Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
7,15 (104 ocen i 7 opinii) Zobacz oceny
10
7
9
13
8
16
7
43
6
12
5
7
4
3
3
3
2
0
1
0
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Road to Science Fiction: From Here to Eternity
data wydania
ISBN
8370011969
liczba stron
486
słowa kluczowe
Droga, science, fiction
język
polski
dodała
dona

Zawartość zbioru: 1. Richard Matheson - Zrodzony z męża i niewiasty (Born of Man and Women) 2. Avram Davidson - Mój chłopak zwie się Jello (My Boy Friend's Name is Jello) 3. Walter M. Miller, jr - Pierwsza kantyka (A Canticle for Leibowitz) 4. Algis Budrys - Któż by niepokoił Gusa? (Nobody Bothers Gus) 5. Daniel Keyes - Kwiaty dla Algernona (Flowers for Algernon) nagroda Hugo '60 6. Jack...

Zawartość zbioru:
1. Richard Matheson - Zrodzony z męża i niewiasty (Born of Man and
Women)
2. Avram Davidson - Mój chłopak zwie się Jello (My Boy Friend's Name is Jello)
3. Walter M. Miller, jr - Pierwsza kantyka (A Canticle for Leibowitz)
4. Algis Budrys - Któż by niepokoił Gusa? (Nobody Bothers Gus)
5. Daniel Keyes - Kwiaty dla Algernona (Flowers for Algernon) nagroda Hugo '60
6. Jack Vance - Księżycowa Ćma (The Moon Moth)
7. Jorge Luis Borges - Biblioteka Babel (The Library of Babel)
8. Frank Herbert - Diuna /fragment/ (Dune)
9. Bob Shaw - Światło minionych dni (Light of Other Days)
10. Stanisław Lem - Wyprawa pierwsza A czyli Elektrybałt Trurla
11. Pamela Zoline - Cieplna śmierć Wszechświata (The Heat Death of the
Universe)
12. Kate Wilhelm - Eksperyment Darina (The Planners) nagroda Nebula '68
13. Terry Carr - Taniec Przemieniającego się i Trójki (The Dance of the Changer and the Three)
14. James Tiptree, jr - Ostatni lot doktora Aina (The Last Flight of Dr Ain)
15. Gardner Dozois - Tam gdzie nie świeci słońce (Where No Sun Shines)
16. Gene Wolfe - Wyspa doktora Śmierci i inne opowiadania (The Island of Doctor Death and Other Stories)
17. Thomas M. Disch - Angouleme (Angoluleme)
18. Pamela Sargent - Rwij błękitne róże (Gather Blue Roses)
19. David Gerrold - Palec w mym mam oku (With a Finger in My I)
20. George Alec Effinger - Duchowy mistrz (The Ghost Writer)
21. Vonda N. McIntyre - O Mgle i Trawie, i Piasku (Of Mist, and Grass,
and Sand) nagroda Nebula '73
22. John Varley - Uprowadzenie (Air Raid)
23. Barry N. Malzberg - Rozłączenie (Uncoupling)
24. Michael Bishop - Wolny pomidor (Rogue Tomato)
25. George R.R. Martin - Wieża popiołów (This Tower of Ashes)
26. Edward Bryant - Teoria cząstek (Particle Theory)
27. Joan D. Vinge - Widok z wysoka (View From a Height)
28. George Zebrowski - Słowotop (The Word Sweep)
29. Ian Watson - Światowy Konwent Science Fiction w roku 2080 (The World Science Fiction Convention of 2080)
30. Carol Emshwiller - Potworne (Abominable)
31. Gregory Benford - Ekspozycje (Exposures)

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 656
Bartosz Bolechów | 2013-09-01
Przeczytana: 01 września 2013

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

1. Richard Matheson - Zrodzony z męża i niewiasty (Born of Man and Women)
2. Avram Davidson - Mój chłopak zwie się Jello (My Boy Friend's Name is Jello)
3. Walter M. Miller, jr - Pierwsza kantyka (A Canticle for Leibowitz)
4. Algis Budrys - Któż by niepokoił Gusa? (Nobody Bothers Gus)
5. Daniel Keyes - Kwiaty dla Algernona (Flowers for Algernon)
6. Jack Vance - Księżycowa Ćma (The Moon Moth)
7. Jorge Luis Borges - Biblioteka Babel (The Library of Babel)
8. Frank Herbert - Diuna (Dune) - fragment
9. Bob Shaw - Światło minionych dni (Light of Other Days)
10. Stanisław Lem - Wyprawa pierwsza A czyli Elektrybałt Trurla
11. Pamela Zoline - Cieplna śmierć Wszechświata (The Heat Death of the Universe)
12. Kate Wilhelm - Eksperyment Darina (The Planners)
13. Terry Carr - Taniec Przemieniającego się i Trójki (The Dance of the Changer and the Three)
14. James Tiptree Jr. - Ostatni lot doktora Aina (The Last Flight of Dr Ain)
15. Gardner Dozois - Tam gdzie nie świeci słońce (Where No Sun Shines)
16. Gene Wolfe - Wyspa doktora Śmierci i inne opowiadania (The Island of Doctor Death and Other Stories)
17. Thomas M. Disch - Angouleme (Angouleme)
18. Pamela Sargent - Rwij błękitne róże (Gather Blue Roses)
19. David Gerrold - Palec w mym mam oku (With a Finger in My I)
20. George Alec Effinger - Duchowy mistrz (The Ghost Writer)
21. Vonda N. McIntyre - O Mgle i Trawie, i Piasku (Of Mist, and Grass, and Sand)
22. John Varley - Uprowadzenie (Air Raid)
23. Barry N. Malzberg - Rozłączenie (Uncoupling)
24. Michael Bishop - Wolny pomidor (Rogue Tomato)
25. George R.R. Martin - Wieża popiołów (This Tower of Ashes)
26. Edward Bryant - Teoria cząstek (Particle Theory)
27. Joan D. Vinge - Widok z wysoka (View From a Height)
28. George Zebrowski - Słowotop (The Word Sweep)
29. Ian Watson - Światowy Konwent Science Fiction w roku 2080 (The World Science Fiction Convention of 2080)
30. Carol Emshwiller - Potworne (Abominable)
31. Gregory Benford - Ekspozycje (Exposures)


Czwarty, ostatni jaki ukazał się przed laty w Polsce tom wspaniałej antologii Jamesa Gunna nie odstaje poziomem od poprzednich i jest prawdziwą ucztą literacką. Poświęcono go już dojrzałemu, okrzepłemu, lecz wciąż nie skostniałemu i poszukującemu gatunkowi, który po burzy i rewolcie Nowej Fali dochodzi sam ze sobą do ładu. Jak pisze Gunn, "niniejszy tom jest próbą zadośćuczynienia autorom pominiętych w poprzednich tomach oraz doprowadzenia tego studium science fiction w lata siedemdziesiąte".
Oczywiście dla nas to już odległa przeszłość. Tym bardziej jednak z perspektywy czasu fascynujące są teksty, które z awangardowych czas uczynił klasyką.

Jeśli można odnaleźć jakiś wspólny wątek tego tomu, to będzie nim z pewnością styl. Stylistycznie (literacko) jest to z pewnością najbardziej wysmakowana część antologii. Widać tu, jak science fiction dogoniła pod względem samoświadomości i elegancji formy główny nurt.

Kryterium doboru tekstów w tym tomie nie jest już zatem ich "znaczenie dla rozwoju gatunku", lecz głównie warsztat autora. Tom ten "akcentuje literackie aspekty pisarstwa sf". Od razu należy napisać, że robi to znakomicie.

"Nie było to kryterium aż tak ograniczające, jak by się mogło wydawać; w ostatnich dziesięcioleciach zarówno czytelnicy, jak i autorzy stali się bardziej wymagający, bowiem (...) osiągnęli wyższy poziom rozwoju literackiego".

Wciąż jeszcze jednak znaczną część swych tekstów wprowadzających Gunn poświęca niebagatelnym skutkom Nowej Fali. Temat ten przewija się w zasadzie przez cały tom.

W latach 70. "siły wywierające swój wpływ na sf (...) raczej ją rozdzierały na odłamy, niż jednoczyły; twórcy w wiekszości zajmowali się swymi osobistymi koszmarami niż wspólnym marzeniem".

"Wiele różnych sił odsuwało sf od jej dawnej, magazynowej postaci, gdzie bohaterowie o klarownych sylwetkach zajmowali się problemami zmian, które autor opisywał wprost, przejrzystym stylem. W tych utworach zakładano, że ludzki rozum zawsze pośpieszy z racjonalnym rozwiązaniem - a klasycznym przykładem takiej literatury była cała dotychczasowa twórczość Isaaca Asimova. Euforia zwycięstwa, z jaką Stany Zjednoczone wyszły z II wojny światowej (...) ustąpiła niepewności lat zimnej wojny, nieustabilizowanej sytuacji w Azji oraz utraty przewagi naukowo-technicznej nad ZSRR w dziedzinie broni jądrowej i lotów kosmicznych. Problemów postrzeganych w latach 60. Nie można było, jak się zdawało, rozwiązać za pomocą tylko ludzkiego rozumu".

"Pokolenie pisarzy sf, które pojawiło się w latach 60., wyrosło na gruncie niezadowolenia nie tylko z tej postaci sf, która istniała poprzednio i często stanowiła dla nich inspirację, ale przede wszystkim niezadowolenia świata. Niektórzy zaczęli pisać utwory nie tylko antynaukowe, ale często antyfantastycznonaukowe (...)".

Gunn ponownie wspomina o roli "New Worlds" Moorcocka i warsztatów literackich sf w Clarion (założone w 1968 r. w Clarion State College, a potem przeniesione do Michigan State University). Dzięki tym ostatnim odkryto znakomitych pisarzy, jak Vonda McIntyre, Lisa Tuttle, czy George Alec Effinger.

"Główną cechą charakterystyczną rewolucji nowofalowej było odejście od tradycji sf ku literackiemu mainstreamowi (...) Oznaczało to wprowadzenie mainstreamowych środków technicznych oraz postaw wobec nauki, życia i ludzi, włączając w to ich zachowanie i przeznaczenie. To co do tej pory było przezroczyste, stawało się przeświecające zaledwie lub całkiem nieprzejrzyste, rzeczy proste stawały się skomplikowane, racjonalne okazywały się irracjonalne, klasyczni bohaterowie stawali się skomplikowani, całkiem nie bohaterscy, często zupełnie realistyczni. Nacisk położony na opis charakteru i tła oznaczał często eliminację tradycyjnego sposobu narracji: nierzadko również dochodziło do obrony problemów i praw jednostki sprzecznych z problemami i prawami grupy czy gatunku, a nawet do odrzucenia racjonalności, utrzymywania, iż wszechświat jest irracjonalny, albo przynajmniej niemożliwy do pojęcia".

"Sposób narracji był często ważniejszy niż treść - forma zdominowała materię".

Jako "młodzi autorzy" występują tu dzisiejsi klasycy: Gene Wolfe, Gardner Dozois, Alice Sheldon (oczywiście jako James Tiptree Jr.), George R.R. Martin, czy Michael Bishop.

„W miarę jak sf docierała do coraz szerszych kręgów czytelniczych, zmieniał się charakter
twórców. Autorzy z lat trzydziestych interesowali się przede wszystkim nauką oraz
domniemaniami co do przyszłości; twórcy z lat sześćdziesiątych zajmowali się konwencjami czy metaforyką sf, ale odrzucała ich sama myśl o nauce jako o możliwości załatwienia spraw ludzkości. Wreszcie pisarzy z następnego dziesięciolecia pociągał potencjał science fiction jako formy literackiej, przy jednoczesnej akceptacji nauki jako przejawu działalności człowieka równie ważnego, jak sztuka”.

„We wstępie do swego zbioru "Particle Theory" Bryant postrzegał lata siedemdziesiąte jako dziesięciolecie „nowych pomysłów i połączenia odmiennych elementów literackich… Reprezentanci Nowej Fali pokonywali swój patologiczny strach przed wszystkim, co naukowe i techniczne, i zaczynali przejawiać naturalne zaciekawienie działaniem wszechświata fizycznego. Natomiast tradycjonaliści odkryli, że ich wspaniałe pomysły nic nie tracą, jeśli przedstawia się je w sposób literacko wyrafinowany.”

"W połowie lat 70. Nowa Fala uległa wchłonięciu przez całość twórczości sf. Utwory podobne w tonie, filozofii, treści i stylu do tego, co przedtem nazywano Nową Falą zaczęły się pojawiać we wszystkich czołowych periodykach".


"Pisarze dysponują ograniczonym tylko zasobem zmiennych, za pomocą których mogą wyróżnić swoją twórczość od dorobku innych pisarzy. Podstawowym narzędziem jest zasób słów, ale poza tym literatura piękna ma do dyspozycji wątek (co się dzieje), postaci (z kim to się dzieje) oraz tło (kiedy i gdzie się dzieje). Jednakże swój szczególny charakter literatura piękna osiąga nie tylko przez prezentację wydarzeń, osób, czy miejsc (...) ale przede wszystkim przez aluzje przedstawiane wraz z wydarzeniami, osobami i miejscami.
Jeśli utwór literacki uznajemy za świat zamknięty, w którym postaci istnieją tylko dla treści, ta zaś tylko dla postaci, natomiast otoczenie zostało stworzone dla obojga, to właśnie owe aluzje pomagają odnieść ów świat zamknięty do innych światów, w tym również do tego, z którym my, jako czytelnicy, jesteśmy zaznajomieni. Poprzez aluzje danego utworu czynione wobec świata realnego (doświadczanego) my, jako czytelnicy, otrzymujemy temat, punkt odniesienia, znaczenie - te wszystkie atrybuty literatury pięknej, które nie pozwalają nam powiedzieć po zakończeniu lektury: "No i co z tego?" Za pomocą aluzji uczymy się, jak interpretować to, co się dzieje w zamkniętym świecie opowieści".

"W "literackiej" sf aluzje ze świata w niej przedstawionego odnoszą się do życia codziennego, tradycji, mitologii, literatury, historii i tak dalej".

"Aluzje (...) mogą dać różne poziomy znaczenia. Jeden czytelnik zajmuje się po prostu akcją utworu, podczas gdy inny, pracowitszy, albo bardziej zaprawiony w lekturze pism dyplomatycznych, może dostrzec inne głębie opowieści uzupełniające akcję, wzbogacaące ją, zmieniające, czy nawet odwracające. Czasem aluzje stają się wsparciem historycznym, mitycznym, czy literaturoznawczym dla głównych wydarzeń opowieści; kiedy indziej dostarczają wskazówek dla zrozumienia tego, co się dzieje.

"Jak wskazał Samuel Ray Delany, sf wytworzyła sobie własne zasady lektury". (Zwłaszcza zasób toposów i akcesoriów gatunkowych)

"Zasady lektury bardziej literackich utworów lat 60. i 70. pochodzą z głównego nurtu literatury. Czynione w nich aluzje nie dotyczyły science fiction ani nauki, ale szerszego doświadczenia. Świat realny obejmuje nie tylko wspólne, codzienne doświadczenia, ale i dziedzictwo kulturalne, obejmujące mity, literaturę i historię, które według założenia (nie zawsze słusznego) są wspólne dla wszystkich wykształconych ludzi".

Gunn zwraca uwagę na niebanalne aspekty ewolucji science fiction:

Zasadniczym celem aluzji jest "odniesienie opowieści do wartości bardziej tradycyjnych, czasem bardziej zasadniczych, i wpisanie jej w ramy ludzkiego bytu, włączając w to ludzką przeszłość. Czasem oczywiście odniesienie jakiejść historii do przeszłości sprzeciwia się jej relacji do przyszłości; a im bardziej wypadki w niej opisane stanowią komentarz do teraźniejszości, tym mniej mogą być odczytywane jako rozważania o przyszłości".
"Kiedy akcent się przesuwa, zwykle zmieniają się i postaci, aby się dostosować i wytworzyć nowe wartości i nowe znaczenia. Było to równie prawdziwe w wieku XIX jak i obecnie. Na przykład Poe pisał o nadwrażliwych ludziach, dla których zwykłe doznania były nie do zniesienia: szukali oni ucieczki w podróżach lub narkotykach, ucieczki od wstrząsów życia; dla nich jeden ruch, jedno słowo stawało się wybuchowym początkiem łańcucha zdarzeń. Z drugiej strony Verne przemierzał w swych utworach nie zbadane dotąd połacie mórz, lądów, powietrza i Kosmosu, do tych celów potrzebował twardych, żądnych przygód bohaterów, którzy nie poddają się nastrojom czy zwątpieniu. Wells zajmował się problemami społecznymi i jego bohaterowie byli zazwyczaj zwykłymi ludźmi ze zwykłym zdrowym rozsądkiem i wystarczającym hartem ducha, by móc przeżyć nękające ich kłopoty".

"Kiedy powstały czasopisma sf, ich redaktorzy poczęli ustalać charaktery postaci w utworach, jakie kupowali. Hugo Gernsback lubił wynalazców; John Campbell potrzebował uczonych (...) Horace Gold wymagał, by byli to zwykli ludzie, którzy znaleźli się pod wpływem zmiany, jakiej sami nie wywołali, i jakoś próbowali się do niej przystosować. Większość dzisiejszych redaktorów potrzebuje sympatycznych bohaterów, którzy są wystarczająco inteligentni, by rozpoznać naturę swej sytuacji, i wystarczająco prężni, by coś z tym zrobić (...) Nowi autorzy zwykle wybierają bohaterów, którzy są antytezą bohaterów poprzedniego pokolenia (...) Bohaterowie twórców nowej fali bywali zdumieni, ogarnięci obsesją, skłonni do introspekcji - zamyśleni lecz mało skuteczni".

"Science fiction spod znaku nowej fali zerwała z campbellowską tradycją nie tylko jeśli chodzi o tematykę i środki wyrazu, ale równieź w wyniku radykalnie odmiennego poglądu na rodzaj ludzki, jego miejsce we wszechświecie i układ polityczny, w jakim się znajduje".

Robert Silverberg (wstęp do zbioru opowiadań Gardnera Dozoisa): "radykalny rozsądek lat sześćdziesiątych, świadomość, że życie w Ameryce XX wieku nie całkiem jest takie, jak przedstawiają je prasa, telewizja, bogaci i rząd".

Dozois mówił krytycznie o Nowej Fali na konwencie w Waszyngtonie w 1973 roku:

"Najzacieklejszy z tak zwanych twórców Nowej Fali porzucili wątek racjonalny, który należy do filozoficznego dziedzictwa sf; w ten sposób pomniejszyli wartość swej twórczości".

Z drugiej strony "Stara Fala psuje wszystko przez powielanie się rok po roku, kontynuację starych wątków niczym tkaniny sprzedawanej na metry, bezzębne przeżuwanie papierowych bohaterów i zgranych pomysłów i zgranych pomysłów... Ich martwe Galaktyki, ani w części tak interesujące jak Ziemia, nie pozostawiają wątpliwości, iż "uczucie zadziwienia" dawno już tam umarło. Oni z kolei porzucili wątek irracjonalności i fantastyki, który również należy do filozoficznego dziedzictwa sf, i w ten sposób pomniejszyli wartość swojej twórczości".

Jest to doskonała diagnoza - koniecznością była nowa synteza: utwory, które "zatrzymają wewnętrzną moc marzeń i irracjonalności, ale będą ją traktować wedle zasad obowiązujących w świecie rzeczy znanych i racjonalnych".

"Science fiction to szczególny rodzaj opowieści fantastycznej. Jej celem jest przedstawienie rzeczy fantastycznych tak, jakby były realne. Realizm zatem może być równie ważny dla sf jak fantastyka: jeśli mało jest racjonalnych wytłumaczeń dla wydarzeń, jakie następują w danej opowieści, coraz luźniejszy staje się jej związek z sf. Mamy tu szczególny paradoks: choć sf należy do literatury fantastycznej, im bardziej fantastyczna jest treść utworu, tym mniej ma on wspólnego z sf".

"Antyrealizm zdobył sobie przyczółek w sf, a surrealizm zaczął kształtować na nowo marzenia sf. Wyzwolone przez eksperymenty Nowej Fali antyrealizm i surrealizm stały się nowymi metodami postępowania wobec tajemniczości Wszechświata i tajemnic ludzkiego umysłu". (Przykładem takiego surrealistycznego podejścia w antologii jest opowiadanie "Słowotop", w którym wypowiadane przez ludzi słowa dosłownie się materializują, powodując prawdziwe klęski żywiołowe).

"Dziś bitwy (...) w zasadzie ustały. Walka zakończyła się remisem, ale tak jak we wszystkich wojnach, walczący wyszli z niej odmienieni. Na rynku koegzystuuą tradycyjna sf - we wszystkich swych formach (...) - z literacką jej formą. Tematy i innowacje stylistyczne wprowadzone przez nową falę zostały postawione do dyspozycji autorów bardziej tradycyjnych i często trafiają do ich twórczości. Co bardziej radykalne formy pisarstwa eksperymentalnego w zasadzie zniknęły, a owi eksperymentalni twórcy powrócili do bardziej przystępnego tworzywa i form".

"Innymi słowy, science fiction jest jak zwykle w stadium płynności i również, jak zwykle, spogląda ku rzeczom wielkim".

Z czasem dochodzi do wielkiego triumfu science fiction: gatunek zostaje zaadaptowany przez mainstream, którego przedstawiciele coraz częściej uważają (jak swego czasu Miłosz), że jest to forma wypowiedzi oferująca wielkie pole do popisu jeśli chodzi o diagnozowanie ewolucji współczesnego świata.

"Z punktu widzenia świata literackiego poza sf - świata "przyziemnego", jak pogardliwie nazywają go zwolennicy sf - science fiction wygląda na zjawisko cokolwiek wyizolowane, nacechowane takimi aspektami jak niezbyt wyrafinowani czytelnicy, dominacja czasopism, konwenty i konwencje oraz tematyka opowieści. Wielu krytyków nie wdaje się w szczegółowe rozważania uważając całą sf za niewartą poważnych analiz; ci, którzy się do tego biorą, często kładą sf na jednej półce z komiksami w stylu Flasha Gordona, Bucka Rogersa, czy Supermana, albo z filmami quasi-sf w rodzaju "Godzilli" czy "The Thing". Czasami taką postawę reprezentują również niektórzy twórcy sf.
Jednak bardziej spostrzegawczy krytycy, którzy bliżej przyjrzeli się zjawisku zwanemu science fiction, stwierdzili, że jej autorzy mają poważne intencje, a bardzo często dysponują również sprawnością literacką, natomiast jej tematyka nie stanowi jedynie zestawu wyświechtanych schematów, ale zajmuje się często bardzo ważnymi sprawami. Wielu twórców zwykle nie kojarzonych z sf szukało w jej zasobach pomysłów dla swych metafor i idei. Wśród nich byli John Barth, Pierre Boulle, William Burroughs, Anthony Burgess, William Golding, John Hersey, Doris Lessing, Vladimir Nabokov, Walker Percy, Thomas Pynchon, Ayn Rand, John Williams, Herman Wouk oraz Vercors (Jean Bruller), jeśli nawet pominąć tych, którzy znacznie częściej praktykowali sf niż wyżej wymienieni, a mianowicie Aldousa Huxleya, George'a Orwella czy Kurta Vonneguta, jr.
Jeszcze inni twórcy pracowali niezależnie, zwracając się okazjonalnie ku instrumentarium sf tak samo naturalnie, jak naturalnie mogliby sięgać po bajkę, mit czy epos". Jest to przypadek Jorge Louisa Borgesa".

Jednym z głównych pojęć podchwyconych przez Nową Falę i wprowadzonym do repertuaru zainteresowań science fiction (vide: Philip Dick, w wypadku którego stanowi zdecydowanie leitmotiv) jest zjawisko entropii. Niemiecki fizyk Clasius nadał tę nazwę stosunkowi zawartości ciepła w danym systemie do jego temperatury absolutnej. W systemie zamkniętym ten stosunek, który oznacza zawartość energii zdolnej do wykonania pracy, będzie się zawsze zwiększał, w miarę jak temperatura systemu będzie się zbliżała do przeciętnej. Kiedy entropia osiągnie wartość maksymalną, temperatura systemu zamkniętego się ustabilizuje, a zawartość energii mogącej wykonywać pracę osiągnie zero. Jak głosi bohater jednego z opowiadań zamieszczonych w omawianym tomie,
„w ostatecznym rezultacie entropia zawsze bierze górę nad energią kinetyczną”.

"We wszechświecie, jedynym maprawdę zamkniętym systemie (o ile rzeczywiście jest on zamknięty) stan maksymalnej entropii nastąpi u końca dziejów, kiedy cała materia osiągnie tę samą temperaturę (bliską zeru absolutnemu) i nie będzie już przepływu ciepła, nie będzie zmian, nie będzie czasu. Taki stan nazwano "cieplną śmiercią Wszechświata": koncepcja ta stała się ważna dla autorów piszących do "New Worlds", ponieważ odzwierciedlała ich własny pogląd na świat". Chodzi o pogląd, "iż cywilizacja zachodnia osiągnęła swój punkt szczytowy gdzieś w przeszłości, a obecnie chyli się ku upadkowi, jałowości i śmierci".
Możemy tu dodać, że nieprzypadkowo ten nowofalowy pogląd pojawi się w Wielkiej Brytanii: złośliwi mogliby powiedzieć, że Brytyjczycy pomylili koniec imperium brytyjskiego z upadkiem cywilizacji zachodniej i ubrali swoją nostalgię w szaty ontologii.

Jako przykład utworu poświęconemu entropii służy tu opowiadanie Pameli Zoline, "Cieplna śmierć Wszechświata":

"Jak to dobrze dla gatunku, przychodzi Sarah do głowy myśl, albo ktoś ją jej podsuwa, że dzieci są takie przymilne, bo inaczej bardzo szybko zostałyby wytępione i ludzka rasa by wyginęła, rozkwitając na pożegnanie w ostatnim pokoleniu niezwykłym rozwojem sztuki i osiągnięć cywilizacji (...) Wszystkie siły i środki skupiłyby się na utrzymywaniu i upiększaniu każdego przelotnego uczucia, każdej upływającej chwili, natomiast nikt już nie zaprzątałby sobie głowy niepewnym inwestowaniem w nieśmiertelność poprzez jakże często przynoszące rozczarowanie owoce swojego łona".

"We wszechświecie Gibbsa porządek jest najmniej, chaos zaś najbardziej prawdopodobny. O ile jednak Wszechświat jako całość, jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak cały Wszechświat, ma tendencję do zużywania się, to istnieją lokalne enklawy, których kierunek istnienia jest przeciwny niż całego Wszechświata, i w których panuje ograniczona w miejscu i w czasie tendencja do wzrostu porządku. Życie może powstać i istnieć właśnie w jednej z takich enklaw".

Niemniej nawet tam wyraźnie widoczne jest dla świadomego obserwatora, że "porządek jest najmniej, chaos zaś najbardziej prawdopodobny" - podobnie jak jest to widoczne dla umęczonej rodzinną katorgą/otępiającą rutyną bohaterkę opowiadania.

Reprezentantem postapokaliptyki w tomie Gunn uczynił znakomitą "Ostatnią kantykę" (poprzednik klasycznej powieści "Kantyczka dla Leibowitza) Waltera Millera z 1960 roku. Jest to znakomity tekst, z którego wiele mógłby się nauczyć o pisarstwie Dymitr Glukhovski i jemu podobni epigoni.

"Opowiadano, że Bóg, chcąc doświadczyć ludzkość, rozkazał mędrcom tamtej epoki, a wśród nich błogosławionemu Leibowitzowi, udoskonalić diabelską broń i oddać ją w ręce ówczesnych faraonów. I za pomocą takiego oręża człowiek w przeciągu kilku tygodni zniszczył swoją cywilizację i starł z powierzchni ziemi sporą część ludności świata. Po Potopoe Płomieni nastały zarazy, szaleństwo i krwawy początek Wieku Uproszczenia, kiedy pozostałe przy życiu resztki ludzkości rozszarpały na kawałki polityków, techników oraz uczonych i spaliły wszystkie archiwa mogące zawierać informacje zdolne jeszcze raz sprowadzić świat na drogę zagłady. Niczego nie darzono tak zajadłą nienawiścią, jak słowa pisanego i ludzi wykształconych (...)
Aby ujść przed sprawiedliwym gniewem pozostałych przy życiu prostaczków, wielu naukowców i ludzi wykształconych uciekło do jedynego sanktuarium, które próbowało zapewnić im ochronę. Kościół Święty przyjął ich, odział w szaty mnichów, usiłował ukryć przed motłochem. Czasem owo schronienie było bezpieczne, najczęściej jednak nie. Napadano na klasztory, palono archiwa i święte księgi, chwytano i wieszano uchodźców. Leibowitz uciekł do cystersów, złożył śluby, został księdzem i podwunastu latach uzyskał od Stolicy Apostolskiej pozwolenie na założenie nowego zakonu mającego zwać się "albertynami", od św. Alberta, nauczyciela Tomasza z Akwinu i patrona uczonych. Nowy zakon miał poświęcić się wszelkiej wiedzy, świeckiej jak i religijnej, a bracia - nauczyć się na pamięć tych książek i pism, jakie udałoby się dla nich przemycić ze wszystkich stron świata. W końcu Leibowitz został rozpoznany przez prostaczków i poniósł męczeńską śmierć przez powieszenie, lecz założony przezeń zakon przetrwał i kiedy można było znów bezpiecznie posiadać pisane dokumenty, wiele książek odtworzono z pamięci. Jdnak pierwszeństwo dano świętym księgom, historii, naukom humanistycznym i społecznym - ponieważ pojemność pamięci zapamiętywaczy była ograniczona, a tylko niewielu braci miało przeszkolenie do rozumienia nauk ścisłych. Z ogromnej skarbnicy ludzkiej wiedzy pozostał tylko żałosny zbiór ręcznie spisanych ksiąg.
Teraz, po upływie sześciu wieków ciemności, mnisi z zakonu Leibowitza nadal przechowywali te księgi, studiowali, przepisywali i czekali".

Przy okazji dostajemy w prezencie od Gunna mini-szkic dotyczący literatury postapokaliptycznej:

Opowieść pokatastroficzna ("postapokaliptyczna", jak się to dzisiaj określa). Dotyczy sytuacji po katastrofie, a nie w jej trakcie. Najwcześniejsza taka opowieść to biblijna opowieść o Noem. W samej sf najwcześniej była powieść Mary Shelley "The Last Man" (1826), a potem "The Battle of Dorking" (1871) pułkownika sir George'a Tomkynsa Chesneya, "Wehikuł czasu" (1895) Wellsa, "The Purple Cloud" (1901) M. P. Shiela, "Darkness and Dawn" (1912) George'a Alana Englanda, "Dni komety" (1906), "The Shape of Things to Come" (1934) Wellsa, "The Final Blackout" (1940) L. Rona Hubbarda.

Pierwsza historia o sytuacji po katastrofie atomowej: "Clash by Night" (1943) opublikowana przez małżeństwo Kuttnerów pod pseudonimem Lawrence O'Donnell, potem "Nieśmiertelni" (1947) tych samych autorów, "Alas, Babylon" (1949) Pat Frank, "Shadow on the Hearth" (1950) Judith Merril i wiele innych.
Cechą wyróżniającą tekst Millera był znakomity styl, a także długi okres oddzielający katastrofę od opisywanych wydarzeń.

Najlepszym jaki można sobie wyobrazić przykładem humanistycznej, psychologicznej science fiction są "Kwiaty dla Algernona" Daniela Keyesa (powieść wyrosła z opowiadania jest jedną z moich ulubionych).
"Jakież to dziwne, że uczciwi ludzie, wrażliwi i uczuciowi, którzy nigdy nie byliby zdolni dworować sobie z człowieka, który urodził się bez rąk, nóg czy oczu, że ci sami ludzie nie myślą o tym, że zabawiają się kosztem człowieka z niedorozwojem umysłu".

Podobnie w wypadku otwierającego tom tekstu Mathesona, "Zrodzony z męża i niewiasty", skoncentrowanego nie na "przygodzie", lecz na "wewnętrznej przestrzeni" bohatera skazanego na izolację i cierpienie ze strony osób teoretycznie mu najbliższych. Oto figura "potwora" - dziecka-mutanta, która obnaża w istocie potworność nas wszystkich. Wstrząsający tekst.
Te wewnętrzne monologi u Keyesa i Mathesona to najlepsze przykłady, że sf może nas zabierać nie tylko na wyprawy w przestrzeń międzygwiezdną, lecz także w głąb ludzkiego umysłu, nie rezygnując z odkrywania nowych światów i perspektyw.
"Odwrócenie punktu widzenia daje opowiadaniu jego niezwykłe oddziaływanie; takie samo odwrócenie postaw i procesów myślowych występuje w najlepszych utworach sf".


Kolejnym klasykiem w tomie jest "Biblioteka Babel" Borgesa - surrealistyczna wyprawa w świat będący poetycką metaforą.

"Biblioteka Babel" to opowiadanie science fiction, w którym obraz olbrzymiej i zapewne nieskończonej biblioteki staje się metaforą wszechświata".
Pomysł: dziewiętnastowieczny niemiecki autor sf Kurd Lasswitz (pierwociny: trzynastowieczny mistyk Raymond Lully).

Borges to filozof i poeta, a zatem do kreowańia fantastycznych wizji nadawał się wprost idealnie.

"Nieźle poznał język angielski i science fiction, szczególnie zaś lubił Poego i Wellsa. Pisząc "Wstęp do literatury amerykańskiej (1967) wspomniał w nim o Lovecrafcie, Heinleinie, van Vogcie i Bradburym".

"Wg Andre Maurois literackim prekursorem Borgesa był Kafka, natomiast według samego Borgesa prekursorzy Kafki to Zenon z Elei, Kierkegaard i Robert Browning".

"Niektóre z najlepszych opowiadań Borgesa to utwory fantastyczne, za nie zresztą jest najwyżej ceniony. Według Borgesa literatura fantastyczna stosuje cztery podstawowe środki: opowieść wewnątrz opowieści, wpływ snu na rzeczywistość, podróż w czasie oraz sobowtór". Niektóre jego teksty to sf: np. "Tlon, Uqbar, Orbis Tertius" "przedstawia zupełnie nowy świat stworzony przez tajne stowarzyszenie astronomów, inżynierów, biologów, metafizyków i geometrów, których zaczyna być zbyt wiele w naszym własnym świecie. "Loteria w Babilonie" omawia tajemną Spółkę, co zarządza szczęściem i pechem za pomocą gry losowej, która staje się tak skomplikowana, że nie można jej odróżnić od realnego życia. "Koliste ruiny" prezentują śniącego bohatera, który okazuje się snem jeszcze kogoś innego".

Metafizycy z Tlonu "nie szukają prawdy ni prawdopodobieństwa, szukają zadziwienia. Uważają, że metafizyka jest odłamem literatury fantastycznej" (można by też powiedzieć, że literatura fantastyczna jest odłamem metafizyki).

Oto zatem Wszechbiblioteka:

"Wszechświat, którzy inni nazywają Biblioteką, składa się z nieokreślonej i być może nawet nieskończonej liczby sześciobocznych galerii (...)"

"Pewność, że wszystko jest napisane unicestwia nas lub czyni widmami".

"Podejrzewam, że rodzaj ludzki - jedyny - jest na wymarciu i że Biblioteka przetrwa: oświetlona, samotna, nieskończona, doskonale nieruchoma, uzbrojona w cenne woluminy, niezniszczalna, tajemnicza".


Fragment "Diuny", jednej z najdoskonalszej znanej mi powieści, stanowi dla Gunna okazję do rozważań o wizji Herberta:

"Frank Herbert w swoim eseju zamieszczonym w tomie "The Craft of Science Fiction" (1976) złożył hołd "Fundacji" jako "jednemu z klasyków wszechczasów". Stwierdził jednak, że opowieści o Fundacji są oparte na "niepotwierdzonych założeniach" i że inne założenia "mogłyby posłużyć jako odskocznia do stworzenia zupełnie innego cyklu opowiadań.
Założenia, jakie Herbert czyni w "Diunie" są następujące: różne warunki panujące na zamieszkanych przez ludzi planetach stworzą nowe typy ludzkie, natomiast podobne warunki dadzą podobne wyniki (pustynna planeta Arrakis spowodowała powstanie kultury i postaci przypominających arabskie), że zwalczanie trudności jest dobre dla oudzi i pozwala otrzymać silniejszych i skuteczniejszych wojowników, że rodzaj ludzki dysponuje ukrytymi talentami, które można wydobyć i wykorzystać poprzez dobór genetyczny i naukę, że w komórkach przechowuje się pamięć całej rasy, a w szczególnych okolicznościach pamięć jednostki może stanąć otworem przed kimś innym, że imperium galaktyczne będzie mieć raczej luźną, feudalną postać, a nie scentralizowaną, wzorowaną na rzymskim modelu Asimova, że rozwój komputeryzacji doprowadzi do buntu na skalę Galaktyki przeciwko sztucznej inteligencji i do rozwoju nowych sprawności umysłu ludzkiego, że zakaz bomb atomowych i wprowadzenie pancerzy osłaniających ciało oznaczać będzie powrót do walki wręcz, że jednostki i w ogóle rasa ludzka utrzymają się przy życiu w wąskim przedziale między egzystencją i niebytem, między zdolnością przewidywania a wolą, między bólem czarnej skrzynki a trucizną gom jabbar, między trucizną Wody Życia i zmianą w niej, która wywołuje wizje i wspólnotę.
Do tych i innych założeń Herbert dodał strukturę mitu, bogato zdobioną szczegółami scenerię społeczną, historyczną i fizyczną, która w sumie dała modelową opowieść o wymyślonym świecie (...) a także wywołała zainteresowanie ekologią, rozwojem człowieka i ruchami mesjanistycznymi".

Z epicką wizją Herberta kontrastuje stonowane, spokojne i kameralne i smutne opowiadanie Boba Shawa, "Światło minionych dni", w którym specjalne szkło umożliwia spoglądanie w przeszłość.

"Shaw rozważa kwestię handlowego wykorzystania wynalazku, który bez tego szybko popadłby w niepamięć, ale w swym opowiadaniu rozważa tylko te zastosowania, które mieszczą się w sferze estetycznej".

Dla porównania Ken Liu we wspóczesnym tekście "Człowiek, który zakończył historię" o możliwości "zaglądania" w przeszłość zajmuje się głównie aspektami politycznymi problemu, choć także z silnym naciskiem na osobistą tragedię ludzką. To jest moim zdaniem prawdziwie doskonała synteza, ukoronowanie rozwoju sf: pisząc o Problemie, Idei, Pomyśle i Konsekwencjach Liu nie traci z oczu człowieka.

W antologii znalazło się miejsce dla być może największego z tytanów science fiction, czyli Stanisława Lema, który reprezentowany jest przez niezmiernie zabawne i błyskotliwe oraz wirtuozerskie literacko opowiadanie o Elektrybałcie.

Lem jest wielkim pesymistą science fiction i mizantropem ("Wizja Lema zakłada, że świadomość i intelekt prowadzą tylko do cierpienia i śmierci"). Gunn nie bez racji nazywa opowieść "O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali", najgwałtowniejszym atakiem na rodzaj ludzki od czasu "Podróży Guliwera".

Jednocześnie jego teksty są jedynymi z niewielu, które nawet wielokrotnie czytane wciąż potrafią mnie rozśmieszyć do łez. Poczucia humoru i wyczucia absurdu istnienia mogliby się od niego uczyć Monty Python, Terry Pratchett, czy Douglas Adams.

"Odtąd żaden poeta nie mógł oprzeć się,zgubnej chętce wyzwania Elektrybałta na turniej liryczny (...) Elektrybałt pozwalał deklamować przybyszowi, po czym zaraz chwytał algorytm jego poezji i, opierając się na nim, odpowiadał wierszami, utrzymanymi w tymże duchu, lecz dwieście dwadzieścia do trzysta czterdzieści siedem razy lepszymi".


Właściwie w tomie tym nie ma żadnego słabego tekstu - jedynie opowiadania dobre, bardzo dobre i wybitne. Gene Wolfe pisze o nas samych, samotnych dzieciakach dorastających z fantastyką jako najważniejszym towarzyszem i przyjacielem. Gardner Dozois - o wojnie rasowej w USA (ale z perspektywy jednostki: "Kiedy pisałem to opowiadanie, czyli w roku 1968, uważałem, że wojna rasowa jest nie tylko prawdopodobna, ale i nieunikniona. Później zaczęło mi się wydawać, że prognozy w nim zawarte stały się przestarzałe. Teraz zaś nie mam już co do tego żadnej pewności").
Thomas Disch - nieco w duchu "Mechanicznej pomarańczy" poetycko ("Cisze nadlatujące z wiatrem od Upper Bay"; "Wszystko to było tak nieuchwytne, jak gdyby tylko najcieńszy z muślinów dzielił ich od zrozumienia czegoś (wszystkiego) naprawdę ważnego") o niebezpiecznych dzieciach:
"Podstawowa potrzeba wieku dziecięcego: dorosnąć i kogoś zabić".

David Gerrold - zdecydowanie w duchu Philipa Dicka - o wpływie percepcji na rzeczywistość i kruchej, niepewnej naturze owej rzeczywistości:

"Teraz już wszystko wydawało się nienormalne. Świat zdawał się rozjeżdżać na boki - wszystko tak zgniecione, porozciągane i pokoślawione, że ześlizgiwało się w dół, ku krawędzi. Nic poza nią na razie nie wypadło, ale odniosłem wrażenie, że dostrzegam na powierzchni drobne pęknięcia".

"Myślę, że świat istnieje tylko jako odbicie naszych świadomości. Istnieje w taki sposób, w jaki istnieje tylko dlatego, że my myślimy, iż istnieje w taki sposób".

"Ta masowa halucynacja, że świat jest realny trwa tylko siłą bezwładu. Wierzysz w nią, ponieważ była kiedy pierwszy raz uwierzyłeś, że istniejesz - to znaczy kiedy wszyscy inni pierwszy raz w to uwierzyli. Gdy się urodziłeś przekonałeś się, że świat przestrzega pewnego kanonu praw, w które wierzą inni ludzie, ty więc uwierzyłeś nie także - fakt, że w nie wierzysz po prostu przysparza im tyle właśnie mocy (...) Jeśli dostateczńie wielu ludzi w coś uwierzy owo coś staje się rzeczywistością (...) Nikt nie znajdował żadnych skamielin dopóki ludzie nie zaczęli wierzyć w ewolucję - a potem, gdy już zaczęli w nią wierzyć, nie postąpiłeś kroku, żeby się nie potknąć o skamielinę (...) Świat nie zmienia się jednolicie. Każdy zaczyna wierzyć w coś innego i tworzy to złogi bezprzyczynowości".

Alec Effinger - antyutopijnie o zaniku kreatywności i mechanicznej powtarzalności oraz kopiowaniu klasyków. W jego opowiadaniu literatura zanikła (została zakazana) bowiem przynosi niepokój - sytuacja znana z niezliczonych utworów sf. Legalna jest jedynie odtwórczość, lecz twórczość karana jest śmiercią.

Świetną, "biurokratyczna antyutopią" przywodządcą na myśl "Brazil" Gilliama jest tekst Barry'ego Malzberg "Rozłączenie":
"W skażonym, przeludnionym świecie, nękanym niebezpiecznymi tarciami międzynarodowymi, gdzie pięć osób przypada na powierzchnię, jaką natura przeznaczyła dla jednej, napięcia kumulują się i jedynym sposobem ocalenia przed ostateczną zagładą jest silny aparat administracyjny".



"Wolny pomidor" Bishopa przywodzi na myśl szaloną krzyżówkę Dicka z mesjanistyczną końcówką "Odysei kosmicznej 2001" Kubricka, w której postczłowiek powraca na Ziemię

„Był nic nie znaczącym człowieczkiem o małej ambicji i miernych zdolnościach, został wybrany przez Myrmidopteran, by wyjawił borykającym się z losem masom swego gatunku ich nieuchronne przeznaczenie. Philip K. był znów dogłębnie poruszony; niebiosa wokół niego rozbrzmiewały echem radosnych okrzyków „hosanna!” i wszelkie stworzenie zdawało się otwierać przed nim jak rozkwitający pąk. Przepojony nabożną czcią i swym własnym, piekąco słodkim sokiem Philip K. wyłonił się z powrotem w naszym świecie fizycznym, w bezpośrednim sąsiedztwie Ziemi (mimochodem zabierając Księżyc prawowitej właścicielce). Później usadowił się na niebie zdumionej Ameryki Pomocnej, jakby był tam od zawsze. Miliony zginęły w wyniku gigantycznych przypływów, jakie spowodował, ale wszystko to było zgodne z Planem Gry najwyższego bóstwa i Philip K. czuł raczej uniesienie niż wyrzuty sumienia. (Zastanawiał się przelotnie, czy Houston zostało zalane i czy Lidia P. utonęła.) Był wolnym pomidorem, to fakt, ale nie zwiastunem zagłady. Był posłańcem Nowego Zwiastowania i przybył, aby oznajmić je swojemu ludowi. Unosząc się pięćset tysięcy kilometrów nad Ziemią nie miał pojęcia, jak przekaże tę wieść, wiadomość, że mandala ignorancji, wiedzy i pełnego zrozumienia zakończyła już prawie pierwszy obrót”.


Kolejnym autorem wartym wzmianki jest z pewnością święcący dziś triumfy dzięki "Pieśni lodu i ognia" George R.R. Martin. W latach 70. był jeszcze młodym, obiecującym pisarzem z grupy Labor Day:

"Thomas Disch, w swoim eseju krytycznym zamieszczonym na łamach F&SF z lutego 1981 roku nazwał grupę twórców, jaka zdominowała listy laureatów Hugo i Nebuli oraz spisy treści wyborów najlepszych opowiadań roku, „Grupą Labor Day”, ponieważ jej członków najczęściej spotykało się wspólnie na Światowych Konwentach Science Fiction tradycyjnie organizowanych około Labor Day — amerykańskiego Święta Pracy — czyli pierwszego weekendu września".

Disch pisał:
„Nie chcę twierdzić, że oto działa jakieś sprzysiężenie; po prostu zawiązało się swoiste
ugrupowanie pokoleniowe… Chciałbym ponadto stwierdzić, iż jest to grupa bardziej zwarta niż ci (ja między innymi), których stłoczono pod szyldem Nowej Fali; tamci są znacznie bardziej solidarni, podobnie jak w swoim czasie Futurianie”.


„Odpowiedzi na ten esej udzielił sam Martin w numerze F&SF z grudnia 1981 roku,
przyznając, że istnieje wspólnota takich twórców, jak Ed Bryant, Vonda Mclntyre, Tanith Lee, Jack Dann, Michael Bishop, Orson Scott Card, John Varley i on sam, ale odpierając jednocześnie większość postawionych tej grupie zarzutów. Pisał, że podobieństwo należących do niej autorów wywodzi się z faktu, iż wspólnota stanowi „fuzję dwóch walczących obozów z lat sześćdziesiątych”. Jej członkowie „stoją twardo jedną nogą w obozie tradycyjnej sf, ale jest to również „pokolenie Wietnamu”. Niepowodzenie Nowej Fali nie przemieniło ich w „literackich wyrobników produkujących towar na metry. Prawdziwa formuła to teza, antyteza, synteza”.
Zdaniem Martina, Grupa Labor Day w rzeczywistości „łączy barwy, witalność i nieświadomą siłę najlepszych przedstawicieli tradycyjnej sf z literackimi zainteresowaniami Nowej Fali. Jest to związek poety z rakietowcem, pomost między dwiema kulturami”.

Nic dodać, nic ująć, zwłaszcza z perspektywy lat, jakie upłynęły od publikacji "Drogi..."
Dla wszystkich narzekających dziś na zwyczaj przedwczesnego uśmiercania swych postaci przez Martina będzie to bardzo znamienny fragment z opowiadania opublikowanego w tomie:

„Opowieści o ludzkich losach są nic niewarte. Prawdziwe opowiadania (…) mają jakąś fabułę. Zaczynają się, ciągną jakiś czas, a kiedy się kończą, to naprawdę koniec
wszystkiego, chyba że facet pisze cały cykl. Ale w życiu nigdy tak nie jest, ludzie błąkają się bez celu, gadają bez ładu i składu i tak bez końca. Nic się nigdy nie kończy.
— Ludzie umierają — wtrąciłem. — Wydaje mi się, że to jest jakieś zakończenie.
Korbec beknął głośno. — Pewnie, ale czy słyszałeś, żeby ktoś umarł w odpowiedniej chwili?”

„A przecież sny są często lepsze od rzeczywistości, a opowieści o wiele piękniejsze niż życie”.


Kolejnym motywem w tomie jest fantastyka antropologiczna, stanowiąca moim zdaniem w historii gatunku zjawisko szczególnie fascynujące i bogate.

„Science fiction i antropologię zawsze łączyło szczególne pokrewieństwo. Wiele z najlepszych opowiadań i powieści sf traktuje o zagadnieniach antropologicznych. Historie o zaginionych cywilizacjach, pomimo że czerpały ze starszej tradycji podróżniczych, a ich głównym motywem szczególnie w twórczości takich praktyków jak H. Rider Haggard czy Edgar Rice Burroughs, były romantyczne przygody, tym niemniej stawiały interesujące pytania co do tego, jak owe pozostałości dawnych ras przeżyły tyle wieków oraz w jaki sposób ich życie i działania stanowią świadectwo dawnych — bardziej zaawansowanych lub bardziej prymitywnych — cywilizacji. Wielu twórców używało przeszłości lub przyszłości jako środka badań nad człowiekiem jako gatunkiem. W roku 1906 Herbert George Wells zwrócił się do Towarzystwa Socjologicznego z apelem, by korzystało z literatury i krytyki literackiej podejmującej zagadnienie społeczeństw
utopijnych w swych dyskusjach o społeczeństwie idealnym. Później do grona autorów sf włączyli się zawodowi antropolodzy, tacy jak Chad Ohver, który pisał w latach pięćdziesiątych, do chwili, gdy otrzymał profesurę na uniwersytecie stanu Teksas w Arlington, czy Leon E. Stover z Illinois Institute of Technology; do tej liczby dodać należy również takich utalentowanych antropologow–amatorów, jak Mack Reynolds, Ursula K. Le Guin (które, ojciec był wybitnym specjalistą w tej dziedzinie) oraz Ian Watson.
W swoich rozważaniach o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości gatunku ludzkiego science fiction w znacznym stopniu przypomina antropologię i wielu uczonych z tej dyscypliny przyznaje, że dlatego się nią zajęło, bo jest ona bliska sf. Może więc to pokrewieństwo nie jest aż tak szczególne.
W każdym razie Joan D. Vinge uważa, że nie jest. „Archeologia to antropologia
przeszłości”, twierdzi, „a science fiction to antropologia przyszłości” Urodzona w Baltimore
(Maryland) otrzymała bakalaureat z antropologii na uniwersytecie w San Diego w roku 1971. Przez jakiś czas pracowała na stanowisku dyżurnego archeologa w San Diego”.


Joan Vinge powiedziała kiedyś: „pisuję antropologiczną sf z akcentem położonym na
wzajemne oddziaływanie różnych kultur (ludzkich i nieziemskich) oraz reakcję poszczególnych ludzi na ich otoczenie. Często tematem moich utworów jest znaczenie porozumienia poprzez barierę obcości”.

Te problemy (dystans, obcość, mechanizmy ksenofobii, uprzedzenia, dialog) mają oczywiście w świecie nieustannych zderzeń kultur i systemów wartości

Brytyjczyk Ian Watson, którego "Powolne ptaki" i "Łowca śmierci" wywarły na mnie niegdyś wielkie wrażene, widzi science fiction jako „strategię przetrwania — metamorficzne narzędzie pomagające myśleć o przyszłości śmiało i elastycznie”.

„Jego utwory stawiają pytanie „czy można osiągnąć jakikolwiek stopień zrozumienia natury
rzeczywistości i powodów powstania Wszechświata i życia”. Jednak to zainteresowanie
transcendencją oparte jest solidnie na podstawach naukowych i rozwijane w postaci „silnego socjopolitycznego trwania przy faktach”. Obszar, po którym się porusza, nazywa „mniej więcej społeczną sf… leżącą gdzieś u zbiegu ulic zwanych Lingwistyką, Filozofią, Socjoantropologią, Epistemologią”.

Opowiadanie Watsona, które Gunn zamieścił w "Drodze" jest inteligentną i przewrotną smutną i zabawną zarazem opowieścią o konwencie science fiction w świecie po końcu nowoczesnej, przemysłowej cywilizacji. Nie ma już satelitów ani samolotów, lecz pozostały marzenia:

„Mowa ta nosiła tytuł „Pewne Rzeczy Nie Przemijają”. Od samego początku byłem wzruszony, pokrzepiony na duchu i nabrałem na nowo wiary w sens życia.
(…) Pewne rzeczy nie przemijają. Pewne rzeczy z czasem stają się bardziej prawdziwe i
piękniejsze. Należy do nich science fiction. Mówię tak, gdyż sf jest fikcją: jest tworzeniem,
wykuwaniem legend naszego plemienia i najlepszych legend całej ludzkości. Teraz, kiedy ustały prace badawcze i poszukiwania — uśmiechnął się pobłażliwie — możemy naprawdę śmiało i swobodnie stwarzać naszą naukę i nasze światy. F a k t y naukowe zawsze niszczyły fantastykę, krępowały jej ręce, jak miecz Damoklesa wisiały jej nad głową. Na szczęście nie ma ich już — bez mała wszystkich owych błogosławionych faktów o kwarkach i kwazarach, i sam już nie wiem o czym! — i nigdy nie będzie! To wszystko jest teraz tylko mitologią, przyjaciele, sf wyszła wreszcie na swoje i my tu zgromadzeni wiemy o tym. Staliśmy się znów Homerami i Lukianami, przyjaciele, gdyż nauka to mit, a my jesteśmy jego twórcami. Znów należy do nas Mars i Saturn i Alfa Centauri — i śliczny Księżyc. Możemy odczytywać dawnych Wielkich Mistrzów w świetle, w jakim nigdy nie mogli tego czynić biedacy z dwudziestego wieku!
Powiadam wam, Pewne Rzeczy Nigdy Nie Przemijają, lecz w miarę upływu czasu stają się coraz piękniejsze. Dziś możemy uczynić ich piękno jeszcze bardziej niezwykłym, upajającym i fantastycznym niż kiedykolwiek dotąd. Taki jest prawdziwy sens mego Dokąd zmierzasz, Gwiezdny Człowieku?
(…) Przyjaciele — zawołał — teraz gwiazdy rzeczywiście są nasze. Naprawdę należą do nas. Nie zdołalibyśmy tego osiągnąć w inny sposób. Martwe słońce, martwe planety, nie zdziwiłbym się, gdyby i wszechświat był martwy. Teraz Syriusz jest nasz. I Canopus. I stłoczone gęsto słońca jądra Galaktyki należą do nas. Wszystko. — Wyciągnął rękę po niebo, pochwycił Drogę Mleczną i znów wznieśliśmy okrzyk radości”.


Opowiadanie Carol Emshwiller powinien przeczytać każdy interesujący się zagadnieniem płci społecznej. Jest to zabawny tekst o przepaści dzielącej kobiety od mężczyzn.
Jeśli chodzi o kwestię feministyczną to Gunn zauważa, iż "w pewnym sensie science fiction podjęła kolejne zagadnienie, tak samo, jak poprzednio zajmowała się kwestiami przesądów rasowych, skażenia środowiska, zagłady atomowej, przeludnienia i innymi. W wypadku feminizmu jednak występowała pewna różnica: kilku mężczyzn świadomie pisała feministyczne utwory, w większości jednak takowe wychodziły spod pióra kobiet, a ich tematyka miała charakter otwarcie polityczny, nawet polemiczny".


Science fiction, jak zauważa Gunn, działa dwutorowo: oswaja niezwykłość i nadaje cudownego aspektu zwyczajności:

„Jedna z funkcji science fiction polega na oswojeniu czytelnika z niezwykłością, na
uprawdopodobnieniu przyszłości i na prezentacji tego, co niecodzienne, tak jakbyśmy spotykali się z tym na każdym kroku. Do osiągnięć sf należy uodpornienie czytelników na wrodzony ludzkości lęk przed nieznanym. H. G. Wells pierwszy podkreślił tę funkcję, a John W. Campbell ją zinstytucjonalizował w Astounding podczas Złotego Wieku (…)
Jednak inna, mniej oczywista funkcja science fiction polega na znajdowaniu osobliwości w
rzeczach zwykłych, niesamowitości w tym, co pospolite. Zamiast oswajania tego, co dziwne, sf udziwnia rzeczy swojskie. W wyniku tego czytelnik może patrzeć na świat otwartymi oczyma, zwykłe zjawiska widząc jasno po raz pierwszy, właściwie oceniając tajemnice, które znajdują się dosłownie za progiem”.


Z perspektywy czasu niektóre uwagi Gunna brzmią szczególnie przenikliwie:

„Rozwój science fiction to ciągła przepychanka między tym, co fantastyczne, a tym, co
realistyczne; między tym, co nadnaturalne, a tym, co naturalne; tym, co cudowne, a tym, co prozaiczne; między zwolennikami Verne’a a czytelnikami Wellsa. Wczesna sf (oraz jej
prekursorzy piszący o podróżach na Księżyc i do egzotycznych krain) uwielbiała rzeczy
cudowne, natomiast ustępstwo wobec codzienności czyniła opisując sposób podróży. Wells jednakże skupiał się na codziennych aspektach nadzwyczajności. Przez wiele lat wydawało się, że zwycięży doktryna Verne’a, ale dzięki zachętom Campbella, sprawności Heinleina oraz chłodnemu rozsądkowi Asimova wzór wellsowski uzyskał co najmniej równy status aż do chwili nowofalowej rebelii i niedawnej ucieczki w stronę fantasy i science fantasy”.


Na koniec warto jednak powrócić do tego, co jest istotą dobrej sf, czyli do zachwytu nad wspaniałością Wszechświata i medytacji nad istotą życia ("Widok z wysoka" Joan Vinge) :

„Ten widok oszołomił mnie i spojrzałam na boki, na usianą gwiazdami przestrzeń. Nawet mój kiepski, nie wspomagany instrumentami wzrok pozwalał dostrzec tak wiele, gdy nie
przeszkadzała mu atmosfera lub pył, nie raził słoneczny blask. Wspaniałość Mlecznej Drogi, głębia mgławic i najodleglejsze galaktyki zawieszone w próżni… jak ja. Świadomość, że jestem zagubiona na zawsze w bezmiarze nieznanego morza.
To dziwne, że chociaż ta myśl w pierwszej chwili bardzo mnie wzburzyła, to nie było to
nieprzyjemne uczucie; raczej jakby mierzone zupełnie inną skalą wartości, jak i sam
Wszechświat. Jakby to sam Wszechświat wyciągnął rękę i dotknął mnie. A dotykając,
wyróżniając mnie, tylko jeszcze bardziej mi uświadomił, jak mało jestem ważna.
W jakiś dziwny sposób bardzo mnie to podniosło na duchu. Kiedy człowiek staje w obliczu
absolutnej obojętności tak przytłaczających wielkości i obrazów, kurczy się napęczniałe ego urażonej miłości własnej…”

„Tyle jest rzeczy, których nie możemy zrobić, my wszyscy, z różnych powodów: brak czasu, zdolności, przez złośliwe kaprysy losu. Wszyscy kupiliśmy bilet w jedną stronę do nieskończoności. Jeżeli nam się powiodło, to mamy jakieś życiowe dzieło, lub jakąś osobę, na której nam zależy. Jeśli powiodło się bardzo, mamy obie te rzeczy”.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Czarna Madonna

Rety, rety!! Czytam opinie Znajomych z LC, Znajomych, których bardzo cenię i aż mi się robi głupio. Bo ja jestem w stanie dać "Czarnej..." j...

zgłoś błąd zgłoś błąd