rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz
Okładka książki Obłędni rycerze Woody Allen, John Kendrick Bangs, L. Frank Baum, Peter S. Beagle, Robert Bloch, Ray Bradbury, Gilbert Keith Chesterton, Philip K. Dick, Peter Haining, Jerome K. Jerome, Salvatore Albert Lombino, Stan McMurtry, Spike Milligan, Alan Alexander Milne, Mervyn Peake, Terry Pratchett, Peter Sellers, Tom Sharpe, David L. Stone, James Thurber, Ben Travers, Mark Twain, Orson Welles, Donald E. Westlake, Gene Wolfe
Ocena 6,3
Obłędni rycerze Woody Allen, John Kendrick Bangs, L. Frank Baum, Peter S. Beagle, Robert Bloch, Ray Bradbury, Gilbert Keith Chesterton, Philip K. Dick, Peter Haining, Jerome K. Jerome, Salvatore Albert Lombino, Stan McMurtry, Spike Milligan, Alan Alexander Milne, Mervyn Peake, Terry Pratchett, Peter Sellers, Tom Sharpe, David L. Stone, James Thurber, Ben Travers, Mark Twain, Orson Welles, Donald E. Westlake, Gene Wolfe

Na półkach:

Zbiór wspomniany, polecany gdzieś... Zerknąłem z ciekawości i moją uwagę zwróciła (wbrew popularnemu powiedzeniu, ostrzeżeniu)- okładka, nawiązująca stylistycznie do książek Terry'ego Pratchett'a, być może autorstwa tego samego artysty, celowo lub nie (mam wrażenie, że tak). A, że wspomnianego pana, jego książek i poczucia humoru jestem wielkim fanem, zachęcony spojrzałem na listę autorów i...
Widząc na niej naziwska takie jak między innymi - Terry Prathett, Jerome K. Jerome, G.K Chesterton , Ray Bradbury, Philip K. Dick , Mark Twain, Gene Wolfe, Orson Welles, Tom Sharpe, A.A. Milne , Peter Sellers, Woody Allen... Pierwsze co przyszło mi do głowy to – "No, no nieźle!". Drugie – "Milne? Sellers... Woody Allen, że jak?" I tym bardziej zaintrygowany co autor Kubusia Puchatka, znany aktor (Różowa Pantera) i jeszcze bardziej znany reżyser mają wspólnego z a) w przypadku Milne'go z fantastyką, a dwóch pozostałych z pisaniem w ogóle. Wrażenia...

Nie oceniaj książki po okładce, względnie po nazwiskach, można by powiedzieć. Nie powiem, że całkowita strata czasu, czy dno, bo jest sporo ciekawych, fajnych (mniej lub bardziej humorystycznych) opowiadań. Zwariowana historia o kurczakach autorstwa Pratchetta, kipna z utopijnych rojeń kawiarnianych komunistów pana Jerome K. Jerome'a, tekst o kulisach wielkich produkcji filmowych i ich związkach z alkoholizmem autorstwa Bradbury'ego, ciekawa historia wilkołaka odmiennej płci Beagle'a, dość mocno w jego stylu to o wojnie z Froolami spod pióra Dick'a, absoulutnie masakryczne/mega szydercze "Dzieje stworzenia" autorstwa Milligana, specyficzny romans średniowieczny Maka Twaina, alternatywna wersja historii z Churchilem, Hitlerem i Goeringiem w rolach głównych napisana przez Gena Wolfe'a, krótki tekst Wells'a o morderczych truflach i ich wpływie na pokój światowy, historia o gwałcie (nie dosłownie) na Shrlocku Holmesie powstała w umyśle wspomnianego już twórcy Puchatka, A.A.Milne'go, czy kilka jeszcze dość niezłych...

W skrócie, kilka fajnych, kilka calkiem niezłych, niestety reszta, jak dla mnie – poziomem, względnie tematyką nie dość, że odstaje od reszty, ale wręcz ma mało wspólnego albo z fantastyką, albo co gorsza humorem, albo jednym i drugim. I tak wracamy znowu do wspominanej już okładki i moich podejrzeń, że jej podobieństwo do popularnych na całym świecie ksiązek autorstwa Pratchetta, jak i "wykorzystanie" jego i innych autorów nazwisk, było w dużej mierze, zabiegiem nie dość, że celowym, to jeszcze czysto marketingowym. W skrócie, zebrać trochę, różnych tematycznie i jeśli idzie o poziom opowiadań, sugerując mnóstwo humoru i ogólnie świetną rozrywkę i sprzedać, wcisnąć spragnionym tego typu lektury czytelnikom.
Jeśli macie możliwość jak ja pożyczyć, to ze względu na wspomnianych kilka/naście dobrych lub przyzwoitych, ciekawych tekstów, można. Ale kupić bym nie kupił, ani nikomu nie polecił.

Zbiór wspomniany, polecany gdzieś... Zerknąłem z ciekawości i moją uwagę zwróciła (wbrew popularnemu powiedzeniu, ostrzeżeniu)- okładka, nawiązująca stylistycznie do książek Terry'ego Pratchett'a, być może autorstwa tego samego artysty, celowo lub nie (mam wrażenie, że tak). A, że wspomnianego pana, jego książek i poczucia humoru jestem wielkim fanem, zachęcony spojrzałem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jedyną znaną mi dotychczas w całości pozycją, jeśli idzie o twróczość pana Jarosława, był jego "Pan Lodowego Ogrodu" (dla wielu klasyka współczesnej polskiej fantastyki". "Hel3" jakoś mnie wiele lat później, nie zachwycił i póki co jpozostaje w stanie spoczynku, odłożony na lepszy dzień. Odnalazłwszy przypadkiem w domu, kupiony kiedyś i zapomniany zbiór opowiadań, postanowiłem przekonać się jak "idzie mu" z krótszą, krótką formą.
I trzeba, muszę powiedzieć, że ogólnie...

Bardzo dobrze. Czego tu nie ma. Poczynając od kapelana wojskowego niemal rodem ze Szwejka (którego autor zresztą kilkakrotnie wspomina) i jego spotkania z "Terminatorem" oraz co z tego wyszło, poprzez korporacyjne zombie voo-doo, czy krótsze opowiastki chociażby o ryzku związanym z samoobroną (własną, nie chodzi o partię) czy jak smakuje zemsta po seczuańsku, czy przypadkowym spotkaniu w Wenecji z legendarnym Casanovą, na alternatywnych wersjach historii z Syberią w tle, opowieści kata z czasów Wielkiej Rewolucji (francuskiej) czy najlepszych, najmocniejszych "Farewell Blues" czy"Weekend w Spestreku" kończąc... Wow. Dzieje się. Niektóre krótsze, niektóre dłuższe, niektóre z przymrużeniem oka, poczuciem humoru, inne poważniejsze, mroczne, nie pozostawiające złudzeń raczej co do opinii autora (którą podzielam) o ludzkości, ludziach i naszych skłonnościach. Jest tu troche momentami z Haska, ale znacznie więcej klimatów rodem z Poe'go , Kafki, Machiavellego, Orwella i pewnie wielu innych. Jest przeważnie mrocznie, brzydko, świat ponury, zwichrowany, pełen różnego rodzaju kreatur i absurdów. Podobały mi się na swoj sposób prawie wszystkie, choć to o Mikołajach jest nieco zbyt jak na autora i resztę pozytywne ;) Najbardziej zaś wspomniane dwa dłuższe, naprawdę świetne, mocne...

Po lekturze "Weekend w Spetsreku" aż spojrzałem na datę wydania, bo można by pomyśleć, że autor widząc co się dzieje, jeśli idzie o np tzw "wake culture" i niby-lewicowych wojowników poprawności politycznej z USA napisał je kilka miesięcy temu, podczas gdy minęło pewnie z dobre 20 lat. Oprócz pisania panu Jarosławowi nie brakuję również jak się okazuję, talentu do przewidywania trendów w geo (i nie tylko) poliytyce, jak rownież jeśli idzie o nasze codzienne życie jak i... Przyszłości. Co również zwróciło moją uwagę w przypadku wspomnianego "Hel3"
Nie są one przesadnie czy w ogóle optymistyczne, wręcz przeciwnie, ale jeśli ktoś generalnie nie ma złudzeń co do świata, ludzkości, względnie chce się ich pozbawić,nawet jeśli na chwilę... Tylko ze względu (jak dla mnie) na wspomniane dwa, warto przeczytać pozostałe. Pan Jarosław jest jak dla mnie zdecydowaniem jednym z ciekawszych współczesnych autorów fantastycznych. Zdecydowanie polecam.

Jedyną znaną mi dotychczas w całości pozycją, jeśli idzie o twróczość pana Jarosława, był jego "Pan Lodowego Ogrodu" (dla wielu klasyka współczesnej polskiej fantastyki". "Hel3" jakoś mnie wiele lat później, nie zachwycił i póki co jpozostaje w stanie spoczynku, odłożony na lepszy dzień. Odnalazłwszy przypadkiem w domu, kupiony kiedyś i zapomniany zbiór opowiadań,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Czytałem swego czasu w oryginale. Teraz po kilku latach sięgnąłem dla przypomnienia po wydanie w naszym języku. Nadal jak dla mnie wyróżnia się na tle różnego rodzaju fantastycznego grafomaństwa jakie niestety często pojawia na rynku. Ciekawa konstrukcja i pomysły, a do tego przyzwoicie co najmniej i klimatycznie napisana. Polecam

Czytałem swego czasu w oryginale. Teraz po kilku latach sięgnąłem dla przypomnienia po wydanie w naszym języku. Nadal jak dla mnie wyróżnia się na tle różnego rodzaju fantastycznego grafomaństwa jakie niestety często pojawia na rynku. Ciekawa konstrukcja i pomysły, a do tego przyzwoicie co najmniej i klimatycznie napisana. Polecam

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zaczytywałem się jako nastolatek, niedawno wróciłem po latach z ciekawości jak wytrzymała próbę czasu, już jako nie tylko człowiek starszy ale i bardziej oczytany i... Sentyment jakiś tam pozostał. co do oceny, myśle, że zależy od tego czego się ktoś po przygodach Conana spodziewa... Jeśli pięknym, bogatym językiem napisanej, a zarazem pełnej ciekawych pomysłów,misternie skonstruowanego świata i intryg powieści fantasy, typu tych autorstwa chociażby Sandersona, Rothfuss'a, Eriksona.czy nawet naszego Sapkowskiego...Raczej się rozczaruję. Zupełnie inna zarówno"bajka"jak i półka. Prosty język, sporo akcji, rachu-ciachu, tu coś ukraść, tu jakiś czarnoksieżnik, względnie potwór czy inny nieumarły. Czyta się szybko i nawet przyjemnie, pod warunkiem, że człowiek na Kroma, nie spodziewa zbyt wiele.

Zaczytywałem się jako nastolatek, niedawno wróciłem po latach z ciekawości jak wytrzymała próbę czasu, już jako nie tylko człowiek starszy ale i bardziej oczytany i... Sentyment jakiś tam pozostał. co do oceny, myśle, że zależy od tego czego się ktoś po przygodach Conana spodziewa... Jeśli pięknym, bogatym językiem napisanej, a zarazem pełnej ciekawych pomysłów,misternie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Na książkę trafiłem przypadkiem, w trakcie wizyty u znajomych. Siegnąłem zaciekawiony okładką pomimo znanego powiedzenie by na jej podstawie nie oceniać książki ;) I zaciekawił mnie opis.

„...Głównym bohaterem książki jest Kane, nieśmiertelny rudobrody wojownik-czarodziej, który od wieków podróżuje po świecie, wszczynając wojny i mordując tych, którzy mieli pecha stanąć mu na drodze..."

Jako nastolatek zaczytywałem się przygodami Conana autorstwa Roberta E. Howarda... Zwykle, w większości książek z gatunku fantasy, główny bohater, to postać mniej lub bardziej heroiczna i opowiadająca raczej po stronie tzw. Dobra, walczącaca w trakcie swych przygód z różnego rodzaju władcami ciemności, demonami, smokami, ratująca przy okazji księżniczki w opałach, względnie zagrożone królestwa, lub czasem nawet cały wszechwświat.
Tymczasem wnisokując z opisu z tyłu, zerbanych przygód Kane'a (uwaga spojler - zbieżność imion nie przypadkowa) główny bohater to zło wcielone, morderca, zdaniem niektórych wręcz demon - którego pasjami są zagłada, kąpiele we krwi, i wszelkiego rodzaju tego typu zajęcia. A zatem dość nietypowo i zarazem ciekawie. Zwykle autorzy starają się by czytelnicy w mniejszym lub większym stopniu utożsamiali się z i przywiązywali do ich bohaterów, a w tym przypadku wydało mi sie to raczej trudne, jeśli nie jest się, absolutnym psychopatą. Więc chociażby z tego względu zdecydowałem, jak to się mówi, zerknąć.
Książka przypomina nieco, wspomniane przygody Conana, chociaż autorowi brakuję nieco moim zdaniem do talentu pana Howarda. Są momenty lepsze, lepiej napisaen, są momenty słabsze, gdzie czytanie raczej męczy. Pomysłów panu Wagnerowi nie brakuję, nie chę zbytnio spojlerować, ale dość z początku przewidywalna i wydawałoby sie prosta historia naszego anty-herosa, szybko zaczyna "wzbogacać" się o coraz to nowe wątki i elementy. Momentami nasuwały mi się skojarzenia z popularnymi swego czasu, wśród niektórych (uwaga spojler0 - programami o starożytnych kosmitach...
W skrócie... Bardzo nierówne, brak jakiejś głębi, i to zarówno jeśli idzie o bohatera/ów, do tego momentami tak napisane, że aż ciężko się czyta. Nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy taki autor ma styl, ale parę razy odniosłem wrażenie, jakby pisałoją kilka osób. Doczytałem do końca pierwszej części/nowelki (duże, zebrane wydanie polskie), ale dalej jakoś mnie nie ciągnie. Szkoda czasu jak dla mnie. Tye jest lepszych ksiązek z tego gatunku.

Na książkę trafiłem przypadkiem, w trakcie wizyty u znajomych. Siegnąłem zaciekawiony okładką pomimo znanego powiedzenie by na jej podstawie nie oceniać książki ;) I zaciekawił mnie opis.

„...Głównym bohaterem książki jest Kane, nieśmiertelny rudobrody wojownik-czarodziej, który od wieków podróżuje po świecie, wszczynając wojny i mordując tych, którzy mieli pecha stanąć...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Patrick O'Brian -

"Dowódca Sophie"
"Kapitan"
"HMS Surprise"
"Dowództwo na Mauritiusie"
"Zapomniana Wyspa"
"Wojenny losy"
"Mat lekarza pokladowego"
"Jońska misja"
"Port zdrady"
"Pan i władca. Na krańcu świata"

Tomy 1-10

Opisywałem wcześniej niektóre poszczególne tomy, części, ale lepiej, szybciej i prościej podsumować bardziej całościowo. Ksiązek jest więcej, zdaje się około 20-tu, niestety nie wszystkie zdaje się zostały przetłumaczone na j.polski, do nie wszystkich mam, miałem dostęp.
Seria marynistyczno-przygodowa znana z dogłębnie zbadanego i szczegółowego przedstawienia życia na początku XIX wieku, a także z autentycznego i sugestywnego języka, opisująca przygody sympatycznego choć momentami niefrasobliwego kapitana Jacka Aubrey'a i jego irlandzkiego przyjaciela doktora Maturina. Świetnie napisana, to nie tylko opis życia na morzu, bitew (przedstawionych szczegółowo i ze znajomością rzeczy, od nazewnictwo poprzez znajomość taktyki, strategii, historii)... Pojawiają się również inne wątki, romanse obu przyjaciół, wątek szpiegowski w przypadku tego drugiego, a w tle czasy wojen napoleońskich i późniejsze, przy czym przygody obejmują swym zasięgiem – w zależności od tomu, niemal cały świat. Poczynając od Europy, poprzez obie Ameryki, jak również bliski i daleki Wschód.
Obok serii autorstwa C.S. Forestera opisującej przygody niejakiego Horatio Hornblowera, chyba najlepsza tego typu literatura. Do tego dość zróżnicowana (w zależności od tomu) tematycznie, w niektórych częściach przeważa akcja na morzu, w innych autor skupia się bardziej bądź to na przygodach doktora Maturina (związanych z pracą dla wywiadu marynarki) bądź życiu osobistym głównego bohatera. Podobnie zresztą, choć w o wiele mniejszym stopniu jest w przypadku książek wspomnianego C.S. Forestera. I podobnie jak w jego przypadku, mam wrażenie, pan O'Brian, tworząc postać Jacka Aubreya, opierał na życiorysach takich „tytanów” jak Nelson czy Cochrane.
Świetna rozrywka, porcja marynistyki, przygody, z historią w tle. Polecam.

Patrick O'Brian -

"Dowódca Sophie"
"Kapitan"
"HMS Surprise"
"Dowództwo na Mauritiusie"
"Zapomniana Wyspa"
"Wojenny losy"
"Mat lekarza pokladowego"
"Jońska misja"
"Port zdrady"
"Pan i władca. Na krańcu świata"

Tomy 1-10

Opisywałem wcześniej niektóre poszczególne tomy, części, ale lepiej, szybciej i prościej podsumować bardziej całościowo. Ksiązek jest więcej, zdaje się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nieco mniej znany cykl/seria autora "Belariady" Davida Eddingsa, jednego z moich ulubionych autorów fantasy z dawnych lat. Zaczytywałem się obydwoma będąc nastolatkiem. Wróciłem po latach z ciekawości jak odbiorę go, jako dorosły, w dodatku o wiele bardziej oczytany czlowiek. Źle nie jest... Ciekawa historia, pomysły, zakony rycerskie, różnego rodzaju bogowie, starsi i młodsi, intrygi kościelno/polityczne, magia, trolle i przed wszystkim – jak to u niego – zróznicowane i barwne postaci, bohaterowie. Poczynając od drobnego złodziejaszka, poprzez samych rycerzy w tym głównego bohatera, na różnego rodzaju spotykanych przez nichprzyjaciół. Nie ma zbyt wiele przemocy, czy różnego rodzaju wątpliwych scen (jak chociażby u Ziemiańskiego) - typowe można by powiedzieć, ale przyjemnie napisane High Fantasy, mające w dodatku , podobnie jak "Belgariada", kontynuuacje. Teoretycznie dla ludzi w każdym wieku, ale praktycznie raczej dla młodszych czytelników (nastolatków i tzw young adult). Ewentualnie dla ludzi mniej obeznanych z gatunkiem, lub też właśnie szukających takiej właśnie, lżejszej nieco, łatwiejszej i przyjemniejszej lektury. Starszego, względnie bardziej doświadczonego czytelnika, aczkolwiek czyta się przyjemnie, może razić nieco język, względnie momentami "naiwność" typowa dla tego podgatunku. (high fantasy) Bohaterom niezależnie od różnych przeciwności, wszystko się udaję, mało kto ginie, a jeśli już to przeważnie ci źli. Czarne jest czarne, a białe, białe. I wszystko jasne.
Sentyment pozostał, nadal szybko i z przyjemnością się czyta, pomimo, że któryś tam raz, ale widać różnicę w porównaniu z bardziej "dorosłymi" pozycjami z tego gatunku (Rothfus, Sanderson, Erikson, Sapkowski itp)
Dam 7/10 jeśli idzie o ten podgatunek, rodzaj fantasy.

Nieco mniej znany cykl/seria autora "Belariady" Davida Eddingsa, jednego z moich ulubionych autorów fantasy z dawnych lat. Zaczytywałem się obydwoma będąc nastolatkiem. Wróciłem po latach z ciekawości jak odbiorę go, jako dorosły, w dodatku o wiele bardziej oczytany czlowiek. Źle nie jest... Ciekawa historia, pomysły, zakony rycerskie, różnego rodzaju bogowie, starsi i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zaczyna się przyjemnie, od wspomnień autora z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, o jego pierwszych kontaktach ze zwierzętami, czy to jeśli idzie o uratowanego, rannego wróbla, psa, czy początkach "kociarstwa". Potem jest jeszcze ciekawiej. Trochę o badaniach naukowych i przy okazji zwierzętach, a dalej gdy autor przechodzi do zagadanień związanych ze swą pracą i Arktyką, robi się naprawdę ciekawie. Poza swoimi doświadczeniami i przygodami, sporo miejsca i czasu poświęca żyjacym tam przedstawicielom fauny, a także historii opisywanych miejsc, wspomina zaangażowanych w różnego rodzaju odkrycia, ekspedycje ludzi. Wszystko to ze sporą znajomością tematu, obszernie (aż za barzo może momentami) w dodatku "okraszone" sporą liczbą współczesnych bądź archiwalnych fotografii. Momentami, zwłaszcza tak "na oko" pośrodku książki nieco pana Mikołaja ponosi zapał i nieco się robi chaotycznie i może za bardzo miejscami obszernie, ale nie wpływa to znacząco na ogólne wrażenie, ocenę książki. Bardzo ciekawa i przyjemna lektura. Polecam

Zaczyna się przyjemnie, od wspomnień autora z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, o jego pierwszych kontaktach ze zwierzętami, czy to jeśli idzie o uratowanego, rannego wróbla, psa, czy początkach "kociarstwa". Potem jest jeszcze ciekawiej. Trochę o badaniach naukowych i przy okazji zwierzętach, a dalej gdy autor przechodzi do zagadanień związanych ze swą pracą i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

David Attenborough to (gdyby ktoś nie wiedział) - brytyjski biolog, dziennikarz telewizyjny, pisarz, narrator, podróżnik i wielki propagator i popularyzator nauki, a zwłaszcza wiedzy przyrodniczej – na którego to popularnych i wielokrotnie nagradzanych programach (min Emmy) dosłownie wychowały się całe pokolenia wielbicieli przyrody i przygody na całym świecie. Za swą działalność naukową nagrodzony przez Królową tytułem szlacheckim, Orderem Imperium Brytyjskiego, członek Royal Society.
Jako wielbiciel zarówno tematyki, jak i samego sir Richarda, z którego to udziałem (osobistym czy chociażby te w których jest „tylko” narratorem) programy bardzo lubię, gdy tylko trafiła się okazja, sięgnąłem z ciekawością i entuzjazmem po jego książkę. I zdecydowanie nie żałuję. Jeśli ktoś jest w odpowiednim wieku i pamięta z dzieciństwa programy typu „Pieprz i wanilia” czy „Z kamerą wśród zwierząt” , względnie książki niejakiego Szklarskiego Alfreda o przygodach Tomka Wilmowskiego...Ta autorstwa sir Davida, to zdecydowanie coś dla Was, coś co na pewno przypadnie Wam do gustu. Bo jest tu sporo i przygody, rodem z programów czy książki Tony'ego Halika (Pieprz i wanilia), jest też sporo o zwierzętach, które to autor na zlecenie, przy współpracy z londyńskim Zoo i BBC wyruszał w różne odległe i niedostępne zakątki chwytać (żywe) i przy okazji filmować. I o tym właśnie, czyli początkach swej pracy w telewizji i kilku pierwszych wyprawach min do (wówczas) Gujany Brytyjskiej, Indonezji czy Paragwaju w swej książce opowiada. Powstała na podstawie czynionych przez autora ze swych podróży notatek daje nam nie tylko możliwość poznać młodego wówczas bo ledwie niespełna 30 letniego autora, ale jest zarazem swoistym wehikułem czasu dzięki któremu możemy cofnąć się w czasie o ponad 50 lat, do często nieistniejącego już dziś, mocno zmienionego od tamtej pory świata. Na dodatek „okraszona” mnóstwem klimatycznych czarno-białych fotografii.
Reasumując... Bardzo przyjemna rzecz, nawet jeśli ktoś ze względu na wiek wspomnianych programów i osób, jak Tony Halik, Elżbieta Dzikowska czy państwo Gucwińscy nie zna, pamięta, ale... Interesuje światem, przyrodą i przygodą i chciałby coś na ten, a przy okazji autora temat poczytać. Nie jest to książka z gatunku popularno-naukowych, czy też typowo podróżnicza, ani też wspomnienia... Coś pomiędzy. Wszystkiego po trochu. W skrócie... Gdyby Tomek Wilmowski nie był postacią fikcyjną, urodził nieco później i poza dostarczaniem zwierząt do ogrodów zoologicznych nawiązał przy okazji współpracę z BBC czy inną stacją telewizyjną, mógłby taką właśnie książkę, na podstawie swych notatek z podróży, wspomnień napisać. Przyjemna i ciekawa lektura, zdecydowanie polecam.

David Attenborough to (gdyby ktoś nie wiedział) - brytyjski biolog, dziennikarz telewizyjny, pisarz, narrator, podróżnik i wielki propagator i popularyzator nauki, a zwłaszcza wiedzy przyrodniczej – na którego to popularnych i wielokrotnie nagradzanych programach (min Emmy) dosłownie wychowały się całe pokolenia wielbicieli przyrody i przygody na całym świecie. Za swą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

UWAGA!! ZAWIERA MATEMATYKĘ!!

U osób (nad)wrażliwych może powodować nerwowość, duszności, bóle głowy, wzrost ciśnienia, a w skrajnych przypadkach zatwardzenie (również intelektualne), depresję i rwę kulszową.
(Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą)

Zacznę od tego, że wielbicielem przedmiotów ścisłych, bynajmniej w latach szkolnych nie byłem. Przeciwnie, jak pewnie wielu z Was, „matmy”, „fizy” i im podobnych „herezji” nie znosiłem. Głównie za sprawą – co należy podkreślić – sposobu w jaki były one wykładane, prezentowane przez szkołę, nauczycieli. O tym jak ciekawe to dziedziny, tematy przekonałem się znacznie później, już jako dorosły człowiek. Lepiej późno niż wcale – jak to mówią. A gdziekolwiek się dzisiaj (i nie tylko) rzuci metaforycznym kamieniem, nie sposób nie trafić na jakąś matematykę. Komputery, internet i technologie wszelakie ogólnie, inżynieria, budownictwo, architektura, eksploracja kosmosu, o rzeczach tak (dosłownie) przyziemnych jak pomiary (chociażby) powierzchni gruntu nie wspominając... Chcemy czy nie, matematyka jest wszędzie, nawet w naturze (patrz Fibonacci i jego spirala). Można się o tym przekonać oglądając chociażby – świetny tak na marginesie, moim zdaniem, nawet jeśli nieco „schizowy' film pt. „Pi” - albo sięgając po jedną z mających propagować i przybliżać ludziom tę jakże ważną i przydatną dziedzinę nauki książek – takich jak chociażby ta.
Autor, sam matematyk zabiera nas w niej, w podróż w czasie/historii, omawiając narodziny, rozwój i najważniejsze odkrycia (oraz zaangażowane w nie osoby) z tej dziedziny. Poczynając od Sumerów, Babilonu, poprzez starożytny Egipt, Greków, Arabów, daleki wschód (Chiny, Indie) na renesansowej Europie i tym co działo później kończąc... Jak wiązały się z rozwojem ludzkości, skąd wynikały i na czym polegały – wyjaśniając przy tym w przystępny i w miarę prosty sposób „co jest co” i „z czym się to je”. Można dzięki niej zrozumieć sporo zagadnień, z którymi być może miało się kiedyś problemy w szkole, jak również dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy, jak np.

Co ma wspólnego rachowanie i rachunek (calcul) z owcami.
Czy i komu „ukradł” Platon pomysł na swoje bryły.
Co ma wspólnego popularna „futbolówka” z przeziębieniem, czy też wywołującymi je wirusami.
Czy i co ma wspólnego liczba Pi oraz „Kruk” Edgara Allana Poego
Plus wiele innych...

Reasumując... Książka ciekawa, nieźle co najmniej i w miarę przystępnie napisana. Nawet laik, ktoś mający raczej dość podstawowe o niej pojęcie – jak ja – nie powinien poczuć zbytnio zagubiony. Owszem w pewnym momencie autora nieco ponosi zapał i gdy dochodzimy do zagadnień typu: analiza niestandardowa i liczby nadrzeczywiste czy infinitezymalne, robi się mocno abstrakcyjnie i można się poczuć znów jak w szkole. Na szczęście po chwili pan Launay wraca na ziemię i do bardziej realnych i ciekawych zagadnień jak chociażby maszyny liczące, przodkowie dzisiejszych komputerów, telefonów itp.
Mocno kojarzyła mi się, z wyprodukowanym swego czasu przy udziale BBC mini-serialu (4 odcinki) „The Story of Maths” , w którym profesor/matematyk z Oxfordu, niejaki Marcus du Sautoy zabiera nas w podobną podróż. Świetna rzecz, tak na marginesie, jeśli ktoś miałby okazję (można znaleźć w internetach) – zdecydowanie i gorąco polecam! Książka nie tak przyjemna, ale zdecydowanie warta lektury. Zwłaszcza jeśli kogoś interesują tego typu rzeczy.

UWAGA!! ZAWIERA MATEMATYKĘ!!

U osób (nad)wrażliwych może powodować nerwowość, duszności, bóle głowy, wzrost ciśnienia, a w skrajnych przypadkach zatwardzenie (również intelektualne), depresję i rwę kulszową.
(Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą)

Zacznę od tego, że wielbicielem przedmiotów ścisłych, bynajmniej w latach szkolnych nie byłem. Przeciwnie,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trevor Noah jest u nas w kraju osobą zapewne niezbyt znaną. Chyba, że ktoś – jak ja – lubi tzw. „stand-up” - czyli występy komików (z braku lepszego słowa), satyryków na żywo, względnie interesuje tym co dzieje u „wielkiego brata” za oceanem w USA, i zna go jako prowadzącego popularny program „The Daily Show” - w którym z właściwym sobie humorem i inteligencją komentuje wydarzenia ze świata polityki, mediów itp. Jak również – co należy podkreślić – rozmawia, już bardziej na poważnie z różnymi ciekawymi ludźmi, w tym często o odmiennych poglądach, na różne ważne kwestie tzw. społeczne. Polecam tak na marginesie, zarówno jego występy/ „show” (można znaleźć na youtube) jak i sam program:

https://www.youtube.com/channel/UCwWhs_6x42TyRM4Wstoq8HA

Urodzony w RPA, w czasach apartheidu, jako owoc nielegalnego związku białego ( pół Niemca, pół Szwajcara) z czarnoskórą Afrykanką, z plemienia Khosa, chodzący żywy dowód ich przestępstwa - z typowym dla siebie dystansem, kulturą i humorem, opisuje on w swej książce czasy dzieciństwa, relacje z matką, lata szkolne, pierwsze doświadczenia i problemy sercowe, życie w biednej dzielnicy, czyli na tzw. dzielni, we wszystko to wplatając różnego rodzaju obserwacje i refleksje na temat realiów życia w kraju w którym rasizm był prawem, i życia ogólnie. A wszystko to świetnie, w ciekawy sposób (nawet jeśli niezbyt chronologicznie) bez patosu, moralizowania, za to - o czym już wspominałem - ze sporą dawką humoru napisane. Osobiście aczkolwiek całość czytało się z przyjemnością, najbardziej (poza ironicznymi wstawkami/komentarzami tu i ówdzie np. na temat kościoła) rozbawił fragment o czarnoskórym Hitlerze. Warto nawet - czy też może wręcz tym bardziej - jeśli ktoś samego autora nie zna. Polecam

Trevor Noah jest u nas w kraju osobą zapewne niezbyt znaną. Chyba, że ktoś – jak ja – lubi tzw. „stand-up” - czyli występy komików (z braku lepszego słowa), satyryków na żywo, względnie interesuje tym co dzieje u „wielkiego brata” za oceanem w USA, i zna go jako prowadzącego popularny program „The Daily Show” - w którym z właściwym sobie humorem i inteligencją komentuje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Saturnin” pana Jirotki to książka do której zabierałem się niczym przysłowiowy pies, do równie przysłowiowego jeża. Czyli niechętnie/ostrożnie. Czemu? Cóż... W dużej mierze za sprawą opisu, czy też raczej jego fragmentu :

„Czy istnieje czeska książka, którą Czesi wolą od "Szwejka"? Nie, powiecie. A jednak! Istnieje i po 60 latach powraca w nowym polskim przekładzie!”

Przeczytałem i jako wielbiciela przygód Szwejka naszły mnie wątpliwości. Marketingowe brednie, wyolbrzymianie pomyślałem sobie, ale... Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że a) ekspertem w dziedzinie gustów i upodobań naszych południowych sąsiadów nie jestem i b) przeczytawszy książkę Haska jakieś kilkanaście razy i darząc ją i jej bohatera wielką sympatią, zapewne nie jestem zbyt obiektywny. A co za tym idzie...W końcu pomimo dość wysoko zawieszonej – moim zdaniem – poprzeczki i obaw o zderzenie oczekiwań z rzeczywistością, zacząłem czytać i...
Rozczarowany nieco wzruszałem co jakiś czas jedynie ramionami. Owszem zaczęło się nieźle, owszem humorystycznie, ciekawe postaci, owszem od razu przypadł mi do gustu tytułowy Saturnin i jego „agresywny stoicyzm” oraz fantazja, ale... Gdzie jej tam do Szwejka – myślałem sobie i odłożyłem. I tak raz czy dwa... Aż w końcu uświadomiłem sobie, że wzmianka o Szwejku jest/była myląca, że to zupełnie co innego i nie ma sensu porównywać ją z dziełem Haska i „szukać dziury w całym”, tylko po prostu czytać. Co też zrobiłem i nie żałuję.
Rzecz to bowiem bardzo, ale to bardzo przyjemna. Momentami sielankowa i/lub idylliczna, a zarazem humorystyczna i klimatyczna.

„W czym tkwi czar "Saturnina"? To absurdalny angielski humor w czeskim wydaniu. Miks idealny.”

Możemy wyczytać w opisie i zdecydowanie coś w tym jest, chociaż o owych inspiracjach autora twórczością chociażby niejakich Jerome'a K. Jerome'a (Trzech panów w łódce...) czy P.G. Woodehouse'a uświadomił mi, przypomniał dopiero w swym posłowiu pan Engelking. Mnie osobiście kojarzyła się ona z jakiegoś powodu z twórczością Verne'a, którego zresztą autor pod koniec, przy okazji listu Saturnina do swego pana, też wspomina. (podobnie jak chociażby Dumasa, czy Jerome'a) - „Będzie pan zmuszony skonstatować, że wyspa wcale nie była tajemnicza, a jeśli już, to tylko przez pięć tygodni i nie w balonie” - piszę w nim, w pewnym momencie ówze opisując działania Biura ds. Sprowadzania Fabuł Powieściowych do Właściwych Wymiarów. (J. Verne – Tajemnicza Wyspa). Natrafiwszy na wzmiankę o wspomnianych wyżej autorach angielskich, a zwłaszcza tym pierwszym (z Woodehousem póki co nie miałem przyjemności/styczności), pomyślałem sobie – faktycznie coś w tym jest, gdy się nad tym zastanowić. Styl, specyficzne pełne dystansu spojrzenie, owa wspominana przez pana Engelkinga też idylliczność, dyskretne szyderstwo, specyficzny humor... Zdecydowanie owe inspiracje tu widać. Co tylko bardziej pobudziło moją ciekawość jeśli idzie o tego drugiego, czyli – jak go nazywa pan Engelking – jednego z najpoczytniejszych humorystów XX wieku, pana Woodehouse'a.
ALE... Jeśli ktoś spodziewa się humoru rodem z Monty Pythona, czy tego znanego z książek np. Terry'ego Pratchett'a czy Douglas'a Adams'a... Nie tędy droga, inne czasy, inna bajka.

Reasumując... Pomimo inspiracji humorem angielskim/brytyjskim wciąż wyraźnie jednocześnie bardzo czeska, niczym debreczyńskie parówki czy gulasz wołowy z knedlikami. A przy tym... Bardzo przyjemna, sympatyczna i/lub pozytywna, plus można się miejscami faktycznie uśmiać. Tytułowy Saturnin to ktoś kogo fajnie by było mieć za przyjaciela, bo służących nikt już nie zatrudnia raczej. Ktoś z kim można by dosłownie i w przenośni konie kraść. Szkoda zatem, że nie ma go w książce więcej, kosztem np. ograniczenia nieco wątku romantycznego. Sympatię wzbudza również, a przy okazji bawi - mistrz dyskretnego szyderstwa, niejaki doktor Vlach. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu wspomniany już wcześniej list Saturnina i zawarty w nim opis działalności, również już wspomnianego Biura, a zwłaszcza fragment o rewolwerowcu ;)
Jedyny „problem”...Wzmianka o Szwejku trochę tu wprowadza zamieszanie, bo to jednak – przynajmniej moim zdaniem – dwie zupełnie różne/inne książki. Co do upodobań braci Czechów i jej jakoby wyższości nad Szwejkiem... Kwestia gustu oczywiście i ich prawo, dla mnie jednak choć książka pana Jirotki przypadła mi nie powiem do gustu... Szwejk to Szwejk i basta!.
Zdecydowanie polecam.

„Saturnin” pana Jirotki to książka do której zabierałem się niczym przysłowiowy pies, do równie przysłowiowego jeża. Czyli niechętnie/ostrożnie. Czemu? Cóż... W dużej mierze za sprawą opisu, czy też raczej jego fragmentu :

„Czy istnieje czeska książka, którą Czesi wolą od "Szwejka"? Nie, powiecie. A jednak! Istnieje i po 60 latach powraca w nowym polskim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cóż mogę powiedzieć... Mam zaczęte co najmniej trzy, wszystkie całkiem ciekawe i przyjemne książki, a mimo to rzucam wszystko by wziąć się za jakieś fantastyczne czytadło. Ciekawość zabiła kota... - jak to miał zauważyć z wrodzoną sobie przenikliwością i napisać swego czasu „miszcz” Stefan (King Stephen). Coś tam patrzyłem na LC, zauważyłem głosowanie na „Książka Roku” i coś (skłonność do masochizmu, przewrotność, specyficzne poczucie humoru?) mnie tknęło, żeby zobaczyć co też za książki są w tym roku nominowane, w kilku interesujących mnie kategoriach zwłaszcza. Nie żebym podchodził do ocen na LC, a tym bardziej do ich nagród na poważnie, czy jakoś przesadnie sobie je cenił, wręcz przeciwnie... Z drugiej strony i w stogu siana może trafić się czasem igła. Mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Tak czy inaczej... Przejrzałem nominowane w różnych kategoriach książki wybrałem kilka które/jakie rzuciły mi się w oko, sięgnąłem po pierwszą z brzegu i... Przeczytałem w jedno popołudnie/wieczór. Chociaż bynajmniej niestety nie dlatego, że jest tak dobra, czy w ogóle dobra. Jeśli już to powodowany noszącą znamiona chorobliwej zapewne ciekawością, połączoną z dziwną fascynacją i przewrotną satysfakcją, że moje podejrzenia co do wydawnictwa, nominacji i samej książki się potwierdzają.
Jeśli zaś o niej samej mowa... Miałem swego czasu przyjemność pracować w restauracji, gdzie nauczyłem się, odkryłem, poznałem (dosłownie) od kuchni wiele prawd/sekretów/związków przyczynowo-skutkowych. W tym to, że jeśli jednego dnia do kolacji są serwowane warzywa, to na drugi dzień na obiad będzie „zupełnie przypadkiem” zupa jarzynowa. Kucharz brał to co zostało, wrzucał do wielkiego kotła, dolewał wody, pakował do środka wielki mikser i „voila!”. Zupa gotowa. Podobnie jest z książką pana Flannery'ego. Powiedzieć, że czerpie on garściami inspiracje, zapożyczenia od innych autorów, z innych książek tego gatunku byłoby niedopowiedzeniem i obrazą dla jego ambicji/kunsztu. Mowa raczej o całych łopatach, miejscami wręcz rozbrajająco bezczelnych zapożyczeń (zwłaszcza od Jordana chociażby, że o innych nie wspomnę) zmieszanych kijem w beczce, i z wdziękiem kucharki z baru mlecznego zaserwowanych czytelnikowi. W postaci „smakowitego” w dodatku wielokrotnie odsmażanego kotleta. Brak tu jakiegokolwiek oryginalnego pomysłu, o głębi czy wysiłku włożonym w zbudowanie świata czy postaci nie wspominając. Do tego jak na dzieło kijem mieszane, nierówne to, a miejscami wręcz niekonsekwentne, pisane – jak można odnieść wrażenie – na kolanie, względnie po łebkach. Autor co prawda tłumaczy – jak miałem okazję stwierdzić – różnego rodzaju wątpliwości czytelników (w odpowiedzi na ich pytania dotyczące pewnych niewyjaśnionych wątków i trudnych do uzasadnienia/zrozumienia z punktu widzenia fabuły rozwiązań) tym, że było to celowe, że tak miało być, że właśnie mu o to chodziło, żeby pewnych rzeczy nikt nie wiedział/rozumiał... Czyżby był fanem czeskiej kinematografii? Możliwe, ale... Mnie jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że po prostu dorzucał „do smaku”/dla efektu różne elementy, nie przejmując zbytnio czy i jak wpisują w fabułę czy tym by jakoś je tłumaczyć, czy uzasadniać. Reasumując...Nastawione raczej na akcje, młodszego, względnie niezbyt wymagającego i/lub obeznanego czytelnika czytadło. Nawet nie jakieś w sumie tragiczne, jak na czytadło, ale jednak czytadło. Plus... Jak widać ktoś je nie tylko wydaje, kupuje i czyta, ale jeszcze nominuje do różnych, nawet jeśli mało poważnych/prestiżowych nagród. Co u niektórych, może rodzić różnego rodzaju wątpliwości i pytania. Na przykład... Jak to jest możliwe, że taka Fabryka Słów, co rusz to serwuje nam tego typu kotlety, a nikt do tej pory nie przetłumaczył i wydał u nas np. cyklu o krasnoludach Markusa Heitz'e (względnie Heitz'ea) ? Kto te książki kupuje, świadomie, za własne, przez siebie (mniej lub bardziej ciężko) zarobione pieniądze, i po co? Kto decyduje o nominacjach LC, co bierze i gdzie to można (pod warunkiem, że legalnie) kupić? Skąd wzięła się ocena tej i innych książek na LC? Kim ja jestem? Co ja tu robię? O co w tym wszystkim chodzi? Czemu? Why? WTF?
Jeśli zaliczacie się do tego grona, spokojnie, bez obaw. Odpowiedź, jak dowiedziono używając komputerów o wielkiej mocy, jest prosta i od dawna znana. A brzmi [uwaga spojler!]...


42.




Dam 5/10 bo tragiczna nie jest, plus nie chce wyjść na przysłowiowego „głupa” gdyby jednak tą/tę jakże prestiżową nagrodę zdobyła ;)

Cóż mogę powiedzieć... Mam zaczęte co najmniej trzy, wszystkie całkiem ciekawe i przyjemne książki, a mimo to rzucam wszystko by wziąć się za jakieś fantastyczne czytadło. Ciekawość zabiła kota... - jak to miał zauważyć z wrodzoną sobie przenikliwością i napisać swego czasu „miszcz” Stefan (King Stephen). Coś tam patrzyłem na LC, zauważyłem głosowanie na „Książka Roku” i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Szału nie ma, ale zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to pierwsza książka tego autora, źle nie jest. Czytadło, ale nawet niezłe i ogólnie przyjemna lektura, jeśli ktoś szuka akurat czegoś w tym stylu. Widać momentami zapożyczenia od innych autorów, jak chociażby Jordana. Mała osada gdzieś na uboczu, chłopiec, jego ojciec/ojczym, atakujące nocą potwory, Mówiąca/Wiedząca której wszyscy się boją, pojawia się Posłaniec/Strażnik, wraz z bardem w szacie, płaszczu z różnokolorowych „łatek”. Pomimo pewnych różnic, przypomina to początek „Oka świata”, tylko słabiej, prościej napisany. Ogólnie jednak – zwłąszcza jak na tego typu książkę- nie jest źle, kilka ciekawych pomysłów, rozwiązań, a w miarę im dalej świat stworzony przez pana Brett'a nabiera kolorów. Do takiego chociażby, w gruncie rzeczy dość młodzieżowego Eddingsa czy wspomnianego Jordana, autorowi jeśli idzie o talent, sposób pisania daleko. O innych jak Patrick Rothfuss, Tad Williams, Brandon Sanderson, Steven Erikson czy Glen Cook nawet nie wspomnę, bo nie wypada. Jeśli już, to pisanie pana Brett'a kojarzy mi się bardziej, zbliżone jest poziomem do twórczości Zambocha czy naszego Piekary. A zatem niezłych, przyzwoitych, ale czytadeł. Jedyne co mnie osobiście raziło i przeszkadzało to wątki dość liczne, przynajmniej z początku, związane z „rozkładaniem nóg”, „pokazywaniem siusiaka” czy okazjonalnym kazirodztwem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek bohatera/bohaterów. Nie wiem czemu miały służyć szczerze mówiąc, ale choć zdecydowanie nie jestem pruderyjny i jak to się mówi – nic co ludzkie nie jest mi obce – trochę to sztucznie i/lub niesmacznie wyszło. Czyżby pan Brett był fanem naszego „miszcza” Ziemiańskiego? Nigdy się nie dowiemy zapewne. ;) Może taka moda, chociaż czytam sporo fantastyki i rzadko z tego typu, w dodatku tak opisanymi tematami się spotykam. Ale przynajmniej nie ma tu opisów siusiania, gwałtów i innych tego typu, do czego zdaje się mieć upodobanie pan Ziemiański. A przynajmniej z tego co pamiętam ze swojej krótkiej lektury (wytrzymałem kilkadziesiąt stron) jego „kultowej” Achai. Wracając zaś do tematu i „Malowanego człowieka”. Jak na pierwszą książkę, zwłaszcza tego typu, czyli lżejszą, bardziej rozrywkową, czytadło... Co najmniej nieźle, przyzwoicie. Jeśli przebrnie się przez nieco drętwy początek i wspomniane momenty, dalej jest już tylko coraz lepiej i ciekawiej.
Wypada w tym momencie wspomnieć, że nim sięgnąłem po nasze wydanie (dla relaksu i przypomnienia) książkę czytałem jakiś czas temu w oryginale i oceniam na tej podstawie. O tłumaczach i różnego rodzaju barwnych postaciach typu malarz-tynkarz-akrobata, spotykanych niestety w tej profesji wspominałem przy okazji „recenzji” innej książki nie tak dawno. Wówczas jako, że nie czytałem oryginału, były to jedynie podejrzenia, względnie pomówienia pod adresem jej tłumacza/y. Tym razem mam porównanie i cóż... Rozpisywać się na temat tego czy absolwent skandynawistyki, nauczyciel, pisarz, pilot wycieczek to najlepsza osoba do tłumaczenia zwłaszcza książki z języka angielskiego nie będę. Moim zdaniem, pozostawia ono sporo do życzenia. Efekty nie są może aż tak spektakularne czy tragiczne, jak w przypadku wspomnianej książki o przygodach pewnego 18 wiecznego francuskiego detektywa, ale... Różnica jest i to spora, na tyle, że wpływająca na przyjemność z lektury. Niestety. Może niewielka strata... W końcu nie chodzi o jakieś „arcydzieło literatury światowej” plus... Większość ludzi, czytelników nie będzie mieć pewnie okazji, nie ma możliwości by z oryginałem zapoznać, a więc nigdy o tym nie przekona, dowie. Ja jednak wiem, a że jakość tłumaczenia wpłynęła na wspomnianą przyjemność z lektury, tak poza tym, całkiem niezłego fantastycznego „czytadła”, dlatego też w dużej mierze, taka a nie inna (czyli niska) ocena. Jak Kuba bogu, tak bóg Kubańczykom, sorry... ;)

Szału nie ma, ale zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to pierwsza książka tego autora, źle nie jest. Czytadło, ale nawet niezłe i ogólnie przyjemna lektura, jeśli ktoś szuka akurat czegoś w tym stylu. Widać momentami zapożyczenia od innych autorów, jak chociażby Jordana. Mała osada gdzieś na uboczu, chłopiec, jego ojciec/ojczym, atakujące nocą potwory, Mówiąca/Wiedząca której...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Księga zachwytów nie jest kompendium najlepszych budynków w Polsce powstałych po 1945. To po prostu katalog obiektów, z których może wypłynąć dla odbiorcy jakaś nauka (albo nauczka) - o przestrzeni, o Polsce i jej historii, o ludziach.”

Architektura. Otacza nas zewsząd, towarzyszy na każdym kroku, każdego dnia, czy tego chcemy i/lub jesteśmy świadomi, czy nie. W naszym krajowym wydaniu, to niestety często bardziej tzw. Arkitekczer - ponure pozostałości z ubiegłej epoki, jak i również rożnego rodzaju barwne i/lub szokujące twory (względnie potwory) rzeczywistości po przemianach. Jak to stwierdza autor :

„Rzeczywistość nam skrzeczy, na każdym kroku natykamy się na dowody architektonicznej przesady, dzieła zbudowane z kiczu albo takie, w których ktoś postanowił odpuścić sobie troskę o jakąkolwiek formę. [..] Arkitekczer w Polsce kwitnie. A co z architekturą?”

Dobre pytanie i na nie właśnie w swej książce pan Springer stara się odpowiedzieć. Krótko, zwięźle i na temat – jak to się mówi. Na podstawie przykładów budynków z (dosłownie) całego kraju, powstałych w różnych epokach, od lat 50 ubiegłego wieku po te mniej lub bardziej współczesne. Różne miejsca, ludzie, wizje i ich skutki, efekty. Realizacje i pomysły udane, trafione, nagradzane i te bardziej dyskusyjne, kontrowersyjne czy wręcz będące całkowitymi nieporozumieniami.

Książka ciekawa, dla każdego, nie wymagająca jakiejś specjalnej wiedzy w temacie, nie zamęczająca czytelnika fachowym słownictwem, względnie żargonem. Pan Springer (choć sprawia wrażenie, że wie o czym mówi, ma jakieś pojęcie na ten temat) jest reporterem , nie architektem. I z tej też perspektywy zebrane w książce miejsca i budynki ocenia, związane z nimi wrażenia opisuje. Poświęcając równie wiele uwagi co im samym, związanym z nimi historiom, ludziom, kontekstom. A przy okazji każdego, zamieszczając „odsyłacze” do innych lektur z tematem związanych, dla tych którzy chcieliby dowiedzieć więcej. Aż prosi się by zawarto w niej, zwłaszcza w niektórych przypadkach więcej zdjęć... Z drugiej strony, jeśli idzie o obcowanie z architekturą, nawet pokaźna ilość zdjęć (o czym autor też i to nie raz wspomina i do czego zachęca) osobistego z nią kontaktu raczej. Kolejny jak dla mnie plusik to fakt, że opisywane miejsca, budynki uporządkowano tak, że każdy rozdział poświęcony jest innemu województwu, regionowi kraju. Nie tylko łatwiej w efekcie znaleźć szczególnie interesujące może daną osobę części kraju, dodaje to też książce przejrzystości i ładu.

Reasumując... Przyjemna i ciekawa pozycja, lektura. I chociaż sporo się pod tym względem dzieje i zmienia, zbytnim optymizmem odnośnie otaczającej nas przestrzeni i jej sposobów zagospodarowania, nie nastraja niestety. Te kilka, czy kilkanaście jaskółek jakie można w niej znaleźć (względnie architektonicznych perełek) wiosny obawiam się nie czyni. Tandeta, „ułańska fantazja” czyli ów słynny już Arkitekczer, póki co wygrywają niestety. Ale to już zupełnie inna bajka, problem. Książkę jak najbardziej polecam – 8/10.

„Księga zachwytów nie jest kompendium najlepszych budynków w Polsce powstałych po 1945. To po prostu katalog obiektów, z których może wypłynąć dla odbiorcy jakaś nauka (albo nauczka) - o przestrzeni, o Polsce i jej historii, o ludziach.”

Architektura. Otacza nas zewsząd, towarzyszy na każdym kroku, każdego dnia, czy tego chcemy i/lub jesteśmy świadomi, czy nie. W naszym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cóż... Trochę nie bardzo wiem co powiedzieć, napisać. Szok, wiem – zwykle bowiem nie mam z tym problemów i często nadmiernie (zapewne, zwłaszcza zdaniem niektórych) się rozpisuję. I to bynajmniej nie dlatego, że książka jest słaba, czy nieciekawa. Wręcz przeciwnie... Problem w tym, że ciężko jakoś w miarę obiektywnie (i/lub merytorycznie) ocenić tego typu pozycje, doświadczenia, obserwacje autora i wynikające z nich wnioski, samemu nie odwiedziwszy kraju, miejsca o którym mowa. A już zwłaszcza tak odległego kulturowo, o tak bogatej historii, w dodatku tak wielkiego, zróżnicowanego i złożonego jak Chiny. Nie wspominając już o tym, że gdyby chcieć wspomnieć chociażby każdy z poruszonych w niej tematów, o odwiedzonych przez autora miejscach nie wspominając... Wyszłaby z tego osobna książka. Zamiast tego, poprzestanę na swych ogólnych wrażeniach i obserwacjach...

Plusy :
- Temat ciekawy niewątpliwie, przynajmniej dla mnie, a sama książka lekko i nie bez talentu napisana, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek i brak doświadczenia pana Jacka. W dodatku z humorem, bez nadęcia, a przy tym dość wyważona jeśli idzie o różnego rodzaju oceny. A przy okazji zawierająca sporo ciekawostek i mniej lub bardziej praktycznych informacji, z życia codziennego jak i licznych podróży autora.
- Nie jest to pozycja typu – przyjechał, spędził tydzień czy dwa, pstryknął kilka fotek i od razu wziął za pisanie książki. Pan Jacek spędził rok żyjąc, ucząc się, a w wolnych chwilach podróżując po kraju środka, miał więc sporo czasu by dobrze „rozejrzeć”, a swe doświadczenia i wynikające z nich obserwacje nie tylko samemu przemyśleć zapewne, ale też skonfrontować z wrażeniami, opiniami innych, a zatem w jakimś stopniu „zweryfikować”.
- Książka jest – podejrzewam – stosunkowo wciąż aktualna, napisana niespełna 10 lat temu, co ma duże znaczenie – moim zdaniem – zwłaszcza w przypadku tak dynamicznie rozwijającego się i zapewne zmieniającego kraju, miejsca jak Chiny.
- Autor sporo miasto w którym mieszkał, jak również inne miejsca które odwiedzał – eksplorował. Eksperymentował z miejscową kuchnią, zwyczajami, dużo podróżował, miał różnego rodzaju doświadczenia i przygody... Jest więc o czym czytać, a przy okazji sporo można się z niej dowiedzieć. A przy tym, co też chyba należy uznać za plus... W przypadku miejsc, potraw itepe zwykle zamieszcza obok – dla uniknięcia nieporozumień – ich nazwy za pomocą chińskiego alfabetu.
- Kolejny drobiazg, który niejednego może ucieszy... Każdemu rozdziałowi przypisany jest kod QR/link do blogu autora, gdzie można (podobno – nie próbowałem) obejrzeć sobie zdjęcia z odwiedzonych przez niego i opisywanych miejsc.
- Pan Jacek nie rozpisuje się zbytnio, zwłaszcza gdy nie ma potrzeby, nie zanudza. Przeciwnie... Książka - zwłaszcza jak na rok czasu spędzony tam na miejscu, liczne podróże i przygody – mogłaby zapewne być kilkakrotnie grubsza. Do tego jest zróżnicowana... Jest tu trochę o codziennym, studenckim życiu, mieście w którym autorowi przyszło żyć. Ale jest też sporo o podróżach do wielu innych ciekawych miejsc, czy też pod koniec... Różnego rodzaju mniej lub bardziej luźnych obserwacji i rozważań na różne tematy, które specjalnie utkwiły mu w pamięci, czy też zwróciły jego uwagę.

Minusy:
Ogólnie za bardzo do czego przyczepić się nie ma... Jedyne co mnie osobiście zirytowało nieco to:
- Brak zdjęć. Linki do blogu to zapewne taniej niż drukować liczne fotki, a przy okazji ów zareklamować i na owym, panu Jackowi zwiększyć liczbę odwiedzin ;) Ale... Wymaga to oderwania od lektury, odłożenia książki, sięgnięcia po telefon... Zdjęcia to zdjęcia. Kody można było umieścić, skoro taki autor miał pomysł, czemu nie... Ale prościej i przy okazji lepiej dla książki, byłoby gdyby chociaż kilka czy kilkanaście fotografii zawierała.

Jednak jakoś udało mi się mimochodem, znienacka niemal, rozpisać znowu pewnie za bardzo. ;) A poważniej... Ciekawa, przyjemnie i z humorem napisana książka. Jeśli kogoś interesuje państwo środka, w dodatku od środka, albo ogólnie jest ciekawy świata, względnie lubi tego typu książki, zdecydowanie godna uwagi pozycja. Polecam. Dałbym może więcej, ale ten brak zdjęć dziwi i irytuje, dlatego też... 7/10. (jeśli idzie o tego typu książki oczywiście)

Cóż... Trochę nie bardzo wiem co powiedzieć, napisać. Szok, wiem – zwykle bowiem nie mam z tym problemów i często nadmiernie (zapewne, zwłaszcza zdaniem niektórych) się rozpisuję. I to bynajmniej nie dlatego, że książka jest słaba, czy nieciekawa. Wręcz przeciwnie... Problem w tym, że ciężko jakoś w miarę obiektywnie (i/lub merytorycznie) ocenić tego typu pozycje,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Pypcie na języku” to zbiór uroczych, napisanych z wielką kulturą, anegdot wziętych z życia autora, dla których punktem wyjścia (i dojścia) jest niefortunnie użyte słowo („Awaria toalety. Prosimy załatwiać się na własną rękę”) czy jakaś zagadka językowa („Zakaz dobijania dziobem”, „100 gramów drakuli”). Te opowieści, właściwie błahe, lecz nakreślone z prawdziwym mistrzostwem, są obrazkami naszej codzienności wplecionej w język i naszego języka wplecionego w codzienność – uzmysłowiają nam, że język jest czymś bardzo osobistym, a użyty w sposób nietypowy pozwala dostrzec zadziwiające wymiary rzeczywistości („Organizujemy sylwestry. Dowolne terminy”).

Zdecydowanie, zwłaszcza owa kultura, talent (mistrzostwo) w posługiwaniu słowem, inteligencja, wiedza oraz lekko ironiczne poczucie humoru autora, już od pierwszych stron, rzucają się – jak to się mówi – w oczy. Czemu pypcie? Cóż... Sam autor tłumaczy to następująco :

„Z językiem – tym anatomicznym, jak i tym służącym do komunikacji – jest podobnie : przypominamy sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy wyczuwamy na jego powierzchni jakiś pypeć, coś, co nas uwiera, boli, drażni, przeszkadza albo po prostu śmieszy.”

A przykładów różnego ich rodzaju, w swych krótkich, humorystycznych felietonach, autor przytacza wiele. Mamy tu pypcie : z życia, kulturalne, historyczne i nostalgiczne, współczesne, wirtualne i komórkowe, kulinarne, zapożyczone, językoznawcze i obywatelskie. A wśród nich, poza wspomnianymi już perełkami jak „Zakaz dobijania dziobem”, inne zagadki jak np. „Francuski bez w cenie” (bynajmniej nie chodzi o kwiaty), czy „Pedalizacja trąci automatyzmem” - nie mający jak można się domyślić nic wspólnego ani z rowerami, ani tym bardziej, jakimiś zalatującymi homofobią oskarżeniami, epitetami. I wiele innych ciekawych, pełnych humoru przygód z językiem i anegdot. W tym również tych, dotyczących wszelkiej maści problemów i nieporozumień związanych z przekładami i tłumaczeniami. Poza wspomnianym już, a wynikającym z braku odpowiedniej wiedzy, przypadkiem „francuskiego bzu”, pojawia też np. historyjka szwedzkiego polonisty, opisującego problemy swych uczniów z popularnym u nas zwrotem „puścił pawia”, i jego fantastycznymi próbami przez nich interpretacji.
Przy czym, choć książka skupia się właśnie na owych pypciach, autor przy okazji porusza i komentuje wiele zagadnień z naszego życia codziennego, z właściwą sobie swadą, inteligencją, kulturą i domieszką ironii.
Kolejną z licznych zalet książki, jest jej przyjemnie dydaktyczny charakter, względnie zalety edukacyjne. Jeśli nie wiecie na przykład co to elipsa, pleonazm, palimpsest, metonimia, anakolut czy synekdocha – poczujecie chęć do sięgnięcia (mam nadzieje) po słownik i sprawdzenia, wzbogacając swą wiedzę i słownictwo. A przynajmniej ja tak - zwłaszcza w przypadku trzech ostatnich - nie bez ciekawości i przyjemności uczyniłem. Z drugiej strony, autor nie popisuje się swoją wiedzą, słowa tego typu pojawiają rzadko, tu i ówdzie, bardziej jako przysłowiowa „wisienka na torcie” niż owego tortu składnik.
Kolejna i ostatnia rzecz warta zauważenia, wspomnienia dotyczy formy, czyli sposobu w jaki książkę wydano. Teoretycznie nie jest to może tak istotne, ale solidność książki, twarda okładka, niezły papier czy liczne ilustracje zwiększają tylko – przynajmniej moim skromnym zdaniem – przyjemność z nią obcowania.

Reasumując... Lekka i przyjemna w odbiorze, pełna nienachalnego humoru, z imponującą kulturą, wiedzą, wyczuciem, świetnie napisana książka. Chętnie i z przyjemnością sięgnę po inne książki pana Rusinka. Zdecydowanie warto – 8/10.

„Pypcie na języku” to zbiór uroczych, napisanych z wielką kulturą, anegdot wziętych z życia autora, dla których punktem wyjścia (i dojścia) jest niefortunnie użyte słowo („Awaria toalety. Prosimy załatwiać się na własną rękę”) czy jakaś zagadka językowa („Zakaz dobijania dziobem”, „100 gramów drakuli”). Te opowieści, właściwie błahe, lecz nakreślone z prawdziwym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pierwsze moje podejście do twórczości pana Sabacha, było średnio udane. Zerknąłem kilka stron, jakoś mnie nie porwała, miałem kilka innych książek, które chciałem przeczytać, a potem musiałem oddać do biblioteki... W efekcie książka („Masłem do dołu” bodajże) i autor wrócili na półkę „do przeczytania”. Cieszę się jednak, że kontynuując swą czeską przygodę, wróciłem do niego, dałem mu kolejną szansę, bo tym razem poszło znacznie lepiej.

„Książka składa się z dwóch opowiadań i jednej noweli, znajdujemy tu masę zabawnych anegdot, typowo czeską ironię, absurdalne sytuacje z czasów minionego reżimu. Gówno się pali to lekka i dowcipna książka, prawdziwa uczta dla każdego miłośnika dobrej zabawy i czeskiego poczucia humoru.”

Pierwsze ze wspomnianych opowiadań (Zakład) o wybrykach dwóch starszych panów w „takiej zwyczajne spelunce” jakoś mnie nie oszołomiło, względnie zachwyciło specjalnie. Czytałem jednak dalej i nie żałuję, bo kolejne (Bellevue) jest już znacznie, znacznie lepsze. Z lekka przewrotne i ironiczne, a przy tym przyjemnie napisane, daje przedsmak tego co nas czeka, a zarazem pozwala ocenić i docenić zarówno niewątpliwy talent jak i poczucie humoru autora. A im dalej tym lepiej. Szczególnie przypadła mi do gustu i rozbawiła pierwsza część zwłaszcza wspomnianej nowelki pod tytułem „Woda z sokiem” koncentrująca na latach dzieciństwa i wczesnej młodości bohaterów, autora i jego rodzeństwa. I tu zgadzam się jak najbardziej z opisem. Mocno czeska, dowcipna, pełna ironii, różnego rodzaju anegdotek i absurdów z epoki tzw. socjalizmu. Skojarzyła mi się, jeśli idzie o tę część, z twórczością naszej pani Ożogowskiej, lub popularną swego czasu książką pt: „Sekretny dziennik Adriana Mole'a lat 13 i 3/4.” Przyjemnie się niezwykle czytało, a już gdy autor opisuje swój pierwszy kontakt z literaturą pornograficzną, i swoją reakcje, wrażenia - poławiaczy pereł i promienie śmierci (Tesli)... O mało co nie udławiłem się herbatą. Z kolei wzmianka o pamiętniku jakiejś austriackiej prostytutki, którym to zaczytywał starszy brat („Józefina Mutzenbacher: przedwczesne romanse dziewczęce czyli Dzieje życia wiedeńskiej dziwki przez nią samą opisane”) sprawiła, że powróciłem myślami do czasów swej własnej młodości... Nie bez rozbawienia, ale z sentymentem wspominając swą fascynacje tematem i lekturą ;) Kolejna część, w której autor koncentruje na „zderzeniu z dorosłością”, pracę, małżeństwo, relacje z żoną itepe...Choć niezła i nadal miejscami zwłaszcza zabawna, już mniej nieco przypadła mi do gustu. Po części dlatego być może, że zwłaszcza jeśli idzie o wspomniany sakrament i wszystko co z nim związane, brak mi tego typu doświadczeń. Na szczęście, lub niestety, zależy jak na to spojrzeć, tak czy inaczej... Tematyka mocno dla mnie abstrakcyjna, aczkolwiek rozumiem świetnie opisywane przez autora problemy i różnego rodzaju frustracje z nimi często związane... ;) Nie żebym sugerował, że z „babami” to tylko same problemy i w ogóle. Skąd, broń boże... A skoro o tym mowa. To właśnie, czyli...
„..wrodzone różnice między mężczyznami a kobietami i wszystko, co z tych różnic wynika: nieporozumienia, konflikty, fascynacja, miłość...” - są motywem przewodnim tej książki. I choć można w niej trafić na takie perełki (kolejne zadławienie herbatą) jak :

„Już wtedy miałem wrażenie (które, szczerze mówiąc, niekiedy miewam też dzisiaj), że gdyby mózg było widać, to dziewczynki by go sobie tapirowały. Może te niepotrzebne bruzdy dałoby się wygładzić w jakimś salonie piękności.”

Autor do tematu - choć ze sporą dawką ironii, względnie sarkazmu, zwłaszcza momentami – podchodzi bez złej woli, poczucia wyższości, czy jakiegoś tam męskiego szowinizmu, o który można by do może podejrzewać. Przeciwnie, choć koncentruje na różnicach i wynikających z nich problemach, zwłaszcza jeśli idzie o komunikacje i wzajemne zrozumienie, robi to nie bez wyczuwalnej sympatii, a miejscami wręcz podziwu dla płci odmiennej. Nawet jeśli towarzyszą im często, jak najbardziej zresztą naturalne i zrozumiałe (z punktu widzenia mężczyzny) odczucia
rezygnacji czy frustracji. ;)
Reasumując... Choć po tym wszystkim co o autorze słyszałem i czytałem, spodziewałem się tytana szyderstwa na miarę - będącego dla mnie pod tym względem niekwestionowanym mistrzem świata i okolic – E. Kishona, i czegoś w stylu jego „W tył zwrot, pani Lot!”... Nie powiem, żebym mimo to był jakoś bardzo rozczarowany. Przeciwnie... Miejscami zwłaszcza, bardzo przyjemna, sympatyczna i zabawna książeczka. Polecam, a sam z chęcią i ciekawością sięgnę po inne książki pana Sabacha – 7/10.

Pierwsze moje podejście do twórczości pana Sabacha, było średnio udane. Zerknąłem kilka stron, jakoś mnie nie porwała, miałem kilka innych książek, które chciałem przeczytać, a potem musiałem oddać do biblioteki... W efekcie książka („Masłem do dołu” bodajże) i autor wrócili na półkę „do przeczytania”. Cieszę się jednak, że kontynuując swą czeską przygodę, wróciłem do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Malarz, tynkarz, akrobata... czyli..."Lost in Translation" – w przenośni, ale i niestety dosłownie.

(UWAGA! Długie to, aż kolki, względnie przepukliny czytelniczej (i nie tylko) można dostać + Zawiera solidną porcję zapewne zbędnej bulwersacji, sarkazm, różnego rodzaju domysły, podejrzenia, o potencjalnie bezpodstawnych oskarżeniach i osobistych wycieczkach nie wspominając.)

Wersja skrócona : Czytałem, odradzam, sięgnijcie po Akunina chociażby -5/10. Amen.


No dobrze... Co ma przysłowiowy piernik, do równie przysłowiowego wiatraka? Czy też w tym przypadku...Lekki, przyjemny, klimatyczny (w zamyśle) kryminał, którego akcja rozgrywa w XVIII wiecznej Francji, z owym nieszczęsnym malarzem, tynkarzem, akrobatą (jak mówi się czasem, z lekka ironicznie, o osobie o "wielu talentach"), czy tytułem pewnego filmu, tak na marginesie, bardzo przyjemnego? (u nas znanego jako– "Między słowami")
Cóż... Niestety moim zdaniem ma i to niestety sporo.
Książka zapowiadała się, przynajmniej dla mnie, ciekawie. Coś podobnego, jak miałem nadzieje, do przygód niejakiego Fandorina, autorstwa B.Akunina. Tyle, że zamiast carskiej Rosji, XVIII wieczna Francja, a zwłaszcza Paryż, a więc klimatami zbliżona do "Vidocq"... Być może z lekką domieszką Dumasa, względnie Conan-Doyle'a, marzyłem sobie... Nawet jednak jeśli, jak podejrzewam, takie były być może zamiary autora, nie wziął on (ani ja) pod uwagę naszych polskich realiów, i możliwości ataku ze strony wspomnianego malarza, tynkarza, akrobaty... O ekscentrycznym i często tragi-komicznym jeśli idzie o efekty, podejściu do tłumaczeń, filmów, seriali, książek – z jakim można się spotkac u nas w kraju – nie wspominając. (Między slowami?)
Sięgnąłem pełen ciekawości po książkę, oczekując może nie najwyższych literackich lotów, ale jednak przyjemnej lektury, przygody... Niestety, już od samego początku, dosłownie od pierwszej strony czy dwóch... Coś mi zaczęło wpierw z lekka - a później owo wrażenie tylko jeszcze przybrało na sile - nie grać, mówiąc potocznie. Z początku trudno mi było sprecyzować o co dokładnie chodzi, coś mnie jednak w książce uwierało, coś mi w sposobie w jaki jest "napisana" nie pasowało. Zdarzają się i to często niestety, książki mówiąc wprost - z takich czy innych względów - po prostu słabe. Autor nie przyłożył się, brak mu talentu, albo dopiera rozpoczyna karierę i jeszcze się nie rozkręcił. Przypomina mi się tu od razu "Człowiek nietoperz" niejakiego Nesbo (o jezusicku!). Tak czy inaczej, są one jednak przeważnie w swej słabości konsekwentne, zachowują pewną pod tym względem spójność. W tym przypadku wrażenie było inne... Problem nie w tym, że książka jest słaba (a niestety, chociaż niekoniecznie może z winy autora jest)... Brak tu owej spójności, konsekwencji... Przeciwnie, fragmenty całkiem niezłe, przeplatają z tymi gorszymi, co zwlaszcza widać w przypadku sztucznych, drewnianych dialogów. Sprawia wrażenie jakby pisało ją kilka różnych osób. Co można by też wytłumaczyć jakoś, położyć na brak doświadczenia, czy talentu ze strony autora, gdyby nie ... To co poza tym, najbardziej zwraca na siebie uwagę, a przynajmniej zwróciło moją... A mianowicie język, sposób w jaki jest "napisana". Przypomina to trochę miejscami dzieło jakiegoś elektronicznego tłumacza. Wszystkie słowa zostały przełożone, zdanie wydaje mieć ogólnie sens, jest poprawne pod względem gramatyki, ale... Razi sztucznością, i to na tyle, że trudno sobie wręcz momentami wyobrazić, że ktoś mógłby tak to napisać, czy powiedzieć. Zwłaszcza posługując swym ojczystym językiem...
Oczywiście jest to możliwe, a wytłumaczeniem, że panu Parot po prostu brak talentu, polotu... Zerknąłem więc odruchowo na osobę autora i aczkolwiek o niczym to teoretycznie nie świadczy, ale... Sądząc chociażby po ilości książek jakie napisał, a które ktoś zdecydował się wydać, popularności jaką wyraźnie się cieszyły i cieszą, zwłaszcza w ojczyźnie autora. Na tyle wysokiej, że na ich podstawie nakręcono nawet serial... Wydało mi się to dziwne nieco. W porządku, popularność niekoniecznie musi świadczyć o talencie literackim, czego przykładem (z całym szacunkiem) może być/jest chociażby twórczość niejakiego pana Mroza, czy wspomniany "Człowiek nietoperz" Nesbo, ale... Jak już mówiłem, gdyby cała książka była konsekwentnie słaba, i w tej słabości spójna, gdyby nie ten miejscami zwłaszcza, rażąco wręcz sztuczny, nienaturalny język, dialogi itp... Mógłbym łatwiej, prędzej w to uwierzyć. A, że wiem jak to czasami bywa w przypadku różnego rodzaju tłumaczeń, w naszym kraju, a w dodatku mając wciąż w pamięci (niestety) swą przygodę z "Czerwonym rycerzem", którego lektura wiele pytań i wątpliwości w tym względzie, swego czasu we mnie wzbudziła... Zaintrygowany i nieco zbulwersowany, bo książkę aż ciężko, trudno czytać miejscami zwłaszcza... Przeprowadziłem małe, krótkie śledztwo, odnośnie osoby, czy jak się okazało – osób odpowiedzialnych za jej przekład. Spodziewałem się, że trafię na kogoś pokroju chociażby pani Joanny Guzy, osoby w tym względzie zasłużonej, której tłumaczenie "Trzech muszkieterów" wielu uznaje za kultowe niemal, będące wzorem do naśladowania. Czy chociażby odpowiedzialnych za nową wersje przekładu tejże książki, niejakich państwa Błońskich. Że o wielu innch utalentowanych, doświadczonych i zasłużonych na tym polu osobach nie wspomnę...W skrócie kogoś kto albo spędził sporą część życia we Francji, tam wykształconego, bądź to eksperta od literatury, zwłaszcza tej pochodzącej z tego kraju, mającego na swoim koncie liczne wcześniejsze dokonania jeśli idzie o przekłady z tego języka...
Zamiast tego... Przyjrzawszy bliżej osobie pana Adama Anuszkiewicza, odpowiedzialnego wraz ze swą małżonką Elżbietą, za przekład tej konkretnie książki... Na podstawie dostępnych w internetach informacji, okazuje się, że aczkolwiek jest niewątpliwie osobą o wielu talentach... Byłym wieloletnim urzędnikiem administracji/coachem/terapeutą/menadżerem... W wolnych chwilach, jak mniemam, parającym również tłumaczeniami...A być może również malarstwem, tynkowaniem czy akrobatyką... To zbyt wielkiego doświadczenia w tym względzie, o wykształceniu czy (jak podejrzewam) odpowiedniej znajomości języka nie wspominając, raczej nie posiada. Pana Adama, ani jego małżonki nie znam, więc są to jedynie moje przypuszczenia. Nie jest też moim zamiarem kogoś obrażać, czy piętnować, zwłaszcza nie znając ani osoby, ani w pełni sytuacji itepe, ale... Aczkolwiek podziwiam jego wszechstronność, jednocześnie pamiętam, że jak to się potocznie mówi – jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego... Co mam wrażenie, niestety dało o sobie znać w przypadku tej, zapewne w oryginale, czy przekładzie na inny język, innego autorstwa, całkiem przyjemnej książki.
Wiem, że praca tłumacza to niełatwy zawód zapewne, zwłaszcza jeśli idzie o powieści stylizowane na historyczne, czy z historią w tle, gdzie być może autor używa bardziej "klimatycznego" słownictwa czy stylu. Rozumiem też, że być może o dobrych tłumaczy ciężko, a jeśli już takowych znajdzie, są oni być może przepracowani, czy ich usługi kosztowne i może nie każde wydawnictwo na nie stać. I tak też być może, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, było/jest w tym przypadku. W końcu jak to się mówi... Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Po co zatrudniać, zwłaszcza w przypadku książki mało znanego u nas autora, porządnego tłumacza, jak można zlecić robotę komuś tak wszechstronnie utalentowanemu jak pan Adam. Nie dość, że przetłumaczy, to jeszcze szkolenie przeprowadzi, dopilnuje pracy w biurze, zajmie terapią pracowników, względnie pomaluje czy otynkuje ściany. Sorry za zbędny może sarkazm, ironię, ale... Z lekka mnie to bulwersuje. Ktoś poświęca całe życie na pisanie książek, przykłada zapewne, stara, a potem jakieś wydawnictwo, jakiś tłumacz robi z tego sieczkę.
Chciałbym przeczytać książke w oryginale, żeby przekonać czy nie oceniam, posądzam pana Adama i jego małżonki zbyt pochopnie i niesłusznie, ale niestety nie znam j.francuskiego. Postaram się znaleźć angielską wersję, o ile takowa istnieje, bo mnie to zaintrygowało. Jeśli ktoś z Was zna, czytał i może coś w tej materii powiedzieć, byłbym "dźwięczny". W końcu jest możliwe, że tłumacze starali się, zrobili swoje, a autor po prostu, faktycznie nie umie pisać, albo – biorąc pod uwagę, że to pierwsza książka z cyklu – dopiero się rozkręcał. Jeśli tak serdecznie pana Adama i panią Elżbietę przepraszam i bije w piersi. Aczkolwiek trudno mi w to, w tym przypadku – zwłaszcza ze względu na wspomnianą sztuczność języka - uwierzyć.
Wracając zaś do książki... Sorry, ale cieżko się to czyta. Strasznie drewniania i na dodatek chaotyczna. Odradzam. Życie jest zbyt krótkie, by pić tanie wino, jak to mówią... Dam 5/10, tylko dlatego, że wciąż podejrzewam, mam nadzieje, że w oryginale, lub innym języku jest znacznie lepsza.
Jeśli macie ochotę na tego typu, lub zbliżone klimaty, polecam książki Akunina, Dumasa, przygody Kapitana Alatriste, niejakiego Perez-Reverte (względnie inne jego ksiażki) czy wspomnianą już "Vidosq". O klasykach jak Conan-Doyle nie wspomnę...

Ps. Jeśli ktoś poczuł się osobiście dotknięty, z jakiegoś powodu, moją opinią na temat twórczości panów Mroza czy Nesbo. To tylko moje zdanie, moja subiektywna opinia. Nikogo nie oceniam, różne są gusta, wciąż możecie ich kochać. :) Przekażmy sobie znak pokoju, i w ogóle. ;)

Malarz, tynkarz, akrobata... czyli..."Lost in Translation" – w przenośni, ale i niestety dosłownie.

(UWAGA! Długie to, aż kolki, względnie przepukliny czytelniczej (i nie tylko) można dostać + Zawiera solidną porcję zapewne zbędnej bulwersacji, sarkazm, różnego rodzaju domysły, podejrzenia, o potencjalnie bezpodstawnych oskarżeniach i osobistych wycieczkach nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

"Rzecz piękna, mądra, dobra i wszystko, co takie..."

Zwodniczo cienka, bo licząca sobie jedynie (w tym wydaniu) raptem 75 stron książeczka, zawierająca w sobie "...zbiór sześciu wykładów słynnego reportera, wygłoszonych w Wiedniu, Krakowie i Grazu, a poświęconych naszym relacjom z ludźmi różniącymi się od nas językiem, kolorem skóry, religią oraz naszemu pojmowaniu „inności” – zarówno w dawnych epokach, jak i dziś. Konieczność akceptacji i zrozumienia wielokulturowości współczesnego świata, a wcale nie jest on, dowodzi Kapuściński, globalną wioską, stanowi zawsze aktualne i głęboko humanistyczne przesłanie tej publikacji."
Zwodniczo bo choć można ją spokojnie przeczytać w godzinkę, do porannej kawy, imponuje, wręcz oszałamia zarówno jeśli idzie o zakres poruszanej przy okazji rozważań nad tytułowym tym Innym tematyki, głębię i ponadczasowość przemyśleń autora, o ogólnej sile przekazu nie wspominając. Rzecz po którą można i ma się ochotę sięgać znów, odkrywać być może pominięte wcześniej myśli, treści. Pozwolić autorowi podsuwać, sugerować nieznane sobie wcześniej, a być może warte bliższego poznania nazwiska, osoby i ich poglądy. Absolutnie fantastyczna, filozoficzno-historyczna, a zarazem głęboko humanistyczna wędrówka od czasów starożytnych i Herodota (którego podobnie jak mistrz, darzę sporą sympatią i szacunkiem) po te współczesne. Przy okazji zauważając i omawiając różnego rodzaju zjawiska i problemy, związane z tematem, zarówno te mające związek z naszą historią, jak i te z którymi możemy zetknąć (niestety) często i dziś. Rzecz niezwykle wręcz bliska mi światopoglądowo, że tak powiem, a zarazem potwierdzająca w wielu miejscach "teorię" jaką sobie na podstawie różnego rodzaju obserwacji "ułożyłem", a mianowicie (w skrócie), że... Podróże łagodzą obyczaje. Nie śmiałbym nawet porównywać się do mistrza, jeśli idzie czy to o wrażliwość, talent do obserwacji, mądrość, skromność czy wiedzę, tym bardziej więc cieszy mnie i satysfakcjnuje, że na swój własny sposób, na miarę możliwości swego "małego rozumku" udało mi się dojść do podobnych jak i on wniosków. Rzecz niezwykle, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, przy narastaniu wszelkiego rodzaju podziałów, wzrostu popularności różnego rodzaju populistów, fanatyków i skrajnych, niebezpiecznych poglądów/ruchów politycznych – nie tylko aktualna, ale również ważna. Z którą każdy powinien myślę, się zapoznać. Można by nazwać ją biblią otwartości, dialogu gdyby nie – zwłaszcza biorąc pod uwagę treści propagowane w starym testamencie – byłoby to raczej nie tylko dla niej obrazą, ale wręcz zaprzeczeniem głoszonych w niej haseł i treści. Rzecz zarazem, dzięki przytaczanym przez mistrza poglądom, tytułom, nazwiskom będąca zarazem swoistą bramą, drogą do dalszych wędrówek i badań. Ja na przykład dzięki niej, postanowiłem zapoznać bliżej z twórczością zachwalanych przez autora (między innymi) E.Levinasa i naszego ks.Tischnera. Z którymi w swej dotychczasowej przygodzie z filozofią i tego typu zagadnieniami, skupiwszy głównie na antyku (a zwłaszcza kilku dość znanych grekach), nie miałem do tej pory kontaktu. Na początek, bo wartych zapewne uwagi poglądów, kierunków filozoficznych, osób i książek jest tu od przysłowiowego groma. Można by się tak rozpisywać, zachwycać długo, przytaczać w tym celu kolejne cytaty, perełki... Ja poprzestanę na dwóch, które z uwagi na osobę Herodota - do którego mam spory sentyment, a którego jak mam wrażenie mistrz traktuje jako rodzaj swego duchowego poprzednika i/lub przewodnika ("Podróże z Herodotem") - jak również ich treść, szczególnie zwróciły moją uwagę.
Gdy o nim (Herodocie) mowa, autor stwierdza, zauważa między innymi...

"Słowem – chce poznać Innych, gdyż rozumie, że aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać Innych, gdyż bo to właśnie Oni są zwierciadłem, w którym my się przeglądamy, wie, że aby zrozumieć lepiej samych siebie, trzeba lepiej zrozumieć innych, móc się z nimi porównać, zmierzyć, skonfrontować."

"Ksenofobia, zdaje się mówić Herodot, to choroba wystraszonych, cierpiących na kompleks niższości, przerażonych myślą, że przyjdzie im przeglądnąć się w zwierciadle kultury Innych"

Amen, chciałoby się powiedzieć, zwłaszcza jeśli ktoś ma tego typu inklinacje. Reasumując...Cienka, ale jakże mądra, a zarazem co typowe dla mistrza, pozbawiona patosu, moralizowania, skromna niemal, a zarazem przyjemna w sposobie "podania" rzecz. Moim skromnym zdaniem, absolutnie pozycja z rodzaju "koniecznie!", z którą każdy powinien się zapoznać...9/10.

"Rzecz piękna, mądra, dobra i wszystko, co takie..."

Zwodniczo cienka, bo licząca sobie jedynie (w tym wydaniu) raptem 75 stron książeczka, zawierająca w sobie "...zbiór sześciu wykładów słynnego reportera, wygłoszonych w Wiedniu, Krakowie i Grazu, a poświęconych naszym relacjom z ludźmi różniącymi się od nas językiem, kolorem skóry, religią oraz naszemu pojmowaniu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to