Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Finis Silesiae

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
7,85 (13 ocen i 4 opinie) Zobacz oceny
10
1
9
3
8
4
7
4
6
0
5
1
4
0
3
0
2
0
1
0
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
83-7023-999-4
liczba stron
360
język
polski
dodała
Wawrzonek

Dwoje ludzi spotyka się gdzieś miedzy Niemcami a Polską, w kraju który jeszcze istnieje, ale już niebawem zniknie; rozpłynie się w powietrzu albo zapadnie pod ziemię. Ocaleją jedynie zdjęcia. A ponieważ fotografia jest rodzajem magii, to wystarczy jej słowo żeby wszystko ożyło. Es war einmal... Było sobie kiedyś...

 

źródło opisu: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2003

źródło okładki: Zdjęcie autorskie

Brak materiałów.
książek: 219
Justyna Wydra | 2017-05-02
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 01 maja 2017

https://grafomanya.wordpress.com/2017/05/02/finis-silesiae-recenzja/

Recenzencka cisza ostatnio na moim blogu zapanowała, bo i co tu recenzować? Zeszyty historyczne? Monografie pewnego śląskiego miasta? Ciekawe są, zwykle dobrze napisane, rzetelnie udokumentowane, ale – wybaczcie – takich książek nie czyta się dla czystej przyjemności zanurzenia się w lekturze, a raczej w celach badawczych. Na przykład przygotowując się do pisania własnej książki, co i ja czynię… Lecz nie samą pracą żyje człowiek. Nawet pisarzowi chwila odprężenia się należy. W ramach owej chwili sięgnęłam więc po „Finis Silesiae”, czyli mojego pierwszego Henryka Wańka – bo to i temat mi bliski i nazwisko nieobce…

Sięgnęłam, zaczęłam czytać i… nie mogę, po prostu nie potrafię pozbierać się w całość z wielkiego smutku!

Henryk Waniek jest nie tylko pisarzem, lecz (nie wiem, może przede wszystkim?) także malarzem, co bardzo, bardzo mocno przebija się z kart opowieści o Śląsku, jaki przestał istnieć w roku 1945. Plastyczne opisy krajobrazów, klimatów, dróg i miasteczek są niezwykle wyraziste, sugestywne. Sielanka prowincji nakreślonej krótkimi pociągnięciami literackiego pędzla, podążającego w ślad za okiem fotograficznego aparatu. Narastająca groza wielkiej Historii, która prześladuje bohatera, bardzo długo, niemal do samego końca usiłującego ignorować flagi, mundury, nadęty, przesycony nienawiścią język…

Historii nie można do końca zignorować. Bo choć podobno jeszcze do niedawna na Syberii mieszkali ludzie przekonani o tym, że nadal rządzi nimi car batiuszka, to jednak nacisk w tej przypowieści kłaść należy na słówko: „podobno”. Trzydziestoletni Paul Scholz, mieszkaniec moich ukochanych Gliwic, zwanych za jego czasów Gleiwitz, jest wyrosłym w pospolitym robociarskim domu artystą absolutnym. Żyje fotografowaniem i miłością do pięknej Brigitte, którą chętnie, lecz raczej bez obietnic i zobowiązań zabiera na swe krajoznawcze wyprawy w Góry Sowie, Izerskie, w Sudety. Ustawia dziewczynę na tle rajskich-śląskich landszaftów i pstryka zdjęcie za zdjęciem. Nie dojada, nie ma ubrania na zmianę, zarabia psie pieniądze, ignoruje politykę i unosi się nad ulicami, lasami, pagórkami i łąkami sielskiej krainy z jakimś nieopisanym, bliżej nieokreślonym smutkiem. Przeczuciem końca?

My wiemy, jaki będzie to koniec. My, czytelnicy wiemy bardzo dobrze, jaka przyszłość czeka Śląsk. Co spotka jego mieszkańców. Nielicznych, co nie dali się ponieść hitlerowskiej ideologii, dotknie dokładnie to samo, co oszalałych za jej przyczyną. Oni zginą, a jeśli nawet przeżyją, to zostaną trwale okaleczeni, bo utracą swój świat. My, ich następcy na tych ziemiach też go w ich imieniu nie odzyskamy, choćbyśmy nawet starali się ze wszystkich sił. A przecież nie staraliśmy się, obawiając przez lata, że „wróci Niemiec i odbierze swoje”. Gospodarstwo. Kamieniczkę. Górskie schronisko.

Minęły dziesieciolecia. Świat się zmienił. Niemiec nie przyszedł. Nie wrócił też ani Paul Scholz, ani jego ukochana Brigitte. Nie wrócili, bo wrócić nie mogli. Przecież nie żyją! Ale my żyjemy, mamy czas, mamy zapał i nawet jakieś tam pieniądze. Możemy podźwignąć zaniedbywane do niedawna Ziemie Odzyskane i znów uczynić je piękną ziemią, godną sławienia pociągnięciami pędzla. Ruchem migawki aparatu. Słowami.

Henryk Waniek wygrzebuje z pamięci Śląsk, jakiego już nie ma. Utrwala go na kartach książki. Pokazuje go nam, niepotomnym. I nade wszystko – ostrzega. Nam, żyjącym, stara się przekazać przesłanie ich, umarłych. Nie lekceważcie koła Historii. nie ignorujcie go, ani tym bardziej, nie usiłujcie go przyspieszyć. Raczej wstrzymujcie, wstrzymujcie ze wszystkich sił, a jeśli to w waszej mocy – zawracajcie je! Inaczej zginiecie wy i zginie wasz świat.

Czego ani sobie, ani Tobie, ani nikomu innemu nie życzę…

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Ponad wszystko

Podejrzewam, że większość z nas jako dziecko taplało się w kałużach, łapało płatki śniegu na język i kąpało się w morzu. Tym różnimy się od zamkniętej...

zgłoś błąd zgłoś błąd