Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta

Cykl: Diabłu ogarek (tom 2)
Wydawnictwo: RM
7,07 (111 ocen i 16 opinii) Zobacz oceny
10
5
9
10
8
29
7
33
6
25
5
3
4
3
3
0
2
2
1
1
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788372439598
liczba stron
254
język
polski

Krakowskie Przedmieście za dnia zdawało się oranżerią pełną pstrokatych motyli, kwiatów i powabnych łątek o wysmukłych kibiciach. Natomiast po zmroku przechodziło iście wilkołaczą przemianę i zaczynały się tutaj dziać łotrzykowskie fenomeny. Tu najchętniej załatwiano wszelkie tajne porachunki, nawet nie bacząc na świętość miejsca, w kościołach miejscowych, które też okradano...

Krakowskie Przedmieście za dnia zdawało się oranżerią pełną pstrokatych motyli, kwiatów i powabnych łątek o wysmukłych kibiciach. Natomiast po zmroku przechodziło iście wilkołaczą przemianę i zaczynały się tutaj dziać łotrzykowskie fenomeny. Tu najchętniej załatwiano wszelkie tajne porachunki, nawet nie bacząc na świętość miejsca, w kościołach miejscowych, które też okradano regularnie...

Młody pisarz do szaleństwa zakochany w pięknej dwórce, śledząc najnowsze plotki z królewskiego dworu, wpada na trop intrygi, w którą zamieszane są najważniejsze postaci ówczesnej Rzeczypospolitej. Rozwikłania zagadki noszącej znamiona czarnoksięskich praktyk podejmuje się - z osobistych powodów - Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca, namiestnik warszawskiej straży marszałkowskiej. Pomagają mu zarówno młodzi zakochani, jak i tajemnicza żydowska wiedźma. Rezultaty śledztwa szybko przekraczają najśmielsze oczekiwania, a zaangażowanym w nie bohaterom zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo...

Autor odkurzył stare warszawskie legendy, z przewrotnym poczuciem humoru opisując kulisy wystawienia kolumny króla Zygmunta. Barwny portret siedemnastowiecznej stolicy, od magnackich posiadłości po zamtuzy i szemrane zakątki Krakowskiego Przedmieścia, wyraziste postaci, nieprzewidywalne zwroty akcji i historia romantycznego związku z zaskakującym finałem składają się na diabelnie interesującą powieść.

 

źródło opisu: Wydawnictwo RM, 2012

źródło okładki: http://www.rm.com.pl/x_C_I__P_11601-110003.html

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 5267
Fidel-F2 | 2016-04-01
Na półkach: Przeczytane

Recenzja pierwotnie zamieszczona na portalu www.szortal.com

Jakiś czas temu z przyjemnością przeczytałem lekką, przyjemnie rozrywkową książkę Konrada T. Lewandowskiego Diabłu ogarek. Czarna wierzba. Zgrabnie wykoncypowana i skomponowana pozostawiła mnie w miłym nastroju i z postanowieniem zapoznania się z kolejnymi częściami przygód siedemnastowiecznych bohaterów. I oto mamy tom drugi, zapowiadany z podtytułem Serce infamisa ukazał się ostatecznie jako Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta.

Czytelnicy, którzy zapoznali się z pierwszą częścią przygód Stanisława Lawendowskiego, woźnego trybunału ziemi liwskiej, w zasadzie wiedzą, czego się spodziewać w tomie drugim. Z pewnością wiele ich nie zaskoczy. Główny bohater jest, jaki był. Prawy, szlachetny i tolerancyjny, odważny, umny i nad podziw rozsądny, bronią wszelaką robi jak mało kto. A jak trzeba to i diabła potrafi nabić w butelkę. Dosłownie. No dobra, może to nie sam Lucek, lecz pomniejszy diablik ale to i tak nie lada osiągnięcie, nieprawdaż? Podobnie ma się sprawa z antagonistami naszego bohatera. Podłość i nikczemność to zasadnicze filary noszące konstrukcję ich charakterystyk. Autor nie bawi się w półcienie, nieokreśloności i skomplikowane dylematy moralne. Kreski rysuje grube i wyraźne, barwy mocne i jednoznaczne.

Konstrukcję fabularną określiłbym mianem modułowej. Prosty szkielet zasadniczy oblepiony jest bąblami, które na dobrą sprawę są samodzielnymi opowiadaniami dość luźno powiązanymi z owym szkieletem. Prostota koncepcyjna tej osnowy natarczywie i boleśnie ociera się o banał. O ile początek jest jeszcze w miarę przyzwoity to każda kolejna strona pogarsza sprawę. Od przypadku do przypadku, wszystko zgrabnie się układa. Bez zaskoczeń, niepewności czy niespodziewanych zwrotów akcji. Rzecz w końcu zmienia się w standardową fabułę spod znaku D&D gdzie dla niepoznaki elfy, krasnoludy i czarodzieje zamienione są na szlachciurów-rębajłów i żydowskie wiedźmy. Naturalnie, przed wyruszeniem autor nie zapomina zebrać drużyny. Niestety w tym aspekcie mamy regres, w poprzedniej części sprawa miała się znacznie zgrabniej.

Osobiście koncepcją fabularną całości jestem odrobinę rozczarowany z innego jednak powodu. W Czarnej wierzbie intryga wiodła w stronę konfrontacji z Radziwiłłami. Konflikt sił dobra z nadmiernie ambitną magnacką familią, która dla uzyskania powodzenia nie cofnie się przed najbardziej nawet mrocznymi działaniami, pozostał nierozstrzygnięty i wydawało się, że jego kontynuacja będzie naturalnym ciągiem dalszym w kolejnych tomach. Niestety w części drugiej rzecz jest zupełnie zawieszona i ograniczona jedynie do wzmianki o tym, że woźny kiedyś w przeszłości miał konflikt z litewskimi panami. Szkoda, gdyż pozwoliłoby to autorowi na budowę obszerniejszej i bardziej skomplikowanej gry szczególnie, że na scenie istnieje trzeci, duży gracz będący w opozycji do dwóch pierwszych – instytucja kościoła katolickiego. W tej chwili kolejne tomy Diabłu ogarek to zupełnie odrębne historie, połączone zasadniczo postacią głównego bohatera i osadzone we wspólnej quasi-staropolskiej rzeczywistości. Spodziewałem się rozbudowanej, bogatej w możliwości sagi a dostałem coś na kształt serii Pana Samochodzika.

Czytając powyższe można by rzec, że powieść jest rzadkiej urody klęską. Nie jest to prawda. Jeśli przejdziemy do porządku nad nieskomplikowaniem fabularnym, znajdziemy również plusy. Autor nadzwyczaj zręcznie łączy prawdę historyczną z wprowadzonym przez siebie elementem fantastycznym. Rzeczywiste wydarzenia, realia magiczne i dawne legendy (tu trzeba oddać Przewodasowi co przewodasowe, w aspekcie legend wykonał kawał bardzo fajnej roboty), wszystkie te ingrediencje współgrają ze sobą bez najdrobniejszych zgrzytów. W każdym razie ja ich nie znalazłem i nie odczułem.

Językowo Lewandowskiemu zarzucić niczego nie można, jest rzemiechą z doświadczeniem, praktyką i talentem. Sprawne pióro pozwala autorowi na swobodne kształtowanie językowej materii. Otrzymujemy w efekcie powieść z żywą, plastyczną narracją i bardzo przyzwoitą staropolską stylizacją. Całość okraszona jest dowcipem, nieszczególnie wyrafinowanym może, ale za to rubasznym stosownie i pasującym do całości.

Lewandowski wyraźnie wyraża głos poparcia dla prawa do swobody wyznania, tolerancji i pluralizmu religijnego. Jednak w stosunku do kościoła katolickiego jest mocno antyklerykalny. Poza pojedynczymi ‘dobrymi księżmi’, będącymi wyjątkami od reguły, reszta to indywidua obdarzone najgorszymi cechami a różnej maści organizacje kościelne są siedliskiem zła, głupoty i zgorszenia. Kościół katolicki jest graczem, który wzniosłe idee i zasady traktuje wyłącznie fasadowo, w rzeczywistości zaś dba jedynie o swe doczesne interesy, często o zabarwieniu zdecydowanie negatywnym moralnie. Trudno odmówić autorowi celności tych spostrzeżeń, szczególnie, że do dzisiejszych czasów nic się specjalnie w tej materii nie zmieniło. Ze smutkiem wypada jednak przyznać, że brak mu subtelności w ich wyrażaniu.

Na zakończenie przytyk w ramach mojego prywatnego, nomen omen, konika. Mając spore upodobanie we wszelkiej ludzkiej działalności związanej z końmi i jeździectwem, ze szczególną dociekliwością śledzę poczynania autorów w tej materii. Niestety Przewodasowi przytrafił się błąd właściwy ludziom, którzy o koniach mają jedynie teoretyczną wiedzę. Z jakiegoś powodu uznał, że na dłuższe dystanse najlepiej konno poruszać się galopem, co oczywiście prawdą nie jest. Również tajemnicą pozostanie, czemu według autora kłus jest wygodniejszy dla jeźdźca od galopu. Każdy, najbardziej nawet początkujący jeździec wie, że jest zupełnie na odwrót. W sumie to niewiele znaczące drobiazgi, ale tak już mam, że rzucają mi się w oczy.

Kolumna Zygmunta jest stosowną kontynuacją poprzedniego tomu. Odnajdujemy w niej wszystkie spodziewane elementy, odrobinę rozczarowując się jedynie niezbyt wyszukaną fabułą. Sprawność warsztatowa autora czyni z niej książkę lekką w odbiorze, dostarczającą niezbyt może wyrafinowanej acz jednak przyjemnej rozrywki. Odkurzone legendy oraz tu czy tam przemycona myśl są dodatkowymi atutami.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dla niej wszystko

Jedna z tych książek która całkowicie pochłania czytelnika :) Choć fabuła jak dla mnie odrobinę przekoloryzowana to historie głównych bohaterów czyta...

zgłoś błąd zgłoś błąd