rozwińzwiń

Ciemność widoma. Esej o depresji

Okładka książki Ciemność widoma. Esej o depresji autora William Styron, 9788377994337
Okładka książki Ciemność widoma. Esej o depresji
William Styron Wydawnictwo: Świat Książki Seria: Sfery publicystyka literacka, eseje
128 str. 2 godz. 8 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Seria:
Sfery
Tytuł oryginału:
Darkness visable: A memoir of madness
Data wydania:
2012-09-26
Data 1. wyd. pol.:
2012-09-26
Liczba stron:
128
Czas czytania
2 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377994337
Tłumacz:
Jerzy Korpanty
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ciemność widoma. Esej o depresji w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Ciemność widoma. Esej o depresji i



Przeczytane 1411 Opinie 159 Oficjalne recenzje 87

Opinia społeczności książki Ciemność widoma. Esej o depresjii



Książki 1769 Opinie 75

Oceny książki Ciemność widoma. Esej o depresji

Średnia ocen
7,2 / 10
346 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ciemność widoma. Esej o depresji

avatar
108
19

Na półkach:

Piątek 13, idealny dzień na przeczytanie pamiętników o szaleństwie, o człowieku który miał pecha w życiu i wylosował wśród dobrych kart, jedna niefortunna, pod którą kryła sie depresja. Książka warta uwagi, krótka i zwięzła, ale dosadnie opisujaca zmagania człowieka z samym sobą. Polecam.

Piątek 13, idealny dzień na przeczytanie pamiętników o szaleństwie, o człowieku który miał pecha w życiu i wylosował wśród dobrych kart, jedna niefortunna, pod którą kryła sie depresja. Książka warta uwagi, krótka i zwięzła, ale dosadnie opisujaca zmagania człowieka z samym sobą. Polecam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
17
15

Na półkach:

8.5

8.5

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
132
117

Na półkach:

Doskonały esej o depresji. Literacki, osobisty, poruszający. Jeśli nie lubicie poradników psychologicznych to warto sięgnąć po ten esej, by zgłębić temat strasznej choroby jaką niewątpliwie jest depresja.

Doskonały esej o depresji. Literacki, osobisty, poruszający. Jeśli nie lubicie poradników psychologicznych to warto sięgnąć po ten esej, by zgłębić temat strasznej choroby jaką niewątpliwie jest depresja.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1893 użytkowników ma tytuł Ciemność widoma. Esej o depresji na półkach głównych
  • 1 164
  • 713
  • 16
288 użytkowników ma tytuł Ciemność widoma. Esej o depresji na półkach dodatkowych
  • 201
  • 19
  • 18
  • 15
  • 13
  • 13
  • 9

Tagi i tematy do książki Ciemność widoma. Esej o depresji

Inne książki autora

William Styron
William Styron
amerykański pisarz. Laureat Nagrody Pulitzera za Wyznania Nata Turnera w 1968. Światową sławę przyniósł pisarzowi opublikowany w 1979 Wybór Zofii, a także filmowa adaptacja książki, dokonana przez Alana Pakulę, z Meryl Streep w roli głównej (1982). Główną postacią książki i filmu jest Polka, była więźniarka Auschwitz (gdzie zginęły jej dzieci),która na emigracji wiąże się z opętanym żądzą zemsty amerykańskim Żydem.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii Tomasz Stawiszyński
Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii
Tomasz Stawiszyński
To czwarta książka pana Stawiszyńskiego, przeczytana przeze mnie. Oprócz niej czytałem "Co robić przed końcem świata", "Ucieczka od bezradności" i "Reguły na czas chaosu". Każda z nich była ciekawa i godna poświęconego czasu. Nie inaczej jest w tym przypadku. Jej niskie oceny są dla mnie niezrozumiałe, tak samo jak najwidoczniej treść tej książki była dla niektórych niezrozumiała, bo jedna z osób pisała o bełkocie, a druga tak jakby pan Stawiszyński był przeciwny terapii. A nic z tych dwóch rzeczy nie jest prawdą. Pisze on zwięźle, krótko i na temat. Dzięki czemu czytelnik dostaje konkrety, a nie masło maślane (co zdarza się niektórym filozofom). Każdy z tekstów mniej lub bardziej skłaniał mnie do refleksji i zadumy. Wydanie trzecie, które posiadam, zawiera przedmowę, w której autor m.in. pisze o wadach książki, które teraz dostrzega. Moim zdaniem jest to książka ważna i potrzebna. Dziś, jeszcze bardziej, niż dawniej. Moje ulubione eseje: -"Płachta Manoletego, czyli o klatce dzieciństwa" -"Mit TV, czyli jak telewizja wykorzystuje nasze najgłębsze lęki i pragnienia" -"Oblicze idealne, czyli czego nie widać na współczesnych, zmodyfikowanych przez chirurgię plastyczną twarzach" (w czasach, gdy panuje wśród sław dziwna moda na jeden model piękna, ten esej zyskuje na znaczeniu) -"Ciało, które śni, czyli o tym, czego możemy się nauczyć od symptomów i chorób" -"Szaleństwo w istnieniu, czyli o samobójstwie i duszy" -"Spece od wybaczania, czyli o okrucieństwach sentymentalizmu". Takich głosów potrzeba. Krytycznych, ale racjonalnych. Szczególnie teraz, gdy grono różnych naciągaczy, żerujących na naiwności ludzkiej jest przeogromne. Chętnie sięgnę, po "Ćwiczenia z dysonansu".
Blue - awatar Blue
ocenił na815 dni temu
Zabliźnione serca Max Blecher
Zabliźnione serca
Max Blecher
Kto przybywa na kurację do Berck, ten raczej stąd nie wyjeżdża. A miasteczko ludzi o zagipsowanych ciałach, sunących wśród wydm w specjalnych łóżkach-dorożkach to groteskowy, koszmarny wprost obraz. Nadgniłe manekiny na wszelkie sposoby próbują grać z chorobą o kolejny dzień życia, zapijając bezradność i starając się wykrzesać choć trochę przyjemności ze swoich kalekich ciał. Kiedy u Emanuela, młodziutkiego studenta chemii, zostaje zdiagnozowana gruźlica kręgosłupa, on także daje się zamknąć w gipsowym pancerzu. Będąc w sanatorium jeździ swoim łóżkiem na nie do końca legalne imprezy, zaprzyjaźnia się z ekscentrycznymi kuracjuszami, a zauroczony, brzydko pogrywa sobie z wierną mu jak pies dziewczyną. Postępuje egoistycznie, czasem nawet tchórzowsko, ale poczucie zamknięcia w sennym światku Berck dziwnie łagodzi jego działania – marionetkowe ruchy w oczekiwaniu na rozwój choroby. Książka Blechera jest w dużej mierze autobiograficzna i czuje się autentyczność opisanej przez niego kondycji. Elegancki, oszczędny styl ciekawie eksponuje cielesność, choć mi brakło w nim nieco dojrzałości. Narracja snuje się z melancholią, zupełnie jakby gips ograniczył i jej dynamikę. W tej jednostajności tym dotkliwiej czuje się swędzenie i smród, z tym większym smutkiem obserwuje się dziedziczenie kolejnych fantów po tych, którzy umarli. To jedna z tych książek, które może i nie zachwycają dynamiką czy językowymi akrobacjami, ale zostają w głowie na długo.
Histeria Oka - awatar Histeria Oka
oceniła na61 rok temu
Co na kolację? James Schuyler
Co na kolację?
James Schuyler
Czytanie poszerza horyzonty, to zdanie, które brzmi jak banał jest na wskroś prawdziwe. W życiu nie lubię ryzyka, chodzę utartymi ścieżkami i niepokojem reaguję na jakiekolwiek zmiany. Literatura jednak to strefa, gdzie pozwalam sobie na szaleństwa, wychodzenie poza strefę komfortu, eksperymentowanie. Sięgam po utwory, autorów, których nazwiska nic mi nie mówią, wygrzebuję zapomniane przez wszystkich ramotki sprzed dziesięcioleci, daję drugie życie porzuconym na śmietnikach książkom o pożółkłych stronach. I jak to w życiu: czasami jestem oczarowana, czasami rozczarowana po skończonej lekturze, ale ciągle mam w sobie wiarę, że trafię na takie dzieło, które mnie oczaruje bez reszty. "Co na kolację?" Jamesa Schuylera raczej nie zaliczę do kategorii literackich oświeceń, jednak cieszę się, że trafiłam na ten utwór amerykańskiego pisarza, laureata Nagrody Pulitzera, który jest uznawany za jednego z najlepszych poetów Ameryki końca XX wieku. To nie jest tomik wierszy a jedna z trzech powieści jego autorstwa, która jak w filmowym kadrze ukazuje nam życie przeciętnych Amerykanów z klasy średniej w latach 60 tych ubiegłego wieku. Małe miasteczko gdzie każdy zna każdego, wypielęgnowane trawniki, koktajle i herbatki na których zaprasza się najbliższych sąsiadów a za zamkniętymi drzwiami życie już nie wygląda tak nieskazitelnie. Alkoholizm, zdrady małżeńskie, przemocowi rodzice, eksperymenty z narkotykami to problemy ówczesnych, często zamiatane pod dywan. Kiedy główna bohaterka, postanawia dobrowolnie pójść na odwyk, szpital psychiatryczny, w którym go odbywa staje się swoistym czyśćcem dla wszystkich nieradzących sobie z życiem. Poznaje tam pacjentkę, która stara się uporać ze śmiercią syna i jego rodziny, wypalonego zawodowo właściciela sieci aptek czy młodą dziewczynę, pogrążoną w depresji i szukającą jakiegokolwiek sensu swojej egzystencji. Terapia grupowa w której uczestniczą, to moment aby uwolnić skrywane emocje, odejść od konwenansów i pozwolić sobie na szczerość. Utrzymana w słodko-gorzkiej konwencji historia, okraszona sporą dawką humoru jest lustrem, w którym odbijają się nasze niedoskonałości, przywary, nałogi... nasze człowieczeństwo. Polecam!
Jeżynka - awatar Jeżynka
oceniła na79 miesięcy temu
Moje nagrody Thomas Bernhard
Moje nagrody
Thomas Bernhard
Miałem szczęście. Naprawdę je miałem. Nie tylko dlatego, że jedynie raz dostałem kiedyś od pewnego szacownego gremium jakąś tam nagrodę jako dziennikarz. I na szczęście nie wiązały się z nią żadne takie okoliczności, jakie były udziałem Autora. Miałem ponadto szczęście, że to właśnie mój ulubiony Bernhard precyzyjnie, a literacko z nieubłaganą precyzją, obnażył istotę tego, co się kryje za tak bardzo i od dawna nie lubianą przeze mnie wszelką pompatyczną celebrą, zaraźliwymi wybuchami obłudy, ohydnego środowiskowego konformizmu, mlaskającego lukrem podlizywania - towarzyszącym od zawsze i na zawsze wszelkim uroczystym uroczystościom wręczania, czczenia, wyróżniania, honorowania itepe itede. Nigdy nie mogłem znieść zatem np. relacji z „:tej najważniejszej w roku” oscarowej nocy. A kiedy słucham w radiu relacji z wręczania nagród - choćby w Konkursie Chopinowskim, czy Wieniawskiego - to natychmiast muszę je wyłączyć, gdy tylko odzywa się ktoś inny niż muzyk lub nie instrumentem. (a chyba zbyteczne byłoby dodać, że nie śledzę żadnych partyjnych konwentykli). Niestety także Nagrodę Nike mocno dotknęła opisana przypadłość - jak każda, to każda…. Lektura dziełka Bernharda była zatem miodem na moją tak bardzo doświadczoną – zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza przez ostatnie 7 lat – nadwrażliwość na wszelakie nadęte balony próżności, które oby pękały jeszcze częściej niż inne wyroby gumowe, z którymi skojarzenie jest tu jak najbardziej wskazane…. I jeszcze jedyny chyba w tej książeczce pozytywny przekaz: „Warszawski okres należał do najszczęśliwszych w moim życiu, chodziłem wszędzie z korektą w kieszeni płaszcza, regularnie rozmawiając z satyrykiem Lecem, który zapisywał słynne aforyzmy w książce kucharskiej należącej do jego zony, zapraszał mnie często do domu, a czasem na Nowym Świecie stawał mi kawę”. Na koniec łyżeczka dziegciu w tym anty-miodzie, oby nie przez Autora, jeno przez tłumacza zawiniona (do spółki w wydawnictwem „Czytelnik”) - gdy czytam, że nad szpitalem we Wiedniu latają „dziesiątki tysięcy kruków z Rosji, ogłuszając wszystkich pacjentów”. Naprawdę chodzi zaś o wrony lub gawrony, bo spokrewnione z nimi kruki nie występują w grupach większych niż para (chyba że na padlinie gdzieś w ostępach); nie zalatują do miast, bo nie mają po co, przesadnie nie kraczą, no i na zimę nie migrują. Kilka cytatów, cykutą pisanych przez Bernharda rodakom: …Dokładali mi nie tam, gdzie, jak sądziłem, mi się należy, tylko na prawo i lewo, poniżej pasa, nikczemnie odwołując się do najniższych instynktów… …Teraz jesteś tak samo niegodziwy, jak wszyscy ci, którzy siedzą w tej sali i nastawiają swoje zakłamane uszy na święte słowa pana ministra. Teraz należysz do nich, jesteś częścią bandy tych, którzy doprowadzali cię do szału i z którymi nigdy w życiu nie chciałeś mieć nic wspólnego…. …Szanowny Panie Ministrze, Szanowni Państwo, nie ma czego wychwalać, nie ma czego potępiać, nie ma czego oskarżać, ale z wielu rzeczy trzeba się śmiać – wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci... …Czasy są tępe, a nasz demonizm to ustawiczny ojczyźniany karcer, w którym głupota i bezwzględność stają się codzienną potrzebą... ....Państwo jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm… …Nie skończyłem jeszcze swego tekstu, a minister z purpurowym obliczem zerwał się na równe nogi, podbiegł do mnie i rzucił mi w twarz jakieś przekleństwo... …Byłem za tym by nagrodzić Canettiego za „Auto da fe”, jego genialne dzieło młodości, wznowione rok przed posiedzeniem rzeczonego jury (…)Wielu przy tym stole nie wiedziało, kim był Canetti, ale pośród tych, którzy o Canettim słyszeli, był ktoś, kto nagle, kiedy kolejny raz powiedziałem Canetti, powiedział: :”ale to przecież też Żyd”. Wówczas przy stole rozszedł się pomruk, no i Canetti przepadł pod tym stołem… …Przy stoliku w kawiarni, od kiedy miałem prawo czuć się zdobywcą nagrody Juliusa Campego, siedziałem inaczej niż wcześniej, inaczej niż wcześniej zamawiałem kawę, inaczej niż wcześniej trzymałem w ręku gazetę… ….Po nagrodzie Juliusa Campego, jedynej, którą przyjąłem z ogromna radością, ilekroć miałem przyjąć jakąś nagrodę, mdliło mnie w żołądku i za każdym razem wzbraniała mi tego głowa…. ….Kto proponuje pieniądze, musi je mieć, wiec trzeba je od niego wziąć. (…) Nikt nie zarzuca ulicznemu żebrakowi, że bierze od ludzi pieniądze, nie zapytawszy, skąd oni biorą pieniądze na to, aby mu je dawać. Było szczytem absurdu pytać o to akurat Towarzystwo Przemysłowe…. …Towarzystwo Przemysłowe, posiadające ciężkie miliony, a nawet miliardy, przyznając nędzną kwotę pięćdziesięciu tysięcy szylingów (w wysokości miesięcznej pensji źle opłacanego urzędnika gminnego średniego szczebla) na nagrody, samo winduje się do godności wielkiego mecenasa sztuki i kultury i jeszcze chwalą je za to wszystkie gazety, zamiast postawić je pod pręgierz... …Heisenberg, było nie było profesor atomistyki, spytał mnie kilkakrotnie, czemu właściwie pisarze na wszystko patrzą takimi nieszczęśliwymi oczami, przecież świat nie jest tylko taki. Naturalnie rzecz jasna, w tej kwestii nie miałem mu nic do powiedzenia… … Nie powinniśmy na każdym kroku podpierać się wielkimi nazwiskami ani też desperacko i z wrzaskiem czepiać się tych wielkich nazwisk w naszej żałosnej i bezsilnej egzystencji. Przyjęło się, że ludzie, którzy otrzymując jakąś plakietkę z Kantem albo nagrodę Dürera, wygłaszają długie mowy o Kancie czy Dürerze, snują mdłe analogie między tymi wielkimi a sobą i publicznie wyciskają sobie z mózgu jak z cytryny całą tę sfermentowaną mądrość… …Do stowarzyszeń i towarzystw wszelkiej maści zawsze czułem głęboką nienawiść, a zwłaszcza naturalnie rzecz jasna do wszelkich towarzystw literackich… …Od lat zadawałem sobie pytanie, jaki sens ma tak zwana Darmsztadzka Akademia i nieodmiennie musiałem sobie odpowiadać, że sens ten nie polega przecież na tym, żeby jakieś stowarzyszenie, założone z wyrachowaniem koniec końców jedynie w celu napawania się własnym wizerunkiem, dwa razy w roku, dla wzajemnej adoracji jego członków, po luksusowej, odbytej na koszt państwa podróży, zbierało się z wielkomieszczańskim rozmachem w najlepszych hotelach, zżerało jadło i żłopało napitki tylko po to, by przez następny tydzień pławic się w rozmowach o zatęchłej i nudnej jak flaki z olejem literaturze… . . …Odwiedziwszy jedną z setek filii największego koncernu obuwniczego w Austrii, spostrzegłem powieszone na ścianie wskazówki co do zachowania praktykanta kupieckiego, identyczne jak te, które sam przytroczyłem do ściany w mojej „Suterenie”. Dyrekcja koncernu wskazówki te ściągnęła z mojej książki i w kilkuset egzemplarzach kazała je wydrukować dla wszystkich praktykantów. Stałem w sklepie, do którego poszedłem żeby kupić sobie parę sportowych butów, czytałem moje własne wskazówki i po raz pierwszy w mojej literackiej karierze przyszło mi na myśl, że jestem pisarzem, który się na coś przydaje.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na83 lata temu
Wymazywanie. Rozpad Thomas Bernhard
Wymazywanie. Rozpad
Thomas Bernhard
Wszystko, co w tej książce napisano, zostało wielokrotnie powtórzone a ostatecznie uległo wymazaniu. Jednak w mojej pamięci na długo zachowa się nieprzerwanie drążący styl Thomasa Bernharda i jego myślenie porównawcze. Ten austriacki pisarz zapędził się w przerysowywaniu, stworzył niespiesznie rozwijające się widowisko, w którym wręcz groteskowo ukazał fascynację z odrazą. Spojrzał w ziejącą pustkę bytu i odkrył fundamentalne zafałszowanie istnienia. Ostrzegano mnie przed wysokim stopniem trudności jego powieści ale kiedy dostrzegłem w niej niezliczone symbole badawczego umysłu, to odczułem zadowolenie z tego, że razem z nim zajmuję się wyrafinowanym zamazywaniem prawdy. Aż do jej całkowitego rozmycia. Podczas studiowania "Wymazywania" można odczuć wrażenie całkowitego odkształcenia sytuacji. To nadzwyczajny stan psychiczny powiązany z przynależnością do austriackiego Wolfsegg. Zapewne wielu czytelników zgodzi się ze mną co do perwersyjnego charakteru tej miejscowości, ukrytej w umyśle Bernharda i będącej wzorcem przemieszania strachu i nienawiści z politowania godnym zakłamaniem. Będąc w Wolfsegg nie można odwrócić się od przeszłości ani nawet uciec od wymyślonego w jego rytmie świata. Ono nieustannie zadaje pytania, nie daje spokoju, doprowadza sceptycyzm do maksimum. Nie ukrywam, że ta powieść może nieść ze sobą dla czytelnika ogromne obciążenie ale stanowi też wspaniałe ćwiczenie intelektualne, zdecydowanie lepsze, niż inne przeczytane przeze mnie książki Bernharda. Powtarzanie tych samych wypowiadanych przez autora "Wymazywania" słów sprawiało mi przyjemność a analizowanie tonu jego wypowiedzi było jak uczestnictwo w demaskowaniu szarlatanerii. Thomas Bernhard otworzył wszystkie zamknięte na cztery spusty biblioteki i wpuścił wiele świeżego powietrza do krytykowanego oraz zastanego przez niego świata stosunków społecznych. Wyznaczając siebie samego na likwidatora pokazał jak można zmieniać świat, całkowicie go burząc. Dlatego ta relacja jest niczym oskarżenie i pobudzająca do samodzielnego myślenia proza. Czytając "Wymazywanie" można pomyśleć, że uczestniczy się w jednym wielkim szyderstwie dla którego głównym tematem jest wzgardzanie umysłem. Nic bardziej mylnego, u Bernharda umysł jest potęgą a wielokrotne rekapitulacje tylko mnie o tym bardziej przekonały. Pierwsza połowa tej powieści stanowi pieczołowicie odgrywaną próbę tragedii. Za to niezwykle przeciągana w czasie druga część, dla wnikliwego obserwatora stanie się rozliczeniem wykonanego przez pisarza zadania. Być może Thomas Bernhard ostatecznie się od syndromu Wolfsegg uwolnił, jednak dla mnie zostanie ono na zawsze groteskowym ale autentycznym synonimem odkręcania zafałszowań i tępienia ciasnoty umysłowej horyzontów. "Wymazywanie" niezwykle skutecznie uczy jak myśleć i posługiwać się wyobraźnią. Piętnuje przy tym brak dobrego smaku i zaściankowość. Rozmach skazania na zagładę wszystkiego, co jest rozumiane przez strefę największej nieznośności wydaje się imponujący. Bernhard do perfekcji opanował obserwację sztuczności i z pesymizmem opisuje rzeczywisty świat. Posiadł sztukę, która objawia się w utrzymaniu wewnętrznej niezależności przy jednoczesnym przedstawieniu przygnębiającego krajobrazu życia społeczno-politycznego. Dzięki niemu poznałem wiele zniekształceń, które finalnie okazały się prawdą.
czytający - awatar czytający
ocenił na103 miesiące temu
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie Fernando Pessoa
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie
Fernando Pessoa
Pierwsze i prawdopodobnie ostatnie moje podejście do Pessoa. Książka jest stosunkowo długa i ciężka do przeczytania, mi bardzo się dłużyła i język autora zupełnie mi nie podszedł ani nie pomógł w przebrnięciu. Niesamowicie zaciekawiło mnie podejście autora do tworzenia nowych heteronimów w swoim życiu, a nawet tłumaczenia jak różnią się między sobą i czasem jak nawet różnią się od niego samego/jego własnych poglądów. Do tego znalazłem parę ciekawych ideii i cytatów, niestety zbyt mało aby usprawiedliwić długość książki. Co ciekawe czytałem ją przypadkiem w podobnym czasie gdy zacząłem czytać dzieła Seneki i ta, powiedzmy antyczna samoanaliza gra z moją duszą dużo dużo bardziej, nawet jeśli autorzy dochodzą do podobnych wniosków. Myślę, że takie podejście do samego siebie i świata jest bardzo potrzebne dzisiaj, gdzie każdy co raz bardziej jest 100% przekonany tylko do swoich poglądów bez otwierania się na innych, a tak na prawdę po długiej i bolesnej "samoanalizie" może się okazać, że nic z naszych poglądów nie jest nasze, a jedynie zaszczepione w nas przez różne doświadczenia czy relacje. Czytając ją myślałem własnie, że opinie będą bardzo podzielone, albo 10 albo 1, ja starałem się być jak najbardziej obiektywnym nawet jeśli lektura mnnie trochę wymęczyła w złym sensie tego słowa znaczeniu, to jednak ze względu na powyższe argumenty myślę, że warta przeczytania, nawet fragmentami. Końcowo powiem, że wg. mnie książka nie jest aż tak pesymistyczna jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, w wielu momentach, sczególnie opisach natury widać ukochanie życia takiego jakim jest, na swój może lekko "czarny" sposób, ale jednak odczytywałem te fragmenty jako coś pozytywnego! :)
KubeK - awatar KubeK
ocenił na73 miesiące temu
Pensjonat pamięci Tony Judt
Pensjonat pamięci
Tony Judt
Chory na stwardnienie zanikowe boczne, „nieuleczalną degeneracyjną chorobę, na którą niedługo umrze”, nieodwołalnie przykuty do łóżka i fotela inwalidzkiego, „w warunkach niecodziennych ograniczeń narzuconych przez ciało, które stało się więzieniem”, będący w stanie, który będzie się już tylko pogarszał, zdany na „różnych mechanicznych bądź ludzkich pośredników”, jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów Tony Judt pisze książkę, która jest pochwałą życia i kultury. Jak tego dokonuje? Aby przetrwać ciągnące się w nieskończoność bezsenne noce, unieruchomiony, niemogący samodzielnie wykonać jakiegokolwiek ruchu pisarz oddaje się swoistym umysłowym ćwiczeniom: „przeglądam swoje życie, myśli, fantazje, wspomnienia, także te niedokładnie zapamiętane, aż natrafię na wydarzenia, ludzi czy opowieści, za pomocą których mogę oderwać umysł od ciała, w którym jest unieruchomiony”. Z czasem te motywowane czysto praktycznymi względami zabiegi przekształcają się w projekt o wiele bardziej ambitny: „Po kilku miesiącach choroby zdałem sobie sprawę, że nocą układam w głowie całe historie”. Aby móc „odtworzyć następnego dnia te na wpół zapisane szlaki” sięga po mnemotechniczne metody stosowane przez myślicieli i podróżników z początków ery nowożytnej, którzy dla gromadzenia i przypominania sobie szczegółów i opisów wznosili w swoich umysłach „pałace pamięci”. Judt nie miał jednak ochoty na wznoszenie w głowie pałaców. Te prawdziwe zawsze kojarzyły mu się z „jakąś dekadencją”. „Ale jeśli nie pałac, to może chociaż pensjonat pamięci”? Ten pensjonat to przywołany z przeszłości „mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej miejscowości Chesières u podnóża bogatego kurortu narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii”, w którym autor z rodzicami i wujem spędzał zimowe wakacje „chyba w 1957 albo 1958 roku”. Jego dobrze zapamiętane wnętrze posłużyło mu za swoisty magazyn, archiwum czy też teren, w którym wyznaczana była marszruta dla pojawiających się w głowie narracji. Cała recenzja tutaj 👇 innelektury.pl/judt-pensjonat-pamieci
Grzegorz Tomicki - awatar Grzegorz Tomicki
ocenił na85 miesięcy temu
Ptaszyna Dezső Kosztolányi
Ptaszyna
Dezső Kosztolányi
Współcześnie brzydota może być atutem, a jeśli przeszkadza wystarczą pieniądze, by to zmienić. Dawniej, gdy celem życiowym młodej kobiety było zamążpójscie, brak urody był akceptowalny tylko przy gigantycznie wysokim posagu. Ptaszyna jest bardzo brzydką "starą panną", ale ma coś czego mogą jej pozazdrościć piękności - bezgraniczną miłość rodziców. Posiadaczka "ni to tłustej, ni to chudej twarzy, mięsistego nosa z szerokimi końskimi chrapami, męskich surowych brwi i malutkich wodnistych oczek" podwiędła do lat ponad trzydziestu żyjąc sobie spokojnie i samotrzeć u boku ojca i matki. Jest tak brzydka, że nawet ubóstwiający ja ojciec wstydzi się iść przez miasteczko u jej boku. Ale oto rodzinną sielankę przerwa wydarzenie dla kogoś może banalne, dla nich prawdziwe trzęsienie ziemi - Ptaszyna jedzie, sama, odwiedzić wujka i ciotkę. Na tydzień zaledwie, ale całej trójce wydaje się to wiecznością. Mimo że to Ptaszyna jest tytułową bohaterką, Kosztolányi opowiada przede wszystkim o rodzicach, którzy po jej wyjeździe rozkwitają i rzucają się w wir miasteczkowego życia towarzyskiego. Niestety, po tygodniu wszystko wraca na utarte tory... Tych kilka dni, podczas których pozornie nic się nie dzieje, demaskuje zakłamanie, w którym żyła (toksyczna jak byśmy dziś powiedzieli) rodzina Ptaszyny. Rodzice zdają sobie sprawe, że w gruncie rzeczy córka jest dla nich tylko ciężarem, po jej wyjeździe zaczynają cieszyć się zyciem. Ona zaś uświadamia sobie, że nic już w jej życiu się nie zmieni i skazana jest na nudną wegetację. Bowiem na przełomie XIX i XX wieku jedyną opcją dla niezamężnej dziewczyny jest tkwienie u boku rodziców - bez wykształcenia, pracy czy jakiegokolwiek sensownego zajęcia. A mieszczańska rodzina, jak bardzo nieszczęśliwi nie byliby jej członkowie, musi zachowywać pozory (pani Dulska się kłania). Ta urocza książka napisana pięknym prostym językiem podszyta jest goryczą i smutkiem, co jednak nie zmniejsza przyjemności lektury, przeciwnie - nadaje jej głębi. Perełka, polecam, szczególnie wielbicielom klimatów prowincjonalnych, cesarsko-królewskiego tygla tudzież Madziarów i fin de siècle'u: 7.5/10
Agata - awatar Agata
oceniła na71 miesiąc temu

Cytaty z książki Ciemność widoma. Esej o depresji

Więcej
William Styron Ciemność widoma. Esej o depresji Zobacz więcej
William Styron Ciemność widoma. Esej o depresji Zobacz więcej
William Styron Ciemność widoma. Esej o depresji Zobacz więcej
Więcej