

Mdłości

- Kategoria:
- klasyka
- Format:
- papier
- Seria:
- Arcydzieła Literatury Światowej [Zielona Sowa]
- Tytuł oryginału:
- La Nausée
- Data wydania:
- 2005-01-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 1974-09-01
- Data 1. wydania:
- 1991-04-29
- Liczba stron:
- 222
- Czas czytania
- 3 godz. 42 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 8373898964
- Tłumacz:
- Jacek Trznadel
Kup Mdłości w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Polecane przez redakcję
Opinia społeczności i
Mdłości
" (...) był kiedyś biedak, który pomylił światy". Twórczości Sartre'a nie znam; jeszcze. "Mdłości" to jakby nasz debiut; jego literacki, mój jako jego odbiorcy. Wariacje na temat sensu istnienia, niepozbawione patosu, dziełko w formie dziennika. " Wtorek. Nic. Istniałem". "Piszę wszystko, co mi przychodzi do głowy". Kto pyta, nie błądzi. Sartre nie pyta; stawia tezę - miażdży ideę istnienia. Wciąga w meandry rozważań o przypadkowości i zbyteczności istnienia, nicości bytu, samotności. Absolut lub absurd. "Więc to są Mdłości: ta oślepiająca oczywistość?". Moja przygoda z Sartre'em. " Jak będziesz za długo patrzył w lustro, zobaczysz małpę".
Oceny książki Mdłości
Poznaj innych czytelników
4525 użytkowników ma tytuł Mdłości na półkach głównych- Chcę przeczytać 2 899
- Przeczytane 1 563
- Teraz czytam 63
- Posiadam 166
- Ulubione 95
- Chcę w prezencie 41
- Filozofia 30
- Literatura francuska 28
- Do kupienia 11
- Literatura francuska 11
Tagi i tematy do książki Mdłości
Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również
Inne materiały dotyczące książki Mdłości


Ile ze „100 książek, które trzeba przeczytać” już znasz?
Cytaty z książki Mdłości
Myślałem o samobójstwie. Powstrzymywało mnie tylko to, że nikt, absolutnie nikt nie wzruszy się moją śmiercią, że w śmierci będę jeszcze bardziej samotny niż w życiu.
Myślałem o samobójstwie. Powstrzymywało mnie tylko to, że nikt, absolutnie nikt nie wzruszy się moją śmiercią, że w śmierci będę jeszcze bar...
Rozwiń ZwińAle dla mnie nie ma ani poniedziałku, ani niedzieli: są tylko dni popychające się w bezładzie.
Ale dla mnie nie ma ani poniedziałku, ani niedzieli: są tylko dni popychające się w bezładzie.
Nie myśleć... Nie chcę myśleć... Myślę, że nie chcę myśleć. Nie powinienem myśleć, że nie chcę myśleć. Bo to także jest myślą." Czy nigdy nie będzie temu końca? Moja myśl to ja: oto dlaczego nie mogę się zatrzymać. Istnieję, ponieważ myślę... i nie mogę powstrzymać się od myślenia. W tej samej chwili - to obrzydliwe - jeśli istnieję, to tylko dlatego że brzydzę się istnieniem. To ja, to ja sam wyciągam się z nicości, do której pragnę podążyć: nienawiść, niesmak istnienia, to są także sposoby, abym istniał, abym zagłębił się w istnieniu.
Nie myśleć... Nie chcę myśleć... Myślę, że nie chcę myśleć. Nie powinienem myśleć, że nie chcę myśleć. Bo to także jest myślą." Czy nigdy ni...
Rozwiń Zwiń



















































OPINIE i DYSKUSJE o książce Mdłości
Książka jest mi bliska że względu na opis mdłości. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych opisów "kryzysu egzystencjalnego" jaki znalazłem w literaturze. Aczkolwiek doceniam go poprzez porównanie z moim własnym doświadczeniem.
Opis życia, który prowadzi do mdłości jest ok ale mnie znudził. Konsekwencje mdłości moim zdaniem nie wynikają z samego doświadczenia (oczywiście zakładając, że doświadczenie jest czymś z czego cokolwiek może wynikać).
W związku z tym bliżej mi do Camusa ale Mdłości to książka, która zawiera fragmentów do których często wracam i dlatego wystawiam najwyższą ocenę.
Książka jest mi bliska że względu na opis mdłości. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych opisów "kryzysu egzystencjalnego" jaki znalazłem w literaturze. Aczkolwiek doceniam go poprzez porównanie z moim własnym doświadczeniem.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOpis życia, który prowadzi do mdłości jest ok ale mnie znudził. Konsekwencje mdłości moim zdaniem nie wynikają z samego doświadczenia (oczywiście...
Na początku jest dużo przemyśleń - w moim odczuciu - totalnie o niczym. Rozumiem, że mają to być głębokie rozmyślania egzystencjalne, ale to czy podnieść z ziemii papierek do nich nie należy, choćby nie wiem jaką historię do tego dopisać. W 1/4 w książce dalej nic się nie dzieje - narrator chodzi po ulicach, pracuje w bibliotece i śpi w mieszkaniu. Mam wrażenie, że historia opowiedziana z perspektywy Samouka byłaby ciekawsza.
"Będę czytał Eugenię Grandet. Nie dlatego, żeby mi to sprawiało wielką przyjemność, trzeba jednak coś robić". - To, zdaje się motyw przewodni narratora, a to sprawia, że ja mam podobne odczucia do "Mdłości".
Bohater jest bardzo spostrzegawczy, dostrzega mnóstwo szczegółów, niewidocznych dla zwykłych śmiertelników, choć mam wrażenie, że na dłuższą metę nic z tych obserwacji nie wynika. Pojawiają się historie relacji z kobietami, ale tak samo nijakie jak wszystko inne. Jest nieco przerażony swoją wolną wolą, nie ma pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, choć jak zauważa, jest jeszcze młody i może zacząć od nowa.
Na ostatnich 20 stronach w końcu się coś dzieje, a narrator zyskuje mój szacunek. Ostatnia strona daje jednak nadzieję - "można więc uzasadnić swoje istnienie?" - pyta autor. Myślę, że tak.
To nie tak, że nie doceniam tych głębokich przemyśleń na temat bezsensu istnienia, czy tym bardziej - ich nie rozumiem. Rozumiem i doceniam. Tylko wydaje mi się, że - zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy mamy epidemię depresji - do niczego konkretnego to nie prowadzi, a wręcz mogą być szkodliwe.
Na początku jest dużo przemyśleń - w moim odczuciu - totalnie o niczym. Rozumiem, że mają to być głębokie rozmyślania egzystencjalne, ale to czy podnieść z ziemii papierek do nich nie należy, choćby nie wiem jaką historię do tego dopisać. W 1/4 w książce dalej nic się nie dzieje - narrator chodzi po ulicach, pracuje w bibliotece i śpi w mieszkaniu. Mam wrażenie, że historia...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPonadczasowa! Mimo upływu lat tematyka pozostaje aktualna. To fundament klasyki, który każdy miłośnik literatury powinien znać .Sięgając po książkę miałam pewne obawy, że sposób pisania może być zbyt wymagający, ale na szczęście nie. To literacka perełka, która udowadnia, że prawdziwa klasyka nie starzeje się nigdy. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników klasyki, ale dla każdego, kto szuka w książce czegoś więcej niż tylko rozrywki. To książka, która uczy, porusza i inspiruje. Czas spędzony w towarzystwie dobrej literatury jest cenny.
Ponadczasowa! Mimo upływu lat tematyka pozostaje aktualna. To fundament klasyki, który każdy miłośnik literatury powinien znać .Sięgając po książkę miałam pewne obawy, że sposób pisania może być zbyt wymagający, ale na szczęście nie. To literacka perełka, która udowadnia, że prawdziwa klasyka nie starzeje się nigdy. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników klasyki, ale...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKawiarniany egzystencjalizm Sartre’a, wydanie wczesne niedopracowane. Sartre za pośrednictwem języka fikcji pozycjonuje siebie jako męczennika, który porzuca historię dla metafizyki, przy okazji robiąc przytyki w stronę dręczących go wstrętnych kobiet i jeszcze gorszych gejów (zobaczcie, jak prezentuje się postać Samouka…). Czytałem na studiach, więcej nawet kijem nie tknąłem, dużo bardziej wchodziły mi powieści Camusa.
Kawiarniany egzystencjalizm Sartre’a, wydanie wczesne niedopracowane. Sartre za pośrednictwem języka fikcji pozycjonuje siebie jako męczennika, który porzuca historię dla metafizyki, przy okazji robiąc przytyki w stronę dręczących go wstrętnych kobiet i jeszcze gorszych gejów (zobaczcie, jak prezentuje się postać Samouka…). Czytałem na studiach, więcej nawet kijem nie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNazwisko Sartre'a kojarzy się z pewną modną odmianą kawiarnianej filozofii dla opalonych kosmopolitów popijających banalne drinki trzymane w banalnie upierścienionych dłoniach. „Mdłości” to kolejna powieść opatrzona fatalnymi usterkami, zbędnymi datami i modnymi, fałszywie głębokimi bzdetami, która ma być dziennikiem zaledwie ociosanego antropoida Darwina — powodowany temperamentem solisty, grawitował ku solipsyzmowi, kojarząc go z solą ziemi i z łacińskim określeniem słońca (choć zdanie to jest zbyt proste i fałszuje pojęcie całej męki). Na dodatek powieściową gęganinę (coś w stylu: Siedzielimy i pili; albo: To wariat. Wszyscy chyba jesteśmy wariaci. Bóg to też chyba wariat. Itd.) przeżera nieznośna i nadęta próżność, która podyktowała autorowi tę powieść bez żadnej innej racji prócz świadomej chęci popisu wątpliwą erudycją, banalnością i zgodnością z duchem stada (które przyznało mu literacką nagrodę bubla).
Nazwisko Sartre'a kojarzy się z pewną modną odmianą kawiarnianej filozofii dla opalonych kosmopolitów popijających banalne drinki trzymane w banalnie upierścienionych dłoniach. „Mdłości” to kolejna powieść opatrzona fatalnymi usterkami, zbędnymi datami i modnymi, fałszywie głębokimi bzdetami, która ma być dziennikiem zaledwie ociosanego antropoida Darwina — powodowany...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie lubię egzystencjalizmu, ale ile ciekawych rzeczy można zauważyć! I jak świetnie jest dostrzegać co ciekawego zaczerpnęły z tego późniejsze pokolenia (Beatnicy, choć dojrzalsi!). Nie jest piękna, ale z pewnością warta przeczytania.
Nie lubię egzystencjalizmu, ale ile ciekawych rzeczy można zauważyć! I jak świetnie jest dostrzegać co ciekawego zaczerpnęły z tego późniejsze pokolenia (Beatnicy, choć dojrzalsi!). Nie jest piękna, ale z pewnością warta przeczytania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toprzeintelektualizowane
albo ja jestem niedointelektualizowany
w każdym razie nie dla mnie
przeintelektualizowane
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toalbo ja jestem niedointelektualizowany
w każdym razie nie dla mnie
Dziwna książka. Piękny język. Chociaż autor nie był etykiem, raczej artystą.
Dziwna książka. Piękny język. Chociaż autor nie był etykiem, raczej artystą.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZacznę tak, jak mi w gardle pasuje: kiedy wchodzę w Sartre’a, czuję tamten znajomy skurcz, jakby ktoś wlał w przełyk chłodną, niedoprawioną zupę i kazał udawać, że to rosół; a co gorsza (czyli lepsza),mam wrażenie, że to nie ja czytam książkę, tylko przedmioty odwracają głowy i patrzą — bezczelnie, bez pytania, jak kelner, który już wie, że napiwku nie będzie, ale i tak się uśmiecha; wtedy łapię swojego „ja” — nadętą narrację samowystarczalności — na gorącym uczynku: to nie żaden tron, a rozchwiany fotel z giełdy staroci, niby można usiąść i wyglądać na kogoś z planem, ale sprężyny zaraz przypomną, gdzie masz skórę. Z takiego ukłucia, z bezwstydnej sceny przy korzeniu (mój nie był kasztanowcem; to była wilgotna krawędź fundamentu, którą kiedyś dotknąłem w przejściu między podwórkami — i nagle zobaczyłem, że beton żyje swoim ciężarem),biorą się „Mdłości”. One udają dziennik, a tak naprawdę są lustrami ustawionymi w korytarzu, w którym każde „po co?” wraca do mnie jako gładkie, brutalne „bo jest”.
Bouville to dla mnie prowizoryczna scenografia prowincji, zrobiona tak dobrze, że zapominam, iż to tektura; im dłużej patrzę, tym bardziej przypomina mi moje ulice: witryny, które gadają głośniej niż właściciele, szyldy, które znaczą więcej niż rozmowy pod nimi, kawiarnie świecące na pół gwizdka — jakby rachunek za elektryczność obowiązywał też sens. Siadam i robię swoją dziwną rzecz: liczę lampki, bo kiedy sens gaśnie, lubię policzyć światło (zwyczajny rachunek energii na ciężkie dni). Patrzę na kelnera: on wie, co ma z rękami, ruch jest jego definicją, nie musi go wymyślać co rano; i wtedy zanosi mnie w ten rodzaj racji, który mają lustra — nic nie dodają, odbijają. A ja ze swoim ołówkiem i marginesem, jakbym naklejał plaster na skórę świata, która nawet nie pękła; zapis staje się kosmetyką, świat nie prosi o makijaż.
Rollebon to mój ulubiony trup. Nie z powodu nekrofilskiej sympatii, tylko przez jego praktyczność. To jest trup usługowy. Elegancka proteza sensu, którą zakłada bohater, a my razem z nim, żeby przejść dzień bez rozdzierania koszulek. Kiedy pierwszy raz to czytałem, odetchnąłem. Jest „projekt”, jest papierologia, są archiwa, jest łaskawy pretekst, by nie patrzeć prosto w rzeczy. I zobaczyłem siebie: foldery „do zrobienia”, pliki „draft_FINAL_2_poprawka”, listy zadań, które robią ze mnie człowieka „prowadzącego sprawę”. Ale to wszystko, w powieści i we mnie, zaczyna z czasem pachnieć piwnicą, grzybem, rzygowiną: fakty rozklejają się jak źle dobrany klej, deski trzeszczą, a markiz, zamiast być kotwicą, okazuje się dmuchaną boją — przyciśniesz, ucieka spod dłoni. Kiedy Roquentin odpuszcza biografię, czuję we własnych łopatkach tę samą mieszaninę ulgi i paniki co wtedy, gdy w końcu kasowałem plik, który miał mnie uratować: zostaje tylko to, że jest — bez alibi, bez mydła słów, które miało wymyć tłuszcz rzeczy.
I jest jeszcze Café Mably — trzy minuty teleologii w płynie, gładź dźwięku, która mówi: „spokojnie, da się złożyć świat w melodię, nie będzie bolało”. Zawsze biorę się na to samo kłamstewko: że estetyka to środek przeciwbólowy; podkręcam głośność, przycisk play, i przez moment daję się prowadzić jak dziecko przez pasy. Mam swoje prywatne utwory ratunkowe, ja też! Ale kiedy ostatnia nuta opada, wraca pytanie, od którego nie ma odpoczynku: „no i co z tego?”. Stół znów staje się stołem, blat nie chce grać metafory, kubek nie prosi o interpretację, a oddech — ten najbardziej mój — przypomina, że nie potrzebuje przypisu. Sartre śmieje się wtedy gdzieś w kącie: żaden korektor nie zamieni lepkości w sens.
Żeby było uczciwie, powiem o mojej zdradzie. Ja też chodzę z Camusem na słońce. „Obcy” to chodnik z równych płyt: można nim iść bez potknięć, zdania mają krawędzie, woda spływa tam, gdzie ma spływać. Mersault mówi, bo nie ma czasu na nie-mówienie; i bywa, że zazdroszczę mu tej oszczędności, tego „tak/nie” bez piany. Ale kiedy wracam i zasuwam rolety, biorę Sartre’a. On zrywa tapetę do muru i zostawia mnie z tym, co nie-projektowe. Powiem to tak: Camus to moja przerwa na kawę w południe, Sartre — noc, w której nie można przygasić lampki. Obaj są niezbędni jak dwie dawki tej samej substancji o odwrotnych skutkach ubocznych.
A przecież „Mdłości” to nie tylko fizjologia metafizyki. Bouville jest też gablotą społeczną, w której rozpoznaję twarze ze wschodniomiasteczkowych zdjęć: urzędnik korekcyjny, pobożna pani od komitetów, patriota, co lubi portrety w złocie. Polityka tej książki to odmowa pakietu: żadnej wspólnoty z dostawą do domu, żadnej historii jako gotowego refrenu. Masz wymyślić swoje „my” bez sztandaru, bez łatwego chóru. I wtedy znów widzę swoich współczesnych Rollebonów — pomniki z mojej głowy, którym chętnie składam wianuszki — i mam tę nieprzyjemną ochotę, by odwrócić głowę. Ale lekarstwo jest w patrzeniu.
Nie da się o tym mówić bez języka. Styl Sartre’a, z nawiasami, które mnożą się jak króliki w zielniku, to test równowagi: czytając, czuję, jak zdania zaczynają udawać rzeczy — gęste, lepkie, nieprzezroczyste, jakby same chciały być „w-sobie”. Bywa, że odkładam z westchnieniem: „dość”. A potem wracam, bo to jedyna literatura, która zamiast fabuły wkłada mi do ręki myślący łom — narzędzie do podważania własnych rekwizytów. Kiedy ktoś pyta, czy to „dobre”, odpowiadam: to ma działać, a nie się podobać. Pożytek bywa niemiły; jak plaster ściągany pod włos, jak zimny prysznic o szóstej, jak rachunek bez rubryki „grzecznościowe”.
Teoria? Jeśli już, to w wersji dla tych, którzy brudzą ręce: rzeczy są „same w sobie” — grube od istnienia, obojętne na nasze opowieści; a my jesteśmy „dla siebie” — dziwnym ruchem negacji, projektem bez instrukcji. Nie ma żadnej fabrycznej metki z przeznaczeniem, trzeba szyć samemu, bez gwarancji zwrotu. I właśnie w szczelinie między tym — twardym światem i pustą kieszenią po sensie — rośnie mdłość. Ciało to czuje szybciej niż teoria: skóra ma lepszą pamięć niż to, co jesteśmy w stanie o niej powiedzieć.
Żeby domknąć, tak jak lubię — bez fanfar. Rollebon był ostatnim eleganckim kłamstwem: kiedy działa, idzie się naprzód, bo zębatki kręcą fabułę, wrażenie sprawczości jest jak ciepły sweter; kiedy pęka, zostają ręce bez narzędzi i wybór: jeszcze jedna biografia, jeszcze jeden folder „ważne”, czy — jak Roquentin — patrzenie wprost na to, co nie daje się wziąć w cudzysłów. Za każdym razem, kiedy wybieram to drugie, czuję chłód kafelków pod stopami i myślę: to jest świat, nie przymiarka. Uczę się wtedy siedzieć w ciemnym kącie kawiarni, liczyć światła (tak, dalej liczę),trzymać zapałkę nad pudełkiem i słuchać piosenki — ale bez kapitulacji. A kiedy ściśnie gardło, kiedy realność zrobi się dłuższa niż zwykle, nie szukam tabletki. Mówię sobie: to twoje własne mdłości, nie uciekaj. Bo wiem już, że alibi się skończyły, a ja, Marcin, wolę zostać bez wymówek, skoro mam oczy. Jeśli mam podać definicję lektury, to taką: nauczyć się nie wciskać rzeczom moich rekwizytów — i wreszcie przestać im kłamać.
Zacznę tak, jak mi w gardle pasuje: kiedy wchodzę w Sartre’a, czuję tamten znajomy skurcz, jakby ktoś wlał w przełyk chłodną, niedoprawioną zupę i kazał udawać, że to rosół; a co gorsza (czyli lepsza),mam wrażenie, że to nie ja czytam książkę, tylko przedmioty odwracają głowy i patrzą — bezczelnie, bez pytania, jak kelner, który już wie, że napiwku nie będzie, ale i tak...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAntoine Roquentin ma trzydzieści trzy lata i od trzech lat pracuje nad książką historyczną, kiedy nagle, zupełnie zwyczajnego dnia, całe jego postrzeganie świata się zmienia. Zaczyna czuć Mdłości (to jest melancholie zmieszaną z depresją, pierwsze przytłaczające doświadczanie świadomości),które zaskakują go znienacka i początkowo przerastają: powodują egzystencjalną udrękę i myśli samobójcze. "Mdłości" to relacja prowadzenie badań filozoficznych, bardzo zresztą osobistych, bo główny bohater, alterego autora, jest ich niewolnikiem.
Ksiązkę czyta się jak pamiętnik, ale pamiętnik najmniej ciekawej, najbardziej biernej i jałowej osoby, jaką możecie sobie wyobrazić. To tak jakby ktoś, kogo nie znosicie, przez 250 stron opisywał wam pogodę, na domiar złego przekonany o wyjątkowości własnego opisu i wielkim wrażeniu, jakie tenże na was robi. Rozumiem wprawdzie wprowadzenie scenek rodzajowych, autorowi zależało na ukazaniu wrażliwości Antoniego i zbudowaniu podłoża do snucia wniosków o wpływie Mdłości na rzeczywistość: wydaje mi się jednak, że 15 stron przeprawy przez opis pobytu w parku (tzn. siedzenia w miejscu i gapienia się w jeden punkt),by wyprowadzić jednozdaniowy wniosek w rodzaju "kolory to pojęcie abstrakcyjne" to trochę przydługi podkład na 'odkrycie' tego rodzaju. Nie mówiąc już o tym, że każde kolejne przedsięwzięcie powtarzało wnioski pierwszego, koncentrowało się po prostu na innym przedmiocie. Czułem, że Satre robi ze mnie idiotę albo traktuje mnie jak dziecko: w końcu miałem ochotę rzucić książką i wykrzyknąć "ZROZUMIAŁEM ZA PIERWSZYM RAZEM! Czytając to samo zdanie w innym szyku pięćdziesiąt razy, wcale nie zrozumiem cię, gościu, lepiej!" Może ówcześni czytelnicy wymagali takiego wklepywania, moze myśl była bardziej przełomowa i musiała się 'przebić', a może po prostu ja już na starcie byłem "zbyt świadomy" żeby się nią zachwycić. (Oczywiście żartuję, to ostatnie dowiodłoby raczej trywialności Satre niż mojego wybitnego intelektu ;)).
Główny bohater budzi sobą zero respektu, zwłaszcza w rzadkich interakcjach z innymi ludźmi. Daje on sobą pomiatać i pozwala, by odbierane mu było prawo do głosu. Szczególnie kuło to w oczy w jego interakcjach z Anny, które Anny zupełnie zdominowała, używając Antoine jako przedmiot, nie podmiot. Wmawiała mu wprawdzie, że go kochała (i on żałośnie chciał w to wierzyć),ale jeśli chcecie znać moje zdanie: relacja ich zupełnie wyzbyta była partnerstwa i jakiejkolwiek równości. Jeśli Anny rzeczywiście coś w Antoine kochała to, tylko i wyłącznie, jego miłość i podziw do niej. A Antonie... Cóż, jeśli żyłby w XXI wieku były stereotypowym przykładem "simpa"...
Przyznam szczerze, prawie wymiękłem. Właściwie prócz kilku nielicznych wtrąceń naprowadzających na temat właściwy, tylko pierwsze i ostanie kilkadziesiat stron było przełykalne i nie wiazało się dla mnie z jakimś masochistycznym przymusem dociągnięcia lektury do końca. Ciężka to była przeprawa...
Z drugiej strony wcale nie dziwi mnie, że książka podobać się może. Istnieje grupa odbiorców namiętnie chłonąca podobne treści i zdaje mi się nawet, że rozumiem ten fenomen. Takich ludzi muszą cechować niektóre cechy charakteru głównego bohatera, pewnego rodzaju antypatia społeczna i późne dojrzewanie. W dzisiejszych czasach jest to (na szczęście!) już bardzo nieliczna grupa, zwłaszcza wśród czytelników.
Z plusów chciałbym docenić ciekawy dialog przeprowadzony z humanistami (ukrytymi pod postacią Samoouka),a także zakończenie: spodziewałem się samobójstwa głównego bohatera i, chociaż sprawiło by mi ono olbrzymia satysfakcje, podoba mi się, że autor zdecydował się na inne rozwiązanie. Muszę tez oddać, że książka robi się znacznie ciekawsza od rozmowy z Anny, przestaje nawet przez moment przypominać rzucie kawałka kartonu. Próżno jednak. Ta drobna uciecha nie przekreśla wcześniejszych godzin katorgi i nie może wpłynąć na ostateczne uczucie zawodu, jakiego doznałem.
Antoine Roquentin ma trzydzieści trzy lata i od trzech lat pracuje nad książką historyczną, kiedy nagle, zupełnie zwyczajnego dnia, całe jego postrzeganie świata się zmienia. Zaczyna czuć Mdłości (to jest melancholie zmieszaną z depresją, pierwsze przytłaczające doświadczanie świadomości),które zaskakują go znienacka i początkowo przerastają: powodują egzystencjalną udrękę...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to