rozwińzwiń

Mojżesz na równinie

Okładka książki Mojżesz na równinie autora Shuang Xuetao, 9788381967600
Okładka książki Mojżesz na równinie
Shuang Xuetao Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Proza Dalekiego Wschodu literatura piękna
296 str. 4 godz. 56 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Dalekiego Wschodu
Tytuł oryginału:
平原上的摩西
Data wydania:
2024-05-13
Data 1. wyd. pol.:
2024-05-13
Liczba stron:
296
Czas czytania
4 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381967600
Tłumacz:
Magdalena Stoszek-Deng
Średnia ocen

7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Mojżesz na równinie w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Mojżesz na równinie

Średnia ocen
7,4 / 10
28 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Mojżesz na równinie

avatar
538
473

Na półkach:

Proletariacki realizm magiczny - jeśli to możliwe, to chyba tylko w literaturze chińskiej.
Trzy dłuższe opowiadania - a każde mimo całej ponurej rzeczywistości kończy się jednak nadzieją.
I to jest piękne :)

Proletariacki realizm magiczny - jeśli to możliwe, to chyba tylko w literaturze chińskiej.
Trzy dłuższe opowiadania - a każde mimo całej ponurej rzeczywistości kończy się jednak nadzieją.
I to jest piękne :)

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1116
401

Na półkach: , , ,

Najmniej porywająca z serii Proza Dalekiego Wschodu.

Najmniej porywająca z serii Proza Dalekiego Wschodu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1140
403

Na półkach: , , , , , ,

Chyba jedna z lepszych książek przeczytanych w tym roku. Wciągnęła mnie od początku do końca. Momentami trudna i brutalna, podejmująca tematy rozpadu więzi społecznych i rodzinnych, lecz całość zdominował bardzo subtelny nastrój magicznego realizmu.

Lektura, od której nie mogłam się oderwać.

Chyba jedna z lepszych książek przeczytanych w tym roku. Wciągnęła mnie od początku do końca. Momentami trudna i brutalna, podejmująca tematy rozpadu więzi społecznych i rodzinnych, lecz całość zdominował bardzo subtelny nastrój magicznego realizmu.

Lektura, od której nie mogłam się oderwać.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

118 użytkowników ma tytuł Mojżesz na równinie na półkach głównych
  • 85
  • 31
  • 2
28 użytkowników ma tytuł Mojżesz na równinie na półkach dodatkowych
  • 14
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Mojżesz na równinie

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Człowiek, który nigdy nie skłamał Lao She
Człowiek, który nigdy nie skłamał
Lao She
Chiny okresu przełomu, czasy pierwszej Republiki. Jeszcze przed erą Mao (od 1949 r.),a już po obaleniu ostatniej cesarskiej dynastii Qing (1912 r.). W tych czterech dekadach osadzona jest akcja większości opowiadań Lao She, autora narodowości mandżurskiej, uznawanego za jednego z wybitniejszych twórców prozy Dalekiego Wschodu. Utwory zamieszczone w zbiorze to obrazki obyczajowe, sceny z życia zwykłych ludzi, którzy wikłają się w rozmaite kłopoty, zmagają się ze swoimi obsesjami albo miewają pomysły kończące się na ogół mniejszą lub większą katastrofą. Autor przygląda się im z ironicznym dystansem: niepozbawionym ciepła i zrozumienia dla ludzkich słabości. Uwagę przykuwają: 1) komiczny "Film z dźwiękiem" o rodzince wybierającej się do kina (po drodze ktoś się gubi, ktoś czegoś zapomina, trzeba zawracać itp.),2) groteskowy "Stary romantyk" o wyprawie, podczas której bohater zamierzający wyrównać rachunki z całym światem, zostaje porwany przez wiatr, 3) melancholijny "Królik" (określenie homoseksualisty) o upadku młodego artysty operowego, zwiedzionego przez cynicznego impresario, 4) piękny i smutny "Sierp księżyca" o ubogiej dziewczynie, która rozpaczliwie poszukuje pracy, walcząc o swoje marzenia i cnotę (niestety bezskutecznie),5) tytułowe opowiadanie o organizacji "Stowarzyszenie Kłamców" i chwiejnych granicach prawdomówności. W tle jest kultura konfucjańska (a w każdym razie jej ślady: mentalność i hierarchia),smak wszechobecnej herbaty oraz wojna chińska-japońska, która wstrząsnęła społeczeństwem Republiki, przyczyniając się do jej kresu. Wynotowane cytaty: 1) „Wiedzieć, co się wie i wiedzieć, czego się nie wie – oto prawdziwa mądrość” (sentencja z „Analektów” Konfucjusza). 2) „Ludzie zostawiają po sobie imię. Po dzikich gęsiach pozostaje tylko echo ich krzyków” (z qingowskiej „Opowieści o walecznych kobietach i mężczyznach”). 3) „Wyglądał jak ryba usiłująca nabrać powietrza w skrzela w wysuszonym jeziorze” („Sterczące kitki”). 4) „Słowa pocieszenia kierowane do samego siebie są polukrowane z wierzchu, ale w środku – gorzkie jak czarna herbata” („Stary romantyk”). 5) „W tym czasie nawet za dnia wypatrywałam na firmamencie mojego księżyca. Jeśli moje cierpienia dałoby się opisać za pomocą jakiegoś kształtu, z pewnością miałyby kształt sierpu księżyca, który – opuszczony i samotny – wisiał na poszarzałym niebie, emanując delikatnym blaskiem, lada chwila mogącym zniknąć w otchłani nocy” („Sierp księżyca”).
Wojtek Kusiński - awatar Wojtek Kusiński
ocenił na75 miesięcy temu
Szare pszczoły Andriej Kurkow
Szare pszczoły
Andriej Kurkow
Styl Kurkowa to mistrzostwo dystansu: narrator obserwuje świat z chłodnym humorem, lecz nie ucieka od empatii. Autor, znany z uprawiania satyrycznej prozy, tym razem zmienia tonację — melancholia i lęk przenikają tu lekkie, miejscami groteskowe opisy. Dzięki temu opis wojny nie staje się propagandą ani publicystyką, lecz staje się literackim laboratorium prywatności — oglądamy losy ludzi w perspektywie mikrospołeczności, a nie map strategicznych. Takie przesunięcie akcentów sprawia, że powieść zyskuje uniwersalny wymiar: chodzi nie tylko o Donbas, lecz o to, co dzieje się z człowiekiem, gdy państwo i ideologia przestają nadawać sens. Mimo pozornie spokojnego tematu książka nosi w sobie napięcie współczesnej historii i moralne ciężary, jakie wojna zadaje codzienności. Akcja dzieje się w „szarej strefie” Donbasu, w wiosce, gdzie pozostało zaledwie kilka postaci: tytułowy pasiecznik Siergiejicz, jego przyjaciel z dawnych lat oraz mieszkańcy na skraju widma konfliktu. Kurkow buduje świat z przymrużeniem oka i ironią, ale bez taniego dowcipu — to powieść o ludziach, którzy próbują pielęgnować normalność pośród anomii politycznej. Opieka nad pszczołami staje się alegorią instynktów opiekuńczych, ciągłości i podatności na zewnętrzne zakłócenia. Wyprawa Siergiejicza na okupowany Krym, próba ratowania uli, konfrontacje z absurdami militarnej i biurokratycznej rzeczywistości — to sceny, które łączą prozaiczność z głęboką refleksją o przynależności i przetrwaniu. W tych scenach znajdziemy zresztą wspaniałe, lecz niewymuszone portrety postaci drugoplanowych — ludzi, których codzienne rytuały odsłaniają tragikomedię życia pod okupacją. Kurkow znakomicie lawiruje między humorem a etycznym niepokojem; jego narracja jest uważna na drobiazgi, które tworzą atmosferę: od zapachu miodu po absurdalne rozmowy z urzędnikami. Taka szczegółowość czyni świat przedstawiony wiarygodnym i boleśnie bliskim. Jeśli szukać zarzutów, można wskazać na momenty, w których narracyjny dystans zaczyna działać jak filtr — oddalać czytelnika od emocjonalnego szoku wojny. Niektórych czytelników może to frustrować: oczekują ostrzejszej, bezpośredniej krytyki i dramatyzmu. Jednak to celowy wybór autora: przez nawał ironii i codziennej dbałości o detale Kurkow pokazuje, że trauma może przychodzić powoli i podstępnie — w postaci wyciszonych gestów, które dopiero z czasem odsłaniają całą tragedię. Ważnym aspektem książki jest język i problem przekładu. "Szare pszczoły" powstały w języku rosyjskim i ukraińskim (wydanie ukraińskie przygotowała Kateryna Isajenko),a angielski przekład Borisa Driuluka przyczynił się do międzynarodowego rozgłosu powieści. Krytyka i nagrody zagraniczne — w tym uznanie w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie — świadczą, że opowieść Kurkowa ma siłę przekazu poza lokalnym kontekstem. To również przypomnienie, że język literacki we współczesnej Ukrainie jest przestrzenią wielogłosu. "Szare pszczoły" to książka ważna nie tylko literacko, lecz też społecznie: przypomina o ludziach, którzy pozostają niewidoczni w medialnym dyskursie o wojnie. Kurkow nie daje odpowiedzi; ale dostarcza literackiej maszyny do myślenia — subtelnej i głęboko humanistycznej. Dla czytelnika polskojęzycznego powieść może być mostem — zrozumieniem tamtej rzeczywistości nie przez geopolitykę, lecz przez codzienność. Jest to proza inteligentna, empatyczna i oszczędna w gestach, a jednocześnie pozwala poznać głos współczesnej literatury ukraińskiej.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na96 miesięcy temu
Wstręt. Thomas Bernhard w San Salvadorze Horacio Castellanos Moya
Wstręt. Thomas Bernhard w San Salvadorze
Horacio Castellanos Moya
„ten kraj jest absolutnie do niczego, ten kraj jest halucynacją, Moya, istnieje tylko dzięki popełnionym tu zbrodniom”. Edgardo Vega, Salwadorczyk, od 18 lat ekspat, szukający swojego miejsca najpierw w Europie, w końcu na stałe osiadły w Montrealu, zostaje zmuszony do powrotu do rodzinnego San Salvadore na pogrzeb matki. Nie przyjeżdża jednak powodowany synowską miłością i rozpaczą, a znacznie bardziej przyziemną, egoistyczną potrzebą – dopilnowania swojej części spadku po zmarłej. Nienawidzi własnego kraju, a także, jak sam mówi: „dla mnie rodzina jest okolicznością pozbawioną znaczenia”, wydaje się przepełniony tytułowym wstrętem, pogardą, wszechogarniającym obrzydzeniem do wszystkiego, co choćby w najmniejszym stopniu jest powiązane z Salvadorem, a nawet z resztą rejonu Ameryki Środkowej. Spotyka się w barze z dawnym szkolnym kolegą, jest nim chyba autor książki, Moya. Mieszkający na co dzień w San Salvadore pisarz i poeta. Sprawia on wrażenie lustrzanego odbicia Vegi, a więc najlepszego adresata wszystkich pretensji i utyskiwań na salvadorską rzeczywistość. Nie ma mowy o rozmowie. Jest za to jeden, nieprzerwany, kompulsywny monolog frustrata, nie mogącego dać sobie rady z negatywną mocą własnych uczuć. W tytule mamy bezpośrednie odniesienie do Thomasa Bernharda, i faktycznie, można tutaj przeprowadzić całe mnóstwo paraleli. Przede wszystkim rozczarowanie ojczyzną, unurzaną w zbrodnie, tortury, prześladowania. W Salvadorze wojna domowa ciągnęła się długich 13 lat (1979-19920, Austria też ma swój krwawy, niechlubny wojenny epizod. Tu i tu późniejszy świat rozczarował, jak to wykrzyczy Vega: „wojna domowa miała na celu to tylko, by jedna z partii politycznych zaprowadziła własne porządki, sto tysięcy zabitych było jedynie makabrycznym środkiem do tego, by grupa ambitnych polityków podzieliła między siebie tort ekskrementów”. I tutaj wylewa się z głośnym chlustem cały, nagromadzony przez lata strumień nieczystości pod adresem kraju, jego mieszkańców, a nawet architektury, kuchni i… chmary złośliwych komarów! Mieszają się sprawy istotne, pierwszej wagi, z drobiazgami, słowa cisną się, pragną za wszelką cenę wydostać się na wolność, wybrzmieć, opuścić umysł i duszę, ulecieć. Ale nawet, gdy już je wyrzuci z siebie, Vega nie odczuwa ulgi, wydaje się mieścić wewnątrz nieprzebrane pokłady złości zmieszanej z żalem i… wyczuwam też poczucie winy. Czyżby Vega także własną krew uważał za skażoną salvadorszczyzną, chcąc zaś ten fakt przykryć, dystansuje się jeszcze bardziej od korzeni, nie tylko nie odwiedza ojczyzny, ale nie utrzymuje też kontaktu z pozostawioną tu rodziną, w końcu zaś odrzuca imię i nazwisko na rzecz innego, wybranego przez siebie, absolutnie nie latynoskiego. Chce zaprzeczyć siebie, zniknąć i narodzić się na nowo, jako lepsza, szlachetniejsza wersja siebie? To przecież nie ma prawa się udać! W Salvadorze wszystko mu śmierdzi, jest brudne i skażone, „lekarze to najbardziej amoralni z ludzi”, politycy cuchną kłamstwem i zachłannością, „nauczyciele są jak zabiedzone koty, zainteresowane tylko zdobyciem papierka, żeby móc prowadzić zajęcia dla następnych kotów, pragnących tylko i wyłącznie papierka, co za katastrofa (…)”. Wstrętne jest regionalne, tłuste i niezdrowe jedzenie, muzyka nazbyt hałaśliwa lub z kolei rzewna, brzmi fałszywie, służące są złośliwe, głupie i grube, bratankowie to męczące bachory, które mają czelność nazywać go wujkiem i wyprowadzać z równowagi, żona brata „jest tylko byłą ekspedientką z odzieżowej sieciówki, która przygruchała sobie tego oszołoma, mojego brata, pasjonata kluczy i zamków (…),ten zaś o niczym innym nie myśli, tylko o tym, jak go oszukać i zagarnąć spadek dla siebie. Nie ma jednej osoby godnej szacunku, co wydaje się do głębi wykoślawioną perspektywą. Przy czym ów długi monolog pełen jest jadu, inwektyw, wzgardy i protekcjonalności, sprawia wrażenie krzyku człowieka ogarniętego szaleństwem, obsesją, stanem chorobowym bliskim manii prześladowczej. Owszem, sam układ zdań, ich gorączkowość, niedopuszczanie nikogo innego do głosu, wyrzucanie kolejno po sobie wypowiedzi oddzielonych ledwie drobiną przecinka, jak z katapulty, z pistoletu maszynowego, bez większego namysłu – to czysta bernhardowszczyzna. Od razu też przyszedł mi do głowy monolog Franza Muraua („Wymazywanie. Rozpad”) z mnogokrotnie złożonymi zdaniami, obłędem powtórzeń i zapętleń. Jest jednak pewna subtelna, bardzo jednocześnie ważna różnica. U Bernharda mamy więcej namysłu, roztropności, słowa niosą ze sobą konkretną treść, z której da się wyłuskać o wiele więcej prawdy. Argumenty bernhardowskie opierają się nie tylko na emocjach, jak tutaj, a każdy z nich ma większą moc przekonywania niż obraźliwy epitet czy pogardliwe szyderstwo Vegi. Owszem, u Austriaka też mamy drwinę, niezgodę na zastaną rzeczywistość, bunt i niesmak. Jest tam jednak jeszcze specyficzny smutek, powaga, bezradny żal, co czyni sprawę rzeczywiście absolutnie istotną. U Vegi zaś przeczuwam bardziej pastisz. Przeważa tu rozjuszona odraza, odruch wymiotny, coś bardzo, ale to bardzo widowiskowego, sprowadzającego dosłownie wszystko do jednego wielkiego uogólnienia: „Z czego, do kurwy nędzy, ulepiono tę rasę, by była tak tępa, by miała gusta tak podłe”. Kobiety są paskudne, dzieci głupie, mężczyźni bez ambicji, uniwersytety szkolą tylko zarządców w biznesie, nikt nie ma gustu, ani nie interesuje się literaturą czy sztuką. No cóż, skoro wykształceni humaniści, jak Vega, wyjeżdżają i nauczają za granicą – skąd ma się brać nowa, salvadorska inteligencja, kto ma kształtować jej zmysł estetyczny, zaszczepiać dobre nawyki? Być może stąd biorą się wyrzuty sumienia naszego bohatera, być może jako człowiek inteligentny wyczuwa u siebie ów fałsz i pragnie go zakrzyczeć. Być może nie chce przyznać, że jako ekspat, a więc uciekinier, nie bardzo ma prawo do tak bezbrzeżnej pogardy, choćby wobec swego brata, który tutaj, w tej skomplikowanej salwadorskiej rzeczywistości pracuje, wychowuje dzieci, a także opiekował się chorą matką aż do jej śmierci. Cóż poradzę, że nie przemawia do mnie gorączkowy monolog Vegi, a on sam zdaje mi się postacią nieco żałosną, u której nietrudno zauważyć przerzuty choroby jelita drażliwego na inne organy, w tym umysł i, niestety, serce. Ktoś, kto nie potrafi zaangażować się ani w rodzinę, ani w kraj, wybiera wygodne życie gdzie indziej, daleko od problemów, traci prawo do krytyki, a już z pewnością do pogardliwego piętnowania. W tym właśnie tkwi według mnie siła „Wstrętu”. Jest on, owszem, surową krytyką państwa, jego instytucji, ale zarazem także ludzi pokroju Vegi, prędkich w mowie, nieskorych zaś do czynów, wygłaszających drwiące kazania, obwiniających, jednak wymigujących się od zaangażowania i ponoszenia za cokolwiek odpowiedzialności. Łatwo jest stawiać zarzuty będąc daleko. Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na79 miesięcy temu
Czym nakarmiliśmy mantykorę Talia Lakshmi Kolluri
Czym nakarmiliśmy mantykorę
Talia Lakshmi Kolluri
Znane nam bajki, w których głównymi bohaterami były zwierzęta, miały za zadanie karykaturować ludzie przywary. Kończyły się morałem, miały pouczać i zwracać uwagę na pewne niepożądane zachowania i ich konsekwencje. Zwierzęta pojawiały się również jako symbole związane z konkretnym regionem, mają również niemałe znaczenie w astrologii. W literaturze do dzisiaj wykorzystuje się motywy zwierzęce, zarówno w prozie, jak i poezji. I tak jak bajki wcale nie były przeznaczone dla dzieci, tak baśnie zwierzęce opowiedziane przez Talię Lakshmi Kolluri również są przeznaczone dla dorosłego czytelnika. „Czym nakarmiliśmy mantykorę” Talii Lakshmi Kolluri jest zbiorem niezwykłych i eterycznych  dziewięciu opowiadań, w których to splatają się losy zwierząt i ludzi. Okazuje się, że problemy zwierząt niewiele różnią od tych, z jakimi niejednokrotnie przychodzi się mierzyć człowiekowi. Autorka zabiera nas w podróż w różne regiony świata, m.in. tam, gdzie panuje wieczna zima, do Azji Środkowej aż po Zatokę Bengalską.  Narratorami opowieści są zwierzęta i to ich oczami obserwujemy rozgrywające się wydarzenia. Są istotami myślącymi i komentują zastaną rzeczywistość. Mają cechy na wskroś ludzkie: kochają, płaczą, cieszą się, martwią się o swoich bliskich i cierpią po ich stracie. Swoimi słowami przekazują ważne przesłania, dotyczące kondycji świata i sensu istnienia. Granice między światem ludzi i dzikich zwierząt w tej rzeczywistości zostają całkowicie zatarte.  Opowiadania mają w sobie coś magicznego i nieuchwytnego. Stajemy się obserwatorami zmagań naszych bohaterów z konsekwencjami różnych działań, zarówno ludzkich, jak i tych dyktowanych brutalnymi prawami natury. Nieobca tym światom jest melancholia, okrucieństwo, bezsilność, ale jest i lojalność, przyjaźń na dobre i na złe oraz przekraczająca wszelkie granice miłość między człowiekiem a zwierzęciem. Jedne opowieści poruszały serce bardziej, inne mniej, ale wszystkie zostały bardzo dobrze napisane, z odpowiednią wrażliwością i wyczuciem. Wyraźnie widać w historiach wpływy i nawiązania do różnych kultur: mitologii (postać mantykory),szamanizmu, rytuałów, nie brakuje w nich również magicznej aury. Akcja toczy się niespiesznie, a czytelnik coraz bardziej i bardziej zanurza się w ten jakże niezwykły świat. A wszystko to za sprawą ładnego języka i dobrego przekładu Piotra Machajka, który wprowadza czytelnika w nastrój tajemniczości, tego rodzaju, jaki możemy spotkać w legendach. Najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie otwierające cały zbiór („Dobry osiołek”) oraz „Ktoś musi czuwać nad umarłymi”. To pierwsze poruszyło mnie do głębi, aż łza zakręciła mi się w oku, czułam ten rozrywający serce ból towarzyszący głównemu bohaterowi. To drugie natomiast miało w sobie coś magicznego i jednocześnie pierwotnego, balansującego na granicy mistycznego objawienia.  Co do budowy opowiadań, nie dłużyły się i kończyły się w odpowiednim momencie. Nie były potrzebne żadne dopowiedzenia, nad każdym z nich jednak przyszło mi się pochylić i w ciszy kontemplować ich znaczenie. Bo choć krótkie, zachwycają swoją złożonością i urokiem. „Czym nakarmiliśmy mantykorę” jest literaturą niesztampową i nietuzinkową, trochę wymykającą się ówczesnym normom gatunkowym, a raczej nawiązującą do dawnych mitycznych form. Polecam tę książkę każdemu, kto potrzebuje odmiany od oklepanych schematów i chce choć na chwilę zanurzyć się w baśniowym świecie zwierząt i ich ludzi. Dla mnie była to fantastyczna i niezwykła literacka przygoda. Dlatego z całego serca dziękuję za możliwość obcowania z tą lekturą.    
Spiewajacabiblio - awatar Spiewajacabiblio
ocenił na81 rok temu
Ocean Steve Sem-Sandberg
Ocean
Steve Sem-Sandberg
Dysonans między Rousseau – filozofem, a Rousseau – człowiekiem. W szkole średniej uczyłam się o Jeanie-Jacquese Rousseau, jako wielkim filozofie doby oświecenia i współpracowniku encyklopedystów. Sięgnęła po tę książkę, aby poznać go, jako człowieka. Pomimo że książka napisana jest pięknym, wręcz poetyckim stylem miejscami bywa nużąca. Autor opisuje czterdziestopięciodniowy pobyt filozofa na wyspie Ile Saint-Pierre, nieopodal Berna. Filozof ma pięćdziesiąt trzy lata, a wydaje się schorowanym starcem stojącym nad grobem, samotnym i zgorzkniałym. Cierpi prawdopodobnie na przerost gruczołu krokowego, uniemożliwiający oddawanie moczu i ogromny ból, chociaż co pewien czas samoistnie wypływa mocz bez jego kontroli. Uciekł na tę wyspę przed władzami i duchowieństwem protestanckim Genewy. Czas spędza na zbieraniu i klasyfikacji roślin na wyspie, a także na wspomnieniach, które są najciekawsze. Z tych wspomnień wyłania się egocentryk, egoista, który nie liczy się z nikim i ludzi traktuje instrumentalnie. Wydaje się człowiekiem skłóconym ze wszystkimi i uważający się za kogoś lepszego od otoczenia. Można go podziwiać, gdyż był samoukiem i zdobył olbrzymią wiedzę. Jednak zmieniał swoje poglądy w zależności od sytuacji.. Urodził się, jako protestant w Genewie i dzieciństwo miał trudne. Kiedy wyjeżdża do Włoch, za radą przyjaciół zostaje katolikiem. Po wyjeździe do Paryża przyłącza się do encyklopedystów i promuje ateizm. Jednak już po powrocie do Genewy wraca na łono protestantyzmu. Mnie najbardziej raził stosunek Rousseau do kobiet, bardzo instrumentalny. Przez dużą część życia jest na utrzymanie swoich arystokratycznych kochanek. Jednocześnie związany jest ze swoją gospodynią, z którą ma piątkę dzieci. Nie mógłby jej poślubić, gdyż przestałby być przyjmowany w arystokratycznych domach. Kolejne dzieci po urodzeniu oddawał do sierocińca, gdyż matka tych dzieci powinna być skoncentrowana wyłącznie na nim, a nie na dzieciach. Chocaż teraz tego żałuje, gdyż dzieci mogłyby się nim zaopiekować. Zresztą w swej głośniej książce o wychowaniu dzieci „Emil” ostatni rozdział poświęca wychowaniu dziewcząt, gdyż kobiety powinny być wychowywane odmiennie od chłopców. Według Rousseau kobiety mają być podległe mężom i spełniać obowiązki bycia żoną i matką. Według mnie jest to interesująca lektura, chociaż miejscami nużąca. Każdy czytający może inaczej spojrzeć na życie Rousseau. Ja po przeczytaniu uważam, że Rousseau może wielkim filozofem był, ale małym człowiekiem.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na64 miesiące temu
Uśmiechnięty wilk Yūko Tsushima
Uśmiechnięty wilk
Yūko Tsushima
🚆🐺 Uśmiechnięty Wilk autorstwa Yūko Tsushimy to powieść wymagająca, ale niezwykle poruszająca, jedna z tych książek, które czyta się powoli, z narastającym poczuciem niepokoju i zachwytu jednocześnie. Autorka zabiera czytelnika do powojennej Japonii, kraju zrujnowanego nie tylko fizycznie, lecz także moralnie i emocjonalnie. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to klasyczna narracja o odbudowie i nadziei, lecz opowieść o przetrwaniu w świecie, który stracił dawne reguły i poczucie bezpieczeństwa. 🚆🐺 Centralnym motywem powieści jest podróż dwójki młodych bohaterów przemierzających kraj pociągami, uciekających od Tokio i od własnych historii. Yūko Tsushima z niezwykłą wrażliwością pokazuje ich relację, opartą bardziej na wspólnym doświadczeniu straty niż na słowach. Każdy kolejny przystanek odsłania nowe oblicze powojennej rzeczywistości, pełnej biedy, przemocy i chaosu. To droga przez krajobraz, który momentami przypomina apokaliptyczne rumowisko, a momentami przestrzeń dziecięcej wyobraźni. 🚆🐺 Niezwykle istotnym elementem Uśmiechniętego Wilka jest motyw wilka jako symbolu istoty wypchniętej poza margines świata ludzi. Tsushima Yūko splata historię wymarcia japońskich wilków z losem bohaterów, sugerując, że okrucieństwo historii dotyka zarówno natury, jak i człowieka. Wilk staje się figurą samotności, niezrozumienia i prześladowania, a jednocześnie siły pozwalającej przetrwać w najbardziej niesprzyjających warunkach. 🚆🐺 Autorka eksperymentuje z formą, wplatając w narrację fragmenty prasowe opisujące autentyczne tragedie, zbrodnie i katastrofy. Ten zabieg burzy płynność lektury, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Zderzenie fikcyjnej historii bohaterów z brutalną faktografią zmusza do refleksji nad granicą między jednostkowym losem a zbiorową traumą. Powieść staje się dzięki temu hybrydą literatury pięknej i dokumentu, która nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. ㅤ 🚆🐺 Szczególnie poruszające jest to, w jaki sposób Yūko Tsushima ukazuje dziecięcą perspektywę wobec śmierci, głodu i przemocy. Wspomnienia wojny i utraty bliskich pojawiają się fragmentarycznie, jak obrazy wyłaniające się z mgły. Autorka unika patosu, stawiając na prostotę i surowość języka. Dzięki temu emocje wybrzmiewają mocniej, a czytelnik odczuwa ciężar historii niemal fizycznie. ㅤ 🚆🐺 Uśmiechnięty Wilk to powieść o dojrzewaniu w świecie bez przewodników i jasnych zasad, o przyjaźni, która daje chwilowe schronienie, oraz o wyobraźni jako strategii przetrwania. Tsushima Yūko stworzyła dzieło nieoczywiste, wymagające skupienia, ale niezwykle nagradzające uważną lekturę. To książka, która rozsadza ramy tradycyjnej powieści historycznej i pozostawia czytelnika z pytaniami o cenę wojny, pamięć i granice człowieczeństwa. Tak oto kochani trafiłam na pierwszą pozycję z mojej topki tego roku. Oh musicie ją przeczytać.
KawkaNK - awatar KawkaNK
ocenił na82 miesiące temu
Furia i inne opowiadania Silvina Ocampo
Furia i inne opowiadania
Silvina Ocampo
O Silvinie Ocampo dowiedziałem się dzięki "Dziennikowi" Gombrowicza. Don Witoldo na pewno wspominał o jej mężu (Bioy Cesaresie, również znanym autorze) oraz siostrze Victorii (wydawczyni). Twórczości Silviny nie komentował, ale kiedy zobaczyłem w księgarni piękne wydanie opowiadań (seria "Inne konstelacje" urzeka estetyką),nie wahałem się zakupić egzemplarza. W zbiorze znajdziemy trochę latynoskiego kolorytu i jak to określa Olga Tokarczuk: bizarności. Te miniatury czyta się z zaciekawieniem, mając poczucie obcowania z jakościową prozą – po kobiecemu intymną i niepokojącą. Czytamy o przedmiotach, które objawiają swe straszne oblicze, gdy się na nie za długo patrzy ("Przedmioty"),o bliźniakach oszukujących żonę jednego z nich: sypiają z nią naprzemiennie, czego ona się nie domyśla ("My"),o chłopcu z bębenkiem zaduszonym poduszką przez towarzysza jego opiekunki ("Furia") czy wreszcie o kacie-techniku, z którego magicznej skrzynki wydobywają się krzyki torturowanych ofiar ("Kat"). Groza chwilami przeraża, a chwilami bawi. Gdy złośliwa dziewczynka wpuszcza jadowitego pająka w misternie ułożony kok panny młodej, a ta niczego nieświadoma pada martwa na swoim wymarzonym ślubie ("Ślub") lub kiedy ciekawski chłopczyk podgląda mamę i jej koleżanki, jak w samej bieliźnie mierzą swoje talie, sprawdzając, która jest najcieńsza, po czym cieszą się, że malec zamknął drzwi na klucz, bo przynajmniej nikt im nie będzie przeszkadzał. Tymczasem chłopiec zaintrygowany ozdobnymi zapałkami (wykradzionymi z salonu) rozpala ogień pod drzwiami, doprowadzając roznegliżowane panie do efektownej śmierci w płomieniach ("Głos w telefonie"). Ból i śmierć powracają "jak paciorki niekończącego się różańca" ("Zeszyt"). Miłość bywa namiętna, lecz zarazem okrutna i zdradliwa. Świat luster, lalek, wstążek odbija się w oczach dziecka: wielkich i nieruchomych. Jeśli ktoś pamięta film "Nakarmić kruki" Carlosa Saury, to może odnaleźć tu podobny klimat. Ocampo miejscami hipnotyzuje – jej małe opowieści są jak sny, z których wybudzamy się z lękiem i fascynacją jednocześnie. Zresztą moje ulubione opowiadanie traktuje o snach expressis verbis. 120-letnia Leopoldyna ("była tak stara, że wyglądała jakby niestarannie ją naszkicowano") mimowolnie materializuje przedmioty, które jej się śnią. Są to jednak zawsze rzeczy bezwartościowe: kamyki, gałęzie, piórka. Jej dwie potomkinie: Ludovica i Leonor ("od urodzenia Leopoldyny wszystkim kobietom w rodzinie Yapurra nadawano imiona zaczynające się na L") co wieczór nad strumykiem wypatrują objawienia się Matki Boskiej. Zawiedzione brakiem efektów ponaglają Leopoldynę, żeby w końcu wyśniła coś cennego. Ta niejako w proteście przestaje w ogóle spać. W końcu pod groźbą zastrzyku zasypia, po czym budzi się odmieniona. Wstaje z wiklinowego krzesła, na którym przesiedziała ostatnie 30 lat i zwracając się do narratora, Malucha wychodzi z nim na zewnątrz. Tam pochłania ją i unosi w powietrze (a wraz z nią wszystko dookoła) potężny wicher zonda. Maluch okazuje się psem, który "spisał tę historię w przedostatnim śnie swej pani". To bardzo w stylu Borgesa, do którego Ocampo często porównywano. Na zakończenie cytat z "Listu zagubionego w szufladzie", tekstu może najbardziej reprezentatywnego dla całości: „Twoje szczęście się skończy wraz z moim życiem i tym listem. Wtedy zagłębisz się w ogród podobny do tego z naszej szkoły, będącej jak więzienie, w ogród zwodniczy, strzeżony przez dwa posągi z dwiema świecącymi kulami w rękach, które rozświetlają twoją niemożliwą do ugaszenia samotność”.
Wojtek Kusiński - awatar Wojtek Kusiński
ocenił na78 miesięcy temu
Ty, krwawe dzieciństwo Michele Mari
Ty, krwawe dzieciństwo
Michele Mari
Muszę podkreślić, że uwielbiam opowiadania, że krótka forma to jest coś co niezwykle sobie cenię, a włoski autor, zachwycił mnie tym jak potrafił wykorzystać tę formę literacką by sięgnąć do czasów dzieciństwa i młodości i odmalować swoje wspomnienie literackich przygód. Jest to bowiem zbiór tematycznie jednolity, a zróżnicowany co do formy. Zaczyna się od rozważań profesora, który po tym jak dowiaduje się, że zostanie ojcem, czuje niepewność i obawy o to czy nie ucierpi w przyszłości jego kolekcja komiksów lat dziecięcych. Zajmująca szczególne miejsce i w rozległej, bogatej bibliotece, jak i w pamięci, wspomnieniu, w sercu. Świetne oddanie rozterek kolekcjonera, wiernego czytelnika i zbieracza, dla którego literatura, w różnych odmianach to także przedmiot, forma, rzecz, do tego rzecz niezwykle ważna, bo kreująca czytelnika i właściciela. A potem w tym stylu, dostajemy różne odmiany i zabawy związane ze wspomnieniami odkrywania literatury. Takie sięganie do dzieciństwa nie związanego z emocjami i problemami, z psychiką i nieszczęściami, ale zanurzonymi w tym co dla wielu także nas, czytelników i dla mnie osobiście bywa najważniejsze. Z lekturami. Mamy tekst pochwalny dla starych magazynów z literaturą fantastyczną i kiczowatymi okładkami, mamy opowiadanie będące budowaniem rankingu najważniejszych pisarzy lat młodzieńczych i niejako pojedynkami między nimi, mającymi wyłonić tego najważniejszego, najlepiej wspominanego. Jest ciekawe, uwikłane w relację z ojcem, wspomnienie odkrywania jednej książki w dwóch tłumaczeniach, jakby innej, co pozwoliło narratorowi poradzić sobie z dziwnym poczuciem winy z otrzymania w prezencie książki już przeczytanej. A do tego to często nostalgiczne powracanie do literatury mi znanej, która dla mnie też była ważna. To autorzy tacy jak Jack London, Stevenson, Conrad, Verne, to także komiksy i literatura fantastyczna. A nawet jak autor pochyla się nad wojennymi czy wojskowymi pieśniami, które z oczywistego powodu są mi nieznane, to wzbudza to wspomnienie swojego dzieciństwa, innych pieśni i piosenek wojskowych, puszczanych przez dziadka. Myślę, że o ile samo ujęcie, pomysł, powrót do lektur młodości jest pewnie uniwersalny, to autor buduje szczerą swoją historię literackich sentymentów i w tym jest zapewne pisarzem bardzo męskim, bo z chłopięcymi wspomnieniami literackimi. Korespondował ze mną całkowicie w tych opowiadaniach. Zachwyciłem się. I odnalazłem tu też coś co kojarzy mi się w formie, oczywiście dużo lżejszej, prostszej to jednak z Davidem Fosterem Wallacem, w tym zacieraniem granic między prozą, esejem, wspomnieniem, reportażem. Podsumowując byłem zachwycony lekturą. I sentymentalnie pozostanie to dla mnie zbiór niezwykle ważny.
Tomasz_K - awatar Tomasz_K
ocenił na910 miesięcy temu
Szesnaście na Bourbon Bartosz Sadulski
Szesnaście na Bourbon
Bartosz Sadulski
Przyznaję bez bicia: zanim zaczęłam czytać, jako matka nawigatora byłam przekonana, że tytułowe „szesnaście na Bourbon” to oznaczenie nawigacyjne, a powieść będzie dotyczyła podróży morskiej. Jak się okazało, rację miałam połowicznie. Owszem, bez podróży morskiej (dość długiej i pełnej przygód) nie byłoby tej powieści, jednak szesnaście było w niej kobiet, które w siedemnastym wieku wsiadły na statek gdzieś na francuskich wodach. Wydawca opisuje tę książkę jako „pełną brawury, jaskrawego humoru i skandali powieść spod znaku płaszcza i szpady” i wyjątkowo muszę przyznać, że coś w tym jest. Brawurowy jest na pewno Sadulski, który napisał coś w rodzaju powieści historycznej, co i rusz jednak zwodząc i zaskakując czytelnika, mieszając fakty (często sprawiające wrażenia wyssanych z palca głupot) z fikcją (przedstawioną zaskakująco poważnie). Niemal co stronę zatrzymywałam się w lekturze, sprawdzając czy opisane zdarzenia faktycznie miały miejsce (zazwyczaj miały). Wystarczyło jednak, bym na chwilę straciła czujność i bach! autor robił mnie w konia, niewątpliwie zaśmiewając się przy tym do łez. Po tym gdy okazało się, że owszem, jest ktoś taki jak święta Blezylla, na wszelki wypadek wolałam sprawdzić czy Rembrandt nie namalował „Kociego portretu w kapeluszu”, bo kto go tam w sumie wie. Fabuła teoretycznie skupia się wokół siedemnastowiecznego francuskiego pomysłu dostarczania kobiet do zamorskich terytoriów francuskich, tak aby osadnictwo mogło się tam, hm, rozwijać. Opisywany w książce rejs jest ostatnim z wielu, które się odbyły a tytułowa szesnastka kobiet została wybrana spośród pensjonariuszek cieszącego się już wówczas niekoniecznie dobrą sławą paryskiego Szpitala Salpêtrière. Snuta przez Sadulskiego opowieść nie ma jednak bynajmniej charakteru linearnego i nie skupia się na chronologicznym przebiegu rejsu – dygresja goni tu dygresję a ich zakres tematyczny jest ograniczony wyłącznie nieskrępowaną niczym wyobraźnią autora. Niewątpliwie nie ułatwia to czytania, jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Gdy złapałam już konwencję, bawiłam się przednio, mając wrażenie, że słucham opowieści bardzo starszej pani, która zna wszystko i wszystkich, wszędzie była i tak naprawdę chce opowiedzieć o wszystkim naraz, nie zwracając uwagi na to czy jej słuchacz ma jakiekolwiek pojęcie o czym mówi. Dodatkowo, ewidentnie by nie zniechęcić polskiego czytelnika, autor dodał do historii Francji także trochę historii Polski, w wersji jakby nieco alternatywnej (po abdykacji króla Jana Kazimierza na tron polski wstąpił Wielki Kondeusz),za to jakżeż, jak się okazuje, dla fabuły istotnej! Wiadomo, bez Polski nic na świecie nie mogłoby się wydarzyć, nieprawdaż. Nie sądzę, aby „Szesnaście na Bourbon” było adresowane do szerokiego grona czytelników. Jeśli jednak lubicie dygresje, przewrotny humor i zabawę konwencjami, sięgajcie po nią śmiało!
momarta - awatar momarta
oceniła na74 miesiące temu

Cytaty z książki Mojżesz na równinie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Mojżesz na równinie