Dawni mistrzowie: Komedia

Okładka książki Dawni mistrzowie: Komedia autora Thomas Bernhard, 9788307032467
Okładka książki Dawni mistrzowie: Komedia
Thomas Bernhard Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Mała Proza literatura piękna
184 str. 3 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Mała Proza
Tytuł oryginału:
Alter Meister. Komödie
Data wydania:
2010-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2005-01-01
Liczba stron:
184
Czas czytania
3 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788307032467
Tłumacz:
Marek Kędzierski
Średnia ocen

7,7 7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dawni mistrzowie: Komedia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Dawni mistrzowie: Komedia



książek na półce przeczytane 838 napisanych opinii 295

Oceny książki Dawni mistrzowie: Komedia

Średnia ocen
7,7 / 10
185 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dawni mistrzowie: Komedia

avatar
399
42

Na półkach:

Czarna komedia Thomasa Bernharda, pełna dramatycznych dowcipów językowych, skupia się na dawnych mistrzach i wielkich umysłach. Reger, niezwykle negatywnie nastawiony filozof teoretyk muzyki, którego artykuły ukazują się w brytyjskim „Timesie” i w związku z tym pozostają nieznane w Austrii, zaprasza do Muzeum Historii Sztuki swojego przyjaciela i wielbiciela Atzbachera, pisarza, który od 17 lat pracuje nad dziełem, nie opublikowawszy z niego ani jednej linijki. Od trzydziestu lat spędza tam co drugie przedpołudnie, zgodnie ze swoim zwyczajem, odkrywając błędy w obrazach dawnych mistrzów. Niemal zawsze można go spotkać w sali Bordone przed „Portretem siwowłosego mężczyzny” Tintoretta, gdzie poznał swoją żonę, której śmierć próbuje przezwyciężyć, pielęgnując swoje regularne dziwactwa. Tutaj Reger rozmyśla w spokoju i przy stałej temperaturze o tym, co jest złe na świecie, a zwłaszcza w Austrii. Trzecim członkiem tej trójki jest strażnik muzeum Irrsigler, prostoduszny mieszkaniec Burgenlandu, który z biegiem lat przyswoił sobie poglądy Regera i chętnie je cytuje. Reger filozofuje na temat nie do zniesienia sztuki rządzenia państwem. Rozdziera literackie szumy lasu Adalberta Stiftersa nazywając go nieznośnym mistrzem kiczu. Anton Bruckner, z jego religijnym szaleństwem nutowym i głupim, monumentalnym orkiestrowym zadęciem, jest przez niego określany jako kompozytor, który zniszczył muzykę. Wziął na cel filozofa Martina Heideggera, tego śmiesznego, nazistowskiego, sztywnego mieszczucha i katastrofalnie megalomańskiego słabeusza, który bez skrupułów przekształcał wielkie myśli innych w swoje własne, małe myśli. Jedynie toalety w „Hotelu Ambassador”, gdzie można go spotkać każdego popołudnia, przypadły mu do gustu ze względu na ich czystość. W swoim tekście, opartym na jednej myśli, Bernhard tworzy postać anty-artysty, człowieka, który potrafi deprecjonować i kwestionować uznane „wielkie” dzieła sztuki. W ten sposób bezpośrednio atakuje przestarzały mit geniuszu XIX wieku i próbuje go zniszczyć. Bezlitośnie.

Czarna komedia Thomasa Bernharda, pełna dramatycznych dowcipów językowych, skupia się na dawnych mistrzach i wielkich umysłach. Reger, niezwykle negatywnie nastawiony filozof teoretyk muzyki, którego artykuły ukazują się w brytyjskim „Timesie” i w związku z tym pozostają nieznane w Austrii, zaprasza do Muzeum Historii Sztuki swojego przyjaciela i wielbiciela Atzbachera,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
295
295

Na półkach:

Rozpoczęłam rok 2025 od przeczytania ostatniej prozatorskiej książki Thomasa Bernharda. Jest ona w swojej konstrukcji oraz narracji zupełnie inna od tych powieści, po które zazwyczaj sięgam. Było to zarówno orzeźwiające, jak i męczące odkrywanie tej prowokującej twórczości.

MISTRZOWIE

Akcja tej opublikowanej w 1985 roku książki rozgrywa się w Wiedniu, które uchodzi za miasto sztuki i muzyki. Narratorem powieści jest prywatny uczony Atzbacher, który często odwiedza Kunsthistorische Museum. Jednak to nie jego osoba stoi w centrum zainteresowania, a raczej obiekt jego obserwacji. Jest nim 82-letni krytyk muzyczny Reger, który pisze do czasopisma „The Times”.

Od ponad 30 lat niemal co drugi dzień przychodzi do muzeum i siada w Sali Bordone’a przed obrazem białobrodego Jacopo Tintoretta. To miejsce stało się nie tylko „warunkiem koniecznym dla jego myślenia”, ale także powodem dla dalszego istnienia. Od śmierci żony Reger utrzymuje kontakt jedynie z narratorem oraz z oddanym mu strażnikiem muzealnym Irrsieglerem. Ten drugi jest nie tylko rzecznikiem Regera, ale zadbał też o to, by artysta mógł spokojnie usiąść przed „swoim” obrazem. Jest to relacja symbiotyczna i oboje są cierpliwymi świadkami nieskończonych rozpraw Regera na temat sztuki i życia.

WYTWÓR

Tekst przypomina z wyglądu pozbawioną akapitów ścianę i składa się prawie tylko z kategorycznych monologów wypowiadanych w mowie zależnej. Bernhard nie pisze w sposób realistyczny, ale za to kunsztownie i zawile stylizuje liczne spostrzeżenia Regera. Tworzy on specyficzne zdania, które posiadają swoje własne tempo i bogate słownictwo oraz stosuje mniej znane środki stylistyczne. Charakterystyczne są także jego wtrącenie typu „on powiedział”, „on cytuje”. Ta narastająca eskalacja, rytmiczne powtórzenia uderzają w odbiorcę niczym muzyka. To sprawia, że czytanie tego jest na swój sposób komiczne. Tak, powieść jest słusznie postrzegana jako komedia… choć ja bym ją przyporządkowała do kategorii gorzkich rozrywek. Satyryczny humor jest także zaradczym środkiem na zgorzknienie i uczucie beznadziei. Właściwie to dzięki niemu życie staje się dla Regera znośne.

Bohaterowie Bernharda nie cieszą się bowiem swoim życiem, nigdy nie są zadowoleni i ciągle coś im nie pasuje. Reger jest ich typowym reprezentantem, wygłaszając swoje nieskończone tyrady, które nie posiadają często żadnego uzasadnienia. Ta postać stawia swoje obraźliwe diatryby z mocnego stanowiska i niemal sprzedaje swoją opinię jako uniwersalną prawdę.

Jego osobiste refleksje kierują się niemal przeciwko wszystkiemu. Przeciwko kościołowi, państwu, politykom, obywatelom Austrii, szkołom, sztuce, artystom, muzyce, pisarzom, filozofom, rodzicom, dzieciom, służbie. Szczególnie kwieciście pastwił się nad dawnymi mistrzami, jak Stifterem, Brucknerem i Heideggerem. Oberwało się też… wiedeńskim toaletom.

Zarówno Reger, jak i autor nie mówią nic dobrego o rzeczach, które ich denerwują. Przywiązują za to wagę do najdrobniejszych szczegółów, co odzwierciedla się tak kunsztownie w tekście. Nie trzeba tego lubić, ale nie można zaprzeczyć, że pod tą grubą warstwą pesymizmu, obrzydzenia i groteski Bernhard formułuje błyskotliwe, mądre myśli, które oddają w pewnym stopniu nasze życie.

MIŁOŚĆ I MELANCHOLIA

W tym napływie negatywnych monologów czasami zastanawiałam się, co sprawiło, że Reger stał się takim zgorzkniałym człowiekiem. Czy to wina podeszłego wieku? Chyba nie. Z jego dziecięcych wspomnień, można wywnioskować, że okazywał już od najmłodszych lat te swoje niechęci do typowo przyziemnych spraw. Jednak to śmierć żony jeszcze bardziej wyostrzyła jego negatywne usposobienie.

Poznał ją dzięki Irrsieglerowi także we wspomnianym muzeum i była dla niego osobą o ogromnym znaczeniu emocjonalnym. Darzył ją nie tylko głębokim uczuciem i szacunkiem, ale także cenił sobie bardzo jej towarzystwo. Z wielką chęcią zapoznawał ją też ze swoimi zainteresowaniami intelektualnymi. Miłość, którą jej okazywał stała w wyraźnym kontraście z jego głęboką goryczą i niezadowoleniem z wszystkiego. Pewnie z tego powodu była też najpiękniejszym aspektem w całej powieści.

Wieloletnie i udane pożycie małżeńskie zostało jednak brutalnie przerwane przez głupi upadek na śliskim chodniku przed Kunsthistorische Museum. Przez zaniedbanie miasta, opieszałość pogotowia i partactwo chirurgów z katolickiego szpitala starsza kobieta zmarła i Reger nigdy nie wybaczył im tej niegodziwej lekkomyślności. Uważał, że dopuszczono się wobec niego okrutnej zbrodni, wobec której pozostał nie tylko bezbronny, ale też skazany na wyniszczającą samotność.

Ławka z Sali Bordone’a i ucieczka w nawyki uratowały go przed bezdenną rozpaczą. Choć dawni mistrzowie napawają go nienawiścią, to właśnie oni utrzymują go przy życiu.

SKRAJNOŚCI

Ta monologiczna powieść jest bardzo ambiwalentnym rozrachunkiem autora ze sztuką i typem ludzi, których głęboko nienawidzi i… potrzebuje. Zdobycze kultury zostają z jednej strony bezlitośnie rozszarpane, ale są też estetycznym schronieniem przed rozpaczą. Jednakże tylko w nędznym stopniu zastępują drugiego człowieka.

Bernhard jako mistrz języka i rasowy artysta okazuje tę specyficzną pogardę w swoich dziełach otwarcie, narażając się oczywiście swoim niemieckojęzycznym czytelnikom. Polski odbiorca nie będzie miał raczej problemów z takimi tekstami, bo Reger całkiem życzliwie patrzy na obywateli ze wschodnich krajów. Oczywiście niezależnie od narodowości trzeba podejść dużym dystansem do tych tyrad.

Rozpoczęłam rok 2025 od przeczytania ostatniej prozatorskiej książki Thomasa Bernharda. Jest ona w swojej konstrukcji oraz narracji zupełnie inna od tych powieści, po które zazwyczaj sięgam. Było to zarówno orzeźwiające, jak i męczące odkrywanie tej prowokującej twórczości.

MISTRZOWIE

Akcja tej opublikowanej w 1985 roku książki rozgrywa się w Wiedniu, które uchodzi za...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
8
8

Na półkach:

potok pogardy, beznadziei, zdziadzienia, zmęczenia i samotności. i tak w koło macieju.
i te najobrzydliwsze w europie wiedenskie toalety publiczne.

potok pogardy, beznadziei, zdziadzienia, zmęczenia i samotności. i tak w koło macieju.
i te najobrzydliwsze w europie wiedenskie toalety publiczne.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

579 użytkowników ma tytuł Dawni mistrzowie: Komedia na półkach głównych
  • 313
  • 256
  • 10
74 użytkowników ma tytuł Dawni mistrzowie: Komedia na półkach dodatkowych
  • 46
  • 10
  • 7
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Dawni mistrzowie: Komedia

Inne książki autora

Thomas Bernhard
Thomas Bernhard
Austriacki pisarz i dramaturg, uważany za jednego z najwybitniejszych reprezentantów literatury niemieckojęzycznej. Jego proza nazywana jest "największym literackim osiągnięciem od czasu drugiej wojny światowej". Bernhard urodził się w Heerlen (Holandia) jako nieślubne dziecko Herty Fabjan (1904-1950) i Aloisa Zuckerstaettera (1905-1940). Jego dziadkiem był pisarz Johannes Freumbichler. Większość dzieciństwa spędził w Wiedniu i w Seekirchen (Salzburg). Następnie, po ślubie matki w 1936, zamieszkał w Traunstein (Bawaria). Bernhard uczęszczał do szkoły podstawowej w Seekirchen, a później do narodowo-socjalistycznej (od 1945 katolickiej) szkoły z internatem, Johanneum. Zakończył edukację w 1947, chcąc zostać kupcem. Z powodu nieuleczalnej choroby płuc lata 1949-1951 spędził w sanatorium Grafenhof, które opuścił podobno na własne życzenie. W latach 1955-1957 studiował aktorstwo w Mozarteum w Salzburgu. Resztę życia poświęcił pisaniu, początkowo podejmując się również dorywczych prac, wśród których było nawet rozwożenie piwa. Swobodną pracę twórczą zapewnił mu mecenat zamożnej Hedvig Stavianicek, którą poznał w sanatorium w Grafenhof. Zmarł w swym domu w Ohlsdorfie, dokąd przeprowadził się w roku 1965. Jego ostatnią wolą było zaprzestanie wystawiania jego sztuk na terenie Austrii. Zabronił także wydawać dotąd nieopublikowane dzieła. O jego śmierci poinformowano dopiero po pogrzebie. Pisarz został pochowany w wiedeńskim Grinzingu, obok swojej mecenaski, Hedvig Stavianicek i jej męża. Thomas Bernhard, często krytykowany w Austrii jako Nestbeschmutzer (dosł. kalający własne gniazdo),a równocześnie wysoko ceniony za granicą, przez wielu jest uważany za geniusza. Na jego twórczość w głównej mierze wpływało przejmujące poczucie samotności, a także nieuleczalna choroba, która spowodowała jego śmierć w kulminacyjnym momencie życia. Jedną z charakterystycznych cech stylu Bernharda jest monolog bohatera wyjaśniający – zwykle biernemu słuchaczowi – jego pogląd na świat, co jest zazwyczaj umotywowane jakąś określoną sytuacją. Pięć z utworów: Przyczyna, Suterena, Oddech, Chłód i Dziecko jest uznawanych za prozę autobiograficzną. Główni bohaterowie dzieł Bernharda, często uczniowie, czy też jak nazywał ich sam autor – Geistesmenschen – w swych tyradach przeciwko głupiej ludzkości potępiają wszystko, co ważne dla Austriaków: państwo (często określane jako Katolicko-Narodowo-Socjalistyczne),powszechnie uznane instytucje (jak np. wiedeński Burgtheater) i uwielbianych artystów. Jednakże pogląd na twórczość Bernharda nie powinien zawężać się tylko do wymienionych wyżej kwestii, gdyż jego dzieła niemal zawsze traktują o izolacji i postępującym samozniszczeniu ludzi dążących do doskonałości. Jest ona niemożliwa do osiągnięcia, ponieważ oznacza stagnację, a co za tym idzie – śmierć. Es ist alles lächerlich, wenn man an den Tod denkt (Wszystko, w porównaniu ze śmiercią, jest farsą) – te słowa wypowiedział Bernhard, kiedy odbierał austriacką nagrodę narodową w 1968 r., co stało się przyczyną jednego z wielu skandali spowodowanych przez pisarza (de facto pośrednio przyczyniły się one do jego sławy). Na przykład powieść Holzfällen (Wycinka),wydana w roku 1984, przez lata nie mogła doczekać się publikacji z powodu oskarżenia o zniesławienie wystosowanego przez jednego z byłych przyjaciół pisarza. Wiele jego sztuk, a przede wszystkim Plac Bohaterów (1988),spotkało się z ostrą krytyką ze strony konserwatystów, którzy twierdzili, że Bernhard oczernia w nich Austrię. Zarówno Plac Bohaterów, jak i wiele innych dramatów zostało wystawionych przez kontrowersyjnego reżysera Burgtheater, Clausa Peymanna, który również nie uniknął krytyki (m.in. za wystawianie sztuk współczesnych i eksperymentatorskich, zamiast uznanej klasyki). Bernhard spowodował zamieszanie nawet w momencie swojej śmierci, poprzez zakazanie w testamencie publikacji i wystawiania swoich dzieł w obrębie granic Austrii do 2059. Jednakże wykonawcy jego ostatniej woli nie przestrzegają tego zakazu i uchylają go od czasu do czasu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie Fernando Pessoa
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie
Fernando Pessoa
Pierwsze i prawdopodobnie ostatnie moje podejście do Pessoa. Książka jest stosunkowo długa i ciężka do przeczytania, mi bardzo się dłużyła i język autora zupełnie mi nie podszedł ani nie pomógł w przebrnięciu. Niesamowicie zaciekawiło mnie podejście autora do tworzenia nowych heteronimów w swoim życiu, a nawet tłumaczenia jak różnią się między sobą i czasem jak nawet różnią się od niego samego/jego własnych poglądów. Do tego znalazłem parę ciekawych ideii i cytatów, niestety zbyt mało aby usprawiedliwić długość książki. Co ciekawe czytałem ją przypadkiem w podobnym czasie gdy zacząłem czytać dzieła Seneki i ta, powiedzmy antyczna samoanaliza gra z moją duszą dużo dużo bardziej, nawet jeśli autorzy dochodzą do podobnych wniosków. Myślę, że takie podejście do samego siebie i świata jest bardzo potrzebne dzisiaj, gdzie każdy co raz bardziej jest 100% przekonany tylko do swoich poglądów bez otwierania się na innych, a tak na prawdę po długiej i bolesnej "samoanalizie" może się okazać, że nic z naszych poglądów nie jest nasze, a jedynie zaszczepione w nas przez różne doświadczenia czy relacje. Czytając ją myślałem własnie, że opinie będą bardzo podzielone, albo 10 albo 1, ja starałem się być jak najbardziej obiektywnym nawet jeśli lektura mnnie trochę wymęczyła w złym sensie tego słowa znaczeniu, to jednak ze względu na powyższe argumenty myślę, że warta przeczytania, nawet fragmentami. Końcowo powiem, że wg. mnie książka nie jest aż tak pesymistyczna jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, w wielu momentach, sczególnie opisach natury widać ukochanie życia takiego jakim jest, na swój może lekko "czarny" sposób, ale jednak odczytywałem te fragmenty jako coś pozytywnego! :)
KubeK - awatar KubeK
ocenił na73 miesiące temu
Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka W.G. Sebald
Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka
W.G. Sebald
To czwarta książka W.G. Sebalda, którą przeczytałam. O tym pisarzu, zmarłym tragicznie i przedwcześnie, dowiedziałam się z eseju Dariusza Czai z "Lekcji ciemności". "Austerlitz" poznałam w sierpniu 2025 roku, wprawił mnie w zachwyt i ten stan utrzymał się przy kolejnych: "Czuję. Zawrót głowy", "Wyjechali", i teraz "Pierścieni Saturna". "Tropiąc" Sebalda, przeczytałam "Trzy pierścienie" Daniela Mendelsohna i biografię niemieckiego pisarza autorstwa Carole Angier pt. "Ciszo przemów. Szukając W.G. Sebalda". Wygląda na to, że znam teraz jego najważniejsze dzieła. Może uda mi się dotrzeć do esejów, które ukazały się u nas w 2019 roku. W "angielskiej pielgrzymce" (podtytuł "Pierścieni Saturna") Sebald wędruje po terenach wschodniej Anglii. Kiedy się zatrzymuje i przygląda krajobrazowi, od razu następuje dygresja, która kieruje czytelnika do lat dawno minionych, do historii związanych z tym zakątkiem. Są to bardzo obszerne dygresje i trzeba się pilnować, by po nich wrócić do bieżącej narracji. Pisarz bowiem, opowiadając np. o Alecu Garrardzie budującym model Świątyni Jerozolimskiej, o Chateaubriandzie i jego pamiętnikach czy odwiedzinach u swego przyjaciela Michaela Hamburgera, to im oddaje głos, by potem znów płynnie przejść do swoich refleksji i przemyśleń. Dygresje dotyczą bardzo wielu spraw, oprócz już przykładowo wspomnianych. Dowiemy się o hodowli jedwabnika, o losach Józefa Korzeniowskiego, zanim stał się Josephem Conradem, i jego rodzinie. Pojawią się i mniej znani czy bezimienni mieszkańcy "pielgrzymkowych" miejsc. Wędrówka skłania Sebalda do własnych wspomnień, opisuje też czasem ze szczegółami swoje sny. Całość jest, jak to u niego, naznaczona melancholią i smutkiem. A jednak, o czym pisze w świetnym posłowiu Maciej Płaza, "czytamy jak zahipnotyzowani, bez sprzeciwu znosząc depresyjną aurę tej książki". Tak ma ten, "kto dał się zauroczyć prozie Sebalda" zaznacza dalej autor "Golema". W książce są, co też jest charakterystyczne dla twórcy "Austerlitza", czarno-białe zdjęcia. Oglądamy na nich m.in. widoki miejsc w hrabstwie Suffolk, gąsienice jedwabnika, zdjęcia opisywanych postaci. Jest i sam autor stojący pod wiekowym libańskim cedrem w Ditchingham. W nocie od wydawcy znalazło się takie zdanie: "Pisarstwo W.G. Sebalda to bodaj najbardziej niezwykła rzecz, jaka przytrafiła się literaturze europejskiej drugiej połowy XX wieku". Bardzo się cieszę, że mogę doświadczyć zachwytu nim w tłumaczeniu "mistrzyni literackiego przekładu", Małgorzaty Łukasiewicz. Maciej Płaza proponuje powtórną, uważną lekturę "Pierścieni Saturna", by wynotować sobie aluzje i wzmianki, sam podaje kilka, świadczące wg jego interpretacji, że "Sebald jest duchem". Myślę, że to zrobię, bo mam książkę, i chętnie będę do niej wracać.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na1022 dni temu
Kalkwerk Thomas Bernhard
Kalkwerk
Thomas Bernhard
„Słowa stworzono po to, aby poniżyć myślenie, słowa są po to, by skasować myślenie, z czym uporają się one kiedyś w stu procentach." To nieprawda. To jedynie niemożność. Mój mąż nie był szaleńcem. Ja nie byłam ofiarą. To jedynie zależność wędrująca od wzniosłości do krańcowej śmieszności. On skrzywdzony przez rodziców. Ja skrzywdzona przez los. Niecierpliwość serca i Duma Łagodnej. On podążający za Studium o słuchu. Ja obserwująca upiorny mózg. Obecni dla siebie po to jedynie, aby w jednej chwili nie stracić rozumu. To udręka. Tak, nawet największa staje się przyzwyczajeniem. Ludzie? Nie. Ta zależność nie mogła mieć świadków. Uwaga. Przedstawienie skończone. Ludzie wskutek zależności, tak czy inaczej się rozstają. Ps. Kalkwerk to kakofonia, w której słyszymy zmaganie człowieka z siłą niedającą sformułować prawie usłyszanych myśli, niekończących się pokładów jeszcze niewidocznych słów. To nerwowy półsen, w którym czekamy na jakąś absolutną prawdę. Prawdę, na szukanie której człowiek poświęca całe życie, ale nie ma odwagi jej przyjąć. A przeszkody nie istnieją. Przeszkody są wygodnym ubezpieczeniem tchórzostwa człowieka. Bardzo trudna książka. Szalona. Można czytać wyłącznie po kilka stron. Jeżeli ktoś chce usłyszeć, jak brzmi ta książka nalegam wręcz na jednokrotne odsłuchanie w całości tego oto utworu: https://youtu.be/OidFaXxTP6U?si=Cmzk-AksKhXq52S9 (Béla Bartók: The Miraculous Mandarin). Powtarzam, jej mąż nie był szaleńcem, eksperymentował jedynie na osobie wielogodzinne odtwarzanie tego utworu.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na105 miesięcy temu
Autobiografie Thomas Bernhard
Autobiografie
Thomas Bernhard
Życie w tym mieście, Salzburgu (ale i w całej Austrii),przyprawia o myśli samobójcze. I faktyczne samobójstwa. Ale to raczej nie kwestia pogody i nieustannego podrażnienia mieszkańców, tylko ludzi: geszefciarzy, typów odrażających, podłych, nikczemnych, bezmyślnych i tępych. Katalog obelg Bernharda to najprzyjemniejsza część książki. Na tym przyjemności się kończą. Autobiografie Bernharda można sprowadzić do kilku gładko określających je słów: faszyzm, mundur, narodowy socjalizm, zniszczenie, brzydota, rozkład, zgnilizna, obłuda, fałsz, sadyzm, samobójstwo… Słowa te są użyteczne, Autobiografie o tym, w dużym uproszczeniu, opowiadają, ale przestają mieć kluczowe znaczenie, kiedy czytelnik w pełni zanurza się w prozę Austriaka. Zrównują się z formą, treść stapia się z frazą i trzeba zadać sobie nie jedno, ale dwa pytania: o czym czytam? I dlaczego właściwie to czytam? Autobiografie są mokrym snem edytora. Długie, ciągnące się w nieskończoność, przez całą książkę, kolumny tekstu, pozbawione wstawek dialogowych i akapitów, które uczyniłyby prozę Bernharda dziwną. Rozwijające się na pół strony, stronę, zdania; powracające co chwilę słowa, frazy, które jednocześnie są powtórzeniem tego, co wcześniej, ale zawsze z dorzuceniem nowego elementu, kolejnej cegiełki. Pamiętacie Stożek, budowany przez Roithamera w Korekcie? Bernhard formalnie nawiązuje do budowania także w sensie szerokim: jego książki, jak dzika architektura, powtarzają poprzednie twory, minione zdania i rozrastają się przez dokładanie kolejnych elementów, w zadziwiający sposób do siebie pasujących. Co więcej, całe Autobiografie wizualnie wyglądają niemal identycznie. Równiutkie kolumny, jak nazistowskie marsze, defilują z pochodniami, noga za nogą idąc przez całą książkę. Nazizm jest u Bernharda symbolem uniformizacji i umysłowej tępoty. Czyste, nieskazitelne mundury, pod którymi kipią obłuda, fałsz, sadyzm, zniszczenie, brzydota, rozkład, zgnilizna… Te gładkie określenia tkwią pod spodem, dzieląc świat Bernharda na ładne zewnętrze i potworne wnętrze. Jak Salzburg, początkowo przyjemny, stopniowo odsłaniający trupią twarz. Trupią twarzą, odpowiednio przypudrowaną i spętaną maską konwencji, charakteryzują się zresztą wszystkie, według Bernharda, systemy i struktury społeczne. Tępe i fałszywe jest zatem państwo, są ideologie, religie, urzędy, szkoły, internaty; wszelkiej maści twory, mające porządkować, strukturyzować, naprawiać i dostosowywać nowych ludzi do własnych wymagań. Państwo też podlega tej smutnej retoryce, co w żaden sposób nie dziwi. Skundlone, upadające, okłamujące i wypychające niedostosowanych poza margines. Anarchistyczne przesłanie Austriaka nie miałoby w sobie żadnej mocy, gdyby było suchą relacją historyczną. Ale wchodząc w umysłowość dojrzewającego człowieka mamy poczucie nie biernego przypatrywania się i komentowania na bieżąco, tylko żywego uczestnictwa; ostatecznie na własnej skórze zaczynamy odczuwać, że wolność nam wmówiono, a tak naprawdę posiadamy taki zakres swobody, na jaką pozwalają wymyślone i narzucone przez innych struktury. Wojsko, szkoła, kościół: w żadnej z tych instytucji normalnie żyć się nie da, bo każda próbuje nas przykrawać, wtłoczyć w wymyślone przez siebie ramy. Więcej: obóz koncentracyjny i obóz śmierci są naturalnymi i nieuniknionymi konsekwencjami kategoryzowania, standaryzowania, uniformizacji i stawiania ludzi pod pręgierzem narzuconych wymagań. Po co komu, na przykład, imię i nazwisko, skoro można uczynić go numerem, pozbawiając jednocześnie cząstki tożsamości? Zatem Bernhard w żaden sposób nie próbuje ułatwiać czytelnikowi wnikania w swój świat, rzuca go na pastwę swoich okrutnych zdań i pozostawia, mówiąc: radź sobie. Podobnie jak bohater, jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę wyglancowanych oficerek i w jakiś sposób (jeśli oczywiście mamy w sobie na tyle chęci i samozaparcia) musimy odnaleźć się w tym świecie. Świecie-więzieniu, bo do tego sprowadza się proza Bernharda. W więzieniu tym żyjemy od narodzin aż do śmierci, bez wolności, bo jej nie ma, stale pozwalając innym rozkładać nasze ciało, umysł i będąc narażonym na powolne konanie. Porażająca książka, osadzona w bezdusznym, okrutnym i umierającym świecie. Nie ma Joyce’owskiego lotu w przestworza; jest tylko bruk Salzburga, a pod tym brukiem piekło instytucji.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na81 rok temu
Człowiek bez właściwości. Tom 1 Robert Musil
Człowiek bez właściwości. Tom 1
Robert Musil
Bardzo spodobał mi się styl Musila, jako że uwielbiam esejowo-filozoficzną formę, a jak jeszcze połączona jest z bohaterami, ich przeżyciami i rozmyślaniami to nie mogę o nic więcej prosić. Czasami przytłaczające i przynudzające, jednak w większości tak pięknie literacko napisane, że przymrużałam na to oko, dałam się pochłonąć i się nie zawiodłam. Dostajemy świat pełen ciekawych osobowości i ich idei, tych którzy dopiero je znajdują, którzy je tracą i którzy żyją już w ich cieniu, od wielkiej akcji patriotycznej i wielkich ambicji po osobiste przyjaźnie, miłości i rodzinne troski. Czułam, że każdy bohater naprawdę żyję, czyli przede wszystkim myśli i przeżywa swoją rzeczywistość, przy tym autorefleksje i filozoficzne rozmyślania autora wdzierają się przy każdej osobie, jako autonomiczne akapity, ale i wrośnięte w myśli bohaterów. A obok tych wszystkich wyrazistych osobistości stoi Urlich, człowiek bez właściwości, który zdaje się stać nieruchomo w obliczu napierających na niego idei, jakby zmęczony już szukaniem swoich własnych i znajduję się w punkcie, w którym dla innych zdaje się nie żyć i nie być człowiekiem, bo do niczego nie dąży i nie działa, i tak pogrąża się w przeróżnych refleksjach i przemyśleniach, a my możemy śledzić je razem z jego losem i ludźmi, których spotyka. Ciężko zrecenzować mi każdy aspekt tej książki, o każdym bohaterze można by dużo powiedzieć, tak samo o rzeczywistości w której żyją, jak i o bogatym stylu literackim, ale dlatego jeszcze bardziej polecam zagłębić się w tą powieść.
vernilla - awatar vernilla
oceniła na97 miesięcy temu
2666 Roberto Bolaño
2666
Roberto Bolaño
Roberto Bolaño napisał arcydzieło, ale zarazem powieść absolutnie niedoskonałą, co nie powinno nas dziwić, bo z doskonałą precyzją można napisać dziełko stustronicowe, ale kiedy mierzymy się jak święty Jerzy ze smokiem, kiedy za cel bierzemy sobie powieść totalną, kiedy chcemy poznać tajemnicę zła, to zawsze wyjdzie nam z tego powieść niedoskonała, tak jak niedoskonały musi być każdy system filozoficzny. "2666" składa się z pięciu rozdziałów, i jak dobrze wiemy, jest to właściwie pięć osobnych powieści, ale powieści, które się zazębiają. Rozpoczyna się od części o krytykach literackich, specjalistach od niemieckiego pisarza piszącego pod nieco absurdalnym pseudonimem Benno von Archimboldi. Jest to metaliteracka powieść o literaturze, z której narrator w pewnym momencie wyrywa nas iście tarantinowskim aktem przemocy, ale ów akt przemocy to wyłącznie wstęp do tego, co będzie tematem kolejnych części. Podobnie jak w kolejnych częściach odwiedzamy razem z krytykami fikcyjne miasto Santa Teresa, które jest lustrzanym odbiciem rzeczywistego Ciudad Juarez Następnie mamy równie metaliteracką powieść o popadającym w szaleństwo profesorze filozofii, który opuszcza Barcelonę i przenosi się do fikcyjnego miasta Santa Teresa. Profesor żyje w napięciu w lęku o swoją córkę, ponieważ w Santa Teresa giną młode dziewczyny. Powoli popada w szaleństwo, wiesza książkę na sznurze do prania, umieszcza nazwiska filozofów na geometrycznych figurach, słyszy głosy. W części Fate'a poznajemy z kolei czarnoskórego dziennikarza. Kiedy ginie korespondent sportowy gazety, dla której pisze Fate, redakcja proponuje Fate'owi, który nie zna się na sporcie, wyprawę do Santa Teresa, gdzie odbędzie się walka bokserska, którą dziennikarz ma opisać. Fate'a od samej walki bardziej interesuje sprawa zaginionych kobiet i dziewczyn, co jednak nie spotyka się z aprobatą redakcji. Dalszego rozwoju akcji nie mogę zdradzić, ale będzie się ona łączyć z treścią poprzedniej części. Najcięższą lekturą jest jednak nieco zbyt długa część o zbrodni. Bałem się tej części, bo obawiałem się, że narrator niepotrzebnie będzie epatować przemocą, ale moje obawy się nie sprawdziły. Narracja jest chłodna, pozbawiona niepotrzebnych ozdobników. Właściwie to bez przerwy jesteśmy konfrontowani z opisami obdukcji ciał zamordowanych dziewczynek i kobiet. Wyjątkiem jest przemoc zadana młodocianym przestępcom w więzieniu, w akcie zemsty za zabójstwo młodej kobiety z mafijnej rodziny, oraz gangsterskich porachunków. Niemniej jest to lektura niezwykle ciężka. Pełna jest jednak przerw, dygresji, polifonicznej narracji, z której dowiadujemy się nie tylko o samej zbrodni, ale o kulturze gwałtu, o przyzwoleniu na gwałt i na zło, o atmosferze, w której zło może opanowywać całe miasto, cały region, a nawet cały kraj. Najsłabszą częścią jest ta ostatnia, która łączy wszystkie pozostałe, czyli część o niemieckim pisarzu o pseudonimie Benno von Archimboldi. Brakuje jej wiarygodności jak i koherentności. Mnie, jako czytelnikowi z Niemiec, początek w Niemczech wydawał się niewiarygodny. Nie rozumiem, dlaczego autor wymyślił dziwaczne nazwy miejscowości. Nie rozumiem, po co wprowadził różne elementy magiczne, które nie korespondują z realizmem poprzednich części. Pojawiają się również błędy merytoryczne, jak na przykład kiedy Grete twierdzi, że jej siostra była nazistką, bo wstąpiła do Hitlerjugend. Hitlerjugend była obowiązkowa dla niemieckiej młodzieży, więc każdy młody człowiek chcąc nie chcąc był w Hitlerjugend. Podobnie jest z pogrzebem wydawcy Bubisa, którego prochy wrzucono do Alster. To jest w Niemczech zwyczajnie niemożliwe, bo dopuszczone są tylko pochówki na cmentarzu, a już na pewno nie byłoby to możliwe na oficjalnym pogrzebie z zaproszonymi gośćmi. Wydaje mi się jednak, że główną przyczyną tych słabości jest przedwczesna śmierć autora, który najwyraźniej nie zdążył zredagować swojego dzieła i skonfrontować go z opiniami osób, które lepiej się na niemieckiej historii i rzeczywistości znają. Niestety mamy do czynienia z monstrualnych rozmiarów korpusem powieści, a nie z gotową i autoryzowaną całością, co nie umniejsza w żaden sposób jej znaczenia. "2666" jest genialne. Bolaño zaprowadził nas do komór gazowych współczesności, na granicy pierwszego i trzeciego świata. Jest to precyzyjny obraz regionu przygranicznego, który rozpada się w szwach z powodu gospodarki narkotykowej i neoliberalnego kapitalizmu trzeciego świata, w którym przemoc jest tak samo strukturalnie i społecznie zakotwiczona, jak brak oporu wobec tych warunków. Santa Teresa jest metaforą szaleństwa zglobalizowanego świata, ale także rzeczywistością. Co przede wszystkim należy docenić, to zdolność autora do łączenia różnych światów, co udaje mu się bez widocznego wysiłku. Trzeba też dodać, że całość jest świetnie napisana. Chociaż żadna zagadka ani historia w tej powieści nigdy nie zostaje całkowicie rozwiązana, a linie fabularne są wielokrotnie przerywane, czytelnik nigdy nie jest urażony ani zmęczony, chociaż podróż, w którą Bolaño czytelnika zabrał, jest podróżą przez piekło. Nie bardzo wiem, do czego mogę "2666" porównać. Na myśl przychodzi mi jedynie "Wyznaję" katalońskiego autora Cabré, której autor postanowił w powieści totalnej zmierzyć się z istotą zła, ale Cabré popadł w kicz, napisał powieść częściowo genialną, ale częściowo wpisującą się w literaturę puplpową o Holokauście. Bolaño potrafił natomiast wyjść z tej pułapki bez szwanku. Zmierzył się ze smokiem i wygrał. 9/10 bo chociaż jest to arcydzieło, to jest to niestety arcydzieło bez ostatniego szlifu.
tzaw - awatar tzaw
ocenił na98 miesięcy temu
Odkrycie nieba Harry Mulisch
Odkrycie nieba
Harry Mulisch
Powieść holenderskiego pisarza o niesamowitym pochodzeniu, częściowo odwzorowanym w książce w postaci jednego z bohaterów. I dzieło okazało się godne swojego autora. „Odkrycie nieba” zabiera czytelnika w niesamowitą podróż po historii Holandii XX wieku, Europy Zachodniej po 1945 roku, Holokauście, teologii chrześcijańskiej i żydowskiej, astronomii, muzyce, rewolucji kubańskiej, mitach około-biblijnych i ludzkiej psychice. Do tego jeszcze nie wymaga od czytającego żadnych szczególnych wiadomości ani wiedzy z wymienionych dziedzin. Wszystko jest przekazywane w kolejnych wydarzeniach, opisach i rozmowach. Autor mimo tego nie zastosował strumienia świadomości, nie popisywał się też własną erudycją. Intermezza rozgrywające się w innej, wyobrażonej rzeczywistości stanowią przeciwwagę do realistycznego obrazu świata bez Boga, w jakim żyją bohaterowie. Precyzyjna konstrukcja powoduje, że każdy element jest ważny – zdarzenia, data, zdanie, informacja o kolejnej postaci. Nic się nie dzieje bez przyczyny i wszystko rozwija się logicznie, aczkolwiek zaskakująco. Dwaj główni bohaterowie, będący swoimi przeciwieństwami, w gruncie rzeczy składają się w jedną całość. Zalety jednego są brakami drugiego i na odwrót. Przypadek, a może nie, zetknął ich ze sobą i powiązał na zawsze, co widać w miarę rozwoju fabuły. Los / Bóg dał, los - Bóg wziął. Obie wersje wydarzeń są równie fatalistyczne. Połączenie wielu, pozornie nie związanych ze sobą tematów i warstw pozwoliło autorowi wypowiedzieć się w pełni co do historii i kultury Europy Zachodniej z XX wieku. Od pierwszej wojny, poprzez drugą i Holokaust, rozliczenia zbrodniarzy, dekolonizację, czas kontrkultury i spontanicznych ruchów lewicowych, ich odchodzenie od ideałów, triumf wolnego rynku z konsekwencjami. W aspekcie osobistym losy tradycyjnej rodziny jak i jej antytezy, stosunku do choroby, w tym nieuleczalnej i śmierci. A to wszystko w podwójnym anturażu – astronomicznym i biblijno-historycznym. Na szczęście autor nie zapomniał o Europie Środkowo-Wschodniej. Nasz kraj reprezentują Bielsko-Biała, Katowice, Kraków i leżący w środku trójkąta obóz Auschwitz. Podobnie jak Kuba pokazane bez uproszczeń i ze znajomością historii oraz jej uwarunkowań. Wspaniała i inspirująca lektura.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na101 rok temu
Śmierć w Wenecji. Nowele Thomas Mann
Śmierć w Wenecji. Nowele
Thomas Mann
Długo szukałam tego opowiadania Thomasa Manna. Przyciągał mnie tytuł, a jednak spotkało mnie lekkie rozczarowanie, bo jakoś tym razem nie umiałam zachwycić się prozą tego wspaniałego pisarza. Jego „Czarodziejska góra” czy „Buddenbrokowie” są dla mnie niezapomniane. Może zaskoczenie tematem spowodowało, że jakoś mnie to nie porwało. Moralnie nic mnie nie uwierało, chociaż fascynacja starszego pana na punkcie młodego chłopca przechodząca w obsesję mogłaby wydawać się niesmaczna. Ale od czego w końcu jest literatura? W teorii może opisać i przeanalizować wszystko to, co zakazane lub moralnie niepoprawne w rzeczywistości. Napisane na początku XX wieku musiało być nowatorskie i odważne. Stary Gustaw jak stara wenecka kurtyzana tęskni za młodością i świeżością, ale jego czas już minął. Obawia się choroby i śmierci, ucieka przed nią, jak ćma leci do ognia, tak on lgnie do młodości, ale w tej pogoni z góry skazany jest na porażkę. Stary i samotny przegrywa nierówną walkę. W ogólnym wydźwięku smutna i fatalistyczna, pełna tęsknoty za pięknem i niewinnością. Homoseksualny aspekt nie jest tu tematem przewodnim, ale sposobem na pokazanie tej nostalgicznej tęsknoty. Zawiera w sobie sporo symbolik, ale przesłuchanie audiobooka nie pomogło w uważnym rozpoznaniu tych znaczeń. Jak dla mnie pokazuje tylko jedną z twarzy Wenecji – fascynującą, ale zarazem niepokojącą, wręcz nieprzyjazną i groźną. Chyba wrócę do tego opowiadania jeszcze raz za jakiś czas.
Gosia - awatar Gosia
oceniła na69 dni temu

Cytaty z książki Dawni mistrzowie: Komedia

Więcej
Thomas Bernhard Dawni mistrzowie: Komedia Zobacz więcej
Thomas Bernhard Dawni mistrzowie: Komedia Zobacz więcej
Thomas Bernhard Dawni mistrzowie: Komedia Zobacz więcej
Więcej