Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Ostatnia noc w Tremore Beach

Tłumaczenie: Maria Mróz
Wydawnictwo: Czarna Owca
6,77 (166 ocen i 57 opinii) Zobacz oceny
10
4
9
10
8
35
7
58
6
29
5
19
4
7
3
2
2
2
1
0
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
La última noche en Tremore Beach
data wydania
ISBN
9788380150362
liczba stron
392
słowa kluczowe
Maria Mróz
język
polski
dodała
Ag2S

Kompozytor Peter Harper bardzo przeżywa rozwód. W poszukiwaniu wyjścia z życiowego impasu wynajmuje dom na odludnej plaży w Irlandii i w samotności próbuje odzyskać siły twórcze i kontrolę nad własnym życiem. Niespodziewanie zostaje rażony piorunem. Przeżywa, ale w jego głowie pojawiają się niepokojące myśli. Ich bohaterami są najbliższe mu osoby: dzieci, przyjaciele, a także niezwykła...

Kompozytor Peter Harper bardzo przeżywa rozwód. W poszukiwaniu wyjścia z życiowego impasu wynajmuje dom na odludnej plaży w Irlandii i w samotności próbuje odzyskać siły twórcze i kontrolę nad własnym życiem. Niespodziewanie zostaje rażony piorunem. Przeżywa, ale w jego głowie pojawiają się niepokojące myśli. Ich bohaterami są najbliższe mu osoby: dzieci, przyjaciele, a także niezwykła kobieta, Judie, która osiedliła się w sąsiedniej wsi. Makabryczne wizje stają się jeszcze bardziej niepokojące, kiedy Peter odkrywa, że zarówno przyjazne małżeństwo Leo i Marie, jak i Judie mają swoje tajemnice…

 

źródło opisu: http://www.czarnaowca.pl/

źródło okładki: http://www.czarnaowca.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Oficjalna recenzja
Sylwia książek: 867

Oto nasz (prze)rażony bohater

Mikel Santiago, jak uświadamia nas na czwartej stronie okładki wydawca, nazywany jest hiszpańskim Stephenem Kingiem. Takie porównania, często stosowane na wyrost, a nierzadko zwyczajnie mijające się z prawdą, potrafią niekiedy odstraszyć, zamiast przyciągnąć potencjalnych czytelników. Czy tym razem porównanie jednego nazwiska z innym - rozpoznawalnym i jednym z najbardziej znanych w literackim światku - wyszło powieści na dobre? Czy porównania te wyrosły z autentycznych podobieństw, czy może „hiszpański Stephen King” to poniekąd kolejna ofiara szumnych i ostatnio coraz mniej znaczących dla czytelników analogii? Sprawdzimy to, ale po kolei.

„Ostatnia noc w Tremore Beach” nie opiera się z pewnością na unikalnym, niespotykanym dotąd schemacie czy oryginalnej fabule. Ani historia, ani sam koncept nie wyrwą z marazmu żadnego czytelnika tonącego w miernych według niego opowieściach, odrzucającego każdy tytuł z nastawieniem: nihil novi sub sole. Ale też wątpię, aby autorowi taki właśnie cel przyświecał. Natomiast, jeśli - jak sądzę - tworząc swoją powieść, pragnął dać ludziom rozrywkę, wciągnąć ich w opowiadaną historię i sprawić, aby choć przez moment poczuli niepokojący klimat, to myślę, że mu się udało. Santiago prowadzi swojego czytelnika przez niewielką czasoprzestrzeń, ale mieści w niej wszystko co potrzebne do rozbudzenia w czytelniku zainteresowania - jest tu bohater z nie do końca połataną przeszłością, który próbuje rozpocząć swoje życie na nowo, jest nowa miłość na...

Mikel Santiago, jak uświadamia nas na czwartej stronie okładki wydawca, nazywany jest hiszpańskim Stephenem Kingiem. Takie porównania, często stosowane na wyrost, a nierzadko zwyczajnie mijające się z prawdą, potrafią niekiedy odstraszyć, zamiast przyciągnąć potencjalnych czytelników. Czy tym razem porównanie jednego nazwiska z innym - rozpoznawalnym i jednym z najbardziej znanych w literackim światku - wyszło powieści na dobre? Czy porównania te wyrosły z autentycznych podobieństw, czy może „hiszpański Stephen King” to poniekąd kolejna ofiara szumnych i ostatnio coraz mniej znaczących dla czytelników analogii? Sprawdzimy to, ale po kolei.

„Ostatnia noc w Tremore Beach” nie opiera się z pewnością na unikalnym, niespotykanym dotąd schemacie czy oryginalnej fabule. Ani historia, ani sam koncept nie wyrwą z marazmu żadnego czytelnika tonącego w miernych według niego opowieściach, odrzucającego każdy tytuł z nastawieniem: nihil novi sub sole. Ale też wątpię, aby autorowi taki właśnie cel przyświecał. Natomiast, jeśli - jak sądzę - tworząc swoją powieść, pragnął dać ludziom rozrywkę, wciągnąć ich w opowiadaną historię i sprawić, aby choć przez moment poczuli niepokojący klimat, to myślę, że mu się udało. Santiago prowadzi swojego czytelnika przez niewielką czasoprzestrzeń, ale mieści w niej wszystko co potrzebne do rozbudzenia w czytelniku zainteresowania - jest tu bohater z nie do końca połataną przeszłością, który próbuje rozpocząć swoje życie na nowo, jest nowa miłość na horyzoncie, kariera wisząca na włosku, wydarzenie, które zmienia bieg zdarzeń i w końcu jego tajemnicze, nie do końca dla nas jasne konsekwencje, które stanowią główny fundament tej powieści.

Na swojego bohatera autor wybrał mężczyznę, którego nazwał Peter Harper, po czym obdarzył go dwójką dzieci, byłą żoną, a także zapaścią twórczą, która nie pomaga mu w niełatwej karierze kompozytora muzycznego. Oto nasz przerażony bohater. Pisarz wysyła więc kompozytora do pewnej niewielkiej mieściny, umieszcza go w domu przy plaży, otacza niewielką grupą ludzi… i tu wkraczamy my, czytelnicy. Poznajemy Petera Harpera jako człowieka smutnego, pełnego niewypowiedzianych lęków i braku chęci do czegokolwiek. Jego małżeństwo się rozpadło, z dziećmi widuje się rzadko, a kariera… no cóż, miał szansę, aby jego nazwisko było rozpoznawalne, ale od dawna już nie stworzył nic nowego, nic, co uczyniłoby go znowu muzykiem na szczycie. Jego życie towarzyskie po przeprowadzce do Irlandii ogranicza się do minimum - widuje się z jedynymi sąsiadami, którzy mieszkają nieopodal, Leo i Marie, a także zaczyna spędzać coraz więcej czasu z Judie, młodą kobietą, do której często uciekają jego myśli. Leniwy, spokojny, ale i w pewnym sensie zastany żywot Petera przerywa incydent, który sprawi, że mężczyzna przestanie zasypiać spokojnie, a jego dni również stracą wiele z dotychczasowej beztroski i bylejakości. Wracając z kolacji u swoich sąsiadów (a przecież coś od początku podpowiadało mu, aby w ogóle nie wychodził tego dnia z domu) w samym środku potężnej burzy, zostaje rażony piorunem i niemal cudem unika śmierci - i w ten sposób nasz (prze)rażony bohater staje przed nami już w pełnej krasie. I choć Harper ma wszelkie powody ku temu, aby o tym strasznym incydencie zapomnieć, bo z medycznego punktu widzenia nic poważnego mu się nie stało, a bóle głowy powinny po jakimś czasie minąć, kompozytor prędko odkrywa, że burza, której stał się mimowolną ofiarą, zmieniła w nim więcej, niż potrafią dostrzec inni, niż potrafi i chce zrozumieć on sam.

Peter Harper od czasu porażenia piorunem doświadcza dziwnych, niepokojących, przerażających, a przede wszystkim niechcianych wizji, które psują jego radość, relacje z innymi ludźmi i zaburzają jego pojęcie o tym, co i kiedy jest prawdą, co dzieje się rzeczywiście, a co jest jedynie wytworem jego wyobraźni, częścią wizji, o które wcale się nie prosił. Co gorsza, bohaterem tych wizji jest nie tylko on sam, ale stają się nimi również otaczający go ludzie - jego przyjaciele, kobieta, w której zaczyna się zakochiwać, a także jego dzieci, które w tym prawdziwym świecie przyjeżdżają do niego w odwiedziny. Mężczyzna, chcąc nie chcąc, zaczyna wierzyć, że owe wizje nie są przypadkowe i pozbawione choćby krzty prawdy; ulega im i ostatecznie próbuje zrozumieć, stara się dotrzeć do ich źródła, bo wierzy, że w ten sposób uchroni bliskich, dla których dziwaczne wizje Petera nie są zbyt łaskawe. Możliwe, że w ten sposób dowie się czegoś, czego wiedzieć nie powinien, odkryje coś, co miało pozostać tajemnicą, jednak czy w odkrywaniu prawdy o bliskich nam ludziach może kryć się coś złego?

„Ostatnia noc w Tremore Beach” to powieść, w której klimat, grający tu niebagatelną rolę, budowany jest konsekwentnie od samego początku. Mikel Santiago zadbał o to, abyśmy bez względu na pogodę czy aktualny humor bohaterów odczuli niemal na własnej skórze niepokój, mrok i makabryczność wizji, których doświadcza Peter. Prowadząc narrację pierwszoosobową, pisarz sprawia, że w pewnym momencie czytelnik sam może zagubić się w prawdziwości bądź fałszu obserwowanych wydarzeń, nie wie bowiem, co jest autentycznym obrazem będącym wycinkiem ze świata przestawionego, a co jest wytworem umysłu człowieka, którego poraził piorun. Taki zabieg tylko wzmaga zainteresowanie czytelnika, pogłębia chęć poznania prawdy i oczywiście ułatwia utożsamienie się z bohaterem, kibicowanie mu i odczuwanie jego emocji jako własnych. Ten typ narracji sprawdza się bardzo dobrze w powieści Santiago również przez wzgląd na ważne powiązania i stosunki z innymi bohaterami - Marie i Leo, dziećmi, Judie. Czytelnik musi zdawać sobie sprawę z łączących ich więzi, aby w pełni zrozumieć upór mężczyzny w jego dążeniu do zrozumienia wizji i jego dziwną wiarę w to, że nie są one przypadkowe.

Powieść Mikela Santiago może i nie jest odkrywczą opowieścią z dreszczykiem, ale i nie pretenduje do takiego miana. Spełnia zadanie, które zapewne postawił przed sobą pisarz, bo czyta się ją dobrze, z zaciekawieniem, a bywa także, że strony same przewracają nam się w rękach. I wcale nie przyczynia się do tego burzowy wiatr hulający tu i ówdzie w powieści. Styl hiszpańskiego pisarza jest lekki, przyjemny i sprzyja odbieraniu emocji poszczególnych bohaterów; dobrze zespolił się z pierwszoosobową narracją i czymś niezrozumiałym, co spotkało głównego bohatera. Jego wizje, bodaj najważniejsze w całej powieści, bo konstruujące ją i pchające kolejne wydarzenia w wyznaczonym kierunku, są odpowiednio klimatyczne - straszne, ale nie groteskowe, nieprawdopodobne, ale jedynie chwilowo, dopóki nie uświadomimy sobie, że jedyne, co dzieli je od spełnienia, to właśnie ich wydarzenie się. Ważna jest w nich symbolika, powracające przedmioty i osoby. Te wizje to zresztą największy i najważniejszy plus „Ostatniej nocy w Tremore Beach”.

Jak natomiast po lekturze powieści wypadają porównania do twórczości pisarza z Maine? No cóż… choćbyśmy wzbraniali się rękami i nogami - nie sposób ich nie zauważyć. Dla niektórych będą to nienachalne analogie umilające lekturę, dla innych mogą okazać się nieudane, przez co obniżą oni książce notę - to oczywiście rzecz gustu. Jednak nienaturalnym byłoby przyznanie, że takich podobieństw nie ma. Można je zauważyć nie tylko w sposobie opowiadanej historii, w jakiś sposób w jej konstrukcji i tematyce, ale także w elementach bardziej szczegółowych. Można nawet podać konkretne tytuły autorstwa Stephena Kinga, których echa pobrzmiewają nam w głowie (oczywiście biorąc pod uwagę ich znajomość) podczas lektury „Ostatniej nocy w Tremore Beach”; wymienić można chociażby takie powieści jak: „Martwa strefa”, „Ręka mistrza” czy „Przebudzenie”. Jako przypadku czy zbiegu literackich okoliczności nie zaliczyłabym również tego, że u Santiago (co prawda na jednej stronie, wspomniany w jednym zdaniu, ale zawsze) pojawia się niejaki pastor Callahan i jeśli wydaje Wam się, że już gdzieś słyszeliście to nazwisko, to macie rację, ponieważ ojciec Callahan to jedna z kluczowych postaci w „Miasteczku Salem” Kinga. Znajomo brzmi również wspominane u Santiago kilkukrotnie Derry, które jako fikcyjne miasteczko było oczywiście siedzibą Tego w „To”. I tu również znaczenia nie ma fakt, że Hiszpanowi chodzi o prawdziwe, irlandzkie Londonderry, które dopiero w 1611 roku, po osiedleniu się tam protestantów z Londynu, otrzymało ten przedrostek. Zresztą spór o nazwę jest dość ciekawy i toczy się do tej pory, stąd pewnie w powieści pada właśnie nazwa skrócona, choć oficjalnie nieaktualna. Po licznych podobieństwach jednak i wtrąceniu tak znanego w Kingowym światku nazwiska jak Callahan, niełatwo uwierzyć, że Derry zostało wybrane przez pisarza przypadkowo. Gdybyśmy w to uwierzyli, Peter Harper musiały uwierzyć, że jego wizje są również dziełem przypadku, a wtedy ta historia potoczyłaby się zapewne całkiem inaczej.

Mikel Santiago, podobnie jak niejednokrotnie robił to Stephen King, umieszcza akcję swojej powieści w niewielkiej miejscowości, dzięki czemu jego bohater na własnej skórze odczuwa wady i zalety przynależności do małej społeczności. I również podobnie jak autor wydanego niedawno „Bazaru złych snów” wplata wątki nadnaturalne i niewiarygodne, ale robi to finalnie właśnie po to, aby podkreślić, że największe zagrożenie czeka na nas nie w ciemnych kątach, które kryć mają jakoby przerażające istoty z dziecięcych koszmarów, ale w drugim człowieku. Na tym realnym i jak najbardziej prawdziwym świecie. I kto wie, może to dobrze, że wciąż nie dociera do nas jego i nasze okrucieństwo, że wciąż potrzebujemy nieprawdopodobnego tła, aby pojąć to, co prawdopodobne - przerażające, ale możliwe.

Sylwia Sekret

pokaż więcej

Dodaj dyskusję
Dyskusje o książce
Sortuj opinie wg
Opinie czytelników (699)
 Pokaż tylko oceny z treścią
książek: 1206
awiola | 2016-02-28
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 28 lutego 2016

"Ostatnie kawałki układanki trafiły na miejsce. Zaczynała się właśnie…ostatnia noc w Tremore Beach".


Irytują mnie, stosowane porównania rozpoczynających swoją pisarską drogę autorów do ikon konkretnego gatunku, bowiem często gwarantują one po prostu rozczarowanie i gorycz. W przypadku tej książki skusiłam się jednak na jej lekturę, pomimo faktu, że jej autora okrzyknięto "hiszpańskim Stephenem Kingiem". Coś zwyczajnie ciągnęło mnie do tego tytułu i na pewno wpływ na ten stan rzeczy miała rewelacyjnie oddająca klimat powieści, okładka. Cóż, do doskonałości króla horroru tutaj daleko, ale jak mniemam dopiero wszystko przed autorem.

Mikel Santiago to urodzony w 1975 r. w Hiszpanii prozaik, którego młodość upłynęła na grze w zespole rockandrollowym. W późniejszym czasie autor zaczął pisać krótkie historie i publikował je w internecie, wśród których jedna z nich odniosła wielki sukces w Stanach Zjednoczonych. "Ostatnia noc w Tremore Beach" to debiut literacki Santiago, którego...

książek: 1488
miete | 2016-01-21
Na półkach: Przeczytane

Bardzo doby przykład jak na jednym niezbyt skomplikowanym ale dobrze przemyślanym i napisanym pomyśle można stworzyć całkiem przyzwoitą książkę. Nie chciałabym się tu odnosić do stwierdzenia że autor to hiszpański Stephen King bo to tylko dość prymitywny zabieg marketingowy jak "gość" napisała horror to wystarczy porównać go do znanego Amerykanina a publika z obłędem w oczach "rzuci się" do księgarń . Zatem dementuję to nie żaden King ani inny znany twórca horrorów to Pan Mikel Santiago jeśli wierzyć nocie wydawcy , młody uzdolniony w wielu dziedzinach hiszpański autor dla którego Ostatnia noc w Tremore Beach jest debiutem literackim. Debiutem w moim przekonaniu dość udanym. Fabuła jest niezbyt skomplikowana i nie taka znowu nowatorska ale widać że gruntownie przemyślana i sprawnie opisana. Całą książkę oceniłabym jako w pełni poprawną nie jest żadnym arcydziełem ani kamieniem milowym w dziedzinie horroru ale dostarcza rozrywki na dość przyzwoitym poziomie, w odpowiednich...

książek: 1771
korcia | 2016-05-04
Przeczytana: 28 kwietnia 2016

"Ostatnia noc w Tremore Beach" to ciekawa i zgrabnie opisana historia, w którą łatwo można dać się wciągnąć. Książka napisana jest z dużą lekkością, więc czyta się ją przyjemnie i bardzo szybko. Niestety z budowaniem napięcia jest nieco gorzej. Porównywanie Mikela Santiago do Stephena Kinga sprawiło, że postawiłam mu wysoko poprzeczkę, oczekiwałam historii z prawdziwym dreszczykiem, po której ciężko będzie mi zmrużyć oko. Tak się niestety nie stało. Książkę czytało się przyjemnie, ale emocje towarzyszące lekturze bardziej pasowały do lekkiej sensacji, kryminału, a niekiedy nawet powieści obyczajowej niż horroru. Było kilka momentów bardziej niepokojących, ale daleko im do grozy charakterystycznej dla powieści Kinga. Szkoda, bo historia ma duży potencjał, który jednak nie został w pełni wykorzystany. Jak to zwykle bywa w przypadku powieści obcojęzycznych nie wiadomo kogo obciążyć winą za niedociągnięcia. Czy to Mikel Santiago nie opisał strasznych sytuacji wystarczająco sugestywnie,...

książek: 154

Bardzo obiecujący początek + potwornie nudny i rozwlekły środek + zupełnie przyzwoite zakończenie, ale bez większych zaskoczeń. "Ostatnią noc w Tremore Beach" męczyłam, męczyłam... aż wymęczyłam, ale bardziej z przekory niż z przekonania. Po prostu nie znoszę odkładać na półkę niedoczytanych do końca książek. Autor trochę mnie wynudził, ale przede wszystkim zirytował - zepsuł ponadprzeciętnie dobry pomysł na historię z dreszczykiem i utopił ją w porozwodowych smutkach/blokadzie twórczej/opiece na dziećmi. Plus jedynie za mroczną atmosferę.

książek: 1322
joaśka | 2016-03-05
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 05 marca 2016

Drodzy Czytelnicy, czy pamiętacie genialną reklamę (według mnie) kampanii piwowarskiej pt. 'Prawie jak Żywiec?'?. Jeśli tak, to świetnie, bo pewnie mnie zrozumiecie dlaczego napiszę: Mikel Santiago PRAWIE jak Stephan King. Nie czuję się winna. Posiłkuję się jedynie opiniami wydawcy.
Historia na zasadzie: "o rany! to się pewnie 'naboję'. Zaciągnę koc, zaświecę lampkę i czytam". Po jakimś czasie zdejmujecie koc, gasicie lampkę i mówicie "znowu to samo".

książek: 3734
BagatElka | 2016-03-11
Przeczytana: 11 marca 2016

Hiszpański King - w którym miejscu???
Groza,horror i strach - gdzie???
Bo burza była,bo facet wyjechał na odludzie,które nie jest odludziem bo ciągle się z kimś spotyka,bo ma przywidzenia,bo tajemnice?
Zero zaskoczenia,zero przerażenia i całe tony nudnego ględzenia.
Jedyna zaleta to płynny styl,który nie zgrzyta podczas czytania więc jest szansa na szybkie dotarcie do końca.
Podobno należy czytać "Ostatnią noc na Tremore Beach" nocą.Czytałam nocą,czytałam w dzień i nic, nawet się nie spociłam.Dostałam tylko zgagi ale to akurat po marnym winie,którym chciałam sobie osłodzić mękę jaką było zapoznawanie się z bzdurną opowiastką.
Polecam czerwone wytrawne bo słodkie źle się komponuje z wyobraźnią Mikela Santiago.A najlepiej to martini ,może ono wstrząśnie czytelnikiem skoro książka tego nie robi.

książek: 863
Marzin | 2016-01-16

Super thriller, który połknęłam dosłownie w dwa dni :-) dawno już nie czytałam książki z takimi emocjami, wprost nie mogłam się od niej oderwać :-) historia muzyka. który został trafiony przez piorun i od tego momentu ma wizję, mordercze wizję. Sam nie wie czy to jakiś znak czy postradal zmysły. Jednak gdy życie jego rodziny jest zagrożone to nic go nie powstrzyma przed działaniem zmierzającym uratowania swoich dzieci. Trzyma w napięciu od początku do końca :-)

książek: 126
jadche | 2016-02-11
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 11 lutego 2016

Nie jest to Stephen King jak chciałby wydawca, ale na pewno mamy do czynienia z przyzwoitym czytadłem z dreszczykiem. Jest odpowiednia atmosfera, są nietuzinkowi bohaterowie, jest wreszcie niesamowite wydarzenie, które prowokuje akcję. Nie zachwyciłam się, ale też nie uważam czasu za stracony. Mocna czwórka w skali od 2 do 5

książek: 1150
Monika | 2016-03-22
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 21 marca 2016

Powieść Mikaela Santiago początkowo wydawała się kolejnym opowiadaniem takim jak inne. Setki podobnych thrillerów. Właściwie nic odkrywczego. Do pewnego momentu, a nastąpił on w chwili gdy główny bohater Peter Harper, kompozytor, przeżywający kryzys twórczy, zdruzgotany rozwodem, stęskniony za dwojgiem swych dzieci, postanowił zamieszkać na odludziu w Tremore Beach. Zachęcała go do tego zarówno cena wynajęcia domu, w którym, jak liczył odzyska natchnienie, piękne widoki, plaża i co najważniejsze oddalenie od miasta, hałaśliwych sprzedawców, samochodów, autostrad i pędu codzienności w dużej aglomeracji... Samotność wydawała się doskonałym kompanem, który pozwoli uleczyć złamane serce i przywróci wenę twórczą. Najbliższym zabudowaniem był jedyny dom należący do starszego małżeństwa. To właśnie owi starsi ludzie Leo i Marie pierwsi wyciągnęli rękę do muzyka. Wkrótce stali się jego najbliższymi przyjaciółmi. Zapraszali na kolacje, umilali czas opowieściami o podróżach jakie odbyli w...

książek: 3767
Gośka | 2016-05-15
Na półkach: Przeczytane, 2016
Przeczytana: 15 maja 2016

Klimatyczna okładka, ciekawy opis, porównanie autora do Kinga, wszystko to sprawiło, że ciągnęło mnie do tej książki.
A jakie były wrażenia?
Spodziewałam się czegoś innego, bardziej mrocznego, jeżącego włos na głowie. Nie można odmówić utworowi nastrojowości, bo klimat książka ma ciężkawy, w miarę rozwoju sytuacji coraz bardziej atmosfera się zagęszcza i czytelnik w napięciu oczekuje na rozwój wydarzeń.Efektu wow! jednak u mnie nie było, chociaż czytałam z zainteresowaniem. Polubiłam głównego bohatera, zagubionego, samotnego, kochającego swoje dzieci ponad wszystko. Fabuła mnie nie zaskoczyła, rozwiązanie sprawy sąsiadów krążyło mi po głowie. Końcowe sceny mogłyby być mocniejsze, przypuszczam jednak, że to ja jestem zbyt wymagająca. Myślałam również, że w powieści jest sporo elementów nadprzyrodzonych a tutaj mamy do czynienia jedynie z wyjątkową wrażliwością Petera, który dostał w spadku po matce umiejętność spojrzenia w przyszłość. Peter ma tak zwany szósty zmysł, ostrzegający go...

zobacz kolejne z 689 
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Cytaty z książki
lista cytatów dodaj cytat
Inne książki autora
więcej książek tego autora
Powiązane treści
Piszę książki, które sam chciałbym przeczytać

Z Michelem Santiago, autorem książki „Ostatnia noc w Tremore Beach” spotkałam się w kawiarni hotelu w centrum Warszawy. Powitały mnie szeroki i szczery uśmiech, rozbawione spojrzenie i mocny uścisk ręki – chyba nie ma nic gorszego niż nieśmiały i powściągliwy pisarz. Po tradycyjnej wymianie uprzejmości z cyklu – co Pan sądzi o pogodzie w Polsce? Wcale nie jest tak źle, tylko wczoraj musiałem sobie kupić czapkę, szybko przeszliśmy do konkretów.


więcej
Patronaty tygodnia

Zgodnie z zapoczątkowaną jeszcze w 2015 roku tradycją, podpowiadamy, jakich tytułów pod naszym patronatem możecie wypatrywać w księgarniach w najbliższych dniach. Już teraz zdradzamy: ten tydzień można określić mianem tygodnia kontynuacji. Polecamy!


więcej
więcej powiązanych treści
zgłoś błąd zgłoś błąd