ampH 
zpiorem.pl
status: Czytelnik, dodał: 11 książek i 33 cytaty, ostatnio widziany 11 godzin temu
Teraz czytam
  • Lód
    Lód
    Autor:
    Książka XX-lecia rankingu "Polityki". Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F. Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I w...
    czytelników: 10141 | opinie: 373 | ocena: 7,79 (2834 głosy) | inne wydania: 3
  • Lwowski ptak
    Lwowski ptak
    Autor:
    Bohaterska obrona Lwowa widziana oczami młodej dziewczyny Piętnastoletnia Tońka jest wielką patriotką. Swój protest przeciwko zawładnięciu polskim Lwowem przez Ukrainę wyraża chęcią przyłączenia się...
    czytelników: 29 | opinie: 10 | ocena: 8,45 (11 głosów)
  • Piter
    Piter
    Autor:
    Dawniej: Piotrogród, Leningrad; dziś: Sankt Petersburg, Petersburg lub po prostu Piter. W mieście nad Newą, podobnie jak w Moskwie, atomową apokalipsę przetrwali tylko ci, którzy mieli szczęście znale...
    czytelników: 3177 | opinie: 166 | ocena: 6,95 (1703 głosy)
  • Stokrotka w kajdanach
    Stokrotka w kajdanach
    Autor:
    Nowy thriller psychologiczny jednej z najlepszych autorek gatunku z nową fascynującą i niepokojącą bohaterką Genialna prawniczka wyciąga morderców z więzienia, a potem opisuje ich zbrodnie w bestsell...
    czytelników: 1151 | opinie: 96 | ocena: 7,33 (500 głosów)
  • Strach Stary i Nowy
    Strach Stary i Nowy
    Autor:
    Po ucieczce pierwszych ludzi z Terenów Centralnych i opanowaniu tych ziem przez olbrzymów, gigantów i niszczycieli, Archeon pozostawał przesiąknięty strachem, śmiercią oraz pierwotnym złem powołanym d...
    czytelników: 60 | opinie: 5 | ocena: 8,57 (7 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-09 15:38:45
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-30 19:29:53
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Legendy Archeonu (tom 1)
 
2018-11-30 19:29:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Przeczytane w 2018
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 5)

Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na... Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na pierwszy rzut oka nie był czymś, co mogłoby mnie porwać, jednak stanowił naprawdę godne następstwo. Postacie Waxa i Wayne’a nie dają się nie lubić, więc chętnie wróciłem do Elendel pełnego połączonych mocy allomancji i ferruchemii. Drugie spotkanie z tym duetem okazało się być równie przyjemne, chociaż jednocześnie zupełnie inne.

Rewolucja przemysłowa to nie tylko poprawa jakości życia ludzi, ale również ciemne strony, które wspomnianą jakość wręcz pogarszają. Elendel rozkwita coraz bardziej, na ulicach pojawiają się automobile, które nie wymagają żywych zwierząt jako napędu, a do budynków doprowadzana jest elektryczność. Pojawia się jeszcze większe rozwarstwienie społeczne, które prowadzi do niepokojów. Najbiedniejsi zaczynają myśleć, co się z nimi dalej stanie, a ich myśli nie osładza informacja o znalezieniu martwego brata gubernatora w otoczeniu nie tylko arystokratów, ale również najbardziej poszukiwanych kryminalistów. Waxillium Ladrian nie ma w takich warunkach zbyt łatwej pracy.

„Cienie tożsamości” to tom, w którym znajdziemy mnóstwo nawiązań do postaci znanych z pierwszej trylogii – Kelsiera, Vin, Sazeda oraz całej reszty paczki Ocalałego. Nie są to jednak tylko wspomnienia informujące o istnieniu takich postaci, ale również ukazanie jaki kult powstał wokół nich. Przy okazji w wielu miejscach nawet czytelnik może poczuć pewnego rodzaju nastrój uniesienia – nawet mimo tego, że zżył się z bohaterami w poprzednich książkach. „Cienie tożsamości” można więc uznać za powieść, która nie tylko przypomina o istnieniu Ocalałego (i to wcale nie tak dawno temu!), ale również w namacalny wręcz sposób przedstawia ten kult, który wokół niego powstał. Co swoją drogą w pewnym sensie jest potwierdzeniem tego, że Kelsier miał od samego początku rację.

„Waxillium oznaczał kłopoty. Warte zachodu kłopoty, bo załatwiał różne sprawy, ale niemal równie paskudne jak problemy, które rozwiązywał”.

Mimo tego, że drugi tom przygód Waxa i Wayne’a to kontynuacja historii znanej z wcześniej powieści, to Brandon Sanderson zapewnił dodatkową rozrywkę dla wszystkich, którzy zdążyli znudzić się światem magii metali. Technologia (o ile możemy użyć tego słowa) wciąż się rozwija, a całe Elendel jest w trakcie rewolucji przemysłowej. Pojawiły się automobile, a do coraz większej liczby budynków doprowadzony został prąd. Nie tylko allomanci i ferruchemicy muszą się odnaleźć w nowym świecie i dostosować swoje umiejętności do tego, co ich otacza, ale również prości ludzie, którzy czują się zagrożeni. Jeśli ktoś by się bardzo mocno uparł, to mógłby w tym doszukiwać się podobieństw do obecnej sytuacji na świecie, ale mogłaby to być zbyt daleko idąca interpretacja.

Ponownie do czynienia mamy z zagadką kryminalną, którą rozwiązać musi lord Waxillium Ladrian, będący jednocześnie w pewnym sensie konstablem, oraz w pełnym sensie głową jednego z najważniejszych rodów w Elelendel. Oczywiście tak jak w „Stopie prawa” nie jest to zagadka typowa dla klasycznego kryminału, jednak mająca z nim wiele wspólnego. Muszę przyznać, że z książki na książkę coraz bardziej podoba mi się takie podejście i realizacja pomysłu autora. Zwłaszcza, że w to wszystko sprytnie wplecione zostały wątki związane z działaniem świata stworzonego przez Brandona Sandersona. A w „Cieniach tożsamości” autor odkrywa kolejne karty dotyczące sztuk metalurgicznych – magia metali cały czas ma jeszcze wiele do powiedzenia czytelnikom. Zresztą nie tylko im, bo bohaterom, którzy niemalże zjedli na allomancji czy ferruchemii zęby również.

Świetna kontynuacja, która zapewnia dużo rozrywki i jeszcze lepsze poznanie stworzonego przez autora świata. Wciąż nie jest to tak porywająca opowieść jak pierwszy tom „Ostatniego Imperium”, jednak na pewno można go nazwać godnym następcą. Zarówno samego „Z mgły zrodzonego”, jak również „Stopu prawa”. Być może zakończenie nie powoduje, że mam przeogromną ochotę sięgnąć po kolejny tom, jednak na pewno sama historia wciągnęła mnie na tyle, że spodziewam się podobnej, wysokiej jakości w kolejnej powieści i na pewno po nią sięgnę. Mam również nadzieję, że stanie się to niebawem, choć jednocześnie obawiam się momentu, w którym skończę swoją przygodę ze światem magii metali.

pokaż więcej

 
2018-11-30 19:20:14

Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd pierwszy raz zainteresowałem się uniwersum stworzonym przez autora „Metro 2033”. Dmitry Glukhovsky stworzył niesamowity świat, który bardzo szybko został wykorzystany przez innych pisarzy do stworzenia niezwykle rozbudowanej wersji współczesnej Ziemi po katastrofie nuklearnej. Mam przed sobą jeszcze mnóstwo książek z samego Uniwersum Metro 2033, a tymczasem... Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd pierwszy raz zainteresowałem się uniwersum stworzonym przez autora „Metro 2033”. Dmitry Glukhovsky stworzył niesamowity świat, który bardzo szybko został wykorzystany przez innych pisarzy do stworzenia niezwykle rozbudowanej wersji współczesnej Ziemi po katastrofie nuklearnej. Mam przed sobą jeszcze mnóstwo książek z samego Uniwersum Metro 2033, a tymczasem powoli zaczynam już brać się za Uniwersum Metro 2035 (które jednak jako seria niekoniecznie muszą być oderwane od zasad, których należy się trzymać przy pisaniu książek należących do poprzedniej serii). Oczywiście poszczególne pozycje różnią się od siebie jakością, jednak dopóki nie sprawdzi się danego autora, to nie pozna się jego stylu. Tym razem skosztowałem próbki twórczości Siergieja Niedoruba i mam mieszane uczucia.

Powiedzieć, że kijowskie metro tętni życiem, to powiedzieć za dużo. Kijowskie metro wegetuje, jak większość ludzi po katastrofie, chociaż próbuje utrzymać pozory organizacji. Krzyż, którego stolicą jest Datapolis, stara się zapanować nad chaosem na tyle, na ile się da – zwłaszcza nad legendą czerwonej nitki, którą jest w pełni zasypana, trzecia linia kijowskiego metra. Każdy o niej słyszał, jednak nikt nie wie jak się tam dostać. Kiedy oddział Patków, stalkerów współpracujących z Datapolis, znajduje na powierzchni nieznanego mężczyznę, legenda odżywa na nowo. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że jedna z niepełnosprawnych umysłowo dziewczyn zamieszkujących stolicę rozpoznaje nieznajomego.

Już od pierwszych stron rzuca się w oczy fakt, że „Czerwony wariant” znacznie różni się od innych książek z ogólnie pojętego świata stworzonego przez rosyjskiego autora. Nie chodzi nawet o umiejscowienie akcji (Kijów), ale przede wszystkim o podejście do postaci stalkerów. Fani serii przyzwyczajeni są na pewno do tego, że stalkerzy są osobami jeśli nie poważanymi, to co najmniej otoczonymi pewną aurą tajemniczości, w stosunku do których odczuwa się czasem strach, a czasem podziw i szacunek. Stalkerzy w metrze kijowskim są przeciwieństwem swoich moskiewskich kolegów po fachu. Wciąż ludność metra odczuwa niepewność i strach, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Stalkerzy nie są poważani, wręcz przeciwnie – w pewnym sensie są pogardzani. To zdecydowanie inne podejście, które pozwala spojrzeć na tę profesję w kompletnie inny sposób.

To, co można książce zarzucić, to zbyt szybkie przechodzenie przez niektóre wydarzenia. Zabrakło przez to odpowiedniego budowania napięcia. Cała historia to głównie opis przejścia dwójki głównych bohaterów przez poszczególne stacje, co wielokrotnie pojawiało się w książkach z tego uniwersum – wiele razy była to również dobrze wykorzystana okazja do przedstawienia nie tylko różnorodności stacji, ale również potencjalnych niebezpieczeństw. Tymczasem wyszło na to, że czasem po prostu się… przechodzi i tyle. I to przez miejsca teoretycznie najbardziej niebezpieczne. Autor zastosował podejście niemalże teleportowania postaci. Zwłaszcza jeśli dołożymy do tego fakt, że przebrnięcie przez połowę nitki metra w obie strony (wliczając w to różne tarapaty) zajęło mniej więcej może z szesnaście godzin (choć ma to oczywiście sens, ponieważ metro kijowskie jest o wiele mniejsze niż moskiewskie).

Na samym końcu okazuje się, że autor uknuł całkiem zgrabną intrygę. Przez całą książkę można się bardzo poważnie zastanawiać, do czego to wszystko dąży, jednak muszę przyznać szczerze, że nie wpadłem na trop, który okazał się tym właściwym. Ostatnie kilkadziesiąt stron czyta się niemal z zapartym tchem, co dość mocno kontrastuje ze wspomnianymi przeze mnie uchybieniami. Szkoda więc, że „Czerwony wariant” nie jest książką pozbawioną poważnych wad, ponieważ jej główny szkielet, historia, którą opowiada jest naprawdę świetna. Chciałoby się móc ocenić ją nieco wyżej, ale byłoby to możliwe, gdyby zawierała o wiele więcej treści – tej, która wypełniłaby luki pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami.

Przeciętnie napisana z nieprzeciętnym pomysłem – mniej więcej takimi słowami można dość sprawiedliwie opisać „Czerwony wariant”. Zaskakuje pozytywnie pomysłowością, natomiast negatywnie wykonaniem. Chociaż napisana jest lekkim językiem, przez który naprawdę przyjemnie jest się przedzierać jak przez tunele metra i ma naprawdę porządny szkielet historii, to pozostawia po sobie w wielu miejscach niedosyt. Mimo wszystko warto przeczytać dzieło Sierieja Niedoruba choćby ze względu na nowe podejście do stalkerów oraz rządzenie w całym metrze. Inna perspektywa pozwoli nieco inaczej spojrzeć na wszystkie dotychczas przeczytane książki z Uniwersum Metro 2033. Świat ewoluuje nawet po katastrofie i Kijów jest tego najlepszym przykładem.

pokaż więcej

 
2018-11-30 09:04:19
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-26 20:35:15
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-11-24 22:20:02
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-24 12:25:02
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-23 09:25:43
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-20 21:02:44
Autor:

Ostatnimi czasy pojawia się coraz więcej pozycji, które można nazwać nietypowymi poradnikami. Osobiście jestem uczulony na zwroty typu „wyjście ze swojej strefy komfortu” czy „jesteś zwycięzcą”, jednak zdaję sobie sprawę, że osoby je głoszące robią najczęściej same z siebie czarny PR fachowcom, którzy swoje rady opierają o badania naukowe, statystykę oraz doświadczenie. Lubię więc dać szansę... Ostatnimi czasy pojawia się coraz więcej pozycji, które można nazwać nietypowymi poradnikami. Osobiście jestem uczulony na zwroty typu „wyjście ze swojej strefy komfortu” czy „jesteś zwycięzcą”, jednak zdaję sobie sprawę, że osoby je głoszące robią najczęściej same z siebie czarny PR fachowcom, którzy swoje rady opierają o badania naukowe, statystykę oraz doświadczenie. Lubię więc dać szansę pozycjom takim jak „Sztuka skutecznego proszenia”, aby zobaczyć, czy pod clickbaitowym tytułem kryje się jakaś merytoryczna wartość. Już kilka razy okazało się, że warto było sięgnąć po daną pozycję, bowiem wyniosłem z niej mnóstwo praktycznej i przydatnej wiedzy. Wydaje mi się, że tę książkę również można zakwalifikować do tej grupy.

Każdy z nas ciągle narzeka – w mniejszym lub większym stopniu, jednak jest to cecha charakterystyczna każdego człowieka cywilizacji zachodniej. Kiedyś narzekanie nie był tak wszędobylskie jak teraz, jednak były to inne czasy. Wówczas narzekanie dawało wymierne rezultaty, a dzisiaj stanowi głównie sposób na folgowanie własnym emocjom – choć nie zawsze prawidłowy i skuteczny. Guy Winch jednak podejmuje próbę wytłumaczenia w jaki sposób sztukę narzekania zamienić niemalże w sztukę proszenia, tak aby być w tym efektywnym i przy okazji nie mieć destrukcyjnego wpływu na siebie oraz swoje otoczenie. Nie tylko psychologia pokazała, w jaki sposób marudzenie wpływa na nas samych i sprawy, które załatwiamy, a autor z wielką chęcią dzieli się z czytelnikiem nie tyle sztuczkami, co wiarygodnymi przykładami.

„Na ogół już gdy wyczuwamy, że kolega, przyjaciel czy ktoś bliski wystąpi do nas ze skargą, włączają nam się mechanizmy obronne. Podnosimy emocjonalne mosty zwodzone, zalewamy fosy i wpuszczamy do nich krokodyle”.

Jedną z pierwszych rzeczy, na które zwracam uwagę w przypadku książek roszczących sobie prawo do bycia poradnikiem (lub czymś w podobie) jest research, jaki zrobił autor/autorka podczas pisania oraz ile źródeł podaje w danej pozycji. Czytelnik powinien nie tylko czuć, że osoba pisząca jest ekspertem w danym temacie, ale również powinien być w stanie zweryfikować przekazane informacje bez konieczności samodzielnego szukania odpowiednich publikacji. Jeśli w książce zostaną zawarte konkretne publikacje, w oparciu o które powstała książka, to jest to zdecydowanie bardzo dobry znak wysokiej jakości. Czytelnik dzięki temu może nie tylko zweryfikować słowa autora, ale również ma punkty zaczepienia w przypadku, gdy chce głębiej wgryźć się w daną tematykę. „Sztuka skutecznego proszenia” posiada dość obszerną bibliografię wraz z krótkimi opisami – mega plus.

O samej treści można napisać naprawdę wiele – zarówno pozytywnie, jak i trochę negatywnie. Pomimo mnóstwa merytorycznej wiedzy, ogromu informacji i wyników badań przeprowadzonych na przestrzeni lat przez wielu badaczy, czasem na karty książki wkrada się niepotrzebne przedłużanie i duplikowanie treści. Przez takie fragmenty aż chce się tylko błyskawicznie przelecieć wzrokiem, jednak nie zawsze jest to dobry pomysł. Najczęściej bowiem autor wplata w nie pojedyncze, bardzo istotne zdania, których pominięcie może skutkować nie do końca zrozumiałym odbiorem kolejnych części książki. Całość składa się z następujących po sobie, logicznie ze sobą związanych rozdziałów, które są swego rodzaju łańcuchem, który ma służyć czytelnikowi za przewodnika po świecie skutecznego i merytorycznego narzekania. Nie sposób zrobić błyskawiczny przeskok między dwoma kolejnymi rozdziałami lub tematami poruszanymi przez autora – będą po prostu niezrozumiałe.

„Ludzie narzekający skutecznie przynoszą pożytek swoim lokalnym społecznościom i całemu krajowi”.

Guy Winch w bardzo przyjemny i przystępny sposób przeprowadza czytelnika przez meandry psychologicznych zawiłości zarówno samego narzekania, jak i proszenia – które w pewnym sensie stara się zlać w jedno i to samo. Kolejne rozdziały są następującymi po sobie klockami, z których buduje logiczną całość i to jest po prostu spoko. Nie ma żadnego lawirowania wokół tematu i zbaczania z drogi, nie ma chaosu informacji. Jest prosty przekaz, który stara się usystematyzować całą wiedzę na temat, który wykłada czytelnikom Guy Winch. Można powiedzieć, że własną książkę zbudował na zasadzie skargokanapki, o której pisze na jej kartach. Prosty przekaz dla prostego człowieka, aby każdy wyniósł z tego jak najwięcej. Zwłaszcza informacje, w jaki sposób naprawdę skutecznie narzekać, aby to narzekanie zostało nie tylko przyjęte przez jego adresata, ale również wykorzystane do naprawienia błędów.

Przede wszystkim nie jest to jednak kolejny, nadęty poradnik, który ma za zadanie serwować jedynie pustą papkę wykorzystując wielkie słowa. Tego typu publikacji nie cierpię, a o wiele lepiej niż ja, wyjaśnia to Miłosz Brzeziński w swojej książce „Wy wszyscy moi ja”. Guy Winch na całe szczęście należy do tych osób, które krążą wokół nauki i badań, a nie wielkich słów rzucanych z pełną optymizmu głową, w której tak naprawdę nie ma żadnych faktów. Wysoko to sobie cenię i uwielbiam czytać takie książki. Z czystym sumieniem więc mogę polecić „Sztukę skutecznego proszenia” – kawał fajnej i pouczającej lektury, napisanej w prosty i przyjemny w odbiorze sposób. Oby więcej merytorycznych prac, a mniej pisania dla samego pisania. Zwłaszcza, że i w tym przypadku autor zaznacza, gdzie leży granica pomiędzy „wiem”, a „wydaje mi się”.

pokaż więcej

 
2018-11-17 12:14:02
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-11-15 10:01:52
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-13 18:37:47
Cykl: Mass Effect: Andromeda (tom 2)

Książek na podstawie gier (lub w oparciu o świat stworzony na ich potrzeby) jest coraz więcej – podobnie zresztą jak filmów. Fani chętnie kupią wszystko, co jest związane z ich ulubionym tytułem, a pewnego rodzaju dywersyfikacja nośników może zwiększyć zyski ze sprzedaży nie tylko produktów wokół gry, ale również jej samej. Ja jestem najlepszym przykładem potencjalnego klienta – nie grałem... Książek na podstawie gier (lub w oparciu o świat stworzony na ich potrzeby) jest coraz więcej – podobnie zresztą jak filmów. Fani chętnie kupią wszystko, co jest związane z ich ulubionym tytułem, a pewnego rodzaju dywersyfikacja nośników może zwiększyć zyski ze sprzedaży nie tylko produktów wokół gry, ale również jej samej. Ja jestem najlepszym przykładem potencjalnego klienta – nie grałem nigdy w Mass Effect (jedynie widziałem gameplaye), jednak książką się zainteresowałem. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek się skuszę na zakup samej gry, jednak należę do jednej z grup docelowych, czyli książkoholików. Jeśli zainteresuje mnie jeden tom, wielce prawdopodobne, że zasilę budżet twórców poprzez samodzielne zakupy, lub namówienie tego osób, które przeczytają moją opinię. Co do tego drugiego nie jestem pewien, jednak to pierwsze jest prawdopodobne.

Od kiedy ludzie weszli do Rady, świat nie jest już takim samym miejscem. Samo słowo „świat” zmieniło zresztą swoje znaczenie – Ziemia nie jest już „centrum” dla wielu ludzi. Na przykład takich jak porucznik Cora Harper, która trafiła do Córek Talein, gdzie uczyła się jak zostać bezwzględną łowczynią. Ostatecznie jednak wraca na Ziemię, gdzie nie spotyka się ze zbyt miłym przyjęciem, zwłaszcza kiedy ludzie dowiadują się, że ma dołączyć do Inicjatywy Andromeda. Jej umiejętności mogą się wspomnianej Inicjatywie bardzo szybko przydać, okazuje się bowiem, że pewne ściśle tajne dane zostały wykradzione organizacji, a Cora Harper musi je odzyskać. Co nie jest takie łatwe nawet (albo zwłaszcza) dla biotyka.

Nie jest to książka pozbawiona wad (niestety), chociaż w ogólnym rozrachunku mi, człowiekowi w ogóle niezwiązanemu z grą, przemówiła do tych obszarów odpowiedzialnych za rozrywkę i radość z niej czerpaną. Dawno nie miałem okazji czytać akcji osadzonej w przestrzeni kosmicznej, z wszędobylską nowoczesną technologią oraz rasami pozaziemskimi. Na dodatek nie mam bladego pojęcia jak wydarzenia opisane w „Mass Effect. Andromeda: Inicjacja” mają się do świata samej gry (należy oczywiście pamiętać, że jest to prequel), jednak zdecydowanie zachęciła mnie do sięgnięcia po coś więcej niż tylko gameplaye. Nie tylko inne książki z tej serii, ale być może również samą grę – kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości.

„Na każdej planecie, wśród wszystkich ras, zasrana biurokracja była zawsze taka sama”.

Wspomniałem już, że tytuł ten nie jest pozbawiony wad. Jedną z głównych jest zbyt szybkie prowadzenie czytelnika pomiędzy kolejnymi scenami. Cała akcja przypominała nieco błyskawiczne przeskakiwanie pomiędzy kolejnymi misjami w dowolnej grze RPG, gdzie zakończenie pewnego etapu oznacza nagły spokój, ucięty jak nożyczkami. W jednej chwili wszystko się zagęszcza, dochodzi do punktu kulminacyjnego, a już w następnym jesteśmy niemalże parę lub paręnaście dni czy tygodni później, gdzie wszystko wygląda jakby opisywanych jeszcze przed chwilą zdarzeń w ogóle nie było. Wprowadza to nieco dyskomfortu podczas czytania i niszczy dynamikę całej historii. Przed oczami dosłownie wyskakiwały mi co chwila plansze informujące o zakończeniu misji, jej przedłużeniu lub rozgałęzieniu z wielkim przyciskiem „Przyjmij”. Natomiast po ich zakończeniu przycisk z możliwością teleportacji do „bazy”.

Bardzo pozytywnie natomiast zaskoczyło mnie to, że nie czułem się wcale niedoinformowany czytając, jakby nie patrzył, drugi tom cyklu. Zapewne wielu rzeczy nie zrozumiałem, które wyjaśnione zostały (lub miały swój początek) w poprzedniej powieści, ale absolutnie tego nie czułem. Nie jestem niestety w stanie określić, czy przypadkiem niektóre wydarzenia nie okażą się spoilerami, jednak tego się nie dowiem dopóki sam nie przeczytam pierwszej części. Nic jednak na to nie wskazuje, więc jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Co prawda nie jest dobrą praktyką czytanie nie po kolei, ale wiele serii jest tak skonstruowanych, że zapoznanie się z którymś z kolei tomem bez znajomości wcześniejszych nie jest wielkim problemem. Być może się mylę i w tym przypadku nie jest to dobrym pomysłem, jednak po przeczytaniu tylko „Inicjacji” stwierdzam, że można ją spokojnie przeczytać bez znajomości poprzedniej.

Przyjemna lektura, nie jest co prawda pozbawiona wad, ale bardzo zachęca do sięgnięcia po inne książki z tej serii. Potrafi wciągnąć i przyszpilić czytelnika na dłuższy czas, chociaż niestety te klocki, z których się składa, potrafią równie skutecznie odrzucić na krótką chwilę. Nie jest to może powieść najwyższych lotów, jednak z wielką chęcią spróbuję w przyszłości zatonąć w odmętach kosmosu, jaki niektórzy z pewnością znają z wizji Mass Effect. Sam świat (albo raczej wszechświat) przedstawiony w książce wcale nie odbiega mocno od najbardziej popularnych wyobrażeń podróży kosmicznych i nie ma ogromnej ilości nawiązań do nowoczesnych technologii, co mogłoby niektóre osoby nieco przytłoczyć. Po prostu kawał fajnej, lekkiej, przyjemnej w odbiorze, chociaż posiadając swoje problemy powieści.

pokaż więcej

 
2018-11-13 18:37:01
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-12 12:04:45
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
Moja biblioteczka
641 236 1951
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (29)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (20)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd