Pierwszym, co rzuca się w oczy w tej odsłonie naszego ukochanego konserwatywnego moralisty Fiodora Dostojewskiego jest chaotyczna, szalona formuła. ,,Idiota’’ idealnie pasuje do współczesnych czasów krótkiej koncentracji, bo rzuca kolejnymi, i to całkiem spektakularnymi, scenkami chwila po chwili. Bam, główny bohater przyjeżdża do miasta, bam, poznaje dziesiątkę bohaterów, bam, wikła się w aferę i musi opuścić miasto, bam, mija kilka miesięcy… Narracja przypomina skrótowo opisane przeskoki z jednej burzliwej dyskusji do drugiej. W każdej w nich mamy do czynienia z emocjonującym dialogiem mnogich, różnorodnych postaci – czasem wręcz trudno się połapać, co się dzieje. Niektórzy uważają tą dynamiczną formę za zarzut, bo faktycznie autor mocno eksperymentował, pisząc podobno powieść spontanicznie, bez u progu przemyślanej puenty. Ale dziś nie sposób odmówić jej nowoczesności i młodzieńczego wigoru, którego wcale nie spodziewałem się po książce z połowy XIX wieku.
Nasz naiwny protagonista co rusz wzbudza jednocześnie sympatię, fascynację i odrazę środowiska dookoła, więc nie powinno dziwić, jak wiele zadziwiających, głośnych i absurdalnych sytuacji generuje. Ten charakterystyczny dla Dostojewskiego model wyidealizowanego chrześcijanina, odznaczający się wzorowym wręcz rosyjskim patriotyzmem, stanowi bardzo ciekawy obiekt badawczy. Od pierwszej chwili odczuwamy oczywiście sympatię do jego naiwnej empatii i bezpośredniości. W pełni potrafimy zrozumieć, że ktoś taki na dłuższą metę w społeczeństwie funkcjonować nie może. Prędzej czy później zostanie zmanipulowany lub poniżony i wyciągnie wnioski, przemieniając się w człowieka normalnego – a więc bardziej zamkniętego, odgrywającego wykreowaną rolę, wpisującego się w społeczne oczekiwania, pozbawionego skrupułów. Ten tutaj jednak podobnej przemiany nie przeżywa i rodzi to wśród jego ,,przyjaciół’’ ogromne nakłady konsternacji.
“Więc po co się pan upokarza i stawia siebie niżej od wszystkich? Dlaczego pan wszystko w sobie wykoślawił, dlaczego w panu nie ma dumy?”
Jak go odbierać dzisiaj? Czy ta personifikacja dostojewskich cnót stanowi wzór do naśladowania? Pomijając jego nieco irytujące wtręty nacjonalistyczno-duchowe, wskazujące jako źródło całego społecznego zła zachód oraz katolicyzm, przyznaję, że książe Myszkin to wciąż oddziałujący symbol pogoni za utraconą prostotą, szczerością i empatią, a więc po prostu podstawową moralnością. Także i dziś zwraca naszą uwagę na problemy nowoczesnego społeczeństwa, które wówczas dopiero kiełkowały, a dziś przybrały już wymiar całkiem realny. Czyż podobne wywody nie brzmią przerażająco znajomo?
„Życie ludzkie staje się zanadto hałaśliwe i przemysłowe, za mało w nim spokoju dla ducha - skarży się pewien samotny myśliciel. „Niech tam, ale turkot wozów wiozących zboże dla głodnej ludzkości jest może lepszy od spokoju ducha" - triumfująco odpowiada tamtemu inny, wszędobylski myśliciel i odchodzi od niego pełen dumy. Nie wierzę ja, nikczemny Lebiediew, w te wozy, które wiozą zboże dla ludzkości! Ponieważ wozy, które wiozą zboże dla całej ludzkości, bez moralnej podstawy takiego działania mogą z najzimniejszą krwią odsunąć znaczną część ludzkości od napawania się ich ładunkiem, co już się zdarzało… [..] Pokażcie mi myśl, która by spajała współczesną ludzkość i która miałaby chociaż połowę tej siły, co w owych wiekach. I ośmielacie się na koniec powiedzieć, że nie osłabły, nie zmąciły się źródła życia pod tą „gwiazdą", pod tą siecią, która oplatała ludzi. Nie straszcie mnie waszym dobrobytem, waszymi bogactwami, rzadkością głodu i szybkością komunikacji! Bogactwa więcej, ale siły mniej; zabrakło myśli, która by spajała; wszystko rozmiękło, wszystko zgniło i wszyscy zgnili! Wszyscy, wszyscy, wszyscyśmy zgnili!... Ale dość o tym, nie o to teraz chodzi, tylko o to, czy nie należałoby zarządzić, wielce szanowny książę, aby nam podano zakąseczki przygotowane dla gości?’’
Całkiem zresztą zabawne, że często najbardziej trafne podsumowania tkwiących w książce myśli wyraża nie sam chrystusowy moralista Myszkin, a jego cyniczni i zepsuci znajomi. Oni przecież księcia rozumieją, wcale go nie nienawidzą (co czasami wprost przyznają). Po prostu chcą być tacy jak on. Wiedzą jednak, że jest to niemożliwe; chyba tylko, gdyby każdy od razu stałby się jemu podobny. Wszyscy przytoczeni przez Dostojewskiego nicponie (oraz niecne kobiety!) to ludzie, w których tkwi dobro, którzy w pewnym momencie historii wykazują potencjał bycia przez księcia uratowanymi. Bohaterów jest co prawda ostatecznie zbyt wielu, lecz nie sposób odmówić autorowi konsekwencji – zaprezentowane portrety są przekonujące i absorbujące, potrafimy znaleźć ich odbicia pośród nas. Do mnie na pewno przemówił filozofujący i ironizujący Lebiediew; inteligentny, acz niegodnie walczący ze śmiercią młody Hipolit (być może trochę się z nim utożsamiłem…) oraz, tu zaskoczenie, Lizawieta Prokofiewna, która mogłaby stać się przecież stereotypową wielką panią, a tymczasem swoją ,,dziecinną’’ emocjonalnością okazuje się stanowić jedyny katalizator szczerej miłości w swej ,,pańskiej’’ rodzinie.
Cóż jednak z tego, że nasi bohaterowie wewnętrznie walczą, kiedy ostatecznie muszą polec na okrutnym polu społecznej walki o wpływy. Oczywiście w tamtych czasach areną ostatecznej moralno-emocjonalnej pożogi musi być spór o rękę kobiety. Chyba jestem jeszcze za młody, aby ocenić, czy centralna femme fatale, Nastazja Filipowna, to postać przekonująco czarująca. Natomiast na pewno dociera do mnie całkiem uniwersalna miłosna dychotomia pomiędzy ,,upadłą’’ Nastazją a młodą, niewinną Agłają. A także zestawienie księcia, Rogożyna oraz Gani, bowiem każdy z adoratorów jasno reprezentuje inny rodzaj miłosnego bodźca: współczucie, namiętność oraz pycha. Czy i tutaj możemy dostrzec podobieństwa ze współczesnością? Cóż, okrucieństwo kobiet jest oczywiście zjawiskiem naturalnym, natomiast (być może!) i panowie mają coś za uszami. Dziś te wszystkie zauroczenia, ciągoty, zawahania, animozje czy irytacje nie przyjmują form równie dramatycznych, lecz są obecne i pozostaną już zawsze.
Czegóż więc nauczył nas książe Myszkin? Że jesteśmy skazani na moralny upadek, że nie ma nadziei dla tego świata dewaluacji i wewnętrznych rozproszeń? A może zachęcił nas do ucieczki w szwajcarskie bieszczady, gdzie otępiały książe i lebiedowna córa (aka Sonia ze ,,Zbrodni i kary’’) powinni założyć idealną cnotliwą rodzinę? Cóż, sztuka rządzi się własnymi prawami, i tak jak nie uważam Rosji za jedyny kraj, który naszą cywilizację może uratować; tak jak w mit szlachetnego dzikusa nie do końca jestem w stanie uwierzyć; o ile prawosławie nie wydaje mi się remedium na duchowe zatracenie kleru oraz nie sądze, aby socjalizm i nihilizm wskazywały na upadek bazy człowieczeństwa, tak zwyczajnie postaram się teraz pomyśleć, szczególnie w niejednoznacznych sytuacjach życiowych, co na moim miejscu zrobiłby książe Myszkin i postąpię według jego wskazania. Choć nie zbawi to świata, to przynajmniej, jak to ujął biedny Hipolit: ,,Rzucając swoje ziarno, rzucając swoją „jałmużnę", swój dobry uczynek w jakiejkolwiek formie człowiek daje z siebie cząstkę swojej osobowości i wchłania w siebie cząstkę innej; i obie jak gdyby się łączą.’’.
Pierwszym, co rzuca się w oczy w tej odsłonie naszego ukochanego konserwatywnego moralisty Fiodora Dostojewskiego jest chaotyczna, szalona formuła. ,,Idiota’’ idealnie pasuje do współczesnych czasów krótkiej koncentracji, bo rzuca kolejnymi, i to całkiem spektakularnymi, scenkami chwila po...
Rozwiń
Zwiń