ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 33 cytaty, ostatnio widziany 21 godzin temu
Teraz czytam
  • Cienie tożsamości
    Cienie tożsamości
    Autor:
    Brandon Sanderson powraca do świata "Z mgły zrodzonego" w pierwszej powieści od czasu "Stopu prawa". Elendel przeżywa rewolucję przemysłową – miasto spowijają dymy z kominów elektr...
    czytelników: 2780 | opinie: 74 | ocena: 7,75 (1107 głosów) | inne wydania: 2
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 10059 | opinie: 369 | ocena: 7,79 (2806 głosów) | inne wydania: 3
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3160 | opinie: 166 | ocena: 6,95 (1695 głosów)
  • S.N.U.F.F.
    S.N.U.F.F.
    Autor:
    Pielewin opowiada historię, która się wydarzyła i wydarzy, a robi to w sposób fascynujący, wciągający i porywający – w takiej właśnie kolejności: fascynuje, wciąga i porywa. S.N.U.F.F. to powieść bad...
    czytelników: 204 | opinie: 5 | ocena: 7,75 (8 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-23 09:36:32
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-10-22 11:07:50
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-22 11:07:41
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-10-20 18:37:37
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 5)
 
2018-10-20 18:34:54
Autor:

Ze światem Warcrafta związany jestem obecnie już tylko sentymentalnie i literacko. Znaczy – jako czytelnik. Czasy grania czy to w samego Warcrafta czy też World of Warcraft na razie minęły, chociaż kto wie, czy nie wrócę do nich kiedyś. Kiedy będzie o wiele więcej czasu. Na razie więc korzystam z tej drugiej przyjemności, jakim jest czytanie i pochłaniam tyle Azeroth ile się tylko da. Do tej... Ze światem Warcrafta związany jestem obecnie już tylko sentymentalnie i literacko. Znaczy – jako czytelnik. Czasy grania czy to w samego Warcrafta czy też World of Warcraft na razie minęły, chociaż kto wie, czy nie wrócę do nich kiedyś. Kiedy będzie o wiele więcej czasu. Na razie więc korzystam z tej drugiej przyjemności, jakim jest czytanie i pochłaniam tyle Azeroth ile się tylko da. Do tej pory jednak sięgałem jedynie po pozycje przedstawiające wydarzenia znane z fabuły gier, co miało oczywiście swoje plusy i minusy. Pewną nowością jest dla mnie cykl „World of Warcraft: Traveler”, którego pierwszy tom – „Wędrowiec” – został wydany w Polsce nakładem Wydawnictwa Insignis. Przygoda niekoniecznie związana z grami i niekoniecznie przeznaczona jedynie dla dorosłych. Muszę przyznać, że przygoda ta jest całkiem niezła.

Młody Aram Thorne nie był entuzjastycznie nastawiony na wspólną podróż statkiem wraz ze swoim ojcem, a kapitanem rzeczonego statku. Jest to nawet dość delikatne określenie tego, jakie uczucia w nim się kłębiły, kiedy tata pojawił się w rodzinny domu i na rok zabrał go na pokład Falośmigłego. Był to pierwszy, ale nie jedyny przypadek, w którym życie Arama zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Kolejnym był atak piratów na statek, który rozpoczął wędrówkę chłopca oraz drugim matem Falośmigłego. Wędrówkę po nieprzyjaznych ziemiach Kalimdoru, podczas której młody Thorne pozna wiele różnych stworzeń zamieszkujących nie tylko te ziemie, ale również całe Azeroth.

W wielu książkach można się doszukiwać głębszego przesłania, choć często jest to uznawane za szukanie na siłę. Interpretacje bywają naprawdę dowolne i luźne, więc nawet dwoje ludzi może nie mieć tej samej opinii. W przypadku „World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec” jednak są widoczne już na pierwszy rzut oka próby edukowania młodszych czytelników w zakresie tego, że powinno się z szacunkiem traktować obcych, jednocześnie uważając na to, co mówią i robią, aby nie wpaść w kłopoty. Pokazywana jest wartość rodziny oraz przyjaźni. Praktycznie większość decyzji, które podejmuje Aram, wyjaśniane są przez autora w sposób zrozumiały i dość jednoznaczny – wskazując motywy, którymi kierował się młody bohater, a te należą do tych uznawanych ogólnie za szlachetne i dobre.

„– Nie ratujemy życia członków załogi, bo dowiedli swojej wartości. Ratujemy ich, by dowieść swojej”.

W całej powieści widać, że jest skierowana głównie do młodszych czytelników, jednak nie jest jednocześnie pisana językiem, który mógłby osobom dorosłym jednoznacznie kojarzyć się jedynie z książkami dla dzieci. Wręcz przeciwnie – osobie dorosłej jedyne co może przeszkadzać, to pewnie niedociągnięcia logiczne, na które dzieci i młodzież często nie zwracają uwagi, a które ułatwiają znacznie wyjaśnienie pewnych zawiłości fabularnych. Lektura należała do naprawdę przyjemnych, głównie dlatego, że była właśnie świetnie wyważona – równowaga pomiędzy zawartością przeznaczona dla dzieci, a narracją godną książek przygodowych (osadzoną jednak w Azeroth) to jest z pewnością jeden z większych plusów tej książki.

Sama historia nie jest może bardzo mocno porywająca, choć z pewnością dobrze przemyślana przez grega Weismana. Miejscami potrafi zanudzić, czasem również można się skrzywić na wspomniane dziury logiczne, jednak w ogólnym rozrachunku jest ona sensowna. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że ja nie jestem grupą docelową dla tego tytułu, tylko o wiele ode mnie młodszy czytelnik. Jeśli rozpatrywać treść książki oraz jej fabułę pod tym kątem – a właśnie tak się ją powinno rozpatrywać – to jest to naprawdę kawał fajnej lektury, który potrafi nie tylko nauczyć, ale również rozbawić i zapewnić dużo rozrywki. A w końcu o to w tym wszystkim chodzi, prawda?

Oczywiście wiadomo od razu, że będzie kontynuacja, o czym Greg Weisman informuje choćby na samym końcu książki. Jednak samo zakończenie również jawnie to pokazuje. Nie jest to może zachęcający do wyczekiwania na drugą część cliffhanger, ale przyznać trzeba, że autor wybrnął z problemu przejścia pomiędzy poszczególnymi tomami całkiem zgrabnie. Jestem umiarkowanie zaciekawiony tym, co będę mógł przeczytać w następnym tomie i mam nadzieję, że drugi element wspomnianego przejścia, czyli początek drugiej części, będzie równie udany. Historia ogólnie rzecz biorąc ma potencjał, jednak należy brać pod uwagę grupę docelową, dla której jest ona tworzona – będą osobą dorosłą trzeba się przygotować na pewne uproszczenia.

Bardzo fajna lektura, która może pokazać młodszym czytelnikom jak wspaniały potrafi być świat Azeroth oraz jak żyć swoim życiem, aby było ono szczęśliwe zarówno dla nich, jak i dla otaczających ich ludzi. Prosta historia pełna przeciwieństw losu i kłód rzucanych bohaterom pod nogi, w której ujrzymy zarówno dobre, jak i złe postacie. Zobaczymy w jaki sposób można walczyć ze stereotypami i jak one bardzo mogą różnić się od rzeczywistości. Może nie należy do najlepszych powieści, jednak z czystym sumieniem mogę ją polecić niemalże każdemu. Zarówno osobom dorosłym, jak i młodzieży – tej starszej i tej nieco młodszej. A od takich właśnie historii tylko jeden krok do poznania całej, wspaniałej fabuły znanej z Warcrafta oraz World of Warcraft!

pokaż więcej

 
2018-10-16 12:10:36
Dodał cytat z książki: World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec
Nie ratujemy życia członków załogi, bo dowiedli swojej wartości. Ratujemy ich, by dowieść swojej.
 
2018-10-12 23:50:43
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-10-12 19:00:55
Autor:

Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami... Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami czasu, nakłania mnie do sięgania po kolejne. W końcu zdarzały się już książki, które zawierały praktycznie same dobre opowiadania. Szkoda by było stracić okazję na znalezienie takiej perełki. Może i małże nie byłyby wbiebowzięte, ale zapewne książką by nie pogardziły.

Co łączy cmentarzysko, zamtuz, dzierlatki oraz korporację? Opowiadania. Raz mroczne, raz wesołe, idealne na chandrę oraz takie na wspaniały humor. W tym wszystkim pląsa mały anioł, Lichem zwany, który zamieszkuje pewien wspaniały dom i dba o niego jak o swój własny. Wszystko spod pióra Marty Kisiel, która udowadnia, że żonglowanie między światami, postaciami i klimatami nie jest wcale takie trudne. W każdym razie jest wykonalne. Długie, krótkie, rozbawiające do łez i skłaniające do refleksji (nie mylić z refluksem) – to wszystko można znaleźć na kartach niniejszej książki.

„Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek”.

Niemal każde opowiadanie jest z zupełnie innej bajki, a mimo to praktycznie wszystkie wydają się być równe. Równo napisane, z utrzymaną taką samą jakością; ciężko znaleźć takie, które wyróżniałoby się w jedną czy drugą stronę. Marta Kisiel zdecydowanie potrafi przede wszystkim wyczuć środek ciężkości danego opowiadania. W zbiorze można znaleźć zarówno takie, które zajmują raptem kilka stron, jak również te, które czyta się przez kilkanaście kartek. Bez względu na to, jak długie jest dane opowiadanie, ma dobrze osadzony środek ciężkości – jest skrojone wręcz na miarę. Nie kończy się nagle i niespodziewanie, nie zaczyna w pewnym momencie gnać na złamanie karku. Opowiadaniom w „Pierwszym słowie” brak jest więc jednego z najbardziej irytujących problemów opowiadań, którego niestety nie jest tak łatwo uniknąć.

Kiedy czytałem pierwszy raz książkę napisaną przez Martę Kisiel, zachwyciło mnie bogactwo słownictwa, którym może się poszczycić autorka. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie próbowała się ani wtedy, ani w „Pierwszym słowie” chwalić znajomością „trudnego” słownictwa. Nie próbowała (i nie próbuje) wyjść na niesamowicie elokwentną. Używa po prostu mnóstwa różnych wariacji popularnych słów oraz zdecydowanie widać, że słownik wyrazów bliskoznacznych to jeden z jej najbliższych przyjaciół – nawet pisząc niniejszą opinię czuję się jakbym posługiwał się jedynie minimalną liczbą wymaganych do swobodnej komunikacji słów. A przecież autorka używa jedynie słów ogólnie znanych, nie sięga po żadne wymyślne czy niezwykle fikuśne.

„ – No i mamy pojedynek na głupotę, bezdenna przeciw bezbrzeżnej (...)”.

Autorka (lub – jak ją określają fani – ałtorka) miesza ton radosny z tym przybijającym, dzięki czemu otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. W jednym opowiadaniu przyciska nas depresja, a w drugim tryskamy radością i entuzjazmem wraz z bohaterami. Te nieco bardziej dołujące są jednak krótkie, treściwe i pozostawiające sporo do domysłów i własnej interpretacji – te bardziej wesołe mają o wiele dłuższą formę. Niby nie wpływa to w żaden sposób na same opowiadania (jak wspomniałem, są raczej równe), jednak zdecydowanie inaczej się je odbiera. W każdym razie ja każde z nich przeżywałem w zupełnie inny sposób. Krótkie, depresyjne formy nie pozwalały mi się wgryźć w detale, a jedynie ukazywały sam szkielet, wokół którego można samemu zbudować odpowiednie tkanki i uformować z nich docelowy kształt. Wydaje się to nieco przesadzonym opisem, jednak naprawdę można dokładnie takie wrażenie odnieść – jakby Marta Kisiel specjalnie zostawiła jedynie sam szkielet opowiadania, który pozostawia dużo miejsca na interpretację.

Bardzo udany zbiór opowiadań, które nie są może bardzo odkrywcze czy porywające, ale zapewniają sporo rozrywki (oraz przemyśleń). Na ogromny plus na pewno zasługuje fakt, że niemalże wszystkie z nich są równe – nie ma takich, które znacznie odbiegają jakością od reszty. Ciężko mi wskazać najgorsze lub najlepsze z nich. Co w połączeniu z dobrym całokształtem daje naprawdę niezły wynik. Osobiście jestem ukontentowany „Pierwszym słowem” i zaliczam je do tego nielicznego grona zbiorów opowiadań, które będę wspominał pozytywnie. A nawet polecał! Zwłaszcza, że znajdują się w nim opowiadania dotyczące Licha oraz Ody, znanych z innych, tym razem dłuższych, dzieł Marty Kisiel.

pokaż więcej

 
2018-10-03 21:37:15
Cykl: Czarne Światła (tom 2)

Pierwszą część cyklu „Czarne światła” skończyłem czytać stosunkowo niedawno – w czerwcu 2018 roku. Książka okazał się być bardzo odświeżającą pozycją w porównaniu do powieści, które czytam na co dzień. Nie była doskonała, jednak pokazywała naprawdę duży potencjał, zwłaszcza na rozbudowę świata. Niewiele się więc zastanawiałem kiedy otrzymałem propozycję przeczytania kolejnego tomu, czyli... Pierwszą część cyklu „Czarne światła” skończyłem czytać stosunkowo niedawno – w czerwcu 2018 roku. Książka okazał się być bardzo odświeżającą pozycją w porównaniu do powieści, które czytam na co dzień. Nie była doskonała, jednak pokazywała naprawdę duży potencjał, zwłaszcza na rozbudowę świata. Niewiele się więc zastanawiałem kiedy otrzymałem propozycję przeczytania kolejnego tomu, czyli „Spektrum”. W związku z tym potencjałem, o którym wspomniałem, od samego początku liczyłem na naprawdę wiele. Na rozwój tego, co zostało przedstawione w pierwszym tomie, na jeszcze lepszą historię oraz wyjaśnienie niektórych wątków z „Łez Mai”. Wydaje mi się, że moje oczekiwania zostały wyjątkowo spełnione.

Atak na Beyond Industries był dniem, który zmienił całkowicie życie całego New Horizon. Był on również dniem, który przewrócił świat Jareda Quinna do góry nogami. To przez wydarzenia z tego pamiętnego dnia stał się niemal cyborgiem, z mnóstwem cybernetycznych wspomagaczy, sztucznymi organami oraz wszczepami. Wydaje się, że kazdy doskonale wie, co wydarzyło się w B-Day. Jednak to Maya zna całą prawdę o tym, co zrobiła, jak mijały kolejne dni i w co zmieniła się reinforsynowa ekstaza, która opanowała większość zbuntowanych replikantów. Tylko ona pamięta i jest w stanie przekazać tę wiedzę innym. W tym również samemu Quinnowi.

Absolutnie nie czytajcie tej pozycji bez znajomości pierwszego tomu, czyli „Łez Mai”. Po prostu zabierzecie sobie nie tylko przyjemność z czytania poprzedniej części, ale i tej. „Spektrum” jest bowiem opisem wydarzeń znanych z wcześniejszej powieści, jednak tym razem z perspektywy Mai – replikantki, która przydzielona została jako partner Jareda Quinna, policjanta z New Horizon. A muszę przyznać, że ta druga perspektywa jest przedstawiona w iście pyszny sposób. Nie tylko bowiem możemy poznać samą wersję wydarzeń przedstawioną przez replikantkę, która traktowana była jako antagonista w „Łzach Mai”, ale również przyjrzeć się tej tajemniczej i niedostępnej części miasta, którą jest ukryte za Murem Dark Horizon.

„Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci, a ta ucztuje na mózgach duszonych w psychodelicznym sosie”.

Tutaj Martyna Raduchowska stworzyła niezbyt skomplikowaną, ale spójną logicznie przestrzeń. Dark Horizon daje się poznać jako wciąż bliżej nieokreślone na mapie miejsce, które jednak nieznacznie odkrywa swoje uroki. Poznajemy również nieco lepiej jego mieszkańców (o ile można ich tak nazwać), powody, dla których się tu znaleźli oraz samą infrastrukturę, którą odszczepieńcy zbudowali na ruinach tego, co pozostało po buncie oraz późniejszych nalotach. Autorka opisuje jak wygląda handel, zdobywanie pożywienia, komunikacja ze zwykłymi mieszkańcami New Horizon oraz przede wszystkim codzienność zarówno tych normalnych, jak i nieco oszalałych od reinforsyny wygnańców. Nie znajdziecie tutaj wielu fajerwerków, ale na pewno możecie liczyć na dopracowane i przemyślane motywy.

„Spektrum” nie pochłania od samego początku do końca i nie kradnie czasu. Nie zmusza do czytania i nie sprawia, że zapomina się o całym świecie. Jednak „Spektrum” gwarantuje nie tyle rozrywkę, co dobrze spędzony czas nad dobrze napisaną książką. Można powiedzieć, że jest to taki paradoks – nie jestem w stanie się zachwycać tą książką, jednak nie jestem również w stanie nazwać jej przeciętnym czytadłem. Jest jednocześnie zbyt dobra na to, oraz nie aż tak dobra, aby rozpatrywać ją w kontekście najlepszych ze swojego gatunku. Na pewno jest jeszcze lepsza niż „Łzy Mai”, które same w sobie były już bardzo przyjemną lekturą. Szersze ukazanie świata, skupienie się na odpowiednich wątkach, odpowiedzi na pytania czytelników oraz wyjaśnienie ledwo rozpoczętych wątków osadza „Spektrum” na o wiele wyższym poziomie.

Z najciekawszych rzeczy, które możemy spotkać w drugiej części „Czarnych świateł” jest skupienie się na tym, w jaki sposób replikanci funkcjonują, jak są zbudowani, na co są wrażliwi, a na co odporni. Kiedy używam słów „jak są zbudowani”, mam na myśli dosłownie wykorzystane materiały, gniazda w ich ciele, neurozłącza oraz całą resztę technologicznego żelastwa, które wchodzi w skład androida łudząco przypominającego człowieka, jednak będącego na o wiele wyższym poziomie. Również poruszone wątki dotyczące psychiki potencjalnych androidów oraz tego, w jaki sposób można zapanować nad ich wciąż rosnącą inteligencją stanowią są bardzo smacznymi kąskami. Opisy radzenia sobie w Dark Horizon w sposób naturalny rozszerzyły również wachlarz dostępnych czytelnikowi technologii oraz urządzeń, które wprowadzone zostały przez autorkę do stworzonego przez nią świata.

„Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę”.

Co ciekawe, „Spektrum” może się pochwalić całkiem zacnym cliffhangerem. Przyznam szczerze, że już dość dawno nie miałem aż takiej ochoty od razu sięgnąć po kolejny tom. Zakończenie jawnie pokazujące czego możemy się spodziewać w kolejnej części, jednak pozostawiające niezły mętlik w głowie – dlaczego akurat tak, skąd się to wzięło, jak się to wszystko ma do informacji, które pojawiły się w książce. W połączeniu z domysłami snutymi przez postacie biorące udział w ostatnich scenach, otrzymujemy mieszankę wybuchową, co do której nie wiemy jedynie w jaki sposób eksploduje. A bardzo chcemy tę eksplozję zobaczyć na własne oczy.

Świetna następczyni „Łez Mai”, która rzeczywiście jest zupełnie inna niż większość kontynuacji czy kolejnym tomów w cyklach. Mnóstwo technologii przedstawionej w prosty sposób, dla przeciętnego czytelnika, jednak ukazującej swój ogrom oraz pomysłowość autorki. Zupełnie inna perspektywa wydarzeń z pierwszego tomu pozwala na wyrobienie sobie opinii nie tylko na temat jednej ze stron „pojedynku” pomiędzy porucznikiem a jego partnerką, ale również na szersze spojrzenie na życie w stolicy po B-Day. Bardziej dojrzała, choć wciąż emocjonująca i nastawiona na dobrą rozrywkę książka. Zdecydowanie z niecierpliwością będę wyczekiwał kontynuacji.

pokaż więcej

 
2018-09-28 21:42:18
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-09-28 20:37:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 4)

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym... Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym z Mgły”, to jednak nie sięgnąłem po nie od razu. Trochę była to chęć czekania na czwarty tom przygód Waxa i Wayne’a, a trochę po prostu zakopanie się w innych książkach. Jednak wreszcie udało mi się sięgnąć po „Stop prawa” i w sumie trochę szkoda, że tak późno.

Waxillium Ladrian piastuje funkcję głowy rody Ladrian – niegdyś jednego z najbardziej wpływowych rodów Elendel, obecnie jednego z najbardziej pogardzanych i stojących niemalże na skraju bankructwa. Wax oczywiście nie zawsze był bywalcem na salonach. Jako Podwójny, posiadający dar Allomancji oraz Feruchemii starał się być prawem dla ludzi w Dziczy. Śmierć wuja, dotychczasowej głowy rodu, spowodowała jednak, że musiał porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia i stanąć na wysokości zadania, jakie stoi przed ostatnim, męskim potomkiem jego rodu. Elendel jednak może okazać się miejscem o wiele bardziej niebezpiecznym i potrzebującym żelaznej (lub stalowej) ręki niż cała Dzicz razem wzięta.

„Stop prawa” jest całkowicie inną książką niż tomy wchodzące w skład trylogii „Zrodzonego z mgły”. Co prawda są to wydarzenia, które mają miejsce trzysta lat po tym, co stało się nie tylko udziałem Kelsiera, ale również Elenda oraz Vin, jednak cały świat wygląda kompletnie inaczej. Mamy ciągle do czynienia z allomancją i ferruchemią, ale do tego doszło jeszcze parę nowinek technicznych, wśród których prym wiodą broń palna oraz elektryczność. Podstawowym orężem są pistolety, rewolwery oraz strzelby, natomiast większość rezydencji wielmożów oświetlana jest za pomocą żarówek. Spotykamy również innych bohaterów, w innym mieście oraz przede wszystkim innym świecie, który na pierwszy rzut oka dzieli się na Elendel oraz całą resztę – Dzicz.

„– Po prostu go ignoruj - poradził jej Waxillium. – Zaufaj mi. On jest jak wysypka. Im mocniej się go drapie, tym bardziej denerwujący się robi”.

Dwójka protagonistów – Wax oraz Wayne – wywołują u mnie nieco mieszane uczucia. Przypominają bardzo nowoczesnych detektywów, którzy starają się podchodzić do każdego śledztwa zgodnie z pewnym schematem, planując operacje na bazie doświadczeń. Istnienie uniwersytetu, który wykłada kryminologię (o czym dowiadujemy się już niemalże na samym początku powieści) potwierdza uwspółcześnienie całej historii. Niestety właśnie to, w połączeniu z kreacją Waxa i Wayne’a powoduje, że pojawia się pewien dysonans. Niby mamy do czynienia z kontynuacją, ale jednak Brandon Sanderson porwał się na stworzenie czegoś, co można nazwać kryminałem osadzonym w świecie fantasy, który ma przywołać na myśl opowieści osadzone w XIX wieku. Niby fajnie, ale coś jednak zgrzyta.

Sama fabuła jest jednak prosta i pieruńsko wciągająca. Nie ma tak zawiłych powiązań ani intryg jak w przypadku wcześniejszych trzech tomów. Mamy tym razem historię niemalże od samego początku wyjaśnioną pod względem koncepcyjnym, jednak Brandon Sanderson powoli odkrywa karty, którymi chce zagrać. W połączeniu z odpowiednią ilością dobrego humoru daje to ogólnie rzecz biorąc świetną mieszankę. Ciężko się oderwać od książki, nawet jeśli sam świat przedstawiony nie do końca czytelnikowi będzie pasował. Ogólnie jest to powieść generująca u mnie sporo ambiwalentnych uczuć, ponieważ jest jednocześnie powiewem świeżości (łączy allomancję, ferruchemię i nowoczesną technikę, a samo to wyszło wyśmienicie) oraz niezbyt dopasowanym kaloszem (z wcześniej wspomnianego połączenia średnio podoba mi się motyw czysto kryminalny).

„– Nawet nie próbuj – przerwał jej Waxillium, chowając rewolwer. – Logika nie działa na Wayne'a.
– Od wędrownego wróżbity kupiłem kiedyś amulet chroniący przed nią – wyjaśnił Wayne. – Dzięki temu mogę dodać dwa do dwóch i uzyskać korniszona”.

Również mimo tego, że teoretycznie trylogia „Zrodzonego z mgły” wskazuje na to, że większość tematu dotyczącego allomancji czy ferruchemii jest raczej wyczerpana i rozwinąć można już niewiele, autor pokazał jak bardzo w błędzie są wszyscy, którzy tak myśleli. Nie tylko samo wprowadzenie rewolwerów oraz elektryczności dodało mnóstwo możliwości. Również połączenie ferruchemii z samą allomancją daje dodatkowe opcje, które Brandon Sanderson wykorzystał przy kreowaniu nowego świata. Jeśli więc komuś znudził się już świat pełen osób wykorzystujących metale, to niech się nie martwi – tym razem dostanie jeszcze więcej nowych sposobów, które może nie tyle zadziwią, co zapewnią dużo rozrywki. A ci, którzy zakochali się w takim przedstawieniu magii, mogą po prostu liczyć na rozszerzenie dostępnego repertuaru.

Bardzo fajna lektura, która zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. Jeszcze bardziej rozbudowany świat, niż we wcześniejszych trzech tomach, chociaż być może technika nieco za mocno pogalopowała do przodu. „Stop prawa” warty jest przeczytania, nawet mimo tego, że nie wszyscy mogą uznać go za lepszego od swoich bezpośrednich poprzedników. W każdym razie osobiście czuję się usatysfakcjonowany kontynuacją, która jest tak naprawdę kolejnym rozdziałem w historii stworzonej przez Brandona Sandersona. Jeśli słowa autora o tym, że Wax i Wayne są tylko łącznikami między historią Vin a czymś zagnieżdżonym w futurystycznym świecie się spełnią, to może się to okazać niesamowicie interesującym cyklem.

pokaż więcej

 
2018-09-23 12:14:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018

Książka ta wpadła w moje ręce całkowitym przypadkiem. O ile dobrze pamiętam, zakupiłem ją w Auchan za jakąś śmiesznie niską kwotę. Skusiła mnie nie tylko sama cena, ale również opis z tyłu okładki. Przygody, które można przeżyć w samym środku miasta lub na jego obrzeżach? I to takie, które trwają maksymalnie jedną noc, dając jednak przy ty, mnóstwo frajdy? Ciekawe przeżycia bez konieczności... Książka ta wpadła w moje ręce całkowitym przypadkiem. O ile dobrze pamiętam, zakupiłem ją w Auchan za jakąś śmiesznie niską kwotę. Skusiła mnie nie tylko sama cena, ale również opis z tyłu okładki. Przygody, które można przeżyć w samym środku miasta lub na jego obrzeżach? I to takie, które trwają maksymalnie jedną noc, dając jednak przy ty, mnóstwo frajdy? Ciekawe przeżycia bez konieczności wyjazdu do dalekich krajów i wydawania na podróży ogromnych sum? Zdecydowanie chciałem się z tym zapoznać, ponieważ jedyne co ryzykowałem, to stratę paru groszy oraz kilku godzin swojego czasu. A zyskać mogłem inspirację, do której należy dorzucić jedynie motywację. Chyba trzeba zacząć się rozglądać za ciekawymi miejscami w okolicy.

Niemalże każdy pracujący człowiek czeka z utęsknieniem na upragniony urlop, który najczęściej składa się z tygodnia bądź dwóch, podczas których wyjeżdża z rodziną na z góry zaplanowaną wycieczkę. Często taki wypoczynek planuje się z ogromnym wyprzedzeniem i sam etap przygotowań potrafi nieźle zestresować. Można jednak wypoczywać mając do dyspozycji jedynie weekend, czy nawet tylko jedną noc. Mało tego – nie trzeba wyjeżdżać kilka tysięcy kilometrów od swojego domu, w zupełności wystarczy komunikacja podmiejska lub rower, by przeżyć przygodę i odpocząć psychicznie od zgiełku wielkiego miasta oraz ciągłego pośpiechu. Jedyne co trzeba zrobić to znaleźć chęci oraz byle jakie buty – na boso trudno będzie odkrywać niezwykłe miejsca wokół własnego miejsca zamieszkania.

Cała książka ma formę nie tyle poradnika, co pewnego rodzaju instrukcji, którą można w pełni dostosować do swoich potrzeb. Kolejne rozdziały to opisy podróży, które odbył Łukasz Długowski, wraz z podaniem na samym początku orientacyjnego czasu trwania oraz przede wszystkim kosztu. Dzięki temu każdy, kto przeczyta „Mikrowyprawy w wielkim mieście” będzie miał orientację nie tylko w tym, ile pieniędzy potrzebuje, aby przeżyć taką przygodę, ale również kiedy może ją odbyć. To jest też kolejna pozytywna cecha książki – pokazuje, że tak naprawdę nie trzeba przeznaczać wielu miesięcy oraz góry pieniędzy, aby odpocząć od ciągłej pogoni za sukcesem. Wystarczy nawet jedna noc i 20 złotych w kieszeni. Otwiera oczy na możliwości i podaje gotowy przepis na przekształcenie ich w rzeczywistość.

„Po co ktoś miałby iść rzeką, zanurzony po pas w zimnej wodzie, przy tym raniąc sobie stopy? Po co? No właśnie po ni. I to »nic« było w tym wszystkim najpiękniejsze”.

„Mikrowyprawy w wielkim mieście” napisane są językiem bardzo lekkim, którym autor opisuje dokładnie to, co sam przeżył. Nie teoretyzuje, nie próbuje przekonać nikogo do tego, co mu się wydaje, ale do tego, czego sam był świadkiem oraz uczestnikiem. To jest niewątpliwy plus, który uwiarygadnia wszystko, co Łukasz Długowski proponuje czytelnikowi. A jest tego naprawdę sporo – począwszy od prostych wypraw dosłownie do ogródka, a zakończywszy na nieco bardziej skomplikowanych, jednak wciąż tanich przygód na wodzie. Wiele razy można się złapać za głowę, dlaczego sami nie wpadliśmy na taki pomysł i dlaczego nie spróbowaliśmy tego wcześniej. Wielokrotnie miałem ochotę już, teraz, natychmiast rzucić wszystko i po prostu spróbować jednej z przygód, którą proponuje autor. Zdecydowanie ma dar przekonywania oraz dobrego opisywania.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami opisującymi sposoby spędzania wolnego czasu na łonie przyrody, znajdziemy wywiady przeprowadzone między innymi z osobami ze świata naukowego, którzy na co dzień wykładają na uczelniach lub zajmują się pracami badawczymi. Mają one na celu uświadomić nam dlaczego czerpanie z natury pełnymi garściami jest dla ważne dla każdego człowieka. W jaki sposób zieleń, drzewa czy zwyczajne, świeże powietrze wpływają nie tylko na nasze ogólne samopoczucie, ale również jakie może mieć pozytywne skutki w długofalowym planowaniu naszego życia. Można więc powiedzieć, że książka ta stanowi niejako nie tylko czystą zachętę do korzystania z tego, co natura ma nam do zaoferowania, ale jest również sposobem przekazania czytelnikowi wiedzy dotyczącej dobroczynnego wpływu zieleni, lasów czy wody na ludzki organizm.

„Generalnie: nie twórz sobie wymówek, twórz rozwiązania. Prawie każdy profesjonalny sprzęt da się zastąpić tańszym rozwiązaniem”.

Bardzo przyjemna i lekka lektura, która jest również niezwykle pouczająca. Nie jest to ani poradnik, ani rozprawa naukowa – można powiedzieć, że jest to po prostu sposób Łukasza Długowskiego na przekazanie innym swojej pasji do przygód i korzystania z przyrody oraz tego, co ma nam do zaoferowania. Z książki na pewno można czerpać wiele inspiracji do spędzania wolnego czasu bez ogromnych nakładów finansowych. Nawet jeśli macie tylko parę godzin przeznaczonych na odpoczynek, z „Mikrowyprawami w wielkim mieście” spokojnie będziecie w stanie zagospodarować je tak, aby jak czerpać jak najwięcej przyjemności z obcowania z naturą. A kto wie, być może dzięki niej rozpocznie się Wasza ogromna miłość do jakiegoś miejsca, o którym jeszcze nie macie pojęcia.

pokaż więcej

 
2018-09-22 16:46:01
Ma nowego znajomego: glodnawyobraznia
 
2018-09-18 22:11:40

Z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk do czynienia jeszcze nie miałem – chociaż słowem klucz jest tutaj „jeszcze”. Tak naprawdę można całe to zdanie przekreślić, albowiem dzięki „Drugiej szansie” jest to już przeszłość. Co prawda pierwsze wydanie pojawiło się na rynku w 2013 roku, jednak sięgnąłem dopiero po drugie, którego premiera miałą miejsce około miesiąca temu (patrząc z perspektywy daty... Z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk do czynienia jeszcze nie miałem – chociaż słowem klucz jest tutaj „jeszcze”. Tak naprawdę można całe to zdanie przekreślić, albowiem dzięki „Drugiej szansie” jest to już przeszłość. Co prawda pierwsze wydanie pojawiło się na rynku w 2013 roku, jednak sięgnąłem dopiero po drugie, którego premiera miałą miejsce około miesiąca temu (patrząc z perspektywy daty publikacji niniejszej opinii). Zawsze jestem ciekaw tego pierwszego spotkania z danym autorem lub autorką – a w końcu mówi się, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko jeden raz. Nigdy nie wiadomo, czy styl oraz pomysł na całą historię mi podejdzie. Tym razem muszę napisać, że muszę dać autorce drugą szansę, ponieważ pierwsza nie została zbyt dobrze wykorzystana.

Po przebudzeniu się Julia nia pamięta nawet tego jak się nazywa – nie rozpoznaje również miejsca. Jest zagubiona i zdezorientowana. W głowie kłębi jej się mnóstwo pytań, jednak odpowiedzi na nie nie przyjdą zbyt szybko. No, może oprócz tej, gdzie się znalazła - w ośrodku o dźwięcznej nazwie „Druga szansa”. Okazuje się, że biedna Julia cierpi na częściową amnezję, i właśnie takimi przypadkami zajmują się lekarze w „Drugiej szansie”. W rekonwalescencji oraz terapii nie pomagają wcale głosy, które słyszy młoda dziewczyna, ani Magdalena, która wróży jej niechybną śmierć. Julia szybko uczy się, że musi pozbyć się zaufania do kogokolwiek – włącznie z zaufaniem do siebie samej...

Muszę przyznać, że książka absolutnie mnie nie porwała – z jednej strony nie spodziewałem się wspaniałej historii, która by mnie urzekła całą sobą, ale z drugiej jednak miałem jednak większe oczekiwania. „Druga szansa” okazała się być dobrą technicznie i przyjemną w lekturze, jednak niezbyt odkrywczą ani przyciągającą powieścią. Śledzenie perypetii Julii, która straciła częściowo pamięć i próbuje zrozumieć co się dzieje z nią oraz ośrodkiem, w którym przebywa, pozbawione było konkretnego pazura. Wszystko wygląda jak bardzo ostrożne stąpanie autorki po niepewnym gruncie, którego się trochę boi, ale mimo wszystko chce wycisnąć z niego jak najwięcej. Przeciętnych było wiele rzeczy, począwszy od bohaterów a skończywszy na sposobie prowadzenia historii.

„– Zaraz będzie obiad. Powinniśmy się zbierać. – Wstałam.– No proszę, masz zegarek w oku. – Ruszył moim śladem, gdy skierowałam się w dół ścieżki. – Ale kompas ci ukradli...– Znowu źle idę? – jęknęłam”.

Pomysł sam w sobie nie jest zły, wręcz przeciwnie. Próba odnalezienia się w ośrodku, do którego nie wiadomo jak się trafiło, a w którym na dodatek dzieje się coś zdecydowanie dziwnego jest intrygująca – zwłaszcza w kontekście tajemnic, na które trafia główna bohaterka. Gdyby tylko historia była napisana z pazurem, bohaterowie byli bardziej… jaskrawi i wyraziści to naprawdę mogłoby to być coś. W zbyt wielu miejscach niestety akcja nie była zbyt zachęcająca, a wręcz się dłużyła. Na całe szczęście samo pióro Katarzyny Bereniki Miszczuk jest na tyle zachęcające, że nadrabia sporo niedogodności, które można napotkać po drodze przez całą powieść.

Ostatnie parędziesiąt stron są dość kluczowe dla powieści - nadrabiają bardzo dużo. Coś się zaczyna dziać, omamy mieszają się rzeczywiście z prawdą i książka zaczyna przyciągać czytelnika do siebie. Do tego stopnia, że naprawdę trudno się oderwać. Szkoda jednak, że tak późno. Samo zakończenie z jednej strony jest dość przewidywalne, jednak trzeba oddać autorce, że nie wyłożyła go na tacy. Potrafi jednak wodzić człowieka za nos. Mimo tego, że parę razy pomyślałem o tym rozwiązaniu, to jednak po chwili je odrzucałem z myślą, że to przecież nie ma sensu. Okazało się jednak inaczej i w sumie to nawet dobrze. Pomysł na rozwiązanie tego (a raczej pomysł na budowę całej powieści) jest może i niekoniecznie innowacyjny, ale na pewno daje dużo możliwości do zbudowania na nim bardzo fajnej fabuły.

Niezbyt porywająca książka, która pomimo swoich wad da się lubić i przeczytać. Przeciętna, jednak z całkiem dobrą końcówką. Po przeczytaniu tylko „Drugiej szansy” raczej nie sięgnąłbym po więcej książek Katarzyny Bereniki Miszczuk, jednak widziałem wiele opinii, że opisywana powieść jest rzeczywiście „słabszym” tytułem, który wyszedł spod pióra tej autorki. Książka napisana została bardzo lekkim piórem, co z pewnością daje nadzieję na lepsze historie w innych dziełach. Warto dawać drugą szansę, dlatego i w tym przypadku ją dam.

pokaż więcej

 
2018-09-17 09:36:22
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
Moja biblioteczka
626 231 1927
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (29)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (20)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd