Rodzą je lęk, porzucenie i śmierć, których nie potrafi rozgonić.

Całość nazwałbym kameralną opowieścią o stracie i (kobiecej) samotności, co znów buduje kruche mosty ze wspomnianą „Ścianą”. A zatem może warto iść tym tropem?

Przekład Małgorzaty Gralińskiej, okładka Łukasza Piskorka (wpatruję się w rysunek i tyle ile ma zakończeń/początków – w zależności od tego, JAK się patrzy – tyle odnajduję jego interpretacji).

Sądzę, że nie jestem wyjątkiem – sięgnąłem po opowiadania Marlen Haushofer z nadzieją na spotkanie prozy lepkiej. Na fabularne zaskoczenie i pewną prostotę słów, od których można wybić się w nieba interpretacji.
„Zabijemy Stellę / Piąty rok” to nie jest „Ściana”. To opowieść o patriarchacie, który trwa dzięki milczeniu kobiet. Stworzona przez autorkę postać Anny w pierwszej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wracam do „Wahadła Foucaulta” po naprawdę wielu latach. Dopiero teraz zrozumiałem, jak niewiele wówczas wiedziałem, czytając je po raz pierwszy (a był to zeszły wiek, tak psze państwa, chodzą wciąż po tym łez padole ludzie, którzy żyli w zeszłym wieku). Na fali ówczesnej czytelniczej mody na Eco (niech twa, fala - nie Eco, wiecznie!) dostałem w ręce księgę potężną (grubo ponad 600 stron), wypełnioną cudowną, choć do dziś obezwładniającą mnie mieszanką.
Trzech facetów z mediolańskiego wydawnictwa postanawia zabawić się własnym intelektem i podbić nieco sprzedażowe słupki – wymyślają PLAN, w którym upychają wszystkie możliwe i te zupełnie niedorzeczne związki, sekrety, tajne i jawne organizacje, kabałę, różokrzyżowców, masonerię, Żydów, wieżę Eiffela... i paryskie metro. Tworzą panoptikum luźnych powiązań, które jednak łączą TAJEMNICĄ i SEKRETEM – te bowiem mają tłumaczyć wszystko i wyjaśnić, że są na tym świecie tacy, którzy chcą przejąć nad nami kontrolę.
Intelektualny żart zamienia się jednak w niebezpieczną grę z tajnymi stowarzyszeniami, których członkowie traktują Plan jako objawienie i obawiają się ujawnienia PRAWDY.
Czytanie „Wahadła” jest wymagające nie tylko z powodu natłoku szczegółowych informacji ale również zamieszania, jakie wywołuje w naszym intelekcie. Tracimy historyczno-rzeczywisty grunt pod nogami – nie wiemy, co jest potwierdzoną źródłowo prawdą, co zaś już wymysłem bajarzy z wydawnictwa. Do tego wspaniały zapis czasów minionych, kiedy to jeszcze wierzono w siłę komputerów jako naukowej wizji cudownej przyszłości, nie zaś źródła społecznych nieszczęść i uzależnień oraz nośników internetowego kłamstwa, które potrafi wpływać na historię.
I cały myk tkwi w tym, że Eco nabija nas w butelkę – wy, nasączeni wiedzą, przeintelektualizowane mieszczuchy nie umiecie z niej korzystać, mówi. To dzięki wam powstają teorie spiskowe, które krążą po świecie i zbierają żniwo wśród tępaków (cóż za cudowny ukłon w stronę dzisiejszych mediów! Eco okazał się wizjonerem!).
Nie dziwi więc, że w układzie liczb i cyfr na tablicach rejestracyjnych czy spodku od filiżanki dostrzega się ZNAKI wieszczące koniec świata. Na szczęście dla wszystkich istnieje jeszcze Wahadło – jedyny stały punkty we wszechświecie, ale jego tajemnicę musicie poznać sami (choć z drugiej strony może to tylko zwykły kawałek metalu na sznurku?).
Do tego wspaniale dwuznaczne i otwarte zakończenie, które wywołuje przysłowiowe ciary.
Dla erudytów, fizyków i humanistów, encyklopedystów i egiptologów. Ludzi pracy i dobrej woli, robotnika i chłopki, kucharek i kucharzy, templariuszy, ministów i minister. Dla wszystkich.
PIW, 1993
Przekład Adam Szymanowski, okładka Waldemar Świerzy

Wracam do „Wahadła Foucaulta” po naprawdę wielu latach. Dopiero teraz zrozumiałem, jak niewiele wówczas wiedziałem, czytając je po raz pierwszy (a był to zeszły wiek, tak psze państwa, chodzą wciąż po tym łez padole ludzie, którzy żyli w zeszłym wieku). Na fali ówczesnej czytelniczej mody na Eco (niech twa, fala - nie Eco, wiecznie!) dostałem w ręce księgę potężną (grubo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Będąc w pełni sił umysłowych i mając na uwadze oczywistą oczywistość, iż „Robot” Adama Wiśniewskiego-Snerga nosi wszelkie znamiona dzieła kultowego, po wielokroć czytanego, kartkowanego i rozdrapywanego na strzępy ku jeszcze głębszej jego analizie, oświadczam, że czuję się "Robotem" pokonany.
Owszem, dobrnąłem do końca, lecz była to droga wyboista, droga, do której intelektualnie nie byłem dostatecznie przygotowany.

Oznajmiam również, że w chwili, gdy w jakiejkolwiek książce przeze mnie czytanej pojawiają się elementy nauki zwanej powszechnie fizyką (i to całkiem podstawowe, nie mówię o kwarkach, fermionach i antymaterii), które autor z lekkością mi zupełnie obcą łączy z rozważaniami filozoficznymi, mój umysł wyłącza się automatycznie. To sprawia, że nie byłem wdzięcznym odbiorem prozy pana Adama.

I o ile jeszcze początki "Robota" zapowiadały się w istocie smakowicie (schron, ucieczka i tajemnicze miasto, kwestia wolnej woli, przez co gładko przejść można do autonomii człowieka-jednostki, nieuchronnej katastrofy, do której wszyscy zmierzamy albo istnienia czegoś „nad”, jakiejś istot nadrzędnej, czyniącej z nas planktonem pod szkiełkiem mikroskopu, a nawet ocierania się o dylemat „prawda czy fikcja?”), wątki te zostały rozsiane i porzucone, zaś autor skupił się na wyprawach głównego bohatera w świat, który ku memu kolejnemu zaskoczeniu przypominał znany z filmowych blockbusterów. I choć tu powinienem czuć się jak ryba w wodzie (gdyż jestem zdecydowanym fanem Neo), gdyż udało mi się "złowić" wiele odnośników i linków, które popkultura wielokrotnie już przeżuła, a zatem i mnie, dyletantowi, były zane, cieszyłem się, że to pan Adam pół wieku temu „wymyślił” efekt bullet time i dał gotowy scenariusz do filmów o facetach, którzy w okamgnieniu są w stanie sześć razy okrążyć Ziemię, „ustawiając” na swej drodze ludzi i przedmioty.
Mimo nadmiaru wrażeń skądinąd pozytywnych, wszystko rozbiło się z hukiem o skały wyjaśnień, rozważań i wewnętrznych monologów bohatera. Pogromu dopełniło posłowie mistrza Dukaja, które uświadomiło mi, że nie czytam ze zrozumieniem, nie pojąłem Snerga i w ogóle dziękuję bardzo.

Śmiechy na bok – „Robot” wymaga „przestawienia” receptorów, odrzucenia w diabły akcji i fabularności, pokonania niełatwych w odbiorze zdań. Tu trzeba zajrzeć pod tekst, między zdania i posiadać w sobie oceany literackiej cierpliwości (i podstawową wiedzę z fizyki), by płynąć z prądem autorskich myśli (nawet jeśli autor chwali socjalizm, krytykując krwiożerczy kapitalizm, co raczej śmieszy niż parzy).

"Robot" to mocna pozycja w serii Cymelia, choć raczej, jak śmiem sądzić, dla koneserów.

Okładka jak zwykle rewelacyjna by Łukasz Piskorek

Będąc w pełni sił umysłowych i mając na uwadze oczywistą oczywistość, iż „Robot” Adama Wiśniewskiego-Snerga nosi wszelkie znamiona dzieła kultowego, po wielokroć czytanego, kartkowanego i rozdrapywanego na strzępy ku jeszcze głębszej jego analizie, oświadczam, że czuję się "Robotem" pokonany.
Owszem, dobrnąłem do końca, lecz była to droga wyboista, droga, do której...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Był motyw lustra, labiryntu i nieograniczonej zbiorami biblioteki. W „Księdze piasku” Borges ponownie porzuca realność, pozostając blisko naturze człowieka. I choć nie każde opowiadanie we mnie "osiadło", wciąż pamiętam pierwsze, w którym sześćdziesięcioletni autor spotyka młodzieńca, samego siebie sprzed wielu lat. To nieustanne powracanie do wątku zapętlenia i nieskończoności jest jak chłodny dotyk nieuchronnej śmierci czekającej na końcu korytarza – to początek czy koniec drogi (spójrzcie na śmierć w fantastycznym „Krążku”)? A może tylko przejście miedzy pokojami?
Sam tekst – jeśli zostanie przeczytany, stanie się opowiadaniem dla autora; Borges dopuszcza się autoironii mówiąc ustami siebie starszego, że jedyne co wie, to że napisze (a jednocześnie napisał) zbyt wiele książek.
W „Ulrice”, noweli o nieszczęśliwej miłości, znajdziemy odwołania do Nibelungów. „Kongres Świata” zaczyna się jak utopijna przypowieść o debacie nad szczęściem wszystkich ludzi, a jednocześnie przypomina o losie ksiąg, które płonęły na stosach niebezpiecznych idei. „There are more things” ociera się o krwawe zjawy i duchy w stojącym nad mokradłami Czerwonym Domu. Potworny obraz stołu operacyjnego przypominającego kształtem amfisbenę odbija się w lustrach w kształcie litery V… „Zwierciadło i maska”, jakże borgesowskie w brzmieniu i formie, jest nowelą o ogniu spalającym twórcę słów i sile, a jednocześnie marności świeckiej władzy.
Książka jest bohaterką opowiadania tytułowego – i znów autor powraca do nieskończoności, „uwięzienia” człowieka-czytelnika w mocy słów pisanych w Księdze Piasku, istoty niegodnej, by obcować z jej potęgą (stąd też najlepiej ją… zgubić).

Wracają więc w zbiorze wątki znane z „Alefu” czy „Fikcji” – dajmy na to sobowtóra czy tajemnic zaklętych w starożytnych opowiadaniach i mitach. Można, jeśli posiada się dostatecznie szerokie horyzonty, łapać pewnie z dziesiątki nici, które autor pozaplątywał między zdaniami (Lovercraft? Kafka?).
Mnie pozostaje wciąż nieudolna próba ogarnięcia tej prozy, do której wciąż będę wracać.

Był motyw lustra, labiryntu i nieograniczonej zbiorami biblioteki. W „Księdze piasku” Borges ponownie porzuca realność, pozostając blisko naturze człowieka. I choć nie każde opowiadanie we mnie "osiadło", wciąż pamiętam pierwsze, w którym sześćdziesięcioletni autor spotyka młodzieńca, samego siebie sprzed wielu lat. To nieustanne powracanie do wątku zapętlenia i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kolejny Coetzee i kolejna czytelnicza wyprawa, która dostarcza sprzecznych i silnych emocji.

Akcja toczy się w RPA, pogrążonym w bliżej nieokreślonej wojnie domowej kraju. Michał K. to człowiek prosty, którego natura doświadczyła piętnem zajęczej wargi. I jest to jego pierwsze wykluczenie. Jego matka podupada na zdrowiu, więc chłopak poświęca się dla niej – rzuca pracę i zgodnie z życzeniem kobiety wyrusza z nią w daleką podróż (matkę umieszcza na skleconym przez siebie, rozklekotanym wózku) do niemal idyllicznej farmy, na której spędziła swoje dzieciństwo. Wyprawa będzie odzierać Michaela z „obywatelstwa” a późnej „człowieczeństwa” – straci wszystko: matkę, mienie, zdrowie i wolę życia. Wreszcie – odrzuci cywilizację. Będzie jednak – wbrew obiektywnym przejawom rezygnacji, wbrew wszelkim zasadom logiki i na przekór witalnym aspektom życia – trwać, z jakąś niepojętą wolą trwania.

Powieść jest tak nasączona metaforą, że niemal niemożliwe jest odczytywanie jej wprost, choć oczywiście warstwa fabularna, mięsista i przejmująca, wciąga w krajobraz świata dzikiego, gdzie ludzie są dla siebie wrogami, zaś główny bohater ofiarą wszystkich ich i każdego z nich z osobna.
Michael utraci wolność, będzie wielokrotnie chwytany i umieszczany w obozach, które raz przypominają obozy uchodźcze, raz pracy i katorgi, będzie z nich uciekać, wracać i dużo, naprawdę dużo chodzić.
Zostanie rolnikiem – jego pasja do sadzenia dyni stanie się jednak formą buntu – w konsekwencji odmówi jedzenia, zacznie żyć powietrzem, stanie się przezierną formą człowieka. Sam wątek ziemi jest fascynujący – wyprawa na farmę jest powrotem do prapoczątku, do łona matki (tam też Michael składa jej prochy).

Można w tytule szukać nawiązań do Kafki – wówczas „Życie i czasy” staną się opowieścią o bezduszności systemu, tyranii państwa (przejawiającej się obozami, szpitalem i urzędami) i samotnością jednostki, która jeśli się nie podporządkuje, zostanie skazana na zapomnienie.
Dla mnie była to przede wszystkim historia biernego oporu – zachłysnąłem się burzą odczuć i myśli, które w trakcie lektury spływały kaskadami znaczeń: Michael nie chce zostać ofiarą do ocalenia, nie chce być ratowany; nie chce jednak odejść, wciąż i wbrew wszystkim regułom trwa przy życiu. Odzyskuje władzę nad własnym ciałem, to jego ostateczna forma oporu wobec świata i lekarzy. Sadzenie roślin było natomiast jedynym przejawem jego istnienia, opozycją wobec wojny i nieszczęścia. Czynił to nie po to, by się żywić, lecz by nasiona oddać ziemi.

Polecam absolutnie.

Przekład: Magdalena Konikowska

Kolejny Coetzee i kolejna czytelnicza wyprawa, która dostarcza sprzecznych i silnych emocji.

Akcja toczy się w RPA, pogrążonym w bliżej nieokreślonej wojnie domowej kraju. Michał K. to człowiek prosty, którego natura doświadczyła piętnem zajęczej wargi. I jest to jego pierwsze wykluczenie. Jego matka podupada na zdrowiu, więc chłopak poświęca się dla niej – rzuca pracę i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Nazywają „Pochwałę macochy” prowokującą, obrzydliwą nawet. I jest w tym nieco prawdy. Fabuła nieskomplikowana, za to wykonanie! Mnie Llosa znów uwiódł, może nie w stopniu najwyższym, ale wciąż nęci mnie jego pisarstwo, bo kokietuje i prowokuje właśnie. Każe sięgać głębiej.
Ale po kolei – trzy postaci „dramatu” – ojciec, tytułowa macocha i małoletni syn (dwunastolatek, zdaje się). To ona jest królową domu, boginią – jej ciało, zapach, głos; to one wzburzają krew i są – w książce – przeciwieństwem zmęczonego i spoconego, brudnego ciała mężczyzny. Llosa doprowadza do tego, że czujemy odrazę, bo precyzyjne opisy ablucji (a przypominają rytuał) są intymne i cielesne. A są to sprawy, o których ani głośno się opowiada ani uznaje za godne uwiecznienia w księgach noblistów. I to może być pierwszy powód do niezadowolenia.

Drugi to główny wątek, studnia, w którą wpada się bez ostrzeżenia. Tytułowa bohaterka i jej pasierb oraz ich „związek” oparty na dziwnej i bardzo erotycznej relacji. I tu właśnie – mimo, że to temat obiektywnie odstręczający – Llosa potrafi tę amoralność, którą przecież piętnuje, ująć słowem i zamienić w literacką poetykę.

Czy to męska wersja „Lolity”? Zdecydowanie nie, bo autor przygotował dla nas zwrot, który wywraca wspominaną studnię do góry nogami – wypadamy z niej i walimy głową w ziemię. Finałowy „twist”; dodaje przysłowiowego smaczku, a jednocześnie sprawia, że patrzymy na pewne sprawy odmiennie niż na początku.

Udało mi się trafić na wydanie „wzbogacone” ilustracjami będącymi tłem opowieści. Są tu obrazy Bouchera (barokowa „Diana po kąpieli”), przepiękna „Wenus z Amorem” Tycjana i współczesna „Głowa I” Bacona. Jest tu zatem mix piękna i szpetoty, cudowności i odrazy, delikatności w miłości i brutalności cielesnego pragnienia. Pracami mistrzów oraz tym, co sobą reprezentują, Llosa dopełnia swoją opowieść - obraz staje się uzupełnieniem słowa. Bez spojrzenia na nie, bez zagłębienia się w ich znaczeniowość, „Pochwała…” może wydać się płaska i obrazoburcza.

Lubieżna. Niepoprawna. Polecam szukać głębiej i niepotrzebnie się stroszyć.

Przekład: Carlos Marrodán Casas, okładka Katarzyny Borkowskiej

Nazywają „Pochwałę macochy” prowokującą, obrzydliwą nawet. I jest w tym nieco prawdy. Fabuła nieskomplikowana, za to wykonanie! Mnie Llosa znów uwiódł, może nie w stopniu najwyższym, ale wciąż nęci mnie jego pisarstwo, bo kokietuje i prowokuje właśnie. Każe sięgać głębiej.
Ale po kolei – trzy postaci „dramatu” – ojciec, tytułowa macocha i małoletni syn (dwunastolatek,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Płyną słowa składane w zdanie, zapętlone, powtórzone, jakby czas owinął się wokół samotnej postaci stojącej w progu domu, hen, daleko na północy, wpatrującej się w zimne góry i stalową płaszczyznę wody, która przyjęła tak dużo, zabierała życia i łzy, i tęsknotę, i smutek, wody niepokonanej i groźnej, pożeraczki łódek i tych, którzy chcieli wyruszyć nimi na ryby i nawet jeśli zstąpi z nieba mgła i pokryje fiord jeszcze głębszą ciszą, nie wypełni ani tej przestrzeni ani pustki, która drzemie w sercu kobiety stojącej w progu domu, okrytej całunem z żałoby, wyczekującej i tęskniącej, aż mężczyzna wróci, zdaje się, że widziała już jego sylwetkę zbliżającą się od Brzegu, pogrążonego w modlitwie, tak samo jak ona, stojąca w progu domu, w którym przecież jest sporo ciepła, którego starczy dla nich obojga, może nieco przemarzniętej, bo zapowiada się na deszcz, już słychać szum wody, a może to tylko fiord przemawia, szepce do ucha słowa smutne i posępne, wytęsknione, bo kobieta stojąca w progu domu, ale nie długo, bo za krótką chwilę wejdzie do środka, zamknie drzwi i będzie patrzeć przez pokrytą kroplami szybę, ale jeszcze się nie zdecydowała wykonać kroku w tył i wciąż stoi w tym samym miejscu, w progu domu, kocha, a miłość potrafi znieść wszystko, i tęsknotę, i smutek, które są tak dotkliwe akurat w ten listopadowy poranek, kiedy dziś miesza się z wczoraj, więc nie dziwią duchy przodków i ogniska, które rozpalają, oni też muszą czekać, myśli kobieta, aż ich wspomnienia przypłyną, a później ulecą wraz z wiatrem nadciągającym od Brzegu i fiordu, z deszczową chmurą, która przynieść może śnieg, przecież to listopad i zimno czuć już wyraźnie, tak jak przemija wszystko, bo czas jest pętlą, który płynie wkoło, jest wiecznością ciszy.
To jest Ales, mówi kobieta i zamyka za sobą drzwi.

Przekład Iwony Zimnickiej, okładka, która jest ciepła, kiedy świeci na nią słońce i zimna, gdy niebo pokrywają chmury albo zapada noc, a może po prostu jest tęczowa, co czyniłoby z niej najbardziej optymistyczny element tej książki ale o to trzeba zapytać autora, to znaczy Łukasza Piskorka.

Płyną słowa składane w zdanie, zapętlone, powtórzone, jakby czas owinął się wokół samotnej postaci stojącej w progu domu, hen, daleko na północy, wpatrującej się w zimne góry i stalową płaszczyznę wody, która przyjęła tak dużo, zabierała życia i łzy, i tęsknotę, i smutek, wody niepokonanej i groźnej, pożeraczki łódek i tych, którzy chcieli wyruszyć nimi na ryby i nawet...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Maurice Carr kreśli portret matki, pisarki Ester Singer Kreitman i jest to obraz, który nie blaknie ani nie rozmywa się gdzieś w toku innych historii.
Na szczęście postać pisarki nie pozostaje w cieniu „wielkiego” Izaaka Baszewisa Singera – mistrz pojawia się we fragmentach, niemal jako szczegół tła, członek licznej rodziny, mężczyzna ekscentryczny, nieco zdziwaczały; milczek. Nie czuć tu ciężaru literackich podobieństw, autor daleki jest od dokonywania analiz porównawczych, przez co dostajemy historię świeżą, autonomiczną i ujmującą - Carr poświęca cały antenowy czas swojej matce, nie pozwalając, by jej talent został zgaszony przez inne.

Do tego „Singerowie” to wyprawa w daleką, przedwojenną przeszłość, świat żydowskich zwyczajów i niezwykłego języka. To opisy lat tułaczki, niemożności „dogrania się” z nową rzeczywistością, miastem, ulicą. To historia życiowych sukcesów i porażek, tytułowych wygnań wreszcie. Samotności, zmiany imion, tożsamości, nowych domów. Co oczywiste pojawiają się również polscy żydzi i ukazana niemal egzotycznie Polska, przy której paryska bohema czy londyńska społeczność wypada zaskakująco blado.
Carr pisze intymnie i bezkompromisowo. Nie sili się na obiektywizm, jest szczery – przecież pamięta matkę jako dziecko ale i jako wchodzący w życie mężczyzna. Jego język dostosowuje się do wspomnień, dziecinnieje i dorasta wraz z upływem czasu, płynie wraz z prądami Historii, które wzburzone przepływały przez Europę. Jego obrazy są krótkie i przypominają klatki filmowe – akcja, cięcie, kolejna opowieść i kolejne miejsce.

Postać Ester Singer Kreitman zaciekawia, choć niewiele tu o jej pisaniu, pracy twórczej i autorskich rozterkach. Carr przedstawia matkę jak kobietę neurotyczną lecz zdecydowaną, depresyjną i surową, która poświęciła się składaniu słów. Myśli się o niej już nie jako „siostrze Israela Singera” albo „siostrze tego noblisty”, co jak sądzę, staje się największym atutem książki Maurice'a Carra. To zachęcające zaproszenie do poznania prozy pisarki.

Maurice Carr kreśli portret matki, pisarki Ester Singer Kreitman i jest to obraz, który nie blaknie ani nie rozmywa się gdzieś w toku innych historii.
Na szczęście postać pisarki nie pozostaje w cieniu „wielkiego” Izaaka Baszewisa Singera – mistrz pojawia się we fragmentach, niemal jako szczegół tła, członek licznej rodziny, mężczyzna ekscentryczny, nieco zdziwaczały;...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Dzień bez przyjaciela jest jak dzbanek miodu bez ani jednej kropli miodu w środku”, powiedział w pewnej książeczce sympatyczny miś. „To jest miś na skalę naszych możliwości”, powiedział ktoś zupełnie inny w pewnym kultowym filmie i o kultowość się będę wciąż ocierał, bo Paasilinna zaliczany jest do takiego właśnie kręgu pisarzy, a zwłaszcza jego książka „Rok zająca”.
Jak widać po tych kilku wstrząsających zdaniach, autor lubuje się w zwierzętach (tam zając, tu miś, jest jeszcze lis). A po co tak pisze? By pokazać samotność mężczyzny (tu wkrada się sentymentalizm i nostalgia za czasami, kiedy facet był wolny i pełny pokus, które mógł realizować bez żadnych konsekwencji), który dzięki zwierzęciu przewartościowuje cały swój świat.

Tytułowym lokajem przewielebnego pastora Huuskonena jest miś-sierota, o bardzo dużym, jak na niedźwiadka, rozumie. I cała przygoda z futrzakiem, całe jego „szkolenie” i „uczłowieczanie” przepełnione jest filozoficznymi rozważaniami z pytaniami o istnienie Boga na czele. To dość istotny wątek, bo owe pytania egzystencjalne stawia pastor, który – co trzeba powiedzieć otwarcie, nie stroni od kobiet wyzwolonych i używek wszelakich. Niejako cichaczem „Nieludzki lokaj” staje się opowieścią o wyprawie w kraje obce i odludne, w poszukiwaniu miłości i szczęścia, ale także by odnaleźć siebie, samotną ludzką iskierkę w wielkim dziele stworzenia.

Paasilinna doskonale łączy absurd i pastisz, pod przykrywką chichotu przemycając prawdy fundamentalne o rzeczach zwyczajnych i człowieczych. Bywa zatem i nieco smutku, jest też czas na chwilę zadumy. Pastor to człowiek przegrany, który stracił wiarę – ucieczka staje się dla niego ratunkiem, a włochaty towarzysz najprawdziwszym przyjacielem.
Do tego wspaniała przyroda, którą Paasilinna oddaje wyśmienicie.

A zatem jeśli zapytacie, po co nam był ten miś, odpowiem „No właśnie, po co? – Otóż to. Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta”.
Oczywiście to żart (bo doskonale wiemy po co). Czytajcie Paasilinna i dumajcie nad pięknem świata.

Przekład oddający (jak sądzę) wszelkie językowe zabawy i wycieczki, a także świetnie „przerabiający” luterańskie nazewnictwo na polskie - Sebastian Musielak, okładka - Wojtek Świerdzewski

„Dzień bez przyjaciela jest jak dzbanek miodu bez ani jednej kropli miodu w środku”, powiedział w pewnej książeczce sympatyczny miś. „To jest miś na skalę naszych możliwości”, powiedział ktoś zupełnie inny w pewnym kultowym filmie i o kultowość się będę wciąż ocierał, bo Paasilinna zaliczany jest do takiego właśnie kręgu pisarzy, a zwłaszcza jego książka „Rok zająca”.
Jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Okazuje się, że są postaci, o których mógłbym czytać bez końca.
Biografia Boya Moniki Śliwińskiej udowadnia dwie kwestie podstawowe: pierwsza to fakt, że o Tadeuszu Żeleńskim zawsze za mało i nigdy za wiele, a druga to taka, że autorkę jego biografii zaliczam do mistrzyń „rozgryzania” skomplikowanych i zakręconych jak droga na Kopiec Kościuszki dusz, charakterów i osobowości polskiego świata kultury.
Oczywiście, ktoś powie, żadna to sztuka pisać o kimś, którego życie samo dawało materiały do sześciusetstronicowej biografii. Wystarczyło je pozbierać, skompilować i fajrant. Ale wówczas powstałoby naukowe wypracowanie, raport złożony z dat i wydarzeń. Autorka, choć nie ucieka od podawania szczegółowych danych, sprawiła, że czytanie o karierze i prywatnych sprawach Boya przypomina rejs po Wiśle: im bliżej ujścia do morza tym robi się ciekawiej.

No ale dość już tych idiotycznych metafor. Boy, w oczach autorki, to nie tylko literacki rzemieślnik. Udało jej się na literacko-biograficznym portrecie uchwycić Żeleńskiego nie tylko jako człowieka z barykady, niosącego sztandar społecznego postępu i humanizmu, odbrązawiacza i strącającego z piedestałów. Przecież większość „akcji”, jakie podejmował i bitew, które staczał, przegrywał w obliczu naporu nieprzerwanej krytyki. I zdarzają się takie chwile, że Boy zdaje sobie sprawę z pewnego rodzaju porażki – nie poddaje się, to fakt, ale dopada go zwątpienie, rozpływa się w melancholii i zastanawia się czy nie „rzucić wszystkiego w diabły”.

„Książę” nie jest laurką w złoto oprawioną. Monice Śliwińskiej nie mogę zarzucić pisania o Boyu z pozycji „na kolanach”. Jest ostrożna w swoich ocenach, zaznacza wątpliwości w życiorysie Żeleńskiego, otwarcie stawia pytania i przyznaje się do niemożności odkrycia szczegółów, które rozjaśniałyby sprawy niejasne. W historię o Żeleńskim-ojcu zgrabnie wplata opowieść o jego synu.
Daleko „Księciu” do zbioru śmiechostek i anegdotek. Boy-celebryta się myli, popełnia błędy, kocha się bez opamiętania, zdradza, ociera się o bankructwo, załamuje się pod naporem Historii i brata się (?) z Sowietami. Jest człowiekiem, a „Książę” to doskonała opowieść o człowieku.
Polecam.

Okazuje się, że są postaci, o których mógłbym czytać bez końca.
Biografia Boya Moniki Śliwińskiej udowadnia dwie kwestie podstawowe: pierwsza to fakt, że o Tadeuszu Żeleńskim zawsze za mało i nigdy za wiele, a druga to taka, że autorkę jego biografii zaliczam do mistrzyń „rozgryzania” skomplikowanych i zakręconych jak droga na Kopiec Kościuszki dusz, charakterów i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Podążam literacką ścieżką nieznaną. Na tapecie druga z kupionych przeze mnie na Łódzkie Targi Książki pozycji Wydawnictwa Claroscuro, z którą mam kłopot taki, że czuję zawód i zmieszanie, nie do końca potrafiąc nazwać, czym zostały wywołane.
Bo to, co w książce króluje i stanowi wartością samą w sobie, to doskonałe ukazanie kulturowego przekładańca XIX dzielnicy Paryża. Żydzi, muzułmanie, chrześcijanie, a nawet wyznawcy Jehowy – mieszanka wyznań, obyczajów i reguł postępowania, świat potencjalnie nie do połączenia, a jednak potrafiący trzymać się w ryzach i własnych ramach. I Miské pisze o nim świetnie, oddając niuanse wszelkich podobieństw i różnic – w spojrzeniach, muzyce i słowie mówionym. Dorzuca jednak zbrodnię, co zmienia „Arab Jazz” w kryminał. Jest dwójka policjantów i Ahmed, potencjalny podejrzany, wyobcowany chłopak „po przejściach”, miłośnik kryminałów i syn matki atakującej go, gdy odwiedza ją w szpitalu psychiatrycznym. I jest to postać kompletna, w którą „wchodzi” się bez trudu, dając się z łatwością ponieść jej pogmatwanym myślom. Jest też wątek nielegalnych środków odurzających, który łączy wszystkie i wydawałoby się, że tak skomponowanej powieści nie dało się popsuć.

A jednak całość „nie klei się”, rozpada na pojedyncze rozdziały, które z trudem udawało mi się łączyć w jedność. To trochę tak, jakby Miské bawił się z czytelnikami, specjalnie wstrzymując wątki śledztwa, jakby przyjemnością było pisanie nie o nim, lecz o społeczności (i gdyby tak było dalej, dostałbym książkę o niebo lepszą). Jednak wraca do niego, niestety, porzuca porwane nici, wprowadza „ten uczuć” między policjantką a Ahmedem, zupełnie kuriozalny i płaski (postaci Hamelota i Kupferstein są zdecydowanie najsłabsze), pozostawiając zagubione tropy samym sobie, by nagle pod koniec przyspieszyć, likwidując w piorunującym tempie problemy, które doprowadziły do zbrodni. Nie pomagają ani „sceny akcji”, ani skorumpowani policjanci.

Ostatecznie „Arab jazz” okazała się muzyką którą przyciszam w radio, by nie przeszkadzała mi… w ścieraniu kurzu.

I mam poczucie zawodu, bo powieść zapowiadana była jako rodzaj dialogu z wydarzeniami z 2015 roku i zamachem na redakcję Charlie Hebdo (a nie jako bezpośrednie nawiązanie do nich). Społecznie, kulturowo i „miejscowo” – tak, ale to nie wystarcza, bym uznał ją za książkę, którą mogę polecić.

Przekład Gabrieli Hałat.

Podążam literacką ścieżką nieznaną. Na tapecie druga z kupionych przeze mnie na Łódzkie Targi Książki pozycji Wydawnictwa Claroscuro, z którą mam kłopot taki, że czuję zawód i zmieszanie, nie do końca potrafiąc nazwać, czym zostały wywołane.
Bo to, co w książce króluje i stanowi wartością samą w sobie, to doskonałe ukazanie kulturowego przekładańca XIX dzielnicy Paryża....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Paolo Maurensig w „Anagalis. Historii miłosnej” podejmuje literacki dialog z Henrym Jamesem.
W opowiadaniu, którego akcja dzieje się w Wenecji, ukochanym mieście pisarza, James poznaje Konstancję Woolson i jak to najczęściej w powieściach Jamesa bywa, spotkanie to daje początek uczuciu, które jednak nie zdąży rozkwitnąć (ach, te niedopowiedzenia! czy to zwykła znajomości, przyjaźń, a może budząca się już miłość?). To również opowieść o stykaniu się dwóch światów i dwóch kontynentów. James był przecież doskonałym obserwatorem różnic, które je dzieliły i to na poziomach dlań podstawowych – wolności jednostki, literatury i otwartości na słowo pisane, a przede wszystkim piękna oraz sztuki, szczerych nią zachwytów i wychwytywania z nich iskierek, które podsycają ogień życia.
Wstęp natomiast zakreśla ramę, która albo w sobie trzyma całość albo zachęca do jej przełamania – 2010 rok, do Wenecji przybywa pisarz-scenarzysta z pomysłem na adaptację jednego z opowiadania Jamesa – „Autografów Jeffreya Asperna” (polecam tę nowelę!). W trakcie spotkania „organizacyjnego” z agentem okazuje się, że w mieście znajduje się osoba, która jest w posiadaniu niewydanych jeszcze dzieł pisarza, a te przecież mogą stać się kanwą filmu, który z pewnością odniesie sukces. I tak właśnie scenarzysta czyta oryginał, a my opowiadanie „udawane na Jamesa”, które duchem, formą i – co trzeba oddać Maurensigowi, który z powodzeniem zbliżył się do oryginalnego – stylem. Dzięki temu przechadzamy się mostami starej Wenecji, pijemy kawę i przyglądamy się tętniącemu życiem miastu, już w początkach XX wieku wypełnionemu turystami. Towarzyszą nam długie, ocierające się o mgliste poranki, niespiesznie toczące się rozmowy, wilgoć wpełzająca w uliczki i do pokojowych hoteli, a sen miesza się z jawą, podsycając niedomówienia i zagadki bijących serc.
I tak przechodzimy do ostatniej części książki, gdzie dowiadujemy się nieco o panu Jamesie i jego związkach z panną Woolson.

Całość została skomponowana tak zgrabnie, że udaje się zapomnieć, że mamy do czynienia z imitacją. Fakty mieszają się z wyobraźnią autora, a elementy biograficzne Henry’ego Jamesa z fikcją Paolo Maurensiga.
Okazuje się jednocześnie, że wciąż można opowiadać "takie" historie, a literatura jest tworem żywym, który nie zapomina o przeszłości.
Polecam!

Przekład Haliny Kralowej, okładka tradycyjnie od Janusza Górskiego.

Paolo Maurensig w „Anagalis. Historii miłosnej” podejmuje literacki dialog z Henrym Jamesem.
W opowiadaniu, którego akcja dzieje się w Wenecji, ukochanym mieście pisarza, James poznaje Konstancję Woolson i jak to najczęściej w powieściach Jamesa bywa, spotkanie to daje początek uczuciu, które jednak nie zdąży rozkwitnąć (ach, te niedopowiedzenia! czy to zwykła znajomości,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to