Ogród nad brzegiem morza Mercè Rodoreda 6,6

ocenił(a) na 38 tyg. temu Narrator tej opowieści zastrzega w pierwszym zdaniu, że nie jest plotkarzem, ale zawsze lubił wiedzieć, co słychać u innych.
No i zaczyna się plotkarska opowieść o ludziach, u których pracuje jako ogrodnik, jednocześnie poza sezonem letnim pilnuje domu opuszczanego na zimę.
Od zawsze wiadomo, że dla „służby” życie i perypetie chlebodawców są najważniejszym tematem rozmów. I tu jest dokładnie tak. Z tym, że o ile inne osoby – kucharki, pokojowe – plotkują bez żenady i wyrzutów sumienia, za to z pewnym wdziękiem, on ma się za kogoś lepszego. Toteż na gorączkowe pytanie „Wiesz już?” zwykle odpowiada, że nic nie wie i nie interesuje go. A interesuje i to bardzo, stanowiąc całe jego życie.
Przyznam, że jest to irytujące.
Ogrodnik opowiada o kilku latach pracy w domu nad Morzem Śródziemnym, nieopodal Barcelony. Opowiada z własnego punktu widzenia, bez głębszej refleksji, ale także raczej bez oceniania. Na dłuższą metę to nudne, choć rozumiem, że autorka zostawia wnioski dla czytelnika.
Na skrzydełku przeczytałam, że uważana jest za jedną z najwybitniejszych postaci literatury katalońskiej XX w., a jej styl narracji jest poetycki, symboliczny i oryginalny. No, nie jestem o tym przekonana po lekturze tej akurat powieści. Ani poezji w – przepraszam za wyrażenie – ględzeniu sfrustrowanego ogrodnika, ani symboliki nie spostrzegłam. Oryginalności też nie za bardzo.
W dodatku sporo miejsca zajmują puste, nudne rozmowy Pauliny i Andrei, dwukrotnie czytelnikowi zaserwowane, choć już potem niczego nie wnoszą do tych postaci.
W rezultacie – nie wiem, o czym jest ta książka. O ludziach, którzy mają tyle pieniędzy, że nudzi ich wydawanie? O zadziwiających czasem kolejach losu, to rozdzielających ludzi to łączących po latach? O podziałach społecznych rujnujących mentalność jednych i drugich?
Z opowieści nic, ale to nic dla mnie nie wynika.