rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Dla czytelnika takiego jak ja, który sięga po tę pozycję z zerowym pojęciem o sztuce kobiecej w XIX i XX wieku, książka Zientek ma tę niewątpliwą zaletę, że rzeczywiście przybliża temat. Poznałam dzięki niej cały szereg artystek, o których nic wcześniej nie wiedziałam i pewnie bym się nie dowiedziała. Nie zmienia to jednak faktu, że to nie jest dobra książka. Ani dobrze napisana, ani rzetelna, ani nawet - niestety - dopracowana edytorsko.

Zacznijmy od tego, że Zientek wybiera tej nurt literatury biograficznej, który mnie akurat dość drażni, to znaczy wypełnianie luk w życiorysie bohaterek fabularyzacją. Wiele jest w tej książce scenek rodzajowych, które pochodzą wyłącznie z wyobraźni autorki. Ogólnie styl jest pompatyczny, naiwny, z pewnością nie naukowy, raczej anegdotyczny i obyczajowy. Mam wrażenie, że więcej miejsca poświęca się romansom i podróżom, niż sztuce jako takiej.

Widać też przy tym wyraźnie, które bohaterki autorka darzy sympatią, a do których podchodzi raczej niechętnie. Muter jest w ujęciu Zientek postacią zdecydowanie pozytywną, wręcz heroiczną, ale już Łempicka czy Halicka przedstawiane są raczej niepochlebnie - Łempicka ledwie pojawia się w kilku rozdziałach jako aferzystka i celebrytka, w przypadku Halickiej podkreśla się co i rusz jej zależność wobec męża. Jedno i drugie jest oczywiście faktem, ale sposób ich przedstawienia to już autorska ocena, momentami niezbyt smaczna.

Pod względem edytorskim książka jest niestety mniej niż mierna. Przy tak pięknym, bogatym wydaniu woła o pomstę do nieba, że ewidentnie zabrakło opieki redaktora i korektora - na praktycznie każdej stronie znaleźć można literówki, interpunkcja w dużej mierze nie obowiązuje, powszechne są powtórzenia i koszmarne zdania w stylu "Pamięć o słynnej malarce z czasem poszła w niepamięć". Te same informacje powtarzają się kilkukrotnie, jak choćby wzmianka o teczce z nowojorskimi rysunkami Ireny Reno, pojawiająca się co kilkadziesiąt stron w ostatnich rozdziałach, za każdym razem z wyjaśnieniem, co teczka zawierała.

Materiał zdjęciowy też nie zawsze jest logiczny i przystający do treści - nie wiem na przykład, po co w książce portret Zofii Piramowicz, której nie poświęca się ani jednego rozdziału, a ledwie kilka wzmianek. Zabrakło tu ewidentnie dobrego redaktora, który by takie powtórki i usterki uporządkował.

W ogólnym rozrachunku nie jest to zła lektura, czyta się to przyjemnie, ale nie jest to ostatecznie ani biografia, ani tym bardziej monografia z zakresu historii sztuki, a po prostu ciekawie sformułowana opowieść. Dla niektórych, jak widać po ocenach, to plus, i nie ma w tym nic złego. Dla mnie akurat to minus i będę szukać raczej innych autorów.

Dla czytelnika takiego jak ja, który sięga po tę pozycję z zerowym pojęciem o sztuce kobiecej w XIX i XX wieku, książka Zientek ma tę niewątpliwą zaletę, że rzeczywiście przybliża temat. Poznałam dzięki niej cały szereg artystek, o których nic wcześniej nie wiedziałam i pewnie bym się nie dowiedziała. Nie zmienia to jednak faktu, że to nie jest dobra książka. Ani dobrze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trudno oceniać whodunity Christie pod innym kątem niż tylko to, jak bardzo zaskakujące okazuje się rozwiązanie zagadki. W tym przypadku - personalnie - uważam, że w sumie średnio. Żeby nie psuć nikomu zabawy spoilerami, powiem tylko, że Dame Agatha wyciąga w finale zbyt dużo królików z kapelusza na raz, a ostateczne rozwiązanie jest tyleż misterne, ile mało prawdopodobne i chociaż sprytne, to jakoś mało przekonujące.

Ciekawy jest tu natomiast wyraźny element metaliteracki, który autorka nakreśla sama już w dedykacji, gdzie mówi wprost - "za mało krwi? No to pa teraz". Na przestrzeni całej powieści - czy to ustami Poirota, czy narratora - pojawiają się nawiązania do powieści kryminalnej jako gatunku i różnych mniej lub bardziej oryginalnych wybiegów, jakie stosują autorzy tego nurtu. "Morderstwo w Boże Narodzenie" to po prostu pokaz sztuki ze strony Dame Agathy, która mówi czytelnikowi wprost: "Tak też umiem". No umie, ale krwawe intrygi to nie jej ulubione pole działania wyraźnie nie bez powodu.

Trudno oceniać whodunity Christie pod innym kątem niż tylko to, jak bardzo zaskakujące okazuje się rozwiązanie zagadki. W tym przypadku - personalnie - uważam, że w sumie średnio. Żeby nie psuć nikomu zabawy spoilerami, powiem tylko, że Dame Agatha wyciąga w finale zbyt dużo królików z kapelusza na raz, a ostateczne rozwiązanie jest tyleż misterne, ile mało prawdopodobne i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

O tym, że Eco to nie tylko pisarz, ale też niecodzienny erudyta i filozof, nikogo nie trzeba o tym przekonywać - jego powieści świadczą o tym wystarczająco. Przy lekturze "Imienia róży" uważałam to za zaletę i powód do podziwu. W przypadku "Wahadła Foucaulta" jednak mnie Eco nieco zmęczył.

Trudno mi tych dwóch powieści ze sobą nie porównywać. "Imię róży", pomimo finezyjnej, rozbudowanej intrygi, mimo kolejnych warstw i wątków pobocznych, miała strukturę właściwie linearną. Od pierwszego zabitego mnicha idziemy za Wilhelmem i Adso w ślad za mordercą i rozwikłujemy tajemnicę biblioteki. Tymczasem fabuła w "Wahadle Foucaulta" nie idzie naprzód, tylko zatacza niekończące się spirale.

Rozumiem, jaka była filozoficzna podbudowa tej książki. Koncepcja poszukiwania tajemnicy, ten wszechogarniający spisek, ukryte dno rzeczywistości - wszystko to sprzyja spiętrzaniu źródeł, historycznych i kulturalnych skojarzeń. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że to, co działa w warstwie filozoficznej, zupełnie nie sprawdza się w warstwie fabularnej. Ogromna, przytłaczająca kwerenda, którą Eco przedstawia na kartach "Wahadła..." w końcu robi się nużąca. To już momentami nie powieść, tylko niekończący się wykład z historii literatury i antropologii. Kiedy bohaterowie po raz kolejny uderzają się w czoła, stwierdzając "Aha! To przecież oczywiste, że te wątki się wiążą!", nie sposób w którymś momencie nie wzruszyć ramionami i nie zapytać "Jezu, ale właściwie o co chodzi?". Rozumiem, że autorowi o to chodziło. Mówi to zresztą ustami Lii, która wyśmiewa rozbuchaną, wszechogarniającą koncepcję głównych bohaterów. Fakt pozostaje jednak faktem. Erudycja autora dławi fabułę i ją przyćmiewa.

Znów w przeciwieństwie do "Imienia róży" - rozwiązanie tej ogromnej intrygi nie daje katharsis. To ani wada, ani zaleta - po prostu nieuchronność, która zostawia czytelnika z poczuciem pustki.

Na marginesie - rozczula mnie bardzo podejście Eco do technologii. Zetknęłam się z tym po raz pierwszy w zbiorze felietonów Eco "Pape Satàn aleppe", gdzie mocno było widać, że autor nie bardzo nadąża za współczesnym światem. "Wahadło..." to potwierdza. Casaubon, który jako zawód wybiera sobie bycie czymś w rodzaju żywego Google'a, czy Abulafia - najzwyklejszy edytor tekstowy - sprowadzony do funkcji niemal boskiej. To tak jak w XIX-wiecznych powieściach, gdzie Zola straszył nas pierwszymi ogromnymi magazynami mody kobiecej. Jakie wrażenie może wywołać to na czytelniku, który zamawia sobie książki z Amazona, a ich adaptacje ogląda na Netfliksie?

W ostatecznym rozrachunku - doceniam "Wahadło..." za to, co u Eco sprawdzone, za erudycyjną podbudowę (nawet jeśli przytłacza), za filozoficzne tło, za nieoczywisty, cierpki humor tam, gdzie się go czytelnik najmniej spodziewa, za barwne postaci - tutaj zwłaszcza w osobie Jacopo Belbo, który jest jednocześnie cynikiem i tchórzem, niespełnionym artystą i równie niespełnionym kochankiem, erudytą i zupełnie małostkowym, samolubnym człowiekiem. Uwielbiałam go tak samo jak Wilhelma z Barskeville.

A do Eco pewnie jeszcze wrócę. Niech znowu zadusi mnie i oczaruje na dziewięciuset stronach kolejnej ze swoich powieści.

O tym, że Eco to nie tylko pisarz, ale też niecodzienny erudyta i filozof, nikogo nie trzeba o tym przekonywać - jego powieści świadczą o tym wystarczająco. Przy lekturze "Imienia róży" uważałam to za zaletę i powód do podziwu. W przypadku "Wahadła Foucaulta" jednak mnie Eco nieco zmęczył.

Trudno mi tych dwóch powieści ze sobą nie porównywać. "Imię róży", pomimo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Coraz mniej i mniej się z panem Kingiem ostatnio lubimy. To pierwszy wniosek, do którego dochodzę po lekturze "Billy'ego Summersa". Poza tym mam jeszcze dwa: że z kolejnymi pozycjami od tego autora poczekam chyba jednak, aż w Stanach zmieni się władza, a sam autor zrobiłby jednak lepiej, gdyby skupił się na tym, co wychodzi mu najlepiej, to znaczy - na powieściach fantastycznych i grozy.

Początkowy zamysł w "Billym Summersie" wydaje się ciekawy. Płatny zabójca, który jest miłośnikiem wysokiej literatury i jednocześnie pisarzem-amatorem, to całkiem intrygująca postać. Szybko okazuje się jednak, że zarówno samego bohatera, jak i całą jego historię King zamierza narysować bardzo grubą, bardzo toporną kreską. Wszystko jest w tej książce naiwne i płytkie: moralność i motywacje bohaterów, ich osobiste historie, fabuła. Przede wszystkim fabuła. Do ostatniego rozdziału liczyłam na to, że drobny, intrygujący wątek paranormalny przewróci historię do góry nogami, ale tak się niestety nie wydarzyło. Wobec tego "Billy Summers" to dość tani amalgamat różnych popularnych popkulturowych klisz. Alice to Matylda z "Leona Zawodowca", Billy to generyczny były żołnierz/zabójca, Bucky i Nick to postaci tak przerysowane, że trudno w ogóle traktować je poważnie. I tak naprawdę niewiele tu więcej.

To "więcej" to niestety polityka, która w najnowszych książkach Kinga wysuwa się dość nieelegancko na pierwszy plan. Pisałam już o tym w mojej recenzji "Holly", gdzie co prawda było to dużo bardziej rażące, ale "Billy'ego Summersa" też nie omija. Ciekawe, że Billy, dokładnie tak jak detektyw Hodges i Holly, ma za sąsiadów rodzinę porządnych czarnych Afroamerykanów (check), z dwójką dzieci (double check), z którymi nawiązuje bliską więź (triple check). Czarny charakter z książki jest oczywiście powiązany z administracją Donalda Trumpa, a w szafie ma najohydniejsze możliwe trupy. Nie komentuję politycznych poglądów autora, ale sposób, w jaki je czytelnikom podaje, jest tyle nieelegancki, co momentami groteskowy.

W ostatecznym rozrachunku niezbyt ciekawa to książka, bez żadnego szczególnego twistu, nietrzymająca na krawędzi krzesła i nieszczególnie wywołująca jakieś emocje. Potrafisz lepiej, panie King.

Coraz mniej i mniej się z panem Kingiem ostatnio lubimy. To pierwszy wniosek, do którego dochodzę po lekturze "Billy'ego Summersa". Poza tym mam jeszcze dwa: że z kolejnymi pozycjami od tego autora poczekam chyba jednak, aż w Stanach zmieni się władza, a sam autor zrobiłby jednak lepiej, gdyby skupił się na tym, co wychodzi mu najlepiej, to znaczy - na powieściach...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Miało być dobre czytadło, a w sumie nie było.

Dobitny napis na okładce informuje, że "Czerwona ziemia" to thriller. Wydawca trochę zaklina tu rzeczywistość, bo właściwie nie ma ta książka niczego, co dobry thriller mieć powinien - ani historii, która trzyma na krawędzi krzesła, ani ciekawych - a przynajmniej wzbudzających jakieś emocje - bohaterów, ani nawet - mimo że akcja dzieje się w Afryce - interesującego świata przedstawionego.

Główny bohater to ewidentne alter ego autora, zgadza się wszystko, począwszy od dziennikarskiej profesji, na wzroście kończąc. Tym bardziej to w takim razie ciekawe, że Wiktor jako bohater literacki jest tak bardzo bezpłciowy, jak wypluty z generatora stereotyp dziennikarza w thrillerze. Jest neurotyczna była żona, z którą ma na pieńku, jest wielka i tajemnicza miłość sprzed lat, z którą łączy go pogmatwana historia, jest awanturnicza młodość, której błędy rzucają się cieniem na dzisiejsze życie. I poza tym właściwie nic. Wiktor nie ma żadnej cechy, która by go jakoś wyróżniała. Podobnie zresztą jak inne postaci.

Równie płaska co bohaterowie jest niestety Mellerowska Afryka. Mimo że na przestrzeni całej historii podróżujemy przez kilka stolic i krajów, ciężko właściwie to odczuć. Opisy ograniczają się do tego, że gorąco i głośno, roślinność zielona, a drogi czerwone. I właściwie tyle.

W ogóle jeśli chodzi o opisy, o cały styl tej książki, to jest w nim coś boomerskiego. Zwłaszcza dialogi są tatuśkowate, niezręczne i kanciaste. Czuć też, że autor to jednak bardziej dziennikarz niż powieściopisarz. Połowa postaci w tej książce robi sobie nawzajem obszerne i pogłębione wykłady geopolityczne. Jest to wszystko ciekawe, ale czyta się chwilami bardziej jak reportaż niż jak powieść.

Są też fragmenty, gdzie styl po prostu zgrzyta, pojawiają się dziwaczne frazy albo nagły, niepasujący w ogóle do sceny patetyzm. Bo co to na przykład znaczy, kiedy narrator mówi: "Brakowało mu jednego kliknięcia, żeby [...] zwerbalizować mgławicową intuicję"? Dlaczego bohater opisany akapit wcześniej jako stereotypowy dresiarz w kolejnym akapicie staje się nagle "uzbrojonym bezwzględnym drapieżcą"? Jeśli wierzyć posłowiu, nad ostatecznym kształtem książki pracowało kilkoro uznanych redaktorów. Można się w takim razie zastanawiać, ile takich stylistycznych fikołków wypadło z pierwszej wersji maszynopisu.

W ogólnym rozrachunku nie ma tu właściwie nic ciekawego, rozwiązanie fabuły można zbyć wzruszeniem ramion, nie ma właściwie ta historia kulminacji ani właściwej narracyjnej podbudowy, która mogłaby czytelnika w tę historię zaangażować. No więc czytadło - owszem. Czy przyzwoite - całkiem niekoniecznie.

Miało być dobre czytadło, a w sumie nie było.

Dobitny napis na okładce informuje, że "Czerwona ziemia" to thriller. Wydawca trochę zaklina tu rzeczywistość, bo właściwie nie ma ta książka niczego, co dobry thriller mieć powinien - ani historii, która trzyma na krawędzi krzesła, ani ciekawych - a przynajmniej wzbudzających jakieś emocje - bohaterów, ani nawet - mimo że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Myeong-kwan wraca w "Wielorybie" do korzeni tego, czym jest literatura - opowiadaniem historii. I rzeczywiście, ma ta powieść wszystko, co powinna mieć dobra historia - plastyczność świata, o którym się opowiada, barwnych i nietuzinkowych bohaterów, własny, określony rytm, który niesie słuchacza-czytelnika przez kolejne zdarzenia. "Wieloryb" jest więc z gruntu baśnią. Ale nie tylko.

Myeong-kwan czerpie inspiracje nie tylko z ludowego folkloru, ale też z historii swojego kraju, z zachodniej popkultury, odnosi się do przemian społecznych, do zmieniającej się roli kobiet w koreańskim społeczeństwie, do nurtów feminizmu i queer. W zaskakujący sposób się to wszystko ze sobą łączy, tworząc opowieść, która jest nie tylko nieprawdopodobna, ale też tkliwa, zabawna i poruszająca.

Dałam się tej historii poprowadzić, słyszałam pszczoły latające nad cegielnią w Nambaran, byłam na targu rybnym w portowym miasteczku, oglądałam w kinie filmy z Johnem Wayne'em, siedząc obok mężczyzny w białym garniturze. Nie w każdym momencie mnie ta opowieść porywała. Były momenty, że mnie męczyła. Czy chciałabym usłyszeć ją ponownie? Niekoniecznie. Ale czy dobrze było ją poznać? Zdecydowanie.

Myeong-kwan wraca w "Wielorybie" do korzeni tego, czym jest literatura - opowiadaniem historii. I rzeczywiście, ma ta powieść wszystko, co powinna mieć dobra historia - plastyczność świata, o którym się opowiada, barwnych i nietuzinkowych bohaterów, własny, określony rytm, który niesie słuchacza-czytelnika przez kolejne zdarzenia. "Wieloryb" jest więc z gruntu baśnią. Ale...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Przeczytałam w życiu wiele książek, które były brutalne, niektóre w sposób nawet obsceniczny i groteskowy, książek poruszających tabu, książek skandalicznych. Żadna nie zrobiła ze mną tego, co "Hańba".

Mistrzostwo tej książki, jej porażająca siła oddziaływania, leży dla mnie w tym, w jaki sposób Coetzee operuje językiem. Narracja tej książki jest absolutnie naga - nie chowa się ani za wulgarnością i naturalizmem, ani za przesadnym wysublimowaniem. Stawia po prostu czytelnika wobec faktów i zostawia go samego, by wyciągnął własną nad nimi refleksję. Żeby wydał osąd. I to właśnie próbujemy zrobić, tylko po to, żeby na końcu dojść do wniosku, że żadnego osądu wydać się nie da, bo nie ma po prostu dobra i zła.

Mówiąc o dobru i złu - David Lurie to doskonały bohater literacki. Zniuansowany do tego stopnia, że jednocześnie budzi obrzydzenie i oburzenie, a z drugiej strony litość, może nawet zrozumienie. Mieści w sobie wszystkie dylematy tej książki - relacje kobiet i mężczyzn, namiętności i władzy, wieku i pochodzenia, Zachodu i Trzeciego Świata. Nie ma łatwej odpowiedzi na to, jak osądzić Davida Luriego, tak jak nie ma odpowiedzi na żadne z pytań, które ta książka stawia.

Wybitna książka. Porażająca, ale (więc?) wybitna.

Przeczytałam w życiu wiele książek, które były brutalne, niektóre w sposób nawet obsceniczny i groteskowy, książek poruszających tabu, książek skandalicznych. Żadna nie zrobiła ze mną tego, co "Hańba".

Mistrzostwo tej książki, jej porażająca siła oddziaływania, leży dla mnie w tym, w jaki sposób Coetzee operuje językiem. Narracja tej książki jest absolutnie naga - nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ależ to była trudna przeprawa.

Żywię silne przekonanie, że większość powieści, które mają więcej niż 800 stron, wcale nie potrzebuje aż takiej objętości, tylko raczej dobrego redaktora, który wskaże autorowi moment, w którym narracja zaczyna robić się powtarzalna, rozwleczona i miałka. Żulczyk z pewnością dobrego redaktora nie miał, miał za to sporo sprzecznych ze sobą ambicji. W efekcie powstała książka, która nie ma zbyt wiele fabuły, jest ordynarna i naiwnie patetyczna jednocześnie, a poza tym ogólnie - po prostu - nieciekawa.

Wszystko się w tej powieści natrętnie powtarza. Postaci powtarzają po sobie samych i jedne po drugich te same słowa i frazy, przez co każdy dialog przypomina natrętne, równomierne odbijanie piłki od ściany. Powtarzają się ciągle te same refleksje w strumieniach świadomości, te same metafory i porównania. Oczy i głosy są zawsze jak zamarznięte przedmioty (jeziora, studnie, gwoździe), chmury i inne elementy krajobrazu są jak namazane tłustą kreską, ciemność jest zawsze żarłoczna i groźna. Lektura szybko robi się przez to męcząca, jak słuchanie zaciętej płyty, która odtwarza wciąż jedną i tę samą piosenkę, tylko w różnych fragmentach.

Nie gra mi też zupełnie styl tej książki, cała ta blokowiskowa wulgarność, do której autor próbował dokleić psychologiczną i artystyczną głębię. Wiele jest w tej książce porównań i metafor, nad którymi się zatrzymywałam, tak kuriozalne i puste znaczeniowo się wydawały. Bo co to znaczy, że ktoś ma głos jak strup, uśmiech szczery jak kwas siarkowy, pije kawę mocną jak piekło? Po co są te wszystkie refleksje o naturze zła rodem ze szkolnego wypracowania? Co to znaczy, że zło jest niepoliczalne, że idzie zawsze prostą drogą, i tak dalej, i tak dalej? Ciężko powiedzieć, czy znaczy cokolwiek. To jest refleksja, z którą trudno zrobić cokolwiek więcej, niż tylko wzruszyć ramionami.

Inna kwestia to narracja i dziwne wybiegi, które autor stosuje, ale ciężko zrozumieć ich realny cel (tak artystyczny, jak fabularny). Nie doszłam na przykład, dlaczego część rozdziałów Justyny jest w narracji drugiej osoby (Wattpad, anyone?), dlaczego w ramach tego samego rozdziału, a często tego samego akapitu przeskakujemy swobodnie z czasu przeszłego na teraźniejszy i odwrotnie. Dialogi, poza tym, że wyglądają, jakby bohaterowie cierpieli na zbiorową echolalię, są też koszmarnie mechaniczne. Wszystko to po prostu bardzo źle się czyta.

Nie przekonują mnie w tej książce postaci, może za wyjątkiem Tomasza, wszyscy pozostali to dziwny amalgamat małomiasteczkowych stereotypów o pijaczkach i patusach, a najmniej przekonujący jest z tego wszystkiego główny bohater. Jego refleksje i retrospekcje to bolesne, nieciekawe dłużyzny. Wszystkie rozdziały poświęcone jego wspomnieniom można by spokojnie skondensować w jeden, podobnie te dotyczące popadnięcia w nałóg, a potem wyjścia z niego. Mikołaj jest miałki, męczący, nie budzi sympatii ani antypatii, tylko po prostu zniecierpliwienie. Podobnie zresztą jak cała jego historia o dochodzeniu do samodzielności i bycia mężczyzną.

W ostatecznym rozrachunku zmęczyła mnie ta książka, zirytowała. Z trudem dobrnęłam do końca, a kiedy się wreszcie udało, zostałam wyłącznie z konsternacją, że autor akurat tak postanowił zakończyć tę historię. Jest wiele części, które w tej układance nie pasują (czemu miał służyć na przykład rozdział z retrospekcją o przodku rodziny Bernatów?), ale zakończenie nie pasuje zdecydowanie najbardziej. To trochę tak, jakby autor chciał powiedzieć - oko za oko i wszyscy będą szczęśliwi, a tak przecież nigdy nie jest i nie pasuje to zupełnie do tych wszystkich przemyśleń o naturze zła i kręgu przemocy. I trudno tak naprawdę powiedzieć o tym coś więcej. Ja w każdym razie wiem, że dla mnie na tym przygoda z prozą Żulczyka się kończy.

Ależ to była trudna przeprawa.

Żywię silne przekonanie, że większość powieści, które mają więcej niż 800 stron, wcale nie potrzebuje aż takiej objętości, tylko raczej dobrego redaktora, który wskaże autorowi moment, w którym narracja zaczyna robić się powtarzalna, rozwleczona i miałka. Żulczyk z pewnością dobrego redaktora nie miał, miał za to sporo sprzecznych ze sobą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To już moje trzecie spotkanie z tym autorem, po "Poświacie" i "Związku żydowskich policjantów", i znów mnie Chabon zaskoczył. "Niesamowite przygody" nie są taką opowieścią, jaką oczekiwałam, że będą. Nie zostaną też, wbrew moim oczekiwaniom, nową ulubioną książką z portfolio tego autora. Ale to wcale nie szkodzi, bo to wciąż bardzo dobra książka.

No więc czego się spodziewałam, a co dostałam? Po lekturze "Poświaty" oczekiwałam po "Niesamowitych przygodach" więcej tej właśnie niesamowitości, bombastyczności zdarzeń. Tymczasem historia Sama i Joego owszem, jest niesamowita, ale inaczej. Nie jest alternatywną, osobliwą, szaloną wersją rzeczywistości, ale czymś, co mogło się w tych dziwnych czasach wydarzyć.

Oczekiwałam też po tej książce poczucia humoru, ostrego i przewrotnego, ironii i autoironii, za które tak go lubię. "Niesamowite przygody" rzadko kiedy są naprawdę zabawne, są za to pełne czułości i uważności na bohaterów. Sam i Joe to świetnie wykreowane postaci, żywe, zniuansowane, niewolne od wad i kompleksów. Są namacalni w tym sensie, że można żywić do nich konkretne uczucia, jak do prawdziwych ludzi.

W ostatecznym rozrachunku trudno powiedzieć, o czym jest ta książka. Tak naprawdę chyba o wielu rzeczach po trochu. To opowieść o ucieczkach i powrotach, o znajdowaniu klucza do swoich łańcuchów. W dużej mierze to też opowieść o tym, że opowieść kształtuje życie w równym stopniu, jak życie kształtuje opowieść. A poza tym to też po prostu ciekawa historia ciekawego życia, jakie mogli wieść dwaj Żydzi w Ameryce lat 40.

Być może dlatego, że podchodziłam do tej książki z nastawieniem, że zgodnie z powszechną opinią biorę do ręki najlepszego dzieło tego autora, trochę się jednak zawiodłam. Czegoś mi zabrakło, chociaż nie umiem powiedzieć czego. Niemniej to dobra książka. Nie niesamowita, ale dobra.

To już moje trzecie spotkanie z tym autorem, po "Poświacie" i "Związku żydowskich policjantów", i znów mnie Chabon zaskoczył. "Niesamowite przygody" nie są taką opowieścią, jaką oczekiwałam, że będą. Nie zostaną też, wbrew moim oczekiwaniom, nową ulubioną książką z portfolio tego autora. Ale to wcale nie szkodzi, bo to wciąż bardzo dobra książka.

No więc czego się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

"Granica między przypadkiem a wyborem jest umowna, przypadki są tak naprawdę naszymi wyborami, a wybory przypadkowym rezultatem wszystkich wcześniejszych doświadczeń, lęków, zachwytów, skrupułów, niechęci, bólów i ekstaz. Mam coraz silniejsze wrażenie, że to, co robię, jest poruszaniem się w sieci, w której wciąż natrafiam na podobnych ludzi, przedmioty, zwierzęta, zapachy. Czasem czuję jej drgania, jakbym stąpała po wielkiej, niewidocznej pajęczynie, uginającej się lekko pod moim ciężarem."

Zaczynając lekturę "Ucieczki niedźwiedzicy", właściwie nie miałam oczekiwań. Blurb dał mi wyobrażenie, że sięgam po zbiór opowiadań, które mogą, ale nie muszą, mieć jakąś nić wspólną. Szybko się okazało, że się myliłam - u Bator nie ma nici wspólnej, jest właśnie sieć, pajęczyna, po której poruszamy się w różnych kierunkach, znajdując coraz to nowe połączenia między wydarzeniami i postaciami. Dałam się Bator wciągnąć w tę grę bez reszty, przy kolejnych historiach zaczęłam zgadywać, którą z poznanych już postaci w niej napotkam, jakie wydarzenie zobaczę nowymi oczami.

Tym, co poza wydarzeniami i postaciami spaja dodatkowo wszystkie historie, jest styl narracji, wyraźny i charakterystyczny mimo zmian perspektywy. Kiedy autor chce mówić wieloma głosami, to się nie zawsze udaje, ale Bator właśnie się udało. Niezależnie od tego, czy mówi ustami starej poetki czy młodego robotnika z Wałbrzycha, młodej dziewczyny czy staruszki, zawsze da się odnaleźć podczas lektury to samo (nieco czarne) poczucie humoru, tę samą bezpośredniość, nieoczywistą metaforykę, a przede wszystkim wspaniałą plastyczność, która pozwala równie namacalnie przedstawiać zarośnięte jeziorko na polskiej wsi i grecką wyspę. I do tego jeszcze niesamowitość, magiczność, w niektórych historiach tylko intuicyjnie uchwytną, a w innych groteskowo przejaskrawioną. Jednocześnie, z drugiej strony, każdy głos pozostaje wyraźny i osobny.

Dobry jest ten zbiór opowieści, ciekawy i wciągający. Zaoferował mi więcej, niż się po nim spodziewałam, i zachęcił, by sprawdzić, co jeszcze Bator ma w zanadrzu.

"Granica między przypadkiem a wyborem jest umowna, przypadki są tak naprawdę naszymi wyborami, a wybory przypadkowym rezultatem wszystkich wcześniejszych doświadczeń, lęków, zachwytów, skrupułów, niechęci, bólów i ekstaz. Mam coraz silniejsze wrażenie, że to, co robię, jest poruszaniem się w sieci, w której wciąż natrafiam na podobnych ludzi, przedmioty, zwierzęta, zapachy....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Po co powstała ta książka? To była moja pierwsza refleksja po skończeniu lektury.

"Stramer" poruszył mnie tym, w jaki sposób pokazywał rodzące się zło. W zestawieniu z błahymi, niefrasobliwymi opisami codziennego życia jego pierwsze przejawy budziły niepokój właśnie dlatego, że wydawały się zwykłe, można je było przeoczyć. Kiedy potem nagle zło eskaluje i w życiu bohaterów zaczyna się wojna, efekt jest piorunujący. Uznałam wtedy, że pełne luk i pytań zakończenie, które Łoziński wybrał dla tej historii, jest doskonałe, bo tylko takie zakończenia istniały. Było mocne i poruszające dlatego, że było prawdziwe.

Dlatego właśnie nie rozumiem idei, która stała za kontynuacją tej opowieści. "Stramerowie" to książka dziwnie niewyważona pod względem narracji. Powiedziane jest jednocześnie za dużo i za mało. Z częścią rodzeństwa spędzamy całe rozdziały, o reszcie nie słyszymy prawie w ogóle. To sprawia, że chociaż poznajemy rzeczywiście dalsze losy całego rodzeństwa, nie bardzo da się odczuć ciężar tych wszystkich wydarzeń, chociaż jest ich przecież tak dużo - ucieczki, kryjówki, rozłąki i zesłania, tęsknoty i rozterki, więzienia, obozy koncentracyjne, sutereny i szlacheckie mieszkania w kamienicach. W ostatnich rozdziałach Łoziński próbuje jakoś to wszystko spiąć klamrą, połączyć, ale zupełnie się to nie udaje. Tak jak "Stramer" miał zakończenie boleśnie prawdziwe, tak w "Stramerach" jest ono boleśnie nieprawdziwe. Do ostatnich stron spodziewałam się jeszcze, że autor spróbuje mnie zaskoczyć. "A może rodzeństwo Stramerów tak naprawdę nie przeżyło wojny?" - zastanawia się w pewnym momencie jeden z bohaterów, a ja razem z nim.

Łoziński zostawia ostatecznie swoich bohaterów jako ludzi bez tożsamości, bez pochodzenia, z nowymi nazwiskami i nowymi życiorysami w nowym świecie tworzącym się po wojnie. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tej tożsamości nie mieli już znacznie wcześniej - to kolejny aspekt, w którym druga część nie dorasta do pierwszej. W "Stramerze" żydowska tożsamość jest żywa i wyrazista. Są refleksje bohaterów na temat obyczaju i tradycji. Czy Rywka powinna przygotowywać w kawiarni "U Stramerów" koszerne jedzenie, czy nie? Dlaczego Rudek nienawidzi mełameda z chederu? Jak rodzeństwo patrzy na chałaciarzy z pobliskiego targu. Żydowskość jest tam stale obecna i poddawana refleksji. W "Stramerach" tej refleksji nie ma. Bohaterowie odrzucają swoją tożsamość, bo zmusza ich do tego wojna, ale nie dowiadujemy się zbyt wiele o tym, jak się z tym czują. Co myśli Natek, kiedy musi zjeść kawałek baleronu, żeby nie wydać się przed sekretarką? A Nusek, kiedy chodzi do kościoła? Tego Łoziński nam nie mówi.

W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że "Stramer" to powieść, która zupełnie nie potrzebowała kontynuacji. A już na pewno nie takiej, która daje odpowiedzi na wszystkie pytania, a jednocześnie zabiera wszystkie emocje.

Po co powstała ta książka? To była moja pierwsza refleksja po skończeniu lektury.

"Stramer" poruszył mnie tym, w jaki sposób pokazywał rodzące się zło. W zestawieniu z błahymi, niefrasobliwymi opisami codziennego życia jego pierwsze przejawy budziły niepokój właśnie dlatego, że wydawały się zwykłe, można je było przeoczyć. Kiedy potem nagle zło eskaluje i w życiu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Drobiazgowo zaplanowany, namacalny w każdym szczególe świat przedstawiony, wyrafinowana, inteligentna fabuła z intrygą, której rozwiązanie nie zawodzi, bogactwo splatających się ze sobą kontekstów historycznych, literackich i kulturowych - tego wszystkiego się po "Imieniu róży" spodziewałam i się nie zawiodłam. Eco to rzemieślnik literatury w najlepszym tego słowa znaczeniu, co najlepiej widać w posłowiu do powieści, gdzie pokazuje cały proces tego cierpliwego cyzelowania. Jeśli mogę mieć o coś do niego pretensję, to tylko o to, że czasami z tym cyzelowaniem przesadzał i wychodziły po prostu nużące dłużyzny, jak w opisach architektury opactwa czy epifanii religijnych poszczególnych postaci. Jasne, to kwestia określonego stylu, kontekstu historycznego i kulturowego, które miały tu zostać odtworzone, nie zmienia to jednak faktu, że miejscami było po prostu długo i nudno. Sam Eco zresztą o tym wie i pisze w tym samym posłowiu.

To, czego właściwie też mogłam się po tej lekturze spodziewać, ale co i tak przyjemnie mnie zaskoczyło, to postaci - nie kartonowe schematy, jakich można się spodziewać zarówno w powieści historycznej, jak i w kryminale, tylko żywi i wyraziści ludzie, w dodatku charakterni i zabawni. Ta ostatnia cecha zaskoczyła mnie najbardziej, bo akurat poczucia humoru w tej książce nie szukałam, a jednak okazuje się, że średniowieczni mnisi też potrafią być sarkastyczni i chlastać ciętą ironią. Za to szczególnie chapeau bas, panie Eco.

W ogólnym rozrachunku sądzę, że "Imię róży" i w ogóle książki tego autora to literatura w klasycznym tego słowa znaczeniu, taka, której można zaufać, że na pewno spełni swoje podstawowe zadania: wciągnie czytelnika w świat przedstawiony, opowie mu ciekawą historię, rozbawi i wzruszy, a na koniec zostawi z refleksją. Takie są książki, które z nami zostają.

Drobiazgowo zaplanowany, namacalny w każdym szczególe świat przedstawiony, wyrafinowana, inteligentna fabuła z intrygą, której rozwiązanie nie zawodzi, bogactwo splatających się ze sobą kontekstów historycznych, literackich i kulturowych - tego wszystkiego się po "Imieniu róży" spodziewałam i się nie zawiodłam. Eco to rzemieślnik literatury w najlepszym tego słowa...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Sięgając po tę książkę, spodziewałam się klasycznej historii, która pochłonie moją wyobraźnię i wciągnie mnie w egzotyczny, obcy świat. Sprawdziło się to - niestety - tylko częściowo.

"Raj" Abdulrazaka Gurnaha rzeczywiście jest bardzo klasyczny w zakresie sposobu budowania narracji i prowadzenia czytelnika przez opowiadaną historię. Poznajemy bohatera - Yusufa - jako 12-letniego chłopaka i towarzyszymy mu w linearnie przedstawionej podróży do dorosłości. Nie ma tu żadnych niespodzianek.

Więcej spodziewałam się chyba po samej opowieści - i chodzi tu zarówno o zdarzenia, które ją tworzą, jak i to, jakim językiem się o nich opowiada. Fraza Gurnaha jest wytworna, we fragmentach nawet egzaltowana, ale zupełnie brakuje jej ekspresji. Podczas lektury ani razu nie miałam poczucia, że dotykam świata, o którym czytam, że zbliżam się do bohaterów opowieści.

Ginął mi też w tej dziwnej, suchej narracji sam Yusuf. Choć jest to główny bohater i to po jego śladach idziemy, te ślady częstokroć się rozmywają, a Yusuf znika z pola widzenia. Niewiele jest w książce miejsc, gdzie pojawia się wewnętrzny monolog, z którego moglibyśmy poznać reakcje bohatera na to, co się dzieje, i zobaczyć, w jaki sposób budują go te wydarzenia jako człowieka. To uważam za największą wadę tej książki.

W ostatecznym rozrachunku zostawia mnie ta książka z niczym. Porusza się w niej wiele ważkich kwestii, takich jak wolność i niewolnictwo, możność budowania przez człowieka własnego losu, czy wreszcie - rola kolonializmu w tworzeniu współczesnej historii Afryki. A jednak nie skłania mnie ona do żadnej głębszej refleksji. Ogromna szkoda.

Sięgając po tę książkę, spodziewałam się klasycznej historii, która pochłonie moją wyobraźnię i wciągnie mnie w egzotyczny, obcy świat. Sprawdziło się to - niestety - tylko częściowo.

"Raj" Abdulrazaka Gurnaha rzeczywiście jest bardzo klasyczny w zakresie sposobu budowania narracji i prowadzenia czytelnika przez opowiadaną historię. Poznajemy bohatera - Yusufa - jako...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jeżeli "Pasażera", pierwszą część dylogii, można określić jako filozoficzną powieść drogi, to "Stella Maris" nie jest powieścią w ogóle. "Stella Maris" to dialog-rzeka, filozoficzny rozrachunek z prawdami o życiu. I w tej roli sprawdza się świetnie jako dopełnienie pierwszej części. Jeżeli "Pasażer" był o poszukiwaniu odpowiedzi, to w "Stella Maris" ostatecznie znajduje się przekonanie, że odpowiedzi nie da się znaleźć.

W ciekawy sposób się te książki uzupełniają. Bobby, bohater "Pasażera", i Alice ze "Stella Maris" jednocześnie są i nie są tą samą postacią. Poruszają te same wątki, szukają tych samych odpowiedzi, ale tam gdzie u Bobby'ego jest niepokój i tęsknota, u Alice znajdujemy sceptycyzm i fatalizm.

Podobnie jak "Pasażera", świetnie mi się to czytało, płynnie i jasno, choć nie mam pojęcia o matematyce, a o filozofii ledwo co. Jestem na miejscu drugiej osoby dialogu, jestem jak terapeuta ze "Stella Maris", który nie rozumie, ale chce słuchać. I to, że chcę, uważam za największą zasługę McCarthy'ego w tych książkach.

Jeżeli "Pasażera", pierwszą część dylogii, można określić jako filozoficzną powieść drogi, to "Stella Maris" nie jest powieścią w ogóle. "Stella Maris" to dialog-rzeka, filozoficzny rozrachunek z prawdami o życiu. I w tej roli sprawdza się świetnie jako dopełnienie pierwszej części. Jeżeli "Pasażer" był o poszukiwaniu odpowiedzi, to w "Stella Maris" ostatecznie znajduje się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Proza Huellego jest w duchu klasycystyczna. Jest w niej zamiłowanie do porządku, do tradycji, jest opowieść opowiadana jednym, stałym głosem, spokojna i wyważona.

Ciekawe jest to, w jaki sposób wysoka kultura i tradycja z jej ideałami piękna i porządku stawiają w książce Huellego czoła okropieństwom wojny, okrucieństwu i szaleństwu. Trwają niezależnie od tego wszystkiego, niezmienne i nieporuszone, nawet jeśli ślad po nich w końcu ginie, tak jak po muzyce Ernesta Teodora.

Nie ma w tej książce emocji, ale też nie wydaje się, by autor chciał je przekazać. Partytura, którą w narracji buduje Huelle, jest harmonijna, można się w nią wsłuchać, ale kiedy milknie, nie zostawia po sobie śladu. Zamknęłam "Śpiewaj ogrody" z poczuciem spokoju i melancholii, ale bez poruszenia.

Proza Huellego jest w duchu klasycystyczna. Jest w niej zamiłowanie do porządku, do tradycji, jest opowieść opowiadana jednym, stałym głosem, spokojna i wyważona.

Ciekawe jest to, w jaki sposób wysoka kultura i tradycja z jej ideałami piękna i porządku stawiają w książce Huellego czoła okropieństwom wojny, okrucieństwu i szaleństwu. Trwają niezależnie od tego wszystkiego,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Panie King, ależ mnie Pan tą książką zirytowałeś...

Lubię i doceniam książki Kinga jako doskonałą eskapistyczną rozrywkę. Lubię go dokładnie za to, za co można lubić tę prozę, czyli za te wszystkie unurzane w krwi i grozie potwory, ale też za bohaterów, a bohaterki szczególnie, bo Kingowi udaje się nadal to, czego nie potrafi na przykład Jo Rowling - tworzy postaci kobiece, które są ciekawe, barwne, dokładnie pośrodku skali pomiędzy Mary Sue a damsel in distress.

Dlatego szczególnie lubię serię, którą King rozpoczął książką "Pan Mercedes", i jej bohaterów, detektywa Billa Hodgesa i jego późniejszą zawodową partnerkę Holly Gibney. Neurotyczna i introwertyczna Holly, z jej natręctwami i towarzyską niezręcznością, zahukana, a jednocześnie pełna uporu, budzi we mnie ogromną sympatię. Dlatego wszystkie książki z serii, do "Outsidera" włącznie, przelatywałam jak na wrotkach, bawiąc się świetnie. Aż wreszcie doszłam do "Holly" i przywaliłam w ścianę.

Czuję się przez Kinga tą książką oszukana. Nie ma tu niczego, za co go lubię. Fabułę da się zgadnąć po dwóch pierwszych rozdziałach, nie ma suspensu, nie ma nadnaturalnej grozy. Wątek Barbary, przewijający się równolegle przez całą narrację, jest absolutnie nużący i jak gdyby żywcem wyjęty z kiepskiej powieści young adult. Wątek główny, tytułowej Holly, rozjeżdża się w szwach przez usilne próby psychologicznego pogłębienia relacji bohaterki z matką.

Największą pretensję mam jednak do Kinga o nachalne, ordynarne wręcz upolitycznienie tej książki. Covid, powracająca wciąż tematyka rasowa, nierówności społeczne - ta książka to wykład o społecznych przekonaniach autora, podanych zresztą w zupełnie niesubtelny, nieciekawy, nieinspirujący sposób. Zgadzam się z Kingiem w większości problemów, które porusza, ale to nic nie zmienia. To nie jest autor, który powinien takie problemy poruszać i to nie jest proza, w której jest na to miejsce. W końcowym rozrachunku wypada to żenująco, jak moralizatorski teatrzyk, na który nikt się nie pisał i nikt nie ma ochoty go oglądać.

Panie King, ależ mnie Pan tą książką zirytowałeś...

Lubię i doceniam książki Kinga jako doskonałą eskapistyczną rozrywkę. Lubię go dokładnie za to, za co można lubić tę prozę, czyli za te wszystkie unurzane w krwi i grozie potwory, ale też za bohaterów, a bohaterki szczególnie, bo Kingowi udaje się nadal to, czego nie potrafi na przykład Jo Rowling - tworzy postaci...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Lubię Twardocha, lubię tę jego pokręconą, deklamacyjną frazę, która zawsze jest trochę poetycka i trochę schizofreniczna, lubię jego szalonych, aroganckich, maczystowskich bohaterów, lubię ten cień niewyjaśnionego, czarne bezimienne zjawy i wieloryby śpiewające pieśni o krwi. Lubię to wszystko, wciąga mnie tym ta proza, czaruje i zabawia i "Morfina" nie jest tu wyjątkiem, ale na tle innych książek, zwłaszcza "Króla", czegoś mi jednak zabrakło.

Mam taką refleksję, że po "Morfinie" widać, że autor tu jeszcze niewyrobiony i to, co w kolejnych, zwłaszcza w "Królu", najbardziej lubię, tutaj dopiero się klarowało i doszlifowywało. Jest ta potoczysta, dzika narracja, jest bohater-oryginał, jest fabuła, która w kluczowym momencie robi zwrot i zostawia czytelnika z niczym, a jednak wszystko to momentami zgrzyta i zostawia niedosyt - lekki, ale jednak.

Monolog Konstantego zapętla się, wchodzi w rejestry historiozoficzne i zmierza nie wiadomo dokąd, forma przerasta treść. Można pewnie powiedzieć, że taki był zamysł, że o to chodziło, obłęd miał narastać, erudycja przejść w bełkot - i pewnie tak było, ale gdzieś tu i tak słyszę fałszywą nutę, jakby autor chciał z tego wycisnąć za dużo, za bardzo się popisać umiejętnością rozlewania tej rzeki słów i myśli. Podobny zarzut mam do samego bohatera, do Konstantego, którego kreacja na koniec trochę się rozpada, jakby autor nie do końca wiedział, co chce z nim finalnie zrobić, dokąd tę jego podróż w poszukiwaniu siebie doprowadzić. W następnych książkach już nie mam przy lekturze tego wrażenia rozstroju i zgrzytu, tam jest równowaga, która tutaj dopiero się buduje.

Mimo to "Morfina" to świetna książka, brawurowa, mroczna, napisana z rozmachem i elegancją. Nie moja ulubiona Twardocha, ale wciąż bardzo dobra.

Lubię Twardocha, lubię tę jego pokręconą, deklamacyjną frazę, która zawsze jest trochę poetycka i trochę schizofreniczna, lubię jego szalonych, aroganckich, maczystowskich bohaterów, lubię ten cień niewyjaśnionego, czarne bezimienne zjawy i wieloryby śpiewające pieśni o krwi. Lubię to wszystko, wciąga mnie tym ta proza, czaruje i zabawia i "Morfina" nie jest tu wyjątkiem,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cormoran Strike i Fabuła ze "Scooby Doo", Czyli Jak Zmarnować Miesiąc z Książką, Która Tylko Cię Zirytuje.

Po lekturze tej książki można dojść do dwóch wniosków - a właściwie to jednego wniosku i jednego pytania bez odpowiedzi. Wniosek - dobry redaktor jest na wagę złota, a tutaj go zabrakło. Pytanie - po co Rowling nadal to robi?

"Wartka śmierć" pokazuje, że autorka jest absolutnie odporna na krytykę. Powielają się tutaj problemy z poprzednich części cyklu. Miałka, rozwleczona, napompowana zbędnymi wątkami fabuła, mozolna narracja i bohaterowie, którzy stają się coraz bardziej infantylni i coraz trudniej ich lubić i się z nimi utożsamiać. Ale po kolei.

Zacznijmy od fabuły. Tutaj pojawia się problem, którego akurat we wcześniejszych częściach jeszcze nie było - nie ma punktu centralnego. Brakuje zagadki, która byłaby osią i środkiem ciężkości dla wydarzeń. Domniemane morderstwo znajduje się gdzieś w połowie książki, a cel śledztwa robi się coraz bardziej mętny. Można mieć wątpliwości, co właściwie Strike i Robin próbują osiągnąć. Wyciągają człowieka z niebezpiecznej organizacji? Szukają na tę organizację brudów? Podważają kult religijny? Próbują rozwikłać zagadkową śmierć? Właściwie wszystko po trochu. Ostateczne rozwiązanie tego chaosu jest nie tyle zaskakujące, co po prostu śmieszne i niedorzeczne.

Nie pomaga przy tym sposób, w jaki prowadzona jest narracja. Pomimo olbrzymich rozmiarów właściwie nie ma w tej książce akcji. Wydarzenia się nie dzieją, tylko z reguły są przez bohaterów opowiadane, przywoływane w rozmowach, listach, wiadomościach i emailach, streszczane po fakcie. To sprawia, że właściwie nie mają ciężaru i nie wywołują żadnego napięcia.

Jeżeli mowa o braku ciężaru - bohaterowie również go nie mają. Rowling znowu mnoży postaci epizodyczne, które pojawiają się tylko po to, żeby wyjaśnić pojedynczy detal śledztwa, a potem znikają. Wydaje się, że autorka do jakiegoś stopnia zdaje sobie sprawę, że jest tych pobocznych bohaterów za dużo, żeby czytelnik je odróżniał i pamiętał, bo kiedy są wspominane, to zawsze z odniesieniem do swojej roli w śledztwie albo ważnej cechy. "Jadę zobaczyć się z Joem, no wiesz, tym, który porwał borsuka." "Znalazłam na Facebooku Rhondę, tę od połamanych okularów". To w sumie śmieszne i frustrujące jednocześnie.

Ale postaci epizodyczne to jeden problem. Te, które są dla fabuły bardziej istotne, też nie mają żadnego wyrazu. Nowy partner Robin, Ryan, właściwie nie ma charakteru. Dowiadujemy się o nim tylko tyle, że to były alkoholik i że jest przystojny (tego drugiego zresztą wielokrotnie). Nowa siostra Strike'a jest miła i bogata. Nie da się tych postaci lubić ani ich nie lubić, bo to nic więcej jak pacynki, którymi autorka macha, kiedy akurat są potrzebne.

Z antagonistami jest niewiele lepiej. Uderzało mnie to zwłaszcza w przypadku Mazu, która miała w zamierzeniu autorki taką grozę. Za każdym razem, kiedy się pojawiała, dowiadywałam się, że ma krzywe oczy i wygląda jak pająk, a poza tym się nie myje. Wiem, że Jonathan Wace jest charyzmatyczny, tylko dlatego że narrator przekonuje mnie, że tak jest. Zupełnie bez wyrazu są te postaci, sztampowe i papierowe. Trudno uwierzyć, że wykreował je ktoś, kto stworzył lorda Voldemorta czy Gilderoya Lockharta.

Strike i Robin też powoli robią się tak samo kartonowi jak pozostałe postaci. Robin to już właściwie idealna Mary Sue. Rzuca się brawurowo w niebezpieczne sytuacje, jest lekkomyślna i nierozsądna, nie przyznaje się do błędów i nie przyjmuje rad, ponieważ dają je mężczyźni, więc jej ego na tym cierpi (nawet jeśli rzeczeni mężczyźni mają doświadczenie i przygotowanie, którego ona nie ma). Mimo to z każdej opresji wychodzi bez szwanku. Tak przez autorkę, jak i przez Strike'a jest kreowana na błyskotliwą detektyw, chwalona za przełomowe odkrycia, chociaż tak naprawdę częściej naraża śledztwo, niż w nim realnie pomaga. Strike to już wyłącznie karykaturalny macho, pomiatający kobietami, pozbawiony empatii, gburowaty, małostkowy, infantylnie zazdrosny. Ich wzajemna dynamika straciła iskrę dawno temu.

W ogólnym rozrachunku męcząca jest ta książka. Wygląda na to, że to moje ostatnie spotkanie z Cormoranem Strikiem. Są inne agencje i inni detektywi.

Cormoran Strike i Fabuła ze "Scooby Doo", Czyli Jak Zmarnować Miesiąc z Książką, Która Tylko Cię Zirytuje.

Po lekturze tej książki można dojść do dwóch wniosków - a właściwie to jednego wniosku i jednego pytania bez odpowiedzi. Wniosek - dobry redaktor jest na wagę złota, a tutaj go zabrakło. Pytanie - po co Rowling nadal to robi?

"Wartka śmierć" pokazuje, że autorka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cóż mogę powiedzieć - King jak zawsze gra na swojej trąbce. Melodię znamy i lubimy, ale trochę jednak brakuje nowych akordów.

"Outsidera" wybrałam jako lekturę urlopową, po kilkuletniej przerwie od trylogii o Panu Mercedesie. Jako kontynuacja serii - dobra. Jako samodzielna historia broni się nieco mniej.

Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że King świetnie wyczuwa lęki, które trzymamy w zbiorowej świadomości. Potwory spod łóżek, potwory w szafach, w ciemnych kątach, za oknami i w lustrach. Wszystkie tu są. Przez tydzień po skończeniu lektury chodziłam w nocy do łazienki szybszym krokiem niż zwykle i zapalałam po drodze światło, choć normalnie tego nie robię. Pod względem straszenia czytelników ich własną wyobraźnią King jest więc w doskonałej formie.

Sama historia jest wartka, sprawnie poprowadzona, nie ma dłużyzn i fabularnych fikołków. Dobrze się to czyta, płynnie, z zaintrygowaniem, choć sam koncept ostatecznie nie okazuje się specjalnie błyskotliwy.

Jeśli chodzi o wady - choć mamy tu teoretycznie zupełnie nowych bohaterów, to w praktyce okazuje się, że choć talia niby nowa, to karty w sumie te same. King rozstawia nowe postaci w tych samych rolach i czytając, ma się wrażenie, że to już właściwie było, już tych ludzi poznaliśmy. Detektyw Ralph Anderson to nowy Bill Hodges, twardy, dociekliwy glina, który musi doprowadzić śledztwo do końca. Porucznik Yune Sablo to nowa odsłona Jerome'a - bohater z mniejszości etnicznej, sidekick z poczuciem humoru, rozładowujący napięcie śmiesznymi uwagami. Jack Hoskins to pod wieloma względami nowy Brady Hartsfield - zgorzkniały, niezadowolony z miernego życia, szukający zemsty. No ale jest jeszcze Holly i to ona ten spektakl ratuje. Świetnie się sprawdza jako samodzielna detektyw. Szalenie lubię tę bohaterkę za to, że autor nie robi z niej feministki i pogromczyni patriarchatu na siłę. Holly walczy o swoje, owszem. Wchodzi pomiędzy mężczyzn i zmaga się, by otrzymać posłuch, ale kompletnie nie zależy jej na tym, by dominować lub cokolwiek udowadniać. Nie jest atrakcyjna, nikt jej nie podrywa, nie ma miłosnych rozterek. Jest neurotyczna i dziwaczna, a jednocześnie uparta i skuteczna. Chce się jej kibicować. Jedna z moich ulubionych kryminałowych protagonistek, daleko choćby przed Robin z serii Rowling o Cormoranie Strike'u.

Podsumowując - dobra lektura, przy której się nie nudziłam, ale też nie zerwała mi kapci. Jeśli lubicie Kinga ogólnie, to tę książkę też polubicie.

Cóż mogę powiedzieć - King jak zawsze gra na swojej trąbce. Melodię znamy i lubimy, ale trochę jednak brakuje nowych akordów.

"Outsidera" wybrałam jako lekturę urlopową, po kilkuletniej przerwie od trylogii o Panu Mercedesie. Jako kontynuacja serii - dobra. Jako samodzielna historia broni się nieco mniej.

Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że King świetnie wyczuwa...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Napisać książkę o seksie, która będzie jednocześnie perwersyjna, naiwna i niewinna, to spory wyczyn. Taki jest "Szmuc". Ordynarna jest ta książka, wyuzdana, bluźniercza. A jednak nie o seks tu przecież chodzi. Główna bohaterka ogląda porno inaczej niż większość ludzi - w pierwszej kolejności szuka w nim odpowiedzi na pytania, dopiero potem przyjemności. Seks to dla Rajzli relacje uległości i władzy. Niewiedza to - jak się jej wpaja - niewinność, oznaka skromności, ale jednocześnie to dla niej źródło strachu przed nieznanym. Wiedza, którą zdobywa z porno, to droga do emancypacji i źródło wstydu jednocześnie. Tło kulturowe wyjaskrawia te rozterki, ale można by napisać taką książkę o dziewczynie, która nie jest ortodoksyjną żydówką. Wiele kobiet staje przed podobnymi dylematami.

Doceniłam tę książkę za to, że nie daje prostych odpowiedzi, nie prowadzi bohaterki po sznurku od tradycji do cudownego wyzwolenia z konwenansów. To nie jest serial Netfliksa, Rajzla nie topi peruki i nie ucieka od swojej społeczności na inny kontynent. Berliner poprzestaje na wyrażeniu wątpliwości i rozterek. Rajzla dokądś ostatecznie dociera, ale niekoniecznie tam, gdzie czytelnik chciałby ją zobaczyć. I to uważam za o wiele bardziej autentyczne niż wulgarne opisy porno.

Napisać książkę o seksie, która będzie jednocześnie perwersyjna, naiwna i niewinna, to spory wyczyn. Taki jest "Szmuc". Ordynarna jest ta książka, wyuzdana, bluźniercza. A jednak nie o seks tu przecież chodzi. Główna bohaterka ogląda porno inaczej niż większość ludzi - w pierwszej kolejności szuka w nim odpowiedzi na pytania, dopiero potem przyjemności. Seks to dla Rajzli...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to