Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

Książka Pierre-Francoisa Souyri zabiera czytelnika w podróż przez całą historię Japonii, od jej początków w okresie ichniej starożytności, aż po wejście w XX wiek i okres powojenny. Pokazuje nam, jak wyglądała Japonia sprzed samurajów, skąd się oni wzięli i jak ogromny wpływ mieli na kształtowanie historii narodu, który wciąż stawiał fundamenty stabilnego, samowystarczalnego społeczeństwa.

Historia ta spisana została krwią, a zamiast pióra użyto miecza, włóczni i strzał. Podszyta zdradą, kruchymi sojuszami i nieustanną walką o władzę, wpływy i dominację nad kolejnymi regionami i wyspami. Ani na początku, ani na końcu naród japoński nie miał lekko, a nim doszło do okresu pokoju, wielu musiało umrzeć w krwawych, bezlitosnych wojnach i potyczkach.

Wbrew temu, co mówią filmy - zarówno hollywoodzkie, jak i japońskie - książki czy gry komputerowe, samurajowie wcale nie byli błędnymi rycerzami. Znali się na wojennym rzemiośle jak mało kto. Dbali o swoją broń i pancerze jak o części własnego ciała. Rwali się do walki bez względu na powód, byleby zdobyć sławę, wpływy i bogactwa. Nawet, a może szczególnie wtedy, gdy nagrodą miał być dach nad głową i ciepły posiłek.

Posiadali oni swoje własne pojęcie honoru, nieraz pokrętne i przeinaczone na tyle, by był on dogodną wymówką dla niegodziwości i zdrady. Wielokrotnie wojownicy zmieniali swoich panów, odmawiali rozkazów czy wręcz próbowali zająć ich miejsce. Wszystko po to, by dogodzić sobie samym, polepszyć swój stan życia czy zwyczajnie uciec przed niechybną śmiercią w walce po “słabszej stronie”.

Wielokrotnie zmieniały się prawa i zwyczaje dotyczące “klasy wojowników”, która w okresie japońskiego średniowiecza zdominowała resztę społeczeństwa. Pozwalano im na coraz więcej, choć ciągle było im mało. Z biegiem jednak czasu, po upadku szogunatu i ponownym otwarciu na kulturę zachodu, klasa samurajów zaczęła tracić na znaczeniu. Wojownicy, by przetrwać, musieli zmienić pole walki na arenę polityczną. Ci, którzy się nie dostosowali, stali się wręcz obiektem kpin.

Lecz w pierwszej połowie XX wieku rozpowszechnił się obecny do dziś kult samurajów jako symbolu patriotyzmu i prawdziwego ideału japońskości. Kult, który zaowocował wyidealizowanym obrazem klasy wojowników w zachodniej popkulturze. O tym, że synowie honoru mordowali dla pieniędzy czy zdradzali swych panów za przysłowiową miskę ryżu, nikt już nie mówił głośno.

Jeśli chodzi o samą książkę to muszę przyznać, że trudno było mi przez nią przebrnąć. Spodziewałem się po niej skupienia stricte na aspektach militarnych, a dostałem właściwie skrót najważniejszych wydarzeń w historii Japonii z ich perspektywy. Niewiele się tu znajdzie o strategiach wojennych, rozwoju uzbrojenia, wprowadzeniu broni palnej i zmieniających się sposobach na prowadzenie wojen.

Autor mocniej skupia się na aspektach społecznych, moralnych i politycznych. Rzuca światło na mit o samurajach, wygrzebując na wierzch wszelkie brudy z ich krwawej przeszłości, ale również pokazując ich lepsze strony. Choćby to, że wielu samurajów było entuzjastami sztuki i filozofii, którzy szanowali swoich przodków i dbali o honor rodu, choć często w prymitywny i agresywny sposób.

Była to pierwsza książka stricte historyczna jaką dotychczas przeczytałem. Nie fabularna, osadzona w konkretnym okresie historycznym, lecz typowo naukowa, zgłębiająca określone zagadnienie w pełni. Zarówno autor, jak i polskie wydawnictwo zadbało o to, by w przypisach wyjaśniać wszelkie kwestie mogące być niezrozumiałymi dla czytelnika bez obycia w temacie.

Lektura “Wojowników z pól ryżowych” niewątpliwie powiększyła moją dotąd znikomą wiedzę na temat Japonii. Choć chwilami bardzo mi się dłużyła, były również takie momenty, w których z wielkim zaangażowaniem przewracałem strony, zafascynowany kulturą tak odległą i obcą, a zarazem w pewnych aspektach podobną do naszej, europejskiej.

Książka Pierre-Francoisa Souyri zabiera czytelnika w podróż przez całą historię Japonii, od jej początków w okresie ichniej starożytności, aż po wejście w XX wiek i okres powojenny. Pokazuje nam, jak wyglądała Japonia sprzed samurajów, skąd się oni wzięli i jak ogromny wpływ mieli na kształtowanie historii narodu, który wciąż stawiał fundamenty stabilnego,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

“Misery” to jedna z najpopularniejszych powieści Stephena Kinga. Swego rodzaju klasyk, który mocno dzieli czytelników. Jedni ten tytuł kochają, a inni nienawidzą. Ja jestem gdzieś pośrodku, ale to wciąż rozczarowująca pozycja, bo liczyłem, że mnie ona porwie i zachwyci. Niestety, tak się nie stało i na tą chwilę jest to najgorsza książka Kinga, z jaką miałem do czynienia.

Głównym bohaterem powieści jest Paul Sheldon, amerykański pisarz znany z bestsellerowej serii książek o Misery Chastain. Choć to typowa literatura rozrywkowa dla kobiet, przyniosła mu popularność, sławę i pieniądze, a przede wszystkim rzeszę fanek. Jedną z nich jest była pielęgniarka, Annie Wilkes. Paul budzi się w jej domu niedługo po wypadku samochodowym, który mocno go pokiereszował.

Annie karmi go tabletkami przeciwbólowymi i kiepskiej jakości posiłkami, rozpływając się nad faktem, że ma pod swoim dachem ukochanego pisarza. Jest jednak pewien problem - Annie bardzo się nie spodobało to, jak Paul zamknął cykl przygód Misery i jest gotowa zrobić wszystko, by zmusić pisarza do stworzenia nowego zakończenia.

Sam pomysł na tę powieść brzmi świetnie i to właśnie mnie do niej przyciągnęło. Idea pisarza zamkniętego w domu swojej psychofanki, zdanego całkowicie na jej łaskę, coraz bardziej pogrążającego się w szaleństwie, próbującego walczyć o życie i możliwość ucieczki. Z tego naprawdę mogła wyniknąć kapitalna lektura i dla wielu osób taką właśnie jest.

Ale nie dla mnie. Dlaczego? Bo jest niesamowicie przegadana. Przemyślenia Paula nieraz są tak niedorzeczne, powtarzalne czy wręcz nudne, że nie mogłem się doczekać, aż nadpobudliwa wyobraźnia pisarza w końcu się zamknie i wrócimy do konkretów z czasu rzeczywistego. I kiedy to wreszcie następowało, faktycznie robiło się ciekawie.

Mimo wszystko książka ma swoje plusy. Przemiana Paula pod kątem psychicznym i fizycznym jest dobrze zobrazowana, a Annie jest tak nieprzewidywalna, że nieraz byłem zaskoczony jej zachowaniem równie mocno, co nasz protagonista. Zdarzyło się parokrotnie, że byłem naprawdę zaangażowany, ale chwilę później wracały wspomniane wcześniej dłużyzny, kompletnie wybijając mnie z immersji.

“Misery” to powieść nierówna i siermiężna, ciężko było mi dobrnąć do jej końca i parokrotnie rozważałem porzucenie jej. Mimo, iż nie jest to najgorsza książka, jaką w życiu przeczytałem, jest to na ten moment najgorsza książka Stephena Kinga jaka wpadła mi w ręce. Mam nadzieję, że odtąd będzie tylko lepiej.

“Misery” to jedna z najpopularniejszych powieści Stephena Kinga. Swego rodzaju klasyk, który mocno dzieli czytelników. Jedni ten tytuł kochają, a inni nienawidzą. Ja jestem gdzieś pośrodku, ale to wciąż rozczarowująca pozycja, bo liczyłem, że mnie ona porwie i zachwyci. Niestety, tak się nie stało i na tą chwilę jest to najgorsza książka Kinga, z jaką miałem do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Znam osoby, które przeczytały przynajmniej dwa z trzech tomów “Wspomnienia o przeszłości Ziemi” i wszystkie zgodnie uważają, że “Ciemny Las” jest jeszcze lepszy niż “Problem Trzech Ciał”. Mając tą myśl z tyłu głowy, nie mogłem się doczekać, aż sam się o tym przekonam.

Czy po lekturze podzielam ich opinie? Nie. Czy jestem zawiedziony? Też nie. Czy mimo wszystko jest to kawał genialnej literatury sci-fi i udana kontynuacja? Jak najbardziej!

Fabuła “Ciemnego Lasu” zaczyna się kilka lat po finale “Problemu Trzech Ciał”. Ludzkość stanęła w obliczu zagrożenia, które dotąd wydawało się być wyłącznie naukową fikcją. Okazało się ono jak najbardziej realne i jest już w drodze na Ziemię. Wszystkie ziemskie cywilizacje po raz pierwszy w historii zjednoczyły się we wspólnym celu - obronić swoją planetę.

Pomóc w tym ma program Wpatrujących Się W Ścianę, zaaranżowany i finansowany przez ONZ. Garstka wybrańców z całego świata ma za zadanie obmyślić plan obrony Ziemi. Ma być na tyle niejasny i tajemniczy, by szpiedzy wroga mieli problem z jego przechwyceniem i rozpracowaniem. Jednym z wybranych jest Luo Ji, chiński astronom i socjolog o dość beztroskiej naturze, który wydaje się być kompletnie nie na miejscu w porównaniu z “kolegami po fachu”.

Muszę przyznać, że długo nie umiałem się wkręcić się w tę powieść, z kilku powodów. Pierwszym jest nietypowy podział tekstu. Podobnie jak w poprzednim tomie, treść jest podzielona na kilka wewnętrznych części. Te zaś, zamiast na klasyczne rozdziały, dzielą się na poszczególne lata czasu akcji. Okresy te są różnej długości, ale wciąż są to po prostu ściany tekstu, podzielone na różne perspektywy, co początkowo nie było zbyt wygodne do czytania.

Tu przechodzimy do kolejnej kwestii - duża ilość perspektyw. Zazwyczaj mi to nie przeszkadza, ale tylko jeśli każdy bohater ma jakieś ciekawe wątki. Tu zaś - szczególnie w pierwszej części - było kilka takich wątków, które przez długi czas wydawały się nie wnosić zbyt wiele do całokształtu fabuły. To, co autor zawarł w pierwszych 200-300 stronach, można by skondensować do 100-150, poprawiając przy tym dynamikę powieści.

Kolejna rzecz, która początkowo wybiła mnie z rytmu, to fakt, że mamy do czynienia z całkiem nową obsadą. Z pierwszego tomu powraca bodaj troje bohaterów, a dwoje z nich to bardziej występy gościnne. Nie jest to może jakiś wielki minus, ale jednak wymaga to poświęcenia czasu na zapoznanie czytelnika z nowymi postaciami, co również nieco rozwadnia fabułę i odsuwa w czasie konkrety, a na dodatek nowe twarze wypadają dość... różnie.

Niektórzy bohaterowie z początku mogą wydawać się mało ciekawi i nie pasujący do reszty, lecz z biegiem czasu ich losy przybierają dość niespodziewany i intrygujący obrót. Inni zaś zaciekawili mnie od samego początku, choćby właśnie wspominany wcześniej Luo Ji. Bardzo mi się spodobała jego kreacja i stopniowy rozwój charakteru. Mam nadzieję, że wróci w jakiejś formie w trzecim tomie.

W kwestii fabuły nie mam się do czego przyczepić. Cixin Liu po raz kolejny zaskakuje pomysłowością i innowacyjnością, szczególnie w trzeciej części, która zjada dwie poprzednie na śniadanie pod każdym względem. Szczegółowe opisy zjawisk i teorii naukowych wciąż są obecne i w pełni zrozumiałe, lecz tym razem nauki ścisłe ustępują nieco pola socjologii i psychologii. Nie brakuje też znanych z pierwszego tomu rozterek filozoficznych

Choć pierwsza połowa książki potrafiła się mocno dłużyć, druga obfitowała w potężne zwroty akcji i jeszcze potężniejsze przeskoki czasowe. Na szczęście wypadają one płynnie i są w pełni usprawiedliwione fabularnie. Nie czułem większych zgrzytów, gdy czas akcji przeskakiwał do przodu o kilka lat czy nawet dekad. Ostatni przeskok robi zdecydowanie największe wrażenie, ale jego długość musicie odkryć sami.

“Ciemny Las” to bardzo udana, choć nie pozbawiona wad, kontynuacja wybitnego dzieła hard sci-fi. Poprzedni tom podobał mi się bardziej ze względu na lepsze tempo, wyraźniejszą aurę tajemnicy i stopniowe poznawanie kolejnych elementów zawiłej intrygi. Owszem, tam również trafiło się kilka dłużyzn, lecz z racji na mniejszą objętość, nie były one aż tak rażące jak tutaj. Lecz jedno, co tom drugi robi lepiej od pierwszego, to widowiskowe sceny akcji.

Ostatnie 100+ stron tej książki to istna jazda bez trzymanki, pełna emocji, fabularnych zawirowań i napięcia rosnącego w zatrważającym tempie. Jestem bardzo ciekaw, jak skończy się ta niesamowita historia, choć jeśli dotychczasowe wydarzenia czegoś mnie nauczyły, to że lepiej nie nastawiać się na happy end.

Znam osoby, które przeczytały przynajmniej dwa z trzech tomów “Wspomnienia o przeszłości Ziemi” i wszystkie zgodnie uważają, że “Ciemny Las” jest jeszcze lepszy niż “Problem Trzech Ciał”. Mając tą myśl z tyłu głowy, nie mogłem się doczekać, aż sam się o tym przekonam.

Czy po lekturze podzielam ich opinie? Nie. Czy jestem zawiedziony? Też nie. Czy mimo wszystko jest to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Chyba wszyscy czytelnicy fantastyki kojarzą nazwisko Brandona Sandersona. Żywa legenda branży, ikona literatury fantasy, jeden z najbardziej płodnych literacko pisarzy na światowym rynku. Twórca jednego z najambitniejszych projektów pisarskich w historii jakim jest uniwersum Cosmere.

Wielu czytelników radzi, by owo uniwersum zacząć zgłębiać od mniej złożonych dzieł, takich jak “Z Mgły Zrodzony”, “Elantris” czy “Warkocz ze Szmaragdowego Morza”. Odradzają “Archiwum Burzowego Światła” ze względu na jego rozmiary (każdy tom ma ponad 1000 stron), skalę i złożoność. Zwykle słucham się tego typu opinii, lecz nie tym razem. Czy po lekturze pierwszego tomu zgadzam się z nimi? I tak, i nie.

“Droga Królów” to wielowątkowa historia opowiedziana z perspektywy czworga zróżnicowanych bohaterów. Kaladin, młody niedoszły chirurg, zostaje wrzucony w sam środek bezlitosnej, nierównej wojny, gdzie śmierć czyha na każdym kroku. Arcyksiążę Dalinar, zaprawiony w boju generał dręczony niepokojącymi wizjami, powoli zaczyna wątpić w sens owego konfliktu. Shallan, młoda szlachcianka, próbuje zyskać przychylność uznanej, choć kontrowersyjnej uczonej. Zaś Szeth, tajemniczy zabójca w bieli władający pradawną magią, rozpacza za każdym razem, gdy zabija.

Brandon Sanderson stworzył plejadę złożonych, interesujących postaci, zarówno tych głównych, jak i pobocznych. Decyzje przez nich podejmowane - nawet te okrutne - są zrozumiałe i zgodne z ich charakterami. Co najważniejsze, mało kto jest tu w pełni dobry czy zły. Większość bohaterów maluje się w różnych odcieniach moralnej szarości.

Pierwsze skrzypce w tej powieści gra zmyślnie zaprojektowany świat przedstawiony. Roshar to kraina pełna roślin, istot i zjawisk, których dotąd nie spotkałem w żadnym innym świecie fantasy. Zamieszkuje ją wiele ludów różniących się od siebie charakterystycznym wyglądem, kulturą, modą czy sposobem mowy. Nie znajdziemy tu typowych dla gatunku krasnoludów, elfów czy niziołków, ale wciąż doświadczymy dużej różnorodności kulturowej i etnicznej.

Kluczowym elementem tego świata jest burzowe światło, magiczna energia pochodząca od potężnych burz nawiedzających cały kontynent. Skupiane jest ono w szklanych kulach wypełnionych kamieniami szlachetnymi różnej wielkości. Naładowane kule służą jako waluta i źródło światła, jednak burzowe światło ma również inne zastosowania, o których wiedzą nieliczni.

Niestety książka ma kilka minusów, o których muszę wspomnieć. W pierwszej połowie trafiło się trochę dłużyzn. Wyglądało to tak, że coś ciekawego i pchającego fabułę do przodu działo się dopiero na końcu rozdziału, a jego lwia część przeznaczona była na przemyślenia bohatera na ten sam temat co ostatnim razem oraz na powtarzanie wiadomych już rzeczy na temat świata.

To drugie jestem w stanie wybaczyć. Utrwalanie informacji o świecie przedstawionym zdecydowanie ułatwia zapamiętanie i przyswojenie ich. Jednak to pierwsze mnie zwyczajnie męczyło i głównie tyczy się to wątku Kaladina. Na szczęście z czasem idzie się do tego przyzwyczaić, więc przestało mi to aż tak przeszkadzać.

Żeby było jasne - to nie tak, że przez pół książki nic się nie dzieje. Zdarzają się dynamiczne sceny akcji, a wiele z nich jest naprawdę spektakularnych. W drugiej połowie jest ich po prostu więcej, przez co o wiele lepiej i szybciej mi się ją czytało. Zaś finałowa bitwa rozłożona na kilka dłuższych rozdziałów zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Definicja epickiego fantasy.

Inna rzecz, której muszę się przyczepić, to interludia - krótkie rozdziały wciśnięte między główne części historii. Większość z nich nie miała większego związku z głównymi wątkami. Pewnie nabiorą znaczenia w kolejnych tomach, ale ja bardzo za czymś takim nie przepadam. Bardziej to wygląda jak upychanie dodatkowych informacji o Rosharze, choć nie wnoszą one za wiele do głównej historii.

Wróćmy więc do początku recenzji. Czy rzeczywiście można zacząć poznawać Cosmere od “Archiwum Burzowego Światła”? Tak, można, ale trzeba wiedzieć, na co się pisze. Autor wrzuca czytelnika na głęboką wodę, a na całą masę pytań, jaka się wtedy rodzi, odpowiada w swoim czasie. To jedna z tych książek, w których trzeba zaufać autorowi, że wie, co robi i cała ta podbudowa nie zostanie zmarnowana. Po lekturze całości mogę śmiało stwierdzić, że nie została.

Zasiadając do tej książki, trzeba też lubić stopniowe poznawanie rozbudowanych fantastycznych światów. Jest to zdecydowanie kluczowy punkt całości, a informacje o wydarzeniach z przeszłości mogą okazać się istotne względem tego, co dzieje się w chwili obecnej, więc warto mocno się skupić w trakcie czytania.

“Droga Królów” początkowo wydawała mi się być swego rodzaju fantastycznym Mount Everestem - szczytem, który zdobyć mogą tylko najwytrwalsi. Próg wejścia jest wysoki, lecz pióro Sandersona jest na tyle lekkie, że po pierwszych 100-200 stronach kolejne informacje chwytałem w lot. Książka z czasem stała się dla mnie tak zwanym “comfort readem” i pod koniec bardzo nie chciałem opuszczać tego niezwykłego świata.

Choć nie idealna, to wciąż jedna z najlepszych powieści fantasy, jakie przeczytałem od dłuższego czasu. Ma wszystko to, co kocham w tym gatunku: fascynujący świat, ciekawych bohaterów, najeżoną zagadkami fabułę, epickie sceny akcji i napięcie rosnące z każdym kolejnym rozdziałem. Nie mogę się doczekać, aż w końcu wrócę do Rosharu.

Chyba wszyscy czytelnicy fantastyki kojarzą nazwisko Brandona Sandersona. Żywa legenda branży, ikona literatury fantasy, jeden z najbardziej płodnych literacko pisarzy na światowym rynku. Twórca jednego z najambitniejszych projektów pisarskich w historii jakim jest uniwersum Cosmere.

Wielu czytelników radzi, by owo uniwersum zacząć zgłębiać od mniej złożonych dzieł, takich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Miałem sporo obaw przed lekturą tej książki z wielu różnych powodów. Nie lubię romansów i po ten również bym nie sięgnął, gdyby nie fakt, że porusza on pewien bliski mi temat. Niemniej już kilka pierwszych rozdziałów wystarczyło, bym zrozumiał, że nie będzie to “typowy” romans, a to nastroiło mnie bardziej pozytywnie.

Historia opowiedziana jest z perspektywy dwojga bohaterów. Lena to chora na epilepsję studentka i ilustratorka, introwertyczka zakochana w ciężkich brzmieniach i literaturze fantastycznej. Alek to przystojny tatuażysta nie stroniący od zabawy, kobiet i alkoholu. Ma w sobie jednak drugie, ukryte oblicze wrażliwego emocjonalnie artysty, który swoje uczucia i liczne traumy przelewa na papier w formie książek fantasy. Oblicze, które zna tylko Lena. Obydwoje od lat korespondują ze sobą przez internet, nie wiedząc nawet, jak wyglądają. Przypadkowe spotkanie w świecie rzeczywistym rozpoczyna karuzelę zdarzeń, które wystawią ich relację na wiele poważnych prób.

Gdyby to ode mnie zależało, nie określiłbym tej książki jako romans. Owszem, wątek romantyczny jest tu tym najważniejszym, jednakże cała historia w moich oczach to bardziej pogranicze powieści obyczajowej i psychologicznej. Porusza wiele życiowych tematów, tych przyjemnych jak i tych bolesnych, pociągając przy tym za niejedną emocjonalną strunę. Sam temat epilepsji jest mi do pewnego stopnia bliski i czytanie o nim nie było łatwe, ale konieczne. O tej chorobie powinno się mówić o wiele częściej.

Bohaterowie zachowują się jak normalni ludzie, mają swoje lepsze i gorsze momenty, do tego nie popełniają idiotycznych, niczym niepopartych decyzji. Dialogi między postaciami są naturalne, wręcz z życia wzięte. Jedyne, co mnie chwilami irytowało, to że postaci poboczne prędzej czy później sprowadzały większość dyskusji do tematu seksu, miłości, związków i tym podobnych, jakby nie ciekawiło ich nic innego w życiu swoich bliskich. Ale wiem, że takich osób na świecie jest niemało, więc można to zrozumieć i jakoś znieść.

W książce pojawia się kilka scen erotycznych i tu autorka również spisała się na medal. Nie wywołują zażenowania, napisane są ze smakiem, zmysłowo i emocjonalnie. Autorka nie bawi się w zbędną wulgarność czy głupie, infantylne epitety. Zamiast tego odpowiednio wyważyła opisy zbliżeń z towarzyszącymi przy tym emocjami i doznaniami. Jeśli ktoś liczy na tandetne porno, niech sięgnie po inną książkę.

Gdyby wszystkie romanse były pisane w ten sposób, z pewnością częściej i śmielej bym po nie sięgał. Myślę, że któregoś dnia dam również szansę kolejnym tomom cyklu “Niepokonani”. Póki co mogę spokojnie stwierdzić, że “Epi…” to - pomimo całej mojej sympatii do “Gniewu Nowych Bogów” - najlepsza książka autorki jaką na ten moment czytałem.

Miałem sporo obaw przed lekturą tej książki z wielu różnych powodów. Nie lubię romansów i po ten również bym nie sięgnął, gdyby nie fakt, że porusza on pewien bliski mi temat. Niemniej już kilka pierwszych rozdziałów wystarczyło, bym zrozumiał, że nie będzie to “typowy” romans, a to nastroiło mnie bardziej pozytywnie.

Historia opowiedziana jest z perspektywy dwojga...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Po raz pierwszy o tej książce dowiedziałem się kilka lat temu, kompletnym przypadkiem, buszując wśród empikowych regałów. O jej istnieniu przypomniała mi premiera serialowej adaptacji na Netflixie, zacząłem też coraz częściej widzieć zachwyty na jej temat u wielu bookstagramerów.

Postanowiłem więc zaryzykować i... kupić całą trylogię. Po przeczytaniu pierwszego tomu "Wspomnienia o przeszłości Ziemi" mogę powiedzieć, że ryzyko się opłaciło, bo chcę tylko więcej!

Książka opowiada historię Wang Miao, chińskiego fizyka i wynalazcy. Na zlecenie rządu ma pomóc rozwiązać zagadkę tajemniczych śmierci naukowców z całego świata. Ślady prowadzą do tajnego projektu rządowego z drugiej połowy XX wieku. Kluczowym elementem zagadki jest również tajemnicza gra komputerowa, wysoko zaawansowana technologicznie i wymagająca od graczy dużej wiedzy z zakresu nauk ścisłych, ze szczególnym naciskiem na fizykę.

Powiem wprost - nigdy nie radziłem sobie dobrze z matematyką, fizyką itp. Mało co z tego wyniosłem ze szkoły, a i na własną rękę też się tym szczególnie nie interesowałem. Dlatego bałem się, że mogę się odbić od tej książki, bo jest ona wręcz przesiąknięta różnymi naukowymi zagadnieniami. Na szczęście bardzo się myliłem!

Cixin Liu bardzo przystępnie tłumaczy wszystko, co wymaga dokładnego zrozumienia. Może i nie zapamiętam większości z tych rzeczy na dłużej, ale zrozumiałem je w trakcie czytania na tyle, by wiedzieć, o czym mowa. Do tego zjawiska i teorie, jakie są tu przedstawiane, są na tyle intrygujące, że zainteresowałem się fizyką, astrofizyką i kosmosem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Można więc powiedzieć, że "Problem Trzech Ciał" niesie ze sobą niemałą wartość popularnonaukową.

Pamiętajmy jednak, że to wciąż powieść science-fiction, a nie podręcznik szkolny, więc poza "naukowym bełkotem" znajduje się tu jeszcze fabuła. Jest ona bardzo tajemnicza, a autor dość powoli odsłania swoje karty. Niestety trafiło się kilka dłużyzn, jedna wręcz na samym początku. Ale jest to istotna podbudowa późniejszych zwrotów akcji, a tych jest tu niemało, więc warto to przemęczyć.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić to do postaci Wang Miao. Często bywa on bardzo pasywny, nie ma też zbyt wielu cech charakteru, które jakoś by go wyróżniały. O wiele bardziej wyraziści są bohaterowie poboczni, w szczególności charyzmatyczny detektyw Da Shi, który zawsze działa po swojemu, nawet jeśli jego przełożeni mają co do tego pewne uwagi.

"Problem Trzech Ciał" ma również ciekawie wykreowaną postać kobiecą. Ye Wenjie jest drugą główną bohaterką, której większość historii zawarta jest w rozdziałach z czasów tuż po rewolucji kulturalnej w Chinach. Jej życie usłane jest krwią, bólem i cierpieniem, nie tylko jej własnym, ale i jej bliskich. Przemiana, którą przechodzi jest wiarygodna i choć nie da się poprzeć czy usprawiedliwić wszystkich jej decyzji, można je zrozumieć znając jej stronę wydarzeń.

Celowo nie zdradzam zbyt wiele samej fabuły, bo uważam, że rozsądnie dawkowana tajemniczość i stopniowe odkrywanie prawdy na własną rękę jest najmocniejszą stroną tej książki. Im mniej wiecie o tej historii przed jej rozpoczęciem, tym lepiej, dlatego odradzam oglądanie wcześniej serialu, który już w pierwszych odcinkach zdradza kilka z największych zwrotów akcji z pierwowzoru. Dobrze też uważać na niezbyt subtelną polecajkę od pana Baracka Obamy umieszczoną z tyłu okładki.

Podsumowując, to była naprawdę niesamowita historia. Wielokrotnie przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania, wciągnęła bez reszty i chwilami wręcz przestraszyła, a to się zdarza bardzo rzadko. Póki co najlepsza książka jaką w tym roku przeczytałem. To moje pierwsze spotkanie z hard science-fiction i nie mogłem lepiej trafić.

Po raz pierwszy o tej książce dowiedziałem się kilka lat temu, kompletnym przypadkiem, buszując wśród empikowych regałów. O jej istnieniu przypomniała mi premiera serialowej adaptacji na Netflixie, zacząłem też coraz częściej widzieć zachwyty na jej temat u wielu bookstagramerów.

Postanowiłem więc zaryzykować i... kupić całą trylogię. Po przeczytaniu pierwszego tomu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

[Recenzja w ramach współpracy z wydawnictwem Excalibur]

W ostatnim czasie przeczytałem niejeden polski debiut fantasy. Większość była przynajmniej niezła. Dlatego bez większego wahania sięgnąłem po “Na Skraju”, bo wiele wskazywało na kolejną ciekawą przygodę. Niestety, rzeczywistość miała inne plany.

Problemy powieści Marcina Bienia sięgają samych podstaw. Przede wszystkim nie posiada ona żadnego jednoznacznego celu. Nie ma tu głównego wątku czy choćby motywu przewodniego, nadającego historii jakiegokolwiek kształtu. Długo brakuje też stawki czy jakiegoś napięcia. Przez to, że cała historia jest rozwodniona i rozciągnięta do granic możliwości, nie wiadomo, do czego ma zmierzać i czemu ma czytelnika w ogóle obchodzić. W skrócie - wieje nudą i to mocno.

Książka jest wewnętrznie podzielona na 3 części. Zwykle byłyby to kolejne etapy historii wynikające z siebie nawzajem. Tutaj jest tak tylko do pewnego stopnia. Na upartego można stwierdzić, że każda część jest o czymś innym. Rzeczy się po prostu dzieją, brakuje tu jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego (z paroma wyjątkami, ale jednak).

Wątek Ristena i Ilyanny, zawarty w opisie książki, sam w sobie nie jest zły. Relacja ludzkiego najemnika z młodą, ciekawą świata driadą nawiązuje się dość naturalnie i ma interesujące momenty. Ale ma też bolączki Podstawową jest to, że zaczyna się on… jakoś za ⅓ objętości książki. Co w skrócie oznacza, że pierwsza część powieści nie ma z resztą nic wspólnego i można by ją skrócić o połowę, albo wręcz całkowicie wyrzucić i nie odczułoby się żadnej przesadnej straty.

“Na Skraju” to powieść o wiele za długa jak na historię, którą próbuje opowiedzieć. Gdyby z tych 440 stron wycięto 100 a nawet 200 to historia zyskałaby jakąkolwiek dynamikę, której bardzo brakuje. Pełno tu dłużyzn w postaci rozwodnionych ciągów myślowych, dialogów o niczym, kompletnie zbędnych i nic nie wnoszących scen czy wręcz całych pobocznych wątków.

Coś, co również mnie bardzo rozpraszało, to brak rozdziałów. Treść to po prostu ciągła ściana tekstu, podzielona na dłuższe lub krótsze scenki, gdzie skaczemy między postaciami, wątkami etc. Brak takiej podstawy podstaw, jaką są rozdziały, tylko pogłębił poczucie zagubienia i błądzenia bez celu.

Nie będę się nawet rozgadywał na temat świata przedstawionego, bo ten praktycznie nie istnieje. Ani razu nawet nie padła nazwa świata czy choćby kontynentu, w którym dzieje się akcja. Jedyne, co o nim wiadomo, to że składa się z lasów, wiosek, miasteczek i może paru miast. Między tym wszystkim oczywiście leży gaj driad. Parę razy rzucone są jakieś nazwy miast czy księstw, które nic nie mówią. I tyle. Żadnej mapy, poczucia skali czy kierunku.

Ta recenzja to nie próba podcięcia skrzydeł debiutantowi. Jeśli już to chciałbym, by to była bardziej przestroga i motywacyjny kopniak wiadomo gdzie, by wziąć się w garść, na nowo podejść do materiału i przepracować wszystkie błędy. Jeśli to ma być 1 tom serii, warto zastanowić się nad tym, jaki ma być jej cel. Dobrze też byłoby to określić w pierwszych 50 stronach, a nie ostatnich.

Nie sięgnę po kontynuację losów Ristena, Ilyanny i całej reszty. Ale trzymam kciuki za autora, bo wierzę, że odtąd może być tylko lepiej, wystarczy być świadomym istniejących błędów i nad nimi solidnie popracować. Może też warto spróbować sił w innym gatunku niż fantasy, który wcale nie jest takie łatwe do pisania, jak mogłoby się to niektórym wydawać.

[Recenzja w ramach współpracy z wydawnictwem Excalibur]

W ostatnim czasie przeczytałem niejeden polski debiut fantasy. Większość była przynajmniej niezła. Dlatego bez większego wahania sięgnąłem po “Na Skraju”, bo wiele wskazywało na kolejną ciekawą przygodę. Niestety, rzeczywistość miała inne plany.

Problemy powieści Marcina Bienia sięgają samych podstaw. Przede...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Pierwszy tom serii “Wielkie Płaszcze” to wprowadzenie do świata, którego fundamentami są intrygi, zdrady, kłamstwa i niedopowiedzenia. Szczerość jest tu cenniejsza niż złoto i niebezpieczniejsza niż miecz, zaś honor to szybka i prosta droga do grobu.

Głównymi bohaterami powieści są Falcio, Kest i Brasti - trzej przyjaciele, jedni z ostatnich Wielkich Płaszczy, wędrownych trybunów szerzących królewską sprawiedliwość na ziemiach bezwzględnych książąt. Ich największym problemem jest fakt, że król nie żyje od 5 lat, w kraju szerzy się bezprawie, a Wielkie Płaszcze rozwiązano. Na horyzoncie pojawia się nadzieja na zmianę przynajmniej tej ostatniej kwestii. Sprawę komplikuje morderstwo wysoko postawionego szlachcica, w które trzej trybuni zostali sprytnie wrobieni przez tajemniczą zabójczynię.

“Ostrze Zdrajcy” to połączenie “Trzech Muszkieterów” i “Gry o Tron” z elementami powieści detektywistycznej. Ta abstrakcyjna mieszanka daje niezwykle zadowalający efekt końcowy. Fabuła jest dynamiczna i nie pozwala się nudzić. Ciągle coś się dzieje, a wielowarstwowe intrygi i częste zwroty akcji przeplatane są pełnymi napięcia scenami akcji. Tu warto zaznaczyć, że w większości są one dość szczegółowo opisane, co jednym może przypaść do gustu, a innych zniechęcić i zgubić. W moim wypadku bywało różnie - raz to zagrało idealnie, a raz nie do końca.

To, co podoba mi się w tej książce najbardziej, to chemia między głównymi bohaterami. Falcio, Kest i Brasti to postaci różniące się od siebie pod wieloma względami. Różnica charakterów i światopoglądów daje pretekst do zabawnych przyjacielskich docinek, kpin i żartów z siebie nawzajem. Jednak dopóki są razem, działają jak dobrze naoliwiony mechanizm, choć nawet im zdarzają się zgrzyty.

Historia opowiedziana jest w pełni z perspektywy Falcia, a dzięki narracji pierwszoosobowej możemy go bardzo dogłębnie poznać. Przywódca Wielkich Płaszczy to człowiek mężny i sprawiedliwy, lecz również w gorącej wodzie kąpany, co często przysparza niemałych kłopotów jemu i jego towarzyszom. Liczne flashbacki, zgrabnie wplecione między wydarzenia teraźniejsze, pozwalają zrozumieć co kieruje nim przy podejmowaniu decyzji. Nie dajcie się jednak zwieść - choć Falcio stara się zachować resztki honoru w pozbawionym go świecie, wciąż ma kilka asów w rękawie, którymi potrafi zaskoczyć.

Czytałem tą książkę dwukrotnie i choć przez większość czasu dobrze się bawiłem, muszę przyznać, że za drugim razem ciężko było mi się wgryźć. Duża część treści opiera się na tajemnicach i zwrotach akcji, które robią duże wrażenie ale tylko za pierwszym razem. Kiedy dobrze się wie, do czego to wszystko zmierza, jakoś nie czułem tego napięcia tak samo mocno. Jednak mogę docenić to, że autor naprawdę dobrze poprowadził narrację i wszelkie następujące po sobie rewelacje zostały na tyle zręcznie zamaskowane, że ciężko było się ich domyślić za pierwszym razem.

Pierwszy tom serii “Wielkie Płaszcze” to wprowadzenie do świata, którego fundamentami są intrygi, zdrady, kłamstwa i niedopowiedzenia. Szczerość jest tu cenniejsza niż złoto i niebezpieczniejsza niż miecz, zaś honor to szybka i prosta droga do grobu.

Głównymi bohaterami powieści są Falcio, Kest i Brasti - trzej przyjaciele, jedni z ostatnich Wielkich Płaszczy, wędrownych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Kontynuacja “Wojny Makowej” uderza we wszystkie nuty perfekcyjnie. Mimo niemałych gabarytów, czytałem ją szybko, płynnie i nieraz z zapartym tchem. Po udanym debiucie Rebecca Kuang, niczym ten feniks z okładki, rozłożyła skrzydła i pofrunęła, lądując na szczycie.

Drugi tom trylogii rozpoczyna się niedługo po finale pierwszego. Rin musi stawić czoła konsekwencjom swojej nagłej i nieprzemyślanej decyzji. Wojna w Nikan wchodzi w decydującą fazę, od jej przebiegu zależą losy cesarstwa i jego mieszkańców. Wkrótce do gry dołączają nowi gracze, a w rękawie mają niejednego asa, które mogą zmienić bieg konfliktu na ich korzyść. Po czyjej stronie stanie dowódczyni szamanów? Ile jeszcze krwi trzeba przelać, by przywrócić pokój?

“Republika Smoka” ma w sobie wszystko, co kocham w fantastyce - ciekawy świat przedstawiony, spójny i czytelny system magii, nieprzewidywalne zwroty akcji, moralnie szare decyzje z odczuwalnymi konsekwencjami i nieidealnych bohaterów z wiarygodnymi motywacjami. Do tego jest to bardzo udany drugi tom, który poprawia wszystkie błędy i wpadki pierwszego, rozbudowując świat i historię oraz podnosząc stawkę i napięcie.

Najciężej czytało mi się pierwsze rozdziały i to głównie ze względu na główną bohaterkę. Miałem wobec Rin pewien stopień tolerancji w trakcie lektury pierwszego tomu, lecz tu mocno przechyliła szalę na swoją niekorzyść. I nie mogę tego uznać za wadę… bo taki był plan. To nigdy nie miała być dzielna postać pozytywna, lecz bezradna dziewczyna z ogromną mocą w rękach, walcząca o przetrwanie w samym środku wojny i gęstej sieci spisków. Jeśli ktoś spodziewał się szlachetnej protagonistki, wkroczył do złego świata.

W kontrze dla niej pojawiają się świetnie napisane postaci poboczne. Poza bohaterami już nam znanymi, pojawia się cała gama nowych, różnorodnych charakterów. Czeka nas również powrót kilku twarzy znanych z pierwszego tomu. I tu pojawia się największy plus książki - autorka po mistrzowsku sprawia, że czytelnik z biegiem czasu zmienia zdanie o wielu z nich. Nieraz złapałem się na tym, że zacząłem kibicować lub współczuć postaciom, wobec których w “Wojnie Makowej” nastawiony byłem neutralnie lub negatywnie.

Jeśli miałbym wymyślić wadę tej historii to byłby nią brak innej perspektywy. Myślę, że gdyby Rebecca Kuang zdecydowała się wybrać jedną z postaci pobocznych i opowiedzieć część historii z jej oczu, całość nabrałaby więcej głębi. Jednocześnie dałoby to momenty, by czytelnik na chwilę odpoczął od perspektywy głównej bohaterki, która nie wzbudza wielu pozytywnych emocji i może po pewnym czasie po prostu zmęczyć.

Kontynuacja “Wojny Makowej” uderza we wszystkie nuty perfekcyjnie. Mimo niemałych gabarytów, czytałem ją szybko, płynnie i nieraz z zapartym tchem. Po udanym debiucie Rebecca Kuang, niczym ten feniks z okładki, rozłożyła skrzydła i pofrunęła, lądując na szczycie.

Drugi tom trylogii rozpoczyna się niedługo po finale pierwszego. Rin musi stawić czoła konsekwencjom swojej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Lektura tej książki była istną niemałą przeprawą. W tym dobrym sensie. Thriller Johna Marrsa porusza, szokuje, zaskakuje i prowokuje na każdym kroku. Jest to zdecydowanie lektura dla ludzi o mocnych nerwach, otwartym umyśle oraz dużej dozie empatii i zrozumienia.

Ciężko zarysować fabułę, by nie zdradzić za wiele, bowiem historia ta robi tym większe wrażenie, im mniej się o niej wie. Mogę tylko powiedzieć, że jej bohaterkami są matka i córka - Maggie i Nina Simmonds. Obie kobiety zostają wystawione na niejedną ciężką próbę. Ich życie jest samoistnie nakręcającą się karuzelą bólu, straty, kłamstw i półprawd. Jednak prawda, prędzej czy później, zawsze wyjdzie na jaw, a w tym domu prawda może się okazać gorsza niż największe z kłamstw.

Po lekturze tej powieści nikt mi nie wmówi, że mężczyzna nie potrafi napisać wiarygodnych postaci kobiecych. Bo Marrs zrobił to wyśmienicie. Obie główne bohaterki są wręcz namacalne. Nieraz przychodzi do głowy myśl, że taka historia, choć chwilami hiperboliczna i absurdalna, mogłaby się wydarzyć naprawdę, bo nie o takich rzeczach słyszał świat. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi przemoc domowa, fizyczna lub psychiczna.

Autor doskonale operuje słowem, ciągle tworząc niedopowiedzenia, dwuznaczności i mylne tropy. Początkowo miałem obawy, czy uda się domknąć wszelkie rozpoczęte wątki, lecz nie zawiodłem się. Wszystko jest na swoim miejscu i nic nie pozostawiono czytelnikowi do dopowiedzenia samemu. Jednocześnie w trakcie lektury dostaje się pole do samodzielnego łączenia kropek, lecz gwarantuję, że historia tak czy siak znajdzie drogę, by zaskoczyć.

To, co mnie w tej powieści urzekło najmocniej, to wiarygodna i niewygodna moralna szarość, która wylewa się z każdej strony. Obie bohaterki mają na sumieniu wiele grzechów. Popełniają rzeczy, które w teorii się złe i godne potępienia, lecz wiele z nich - jeśli nie wszystkie - można w jakiś sposób usprawiedliwić. Pojęcie protagonisty i antagonisty nie ma tu żadnego zastosowania. Wszystko pozostawione jest ocenie czytelnika, który w trakcie lektury wielokrotnie zmieni zdanie na temat Maggie, Niny i postaci pobocznych.

Nie mogę dać 10/10 z dwóch powodów. Po pierwsze, książka nieco gubi rytm gdzieś w okolicach połowy. Wciąż pozostaje intrygująca, lecz dochodzi do spowolnienia akcji i spadku napięcia, co skutkuje powstawaniem drobnych, chwilowych dłużyzn. Nie wytrącało mnie to jakoś mocno, lecz wyraźnie odczuwałem, że czegoś mi brakuje i czekałem, aż historia znów nabierze rozpędu.

Drugim powodem jest mały błąd logiczny, który wkradł się do epilogu, a który, gdy się nad nim chwilę zastanowić, mógłby wykreować całkowicie inne zakończenie. Jednak patrząc na to, o jakiej ilości informacji autor musiał pamiętać, tworząc tak zawiłą i szczegółową fabułę, jestem w stanie przymknąć oko na to drobne potknięcie.

Lektura tej książki była istną niemałą przeprawą. W tym dobrym sensie. Thriller Johna Marrsa porusza, szokuje, zaskakuje i prowokuje na każdym kroku. Jest to zdecydowanie lektura dla ludzi o mocnych nerwach, otwartym umyśle oraz dużej dozie empatii i zrozumienia.

Ciężko zarysować fabułę, by nie zdradzić za wiele, bowiem historia ta robi tym większe wrażenie, im mniej się o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Debiutancka powieść Michała Podgórskiego wypadła naprawdę nieźle. Do ideału daleko, nie jest to również nic odkrywczego, lecz dała mi sporo rozrywki i miło spędziłem z nią czas.

Głównym bohaterem jest Dardan de Brandt, niegdyś szanowany młody szlachcic, dziś banita krążący po pograniczu z grupą podległych mu wojów. Trudni się jedyną rzeczą, na jakiej się zna - najazdach na grupy grabieżców i wiązaniu końca z końcem. Któregoś dnia na pogranicze przybywa tajemnicza armia, zostawiając za sobą śmierć i zniszczenie. Dardan, z pomocą starych przyjaciół i nowych sojuszników, musi odkryć, kim są przybysze i jak ich powstrzymać, nim będzie za późno. O ile już nie jest.

Fabuła jest bardzo prosta i oparta na klasycznych schematach znanych z wielu książek fantasy. Dla jednych będzie to dużą wadą, dla mnie to bardziej oznaka rozwagi autora. Na swój literacki pierwszy raz postawił na sprawdzone elementy, które nie bez powodu były tak nagminnie stosowane przez wielu twórców przed nim. Mimo wszystko historia potrafi zaintrygować, trafił się nawet zwrot akcji, który mnie szczerze zaskoczył.

Zdecydowanie kluczowym elementem powieści jest jej tempo. Pierwszy rozdział według mnie był o wiele za szybki, za dużo treści próbowano w nim upchnąć. Dobrze byłoby to rozłożyć na chociaż dwa bardziej rozwinięte rozdziały, tym bardziej, że już od pierwszych stron kupił mnie dworski klimat, który później się już niestety nie pojawia. W kolejnych rozdziałach akcja nieco zwalnia, lecz wciąż jest dynamiczna i nie pozwala się nudzić, a to już duży plus.

Bohaterowie pierwszoplanowi, głównie Dardan i Kaja, to ciekawe postaci i miło obserwuje się stopniowy rozwój relacji oraz wewnętrzną przemianę tego pierwszego. Niestety cierpi na tym kreacja postaci pobocznych, które wypadły dość płasko i jednowymiarowo. Byli bardziej elementami fabuły, które Dardan spotyka na swej drodze, niż w pełni ukształtowanymi osobami. Wiadomo, w tak krótkim metrażu ciężko jest każdego rozwinąć, ale nie miałbym nic przeciwko większej ilości stron, gdyby oznaczało to głębsze rozpisanie drugiego planu.

Podobnie płasko wypada świat przedstawiony, a raczej tło fabularne, bo do tętniącego życiem świata zdecydowanie mu daleko. Jest ono nakreślone wystarczająco, by opowiedzieć w nim spójną historię od początku do końca, jednak z moim zamiłowaniem do poznawania nowych uniwersów, czegoś mi tu zdecydowanie zabrakło. Zahartowany “Wiedźminem” jestem w stanie przymknąć na to oko.

Nie spodobało mi się również kilka rozwiązań, jakie zastosowano w ostatnich rozdziałach książki. Nie kupiło mnie to “przeczucie”, jakim kierował się Dardan w podejmowaniu decyzji. Wypadło to dość leniwie, jakby zwyczajnie zabrakło pomysłu na doprowadzenie fabuły i bohaterów z danego punktu do odgórnie ustalonego zakończenia. Bohater usprawiedliwiający swoje czyny tekstami w stylu “Nie wiem, takie mam przeczucie” po prostu nie jest zbyt wiarygodny.

Mimo pewnych bolączek i niedociągnięć, naprawdę dobrze się bawiłem. Mam nadzieję, że autor rozwinie swój warsztat i kolejne jego historie będą coraz lepsze, bo potencjał zdecydowanie czuć.

Debiutancka powieść Michała Podgórskiego wypadła naprawdę nieźle. Do ideału daleko, nie jest to również nic odkrywczego, lecz dała mi sporo rozrywki i miło spędziłem z nią czas.

Głównym bohaterem jest Dardan de Brandt, niegdyś szanowany młody szlachcic, dziś banita krążący po pograniczu z grupą podległych mu wojów. Trudni się jedyną rzeczą, na jakiej się zna - najazdach na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

To była naprawdę udana lektura. Nie jest idealna i ma pewne rozwiązania, które mi do końca nie podpasowały, lecz całościowo jest to powieść godna polecenia fanom mroczniejszej fantastyki i początek naprawdę intrygującej historii.

Na północnych rubieżach rozległego imperium zaczynają dziać się niepokojące rzeczy, mogące być zwiastunem kolejnej wojny. Eriena, pierwsza i jedyna kobieta w szeregach Zakonu Czuwania, znalazła się w samym środku zdarzeń, które pchną ją na skraj wytrzymałości i zbliżą do odkrycia tajemnic z przeszłości. Czy zakon rzeczywiście jest gotowy do walki z tajemniczą Ciemnością? Kto jest większym zagrożeniem - potwory, ludzie, czy coś jeszcze straszniejszego?

“Półmrok” to kawał solidnego dark fantasy pełnego krwi, stali i śniegu. Autorka umiejętnie kreuje wiarygodny świat z głęboką, wielowarstwową historią i namacalnym, mroźnym klimatem. Każdy dzień to walka o przetrwanie, a śmierć przychodzi nagle i bez zapowiedzi, pod różnymi postaciami. Jednocześnie w całym tym mroku udaje się odnaleźć przebłyski światła, miejsce na radość, czułość i beztroskę. To sprawia, że świat nie jest przerysowany i mroczny do porzygu.

Główna bohaterka to idealny przykład poprawnie napisanej silnej kobiecej postaci. Historia Erieny angażuje już od pierwszych stron. Pomimo dużej wiedzy i talentu wciąż ma w sobie pewne słabości, które ciągną ją w dół i nie pozwalają uwolnić pełni jej potencjału. Musi pokonać wiele trudów, wyrastających na jej drodze. Po prostu chce się jej kibicować i obserwować, jak dojrzewa i zmienia się z nabytym doświadczeniem.

Równie świetnie napisano całą plejadę różnorodnych bohaterów pobocznych. Zdecydowana większość z nich obarczona jest całym bagażem doświadczeń. Okazują różne emocje, nieraz całkowicie ze sobą sprzeczne. Dzięki temu ich charaktery i relacje są niezwykle ludzkie i wiarygodne, a ich losy są dla czytelnika ciekawe i istotne.

Coś, co jeszcze mi się bardzo spodobało, to brak jednoznacznego antagonisty. W książce nie jest wyraźnie zaznaczone, kto jest “tym złym”. Każdy bohater ma tu swoje cele i tajemnice, a prawdę i kłamstwo trudno od siebie odróżnić. Zło, którego widmo unosi się nad całą krainą, nie ma swojego przedstawiciela i to mnie w nim najbardziej intryguje.

Pomimo tych wszystkich zachwytów nad tą książką, muszę przyznać, że przez długi czas miałem problem wgryźć się w tą historię. Nie mogłem dać się jej w pełni porwać. Mam wrażenie, że w pewnych momentach odrobinę się ona dłuży, nie mogąc znaleźć właściwego tempa czy kierunku. Może to być również kwestia naprawdę długich rozdziałów, których zwolennikiem nie jestem. Albo to po prostu problem bycia pierwszym tomem, konieczności dokładnego wprowadzenia w świat i rozstawienia wszystkich graczy na przysłowiowej planszy. Mam nadzieję, że drugi tom będzie już nieco bardziej dynamiczny i angażujący.

Gdybym wcześniej nie wiedział, że to debiut, nigdy bym o tym nie pomyślał. Katarzyna Staniszewska już teraz pisze jak doświadczona autorka i jestem bardzo ciekaw, jak rozwinie się jej warsztat.

To była naprawdę udana lektura. Nie jest idealna i ma pewne rozwiązania, które mi do końca nie podpasowały, lecz całościowo jest to powieść godna polecenia fanom mroczniejszej fantastyki i początek naprawdę intrygującej historii.

Na północnych rubieżach rozległego imperium zaczynają dziać się niepokojące rzeczy, mogące być zwiastunem kolejnej wojny. Eriena, pierwsza i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ileż to ja się nasłuchałem o tej książce przed lekturą. Że to nie to samo, że Sapkowski się skończył, że bez sensu, że głupie… Mogę się zgodzić tylko z tym pierwszym stwierdzeniem. To nie to samo, to coś innego. A jeśli saga o wiedźminie czegoś uczy to właśnie tego, że inne nie znaczy gorsze.

“Sezon Burz” nie jest ani prequelem sagi, ani jej kontynuacją. To dzieło poboczne, dodatkowe. Jego akcja toczy się między opowiadaniami “Ostatnie Życzenie” i “Wiedźmin” z pierwszego zbioru. Powracają w nim znani i lubiani bohaterowie, a Geralt ponownie przejmuje stery jako bohater pierwszoplanowy. Na papierze brzmi to jak recepta na sukces. Myślę, że po rozczarowującym finale sagi, jakim była “Pani Jeziora”, był to dobry ruch ze strony autora, chcącego jeszcze coś wycisnąć ze swojej najpopularniejszej serii. I mnie to kupiło, choć zdecydowanie nie zachwyciło.

Powieść jest po prostu niezła. Nic mnie w niej nie odrzucało, nic nie wzbudziło większych emocji, ale dała mi trochę radości i śmiechu podczas śledzenia interakcji Geralta ze starymi i nowymi znajomymi. Czuć w tym klimat przygody porównywalny do tomów opowiadań poprzedzających “właściwą” sagę. I choć “Sezon Burz” jest powieścią, ilość wątków pobocznych i odrębnych przygód sprawia, że jest to bardziej zbiór opowiadań zakamuflowany jako powieść.

Największy plus należy się za stronę techniczną. Rozdziały w tym tomie są o wiele krótsze niż w powieściach z sagi, przez co o wiele łatwiej i szybciej mi się ją czytało. Pomiędzy niektórymi rozdziałami pojawiają się też interludia w postaci listów czy krótkich scenek uzupełniających wydarzenia z rodziałów, opowiedziane z perspektyw postaci innych niż Geralt.

Choć wcześniej zaznaczyłem, że czas akcji to wydarzenia między opowiadaniami, odradzałbym czytanie tej powieści przed poznaniem całej serii. Są tu bowiem odwołania do wydarzeń z “Pani Jeziora”, głównie w epilogu i jednym z wyżej wspomnianych interludiów. Nie są to może bezpośrednie spoilery, ale przy głębszym namyśle mogą zepsuć element niespodzianki podczas odkrywania losów Geralta, Yennefer i Ciri na łamach pięcioksięgu.

Ileż to ja się nasłuchałem o tej książce przed lekturą. Że to nie to samo, że Sapkowski się skończył, że bez sensu, że głupie… Mogę się zgodzić tylko z tym pierwszym stwierdzeniem. To nie to samo, to coś innego. A jeśli saga o wiedźminie czegoś uczy to właśnie tego, że inne nie znaczy gorsze.

“Sezon Burz” nie jest ani prequelem sagi, ani jej kontynuacją. To dzieło...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Do sięgnięcia po tą książkę zachęciła mnie serialowa adaptacja i pochlebne słowa czytelników kierowane w jej stronę. Muszę przyznać, że pomimo niemałych różnic w prowadzeniu wątków, bardzo dobrze oddano tą historię na ekranie. Sama w sobie książka jest zaś naprawdę dobrym kryminałem i świetnym wprowadzeniem postaci Jacka Reachera.

Reacher przybywa do niedużego miasteczka w stanie Georgia w celach rekreacyjnych. Zostaje błyskawicznie aresztowany pod zarzutem morderstwa, którego nie byłby w stanie popełnić. Sprawa szybko robi się dziwna i zagmatwana, a pozornie piękna i pogodna mieścina okazuje się mieć brudne, gnijące wnętrze. By udowodnić swoją niewinność, Reacher musi polegać na swoich umiejętnościach oraz pomocy dwojga policjantów, zdeterminowanych, by wyjaśnić całą sytuację.

Debiutancka powieść Childa to kawał solidnego thrillera kryminalnego. Styl autora jest prosty i konkretny. Nie marnuje czasu na zbędne informacje czy nader poetyckie określenia. Dzięki temu powieść czyta się szybko i przyjemnie, mimo iż tekstu na każdej stronie jest niemało. Narracja pierwszoosobowa - choć porzucona w kolejnych tomach - pozwala się głęboko zanurzyć w psychikę Reachera i spojrzeć na świat jego oczami. Spojrzenie to jest dość intrygujące i nieraz potrafi on zaskoczyć swoimi przemyśleniami. Co najważniejsze, nie jest to bohater idealny. Nieraz popełnia błędy i kaja się za nie bez zawahania.

Największym problemem książki jest wątek romantyczny. Nie tyle fakt jego istnienia, co jego realizacja. Jak na mój gust postępuje o wiele za szybko i przez to brakuje mu wiarygodności. Ogólnie relacje między postaciami są tu trochę niedopracowane. Mam wrażenie, że pewni bohaterowie poboczni ufali Reacherowi odrobinę za łatwo. Mimo wszystko jest to groźny, obcy facet, o którym nie wiadomo prawie nic, a niektórzy zwierzają mu się z bardzo prywatnych spraw ledwie po kilku dniach znajomości.

Pora na gwóźdź programu, czyli jak oceniam książkę w porównaniu z serialem. Jak już sama ocena wskazuje, uważam, że serial był lepszy. Miał w sobie więcej treści, dialogi były o wiele lepiej napisane, a postaci miały więcej charakteru (choć tu dużą rolę mogli odegrać świetnie dobrani aktorzy). Jest w nim też zdecydowanie więcej akcji, która nie rozwadnia znaczenia i zagadkowości głównego wątku. Do tego wątek miłosny został o wiele lepiej poprowadzony, ma w sobie więcej subtelności i rozwija się stopniowo. Krótko mówiąc - jest o wiele bardziej ludzki.

Czy to znaczy, że książka jest zła? Nie, to po prostu produkt swoich czasów (pierwszy raz wydana w 1997 roku). Nieidealny debiut, który ma swoje lepsze i gorsze strony. Zdecydowanie polecam samemu sprawdzić i ocenić. To, co niezbyt trafiło do mnie, komuś innemu może się bardzo spodobać i odwrotnie. Lektura była na pewno bardzo przyjemna, w sam raz na odpoczynek od fantastyki, którą czytam zazwyczaj.

Do sięgnięcia po tą książkę zachęciła mnie serialowa adaptacja i pochlebne słowa czytelników kierowane w jej stronę. Muszę przyznać, że pomimo niemałych różnic w prowadzeniu wątków, bardzo dobrze oddano tą historię na ekranie. Sama w sobie książka jest zaś naprawdę dobrym kryminałem i świetnym wprowadzeniem postaci Jacka Reachera.

Reacher przybywa do niedużego miasteczka w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jednym z wyznaczników bardzo dobrych książek jest pamiętanie przynajmniej części fabuły oraz emocji odczuwanych w trakcie lektury na długo po jej ukończeniu. “Wojnę Makową” czytałem kilka lat temu, lecz wciąż pamiętam pewne wątki czy sceny, a już na pewno całą gamę emocji, jakie we mnie wzbudziła.

Debiutancka powieść Rebecci F. Kuang to historia złożona z bardzo różnych elementów. Pierwsza część to etap szkolny, który podobał mi się najmniej. Akcja pędzi tam na łeb, na szyję, a same wydarzenia chwilami były dość nudne i powtarzalne. Kiedy rozpoczyna się tytułowa wojna, na pierwszy plan wychodzą wątki militarne i polityczne, co już bardziej mi się spodobało i sprawiło, że całkowicie się tej historii oddałem. Pojawia się tu również mocno zaznaczony motyw wiary i bogów, mający duże znaczenie dla bohaterów oraz świata przedstawionego.

Autorka nie pieści się ani z bohaterami, ani z czytelnikiem. Świat przedstawiony jest brutalny i bezlitosny, naznaczony krwią od początku swojej historii. Decyzje bohaterów niosą za sobą znaczące konsekwencje, nieraz szkodliwe i bolesne. Nawet najdrobniejszy błąd może przyczynić się do wielkiej porażki, a nawet śmierci. Wszystko to sprawia, że napięcie rośnie z rozdziału na rozdział, a w pewnych chwilach czytelnik - wraz z bohaterami - zaczyna tęsknić za spokojniejszymi czasami.

Kreując świat przedstawiony, Kuang czerpie garściami z różnych okresów historii Chin - wojny opiumowe, wojny chińsko-japońskie, a nawet masakra nankińska. Nie ukrywam, potrafię znieść wiele brutalnych scen, jednakże niektóre opisy sprawiały, że musiałem robić przerwy na oddech. Nie spotkałem dotąd brutalniejszej książki fantasy i uznaję to za spore osiągnięcie i komplement w stronę autorki.

To, co spodobało mi się tu szczególnie mocno, to system magii oparty na szamanizmie i bogach. Dla jednych jest to mit. Dla innych relikt zamierzchłych czasów. Jedno jest pewne - to siła niszczycielska i trudna do opanowania. Szamani nie mogą sobie pozwolić na zbyt wiele, by nie stracić kontroli i nie oszaleć od obecności bóstwa, próbującego przedostać się do świata materialnego.

Największą “wadą” książki jest zdecydowanie kreacja głównej bohaterki. Rin za połową powieści staje się dla mnie coraz bardziej irytująca. Wydaje się być bardzo jednowymiarowa, strasznie uparta, a chwilami wręcz głupia. Słowo wada dałem w cudzysłów nie bez powodu, bo to wszystko jest jakoś uzasadnione. W takie, a nie inne zachowanie bohaterki da się uwierzyć na bazie jej doświadczeń, co nie znaczy jednak, że się jej kibicuje - a przynajmniej nie w każdym aspekcie i nie przy każdej decyzji.

Książce wiele by dało dołożenie perspektywy jeszcze jednej lub dwóch postaci pobocznych, by bardziej odświeżyć formułę i by czytelnik mógł poznać inną stronę wydarzeń. Postaci poboczne zaś są tu naprawdę dobrze napisane. Tworzą ciekawą mieszankę różnych charakterów, z czego nieraz wychodzą zabawne, niebezpieczne lub poruszające sytuacje.

Jednym z wyznaczników bardzo dobrych książek jest pamiętanie przynajmniej części fabuły oraz emocji odczuwanych w trakcie lektury na długo po jej ukończeniu. “Wojnę Makową” czytałem kilka lat temu, lecz wciąż pamiętam pewne wątki czy sceny, a już na pewno całą gamę emocji, jakie we mnie wzbudziła.

Debiutancka powieść Rebecci F. Kuang to historia złożona z bardzo różnych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Niektóre książki są jak obrazy. Z zewnątrz piękne, przyciągające wzrok. Misternie wykonane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy się jednak zastanowić nad ich znaczeniem, ciężko wysnuć jednoznaczne wnioski. “Lęk” to jedna z tych książek.

Przed sięgnięciem po nią trzeba się nastawić na mocny slow burn. Tempo przez pierwszą połowę powieści jest naprawdę powolne. Przez ten czas autor zarysowuje psychologię bohaterów i prezentuje świat przedstawiony. Świat zepsuty, zniszczony, martwy. Mamy tu do czynienia z rzeczywistością po apokalipsie. Śledzimy życie tych, którym udało się przeżyć i ukryć na odludziu.

I to by w zasadzie wystarczyło, żeby historia sama się obroniła. Koncept prosty, ale skuteczny. To jednak nie byłaby książka Tomasza Sablika, gdyby zabrakło w niej elementu grozy. Muszę jednak przyznać, że ten element zaciekawił mnie najmniej. Nie kupiła mnie ta paranormalność i metafizyka. Być może dlatego, że spodziewałem się kolejnego po “Windzie” zaskakującego i bawiącego się z umysłem czytelnika horroru psychologicznego. Poniekąd jest on psychologiczny, ale nie aż tak, jak bym tego chciał.

Czy to znaczy, że ta powieść jest zła? Nie. Po prostu jest inna niż się spodziewałem. Wymaga dużo skupienia i cierpliwości. Nie jest łatwa do zrozumienia, ja sam nie wszystko zrozumiałem. Wyłapałem co niektóre przekazy, ale osobiście uważam, że dałoby się je równie dobrze przedstawić bez wątku horrorowego. Ta książka mogłaby w moich oczach sporo zyskać, gdyby była po prostu postapokaliptycznym dramatem obyczajowo-psychologicznym. Takim “The Last of Us” w mikro skali, gdzie motyw drogi zastąpiono motywami izolacji, samotności i wiary, zarówno w Boga, jak i własne możliwości.

Nie powiem, że ta książka mi się nie podobała. Cieszę się, że ją przeczytałem. Żałuję tylko, że nie wszystko zrozumiałem, że nie trafiła ona do mnie w pełni. Może to wina oczekiwań, może braku wystarczającej wiedzy czy otwartości na niektóre tematy. Z pewnością nie wina autora. Autor zrobił, co mógł. Czytelnik też musi być w stanie dać coś od siebie. To po prostu nie była książka dla mnie.

Niektóre książki są jak obrazy. Z zewnątrz piękne, przyciągające wzrok. Misternie wykonane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy się jednak zastanowić nad ich znaczeniem, ciężko wysnuć jednoznaczne wnioski. “Lęk” to jedna z tych książek.

Przed sięgnięciem po nią trzeba się nastawić na mocny slow burn. Tempo przez pierwszą połowę powieści jest naprawdę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Pierwszy tom “Wieszczby Końca Czasów” mnie nie zachwycił. Nie był zły, ale czegoś w nim zabrakło. Byłem ciekaw, czy drugi tom wykorzysta drzemiący w tej historii potencjał. Z uśmiechem na twarzy przyznaję, że tego dokonał.

“Purpurowy Byk” jest dłuższy niż “Srebrny Kruk” i w pełni wykorzystuje swój metraż. Choć zdarzały się drobne dłużyzny, nie burzą one obrazu całości, która wypada naprawdę dobrze. Każde opowiadanie - bo po raz kolejny mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań - utrzymuje dobre tempo. Dodatkowo wszystkie są ze sobą mocniej powiązane niż ostatnim razem. Bardziej to przypomina kolejne etapy jednej, ciągłej historii (może poza paroma wyjątkami). W połączeniu z jej rozmachem i złożonością dobrze to wpływa na lepszą orientację w całej gromadzie postaci i ich wątków oraz istnym festiwalu kłamstw, półprawd i niedopowiedzeń.

Uniwersum “Oculum Mundi” odsłania kolejne elementy świata przedstawionego, tym razem skupiając się na regionach północnych. Zmniejszenie skali wypadło tu bardzo dobrze w myśl zasady “mniej znaczy więcej”. Kiedy w “Kruku” opowiadania miały miejsce w różnych regionach Cesarstwa Ingradyjskiego wzdłuż i wszerz, tak tutaj skompresowanie powierzchni miejsca akcji pozwoliło na głębsze poznanie różnych jego aspektów. Świat ten jest coraz bardziej namacalny i bogaty w różnorodną kulturę, historię, warunki pogodowe a nawet florę i faunę. Pojawia się również element fantastycznych istot innych niż klasyczne elfy i krasnoludy żyjące obok ludzi, co było bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Kolejnym świetnym aspektem tej książki jest stylizowany język, jakim posłużył się autor. Po raz kolejny wypada on świetnie, idealnie podkreślając klimat świata i historii. Odnoszę jednak wrażenie, że w porównaniu z poprzednim tomem tutaj jest on nieco prostszy i przystępniejszy, dzięki czemu próg wejścia jest niższy. To w moich oczach spory plus, bo ze stylizacją można nieraz przesadzić, ale w tym wypadku do tego nie doszło. Czapki z głów po raz drugi.

Na pochwałę zasługuje również prowadzenie postaci. Choć profesora Tasartira we własnej osobie jest tu mniej niż poprzednio, jego obecność jest ciągle odczuwalna, a cele jego działań powoli nabierają kształtu. Na pierwszy plan wysuwa się natomiast enigmatyczny Myrhaja. Uchylenie rąbka tajemnicy na temat jego pochodzenia było ryzykownym posunięciem, jednak uważam, że zakończyło się sukcesem. Bohater dostał więcej głębi i jestem niezmiernie ciekaw, jak potoczą się jego losy w kolejnych tomach.

Jeśli miałbym się czegoś na siłę uczepić to, po raz kolejny, interpunkcji. Spodziewałem się tego, więc w trakcie czytania przymknąłem na to oko, by w pełni skupić się na warstwie fabularnej i światotwórczej. Choć myślę, że i tak było tych błędów mniej niż ostatnio, lecz ten temat już wystarczająco wyczerpałem w recenzji pierwszego tomu.

O czym w niej nie wspomniałem, a powinienem, to o ilustracjach autorstwa Karoliny Łyżwy i Grzegorza Kiszyckiego. Dzięki metrażowi książki jest ich więcej niż w “Srebrnym Kruku”, a każda jest piękna, klimatyczna i zapadająca w pamięć, w tym również sama okładka. Warto wyróżnić ilustratorów za kawał dobrej roboty.

Pierwszy tom “Wieszczby Końca Czasów” mnie nie zachwycił. Nie był zły, ale czegoś w nim zabrakło. Byłem ciekaw, czy drugi tom wykorzysta drzemiący w tej historii potencjał. Z uśmiechem na twarzy przyznaję, że tego dokonał.

“Purpurowy Byk” jest dłuższy niż “Srebrny Kruk” i w pełni wykorzystuje swój metraż. Choć zdarzały się drobne dłużyzny, nie burzą one obrazu całości,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

To była moja pierwsza styczność z książką o zombie. Nie jest to mój ulubiony motyw w popkulturze ale zainteresował mnie sam opis książki i byłem ciekaw, czy może w żywe trupy w wersji papierowej zainteresują mnie bardziej niż na ekranie. Cóż, nie zainteresowały, a książka nie zachwyciła, ale nie była też zła.

Zdecydowanie najciekawszym elementem “Pacjenta Zero” jest jego wewnętrzny podział. Książka nie jest długa, a jednak składa się z aż 125 rozdziałów (plus epilog)! Mało tego, długość rozdziałów waha się od jednej do kilkudziesięciu stron. Pierwszy rozdział, o ile można go tak nazwać, zawiera zawrotne cztery linijki tekstu, tworzące dwa akapity. Przez swoją budowę książka ta bardziej przypomina coś pomiędzy powieścią, a bardzo opisowym scenariuszem. W połączeniu z formatem i wielkością liter ma to swoją zaletę - bardzo szybko się ją czyta!

Jeśli chodzi o warstwę fabularną to nie jest to nic odkrywczego. Historia jest prosta, pełna widowiskowej akcji, z odpowiednio dawkowanym napięciem i kilkoma zwrotami akcji. Fabuła jest bardzo filmowa, obrazowa i dynamiczna. Czułem się tak, jakbym oglądał całkiem niezłe kino akcji klasy B przełożone na język literacki. Język w żadnym wypadku wybitny, ale spełniający swoją rolę i nie pozwalający się nudzić.

To, co może niektórych odrzucić, to typowy dla amerykańskich filmów akcji patos. I to w dużych ilościach. Mnie samego chwilami łapały skręty żenady na widok przesadnie wyniosłych i patriotycznych tekstów padające z ust bohaterów. Ci zaś byli nieco stereotypowi, nieraz ocierający się o karykaturę - w szczególności antagoniści - ale przez to łatwi do rozróżnienia, zrozumienia i zapamiętania.

Plus na pewno należy się również za pomysł. Połączenie wojny z terroryzmem i zagrożenia apokalipsą zombie brzmi dziwnie, ale wyszło naprawdę ciekawie. Choć samo zakończenie było w moich oczach odrobinę pośpieszne i przewidywalne. Zabrakło tego finalnego efektu wow.

Jest to porządnie zrobiony średniak, lekkie czytadło w sam raz na odmóżdżenie po ciężkim dniu. Trzeba po prostu mieć tego świadomość, nie oczekiwać zbyt wiele i lubić takie rzeczy.

To była moja pierwsza styczność z książką o zombie. Nie jest to mój ulubiony motyw w popkulturze ale zainteresował mnie sam opis książki i byłem ciekaw, czy może w żywe trupy w wersji papierowej zainteresują mnie bardziej niż na ekranie. Cóż, nie zainteresowały, a książka nie zachwyciła, ale nie była też zła.

Zdecydowanie najciekawszym elementem “Pacjenta Zero” jest jego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jestem naprawdę zawiedziony lekturą tej książki. Pierwszy tom zachwycił mnie ciekawym settingiem, dynamiczną akcją, charakternymi postaciami i intrygującą fabułą. Z tomu na tom było jednak coraz słabiej, a im więcej czasu mija, tym gorzej wspominam trzeci tom “Tajnych Akt Vespera”.

Choć jest to najkrótsza książka w cyklu, jej lektura najbardziej mi się dłużyła. Dynamika została totalnie położona. Liczyłem na widowisko porównywalne z “Nocarzem”, może nawet większe. Zamiast tego dostałem przegadany finał, który równie dobrze mógłby być dodatkową setką stron dopisaną do 2 tomu. Być może wtedy wypadłby ciekawiej i dynamiczniej.

Sam Vesper z tomu na tom jakoś tracił w moich oczach. Zrobiła się z niego trochę miękka klucha, która spina dupę dopiero, kiedy ktoś próbuje zabić jego lub jego towarzyszy. Istota totalnie niestworzona do wydawania rozkazów czy przewodzenia, choć w 2 tomie wydawałoby się, że jednak mogło być inaczej. I sam wątek “niewłaściwej osoby na niewłaściwym miejscu” na papierze brzmi ciekawie, ale tutaj się to spisało dosyć średnio.

Fabuła z czasem zrobiła się zbyt zagmatwana. Duża część winy za to przypada w moich oczach postaciom pobocznym. Podwójne dna są ciekawe, dopóki nie używa się ich za często i dopóki są podwójne, a nie potrójne czy poczwórne. Wielokrotna warstwa kłamstw i mglistych relacji totalnie zaburzyła mi obraz historii, co też dobiło jakąkolwiek stawkę, bo zwyczajnie przestało mnie obchodzić, co się z tymi postaciami stanie. Nie jest to efekt pożądany w żadnej książce, a zwłaszcza w finale serii (tak, wiem, że jest jeszcze 4 tom, ale dopisany po latach i opowiada historię innej postaci, choć istotnie jego akcja toczy się po wydarzeniach z “Nikogo”).

Jedyna rzecz, która jakkolwiek się broni, to sceny akcji. Nie było ich dużo - w sumie to chyba najmniej ze wszystkich trzech tomów - ale były, jak zwykle, bardzo dobre. Jest to zdecydowanie najmocniejsza strona pióra autorki. Czuć, że zna się na rzeczy i potrafi opisywać strzelaniny w taki sposób, by zrozumiał je ktoś z choćby minimalną wiedzą na temat broni palnej czy taktyki. Szkoda, że nie było tego więcej.

Kiedyś z pewnością sięgnę po "Młodego", czyli wspomniany wcześniej tom 4. Nie nastąpi to prędko, bo zwyczajnie nie ciągnie mnie do tej książki po zawodzie jaki mnie spotkał przy głównej serii. Niemniej, nie można wykluczyć, że "Młody" będzie o wiele lepszy.

Jestem naprawdę zawiedziony lekturą tej książki. Pierwszy tom zachwycił mnie ciekawym settingiem, dynamiczną akcją, charakternymi postaciami i intrygującą fabułą. Z tomu na tom było jednak coraz słabiej, a im więcej czasu mija, tym gorzej wspominam trzeci tom “Tajnych Akt Vespera”.

Choć jest to najkrótsza książka w cyklu, jej lektura najbardziej mi się dłużyła. Dynamika...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Na tę książkę miałem chrapkę, od kiedy tylko o niej usłyszałem. Bardzo byłem ciekaw, czymże jest to “cozy fantasy”, jak to wiele osób nazywa. I muszę przyznać, że był to naprawdę ciekawy eksperyment. Czy udany? No nie do końca.

Zacznijmy może od tego, że jest to jedna z najlżejszych książek fantasy jakie czytałem. Napięcia za wiele tu nie ma, stawka jest niezwykle niska. Nie ma tu krwi, flaków, bólu, łez czy złamanych serc. Mamy za to pocieszną protagonistkę z rodzaju “nie oceniaj książki po okładce”, przełamującą schematy historię o emeryturze po latach tułaczki i przygód, całą grupę wyrazistych i mniej lub bardziej sympatycznych postaci pobocznych oraz klimat będący połączeniem D&D i starych bajek Disneya. No i kawa. Dużo kawy.

Na pewno jest to książka, która swoją formułą mocno się wyróżnia. Jest właśnie jak to tytułowe latte - nie przekonasz się, czy jest dla ciebie, póki nie spróbujesz. Jednym da ono uczucie błogości i spokoju, a innych odrzuci swoim smakiem. Ja spróbowałem i muszę przyznać, że początkowo bardzo mi to smakowało. Jednak im dłużej piłem, tym bardziej czułem takie zamulenie, zabrakło wyrazistości. Za mało kawy, za dużo mleka.

W moich oczach jest to nieźle skrojony średniak, dobry na przerwę od bardziej “typowych” książek fantasy. Robi bardzo dobre pierwsze wrażenie, ale - choć jest to dość krótka książka - za połową zaczyna się dłużyć. Czułem, że mi się ona ciągnie i jakoś nie bardzo chciało mi się do niej wracać. I tak jak z kawą - nie jest to coś, co chciałbym czytać codziennie. Prędzej raz na jakiś czas, dla odmiany. Tylko może jakby miało to więcej pazura i dynamiki, by utrzymać uwagę czytelnika od początku do końca. Bo sam klimat to trochę za mało, przynajmniej dla mnie.

W opisie książki nie ma o tym ani słowa, ale warto dodać, że na końcu książki zawarte jest również opowiadanie “Szpila”, będące poniekąd prequelem samej powieści. Jeśli mam być szczery - jest odrobinę ciekawsze od “dania głównego” i dałbym ją raczej na samym początku. Jest dobrym uzupełnieniem, ale byłoby jeszcze lepszym wprowadzeniem.

A, no i muszę przyznać jeden wyjątkowy plusik - w książce naprawdę zgrabnie i subtelnie poprowadzono wątek LGBT. Tak delikatny, że przeszkadzać powinien tylko zatwardziałym homofobom. Książka nie jest woke, a sam ten wątek jest tak poboczny jak tylko się da. Wypada bardzo naturalnie, nie przyćmiewa całej reszty historii tylko wzbogaca relację między konkretnymi postaciami. I taką reprezentację to ja szanuję! Ucz się, Disney.

Ta książka jest trochę jak misja poboczna w kampanii D&D, tyle że zbędnie przedłużany i zbyt wolno prowadzony. Widziałbym to bardziej w formie filmu animowanego niż książki. Myślę, że gdyby przenieść tę historię kropka w kropkę na ekran, dołożyć dynamiczną animację, wyrazistych aktorów i zapadającą w pamięć muzykę, to naprawdę wiele by zyskała. Jeśli kiedykolwiek ktoś wpadnie na taki pomysł - trzymam kciuki!

Na tę książkę miałem chrapkę, od kiedy tylko o niej usłyszałem. Bardzo byłem ciekaw, czymże jest to “cozy fantasy”, jak to wiele osób nazywa. I muszę przyznać, że był to naprawdę ciekawy eksperyment. Czy udany? No nie do końca.

Zacznijmy może od tego, że jest to jedna z najlżejszych książek fantasy jakie czytałem. Napięcia za wiele tu nie ma, stawka jest niezwykle niska....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to