rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Moja fascynacja Azją sięga prawie najmłodszych lat. Najpierw zgłębiałam jej popkulturę, ale im starsza się stawałam, tym bardziej byłam zainteresowana jej geopolityką, kulturą i tym "dlaczego to Chiny są liderem rozwoju naukowego?". Nie dziwi więc, że chętnie sięgnęłam po dzisiejszy tytuł.

"2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość" - Simone Pieranni
[współpraca recenzencka z wydawnictwo znak]

10 tematycznych rozdziałów o tym jak Azja kształtuje przyszłość. Na początku, na uwagę zasługuje fakt iż Simone Pieranni w swoim reportażu opisuje nie tylko Chiny i Japonię, które najczęściej pojawiają się jako azjatyckie przykłady rozwoju, ale również resztę państw azjatyckich. Skupia się na różnicach między Azją a Europą/Stanami, wyścigu technologicznym ale również polityce wewnętrznej większości wymienionych państw.

Naszą podróż po Azji rozpoczynamy od jedzenia przyszłości, gdzie czytamy o kuchni, która bazuje na nadwyżkach pożywienia czy mięsie hodowanym w laboratorium. Chwilę później przenosimy się do miast przyszłości, które wyrastają w środku lasów tropikalnych lub są naszpikowane inteligentnymi systemami, które pomagają społeczności. I wcale to ostatenie miasto nie znajduje się w Chinach czy Japonii, a w Kazachstanie.

Żebyście nie myśleli, że wszystko jest opisane w superlatywach, to kolejne rozdział mówią o problemach, z którymi boryka się cześć krajów azjatyckich - starości, nierespektowaniu praw człowieka czy o tym jak kościół rządzi krajem. Nie dziwi więc fakt, że tutaj prym wiodą historie z Chin, Korei czy Japonii. Co ciekawe, w temacie kościoła, czytamy o Filipinach i , dla nas, absurdzie jakim jest niemożliwość rozwodu, czy jakiekolwiek formy unieważnienia małżeństwa. Wszystko to w odpowiedzi na kryzys demograficzny.

Od tego momentu zanurzamy się w historii, poznajemy podstawy polityki w danych krajach (rozdział o dynastiach oraz rodzinnych interesach). Czytamy również o krajach, które od kilku lat stosują sztuczną inteligencję na szeroką skalę oraz te, które jako jedne z pierwszych wprowadziły regulacje cyfrowych treści. Nie mogło zabraknąć rozdziału poświęconego dyktaturom i nadzorowi społeczeństwa w imię jego ochrony.

Jednym z tematów "must have" jest tematyka pracy. Nikogo nie dziwią więc przykłady z Azji, gdzie rocznie pracuje się przez 1865 godzin jak w Korei Południowej*. Dla przykładu w Japonii jest to już 1617 godzin, a w Polsce 1785 godzin. W krajach rozwiniętych, wartość dla Korei Południowej jest najwyższą wartością wśród krajów azjatyckich, wśród krajów europejskich Polskę wyprzedza tylko Grecja z 1898 godzinami pracy rocznie. Średnia dla krajów OECD wynosi 1735 godzin, a "najmniej" w UE pracują Niemcy z wynikiem 1331 godzin rocznie. Z mojej perspektywy w nauce te różnice są odczuwalne. W Europie mówi się coraz śmielej o czterodniowym tygodniu pracy, ale w Singapurze jest on już od jakiegoś czasu realnym udogodnieniem dla pracowników. Oczywiście, wydaje się to "wow", ale Pieranni wprowadza nas w "fenomen Singapuru" i możemy zrozumieć, dlaczego takie a nie inne decyzje został podjęte.

Bardzo zwracam uwagę na bibliografię w reportażach - stety, niestety nie jest to standard. ALE w tej pozycji źródła te pojawiają się i dzielą na teksty internetowe jak i książki oraz artykuły naukowe. Przeszłam przez kilka z nich i uważam, że jest to rzetelnie wykonana bibliografia a opowieści nie są wyciągnięte z szafy.

Na sam koniec - przechodząc przez kolejne rozdziały, byłam pod wrażeniem tego jaką opowieść układa autor. Nie było tutaj oceniania, o co czasami ciężko w reportażach. Historie o różnych krajach, społeczeństwach i rządach, na pierwszy rzut okna skrajnie różne, znalazły powiązania w tematycznych rozdziałach. Czasami zestawiając naprawdę skrajne systemy. I to po prostu działa.


*Dane dla krajów OECD za 2024 rok, dostępne pod adresem: https://www.oecd.org/en/data/indicators/hours-worked.html

Moja fascynacja Azją sięga prawie najmłodszych lat. Najpierw zgłębiałam jej popkulturę, ale im starsza się stawałam, tym bardziej byłam zainteresowana jej geopolityką, kulturą i tym "dlaczego to Chiny są liderem rozwoju naukowego?". Nie dziwi więc, że chętnie sięgnęłam po dzisiejszy tytuł.

"2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość" - Simone Pieranni
[współpraca recenzencka z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Gdy czytamy reportaże na jakiś temat, zdarza się że kilka pozycji porusza ciągle jeden i ten sam temat. Prawie kopiuj-wklej. Dlatego też z dystansem podchodzę do kolejnych reportaży, które poruszają temat Śląska - często jest to opowieść o śląskim złocie, familokach i współczesnych zmianach. Ale, czasami, zdarzają się perełki.

"Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku." - Beata i Paweł Pomykalscy
[współpraca recenzencka z wydawnictwem @bezdroza]

Gdy zobaczyłam tytuł, pomyślałam: "Znowu Śląsk, ciekawe o czym tym razem?". Czytałam opis, materiały reklamowe i pomyślałam: "okej, wygląda inaczej. Let's give it a try". Najwyżej dostanę kolejny reportaż o familokach i węglu...

Po pierwsze - autorzy są miejscowi. Oczywiście, to nie gwarantuje, że wszystko będzie super, ale zwiększa szanse na powodzenie.
Po drugie - reportaż skupia się na węglu, więc prawie mamy bingo 😆

Ale ten węgiel... Jest inny.

Dostajemy historię Górnego Śląska. Praktycznie od poczatku, gdy Niemcy zaczęli tworzyć przemysł wydobywczy. Jak to w przemyśle, gdy tworzy się nowy zakład pracy to potrzebni są pracownicy - w ten sposób autorzy przybliżyli nam w jaki sposób na Śląsku pojawiła się ludność napływowa. Zarówno ta pod przemysł, jak i potem, gdy historyczne zaszłości nakazały zrepolonizować Śląsk.

Gdy już Śląsk stał się polski, otwieramy rozdziały związane z pracą na grubie. Autorzy opowiadają nam o dawnych metodach wydobywczych oraz o ich unowocześnianiu. Pojawia się również wątek niebezpieczeństw - metanu czy zawalisk. Wiecie, że zanim czujniki metanu były modne, górnicy korzystali z kanarków? Ptaki w klatce, zjeżdzały wraz z mężczyznami do korytarza i były wykrywaczami metanu - wystarczyło obserwować zachowanie zwierzaka. Tak samo jak czasami można było spojrzeć na uciekjące szczury - człowiek już wiedział że jest coś nie tak.

O życiu po szychcie niewiele czytaliśmy - ale nic dziwnego, bo na rynku jest kilka reportaży, które o życiu w familokach mówią (choćby, Familoki Kamila Iwanickiego, recenzja też jest na profilu). Skupiamy się głównie na przemyśle i tym jak Śląsk zmieniał się dzięki i przez niego. Więc gdy mówimy o śląskim przemyśle, nie możemy zapomnieć o ciemnej stronie wydobycia - tej, która niszczy życie osob, niezwiązanych z górnictwem. Mowa o zapadliskach w starych, nieczynnych kopalaniach. I pal licho, gdy ziemia zapada się z dala od ludzi, ale bardzo często pochłania ona bloki i życia. Swoją drogą, w Planetarium Śląskim jest symulator sejsmiczny, gdzie możemy poczuć trzęsienie ziemi oraz to, jak trzęsienie się zmienia, gdy zapada się stare wyrobisko. Doświadczenie niezwykle ciekawe, o którym przypomniałam sobie podczas czytania tych fragmentów w książce.

Na sam koniec autorzy omawiają to, co dzieje się ze Śląskiem współcześnie. Jak mieszkańcy, działacze społeczni starają się przywrócić Śląsku dawny blask. Probują rewitalizować stare budynki kopalń, osiedli robotniczych i pokazywać, że to nie są już stare, niebezpieczne dzielnice. Choć, nie zawsze się udaje. Na Nikiszowiec niestety do tej pory nie dotarłam, ale podczas ostatniej wizyty na Śląsku miałam okazję zobaczyć jedną z rewitalizacji budynków pofabrycznych, gdzie stworzona jest restauracja. I cieszy się ona sporą popularnością wśród mieszkańców.

Pojawia się też pytanie, skąd autorzy to wszystko wiedzą? Źródła historyczne? Na pewno. Ale przede wszystkim, Pomykalscy powołują się na ludzi - swoją rodzinę, rodzinę znajomych rodziny, innych pracowników. I to dodaje bardzo dużo autentyczności, która mnie totalnie kupiła.

Więc jeśli chcecie dowiedzieć się o co chodzi z tym Śląskiem... To to jest odpowiednia pozycja, aby poszerzyć swoją wiedzę.

Gdy czytamy reportaże na jakiś temat, zdarza się że kilka pozycji porusza ciągle jeden i ten sam temat. Prawie kopiuj-wklej. Dlatego też z dystansem podchodzę do kolejnych reportaży, które poruszają temat Śląska - często jest to opowieść o śląskim złocie, familokach i współczesnych zmianach. Ale, czasami, zdarzają się perełki.

"Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Są książki, które idealnie trafiają w swój czas i miejsce. Dzisiejszą ofiarę pochłonęłam w dwie godziny podczas podróży, ale jej nieco mroczny, leśny klimat zostanie ze mną na wszystkie nadchodzące jesienne wieczory (nie jestem jesieniarą, więc nie będzie u mnie poleceń książek, które otulają jak dyniowe latte. Co to w ogóle za wymysł, dyniowe latte? ). To jeden z tych debiutów, które zaskakują dojrzałością i sprawiają, że od razu chce się śledzić dalszą karierę autora.

"Szept lasu i prastara krew" Adrian Kluza
[współpraca recenzencka z autorem]

Poznajemy Mirę, młodą zielarkę z wioski otoczonej prastarą puszczą. Jej spokojne życie przerywają koszmary pełne słowiańskich potworów, a wkrótce okazuje się, że mroczne istoty z legend zaczynają zagrażać jej domowi w realnym świecie. Gdy na jej drodze staje tajemniczy wędrowiec Weles, Mira zostaje wciągnięta w wir magii i przeznaczenia, którego musi się dowiedzieć, by ocalić tych, których kocha.

To, co mnie absolutnie ujęło w tej książce, to jej atmosfera. Autor ma bardzo dobry warsztat pisarski - opisy lasu są tak plastyczne i sugestywne, że niemal czułam zapach mchu i wilgotnej ziemi, a szum drzew towarzyszył mi podczas lektury (a może był to szum przedzierającego się przez niemieckie autostrady autokaru 👀). To historia przesiąknięta słowiańskim folklorem, więc mamy pradawne bóstwa, obrzędy, mroczne bestiariusze a wszystko to podane jest w niezwykle klimatyczny i przystępny sposób. Wątek zielarstwa i głębokiej więzi Miry z naturą tylko dodaje całości pewnej słowiańskiej autentyczności.

I to, co kocham w dobrych ksiązkach fantastycznych - w trakcie podróży tworzy się nasza własna, słowiańska "Drużyna Pierścienia"! Mira nie jest sama w swojej misji. Dołączają do niej barwne i świetnie napisane postacie, jak tajemniczy Weles czy wnoszący mnóstwo humoru Dobromir. Ich interakcje, docinki i powoli rodząca się więź... omg, totalnie mój klimat! Co ważne, to nie są wszechmocni herosi - mają swoje wady, popełniają błędy, co czyni ich niezwykle ludzkimi i sprawia, że łatwo im kibicować.

"Okej, okej, wielki panie lesie... nie chcę wyjść na tego gościa, co psuje epicki moment."

Ciężko jest mi uwierzyć, że to debiut. Fabuła jest prosta, ale satysfakcjonująca, akcja ma odpowiednie tempo, a całość wieńczy zjawiskowe zakończenie, które idealnie domyka historię. Jedyne, drobne zgrzyty, które muszę odnotować z recenzenckiego obowiązku, dotyczą wydania - przyzwyczajona jestem do okładek ze skrzydełkami, tutaj ich nie ma, więc trochę łatwiej ją uszkodzić (ale od czego są otulacze). To co na pewno pochwalę to skład - czytałam wiele książek "selfpubów" i nie wszystkie były złożone w sposób, który nie męczył czytelnika. Tutaj nie ma to miejsca, tekst jest czytelny, więc na plus.

Mimo tych drobnych rys, zawartość broni się sama. To satysfakcjonująca, kompletna historia, która zostaje w głowie na długo. Idealna na jesienny wieczór, idealna dla fanów słowiańskich mitów i dla każdego, kto chce dać się porwać opowieści, która szeleści jak liście pod stopami. Zdecydowanie to moja polecajka z cyklu #jesieniera.

Są książki, które idealnie trafiają w swój czas i miejsce. Dzisiejszą ofiarę pochłonęłam w dwie godziny podczas podróży, ale jej nieco mroczny, leśny klimat zostanie ze mną na wszystkie nadchodzące jesienne wieczory (nie jestem jesieniarą, więc nie będzie u mnie poleceń książek, które otulają jak dyniowe latte. Co to w ogóle za wymysł, dyniowe latte? ). To jeden z tych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Czy lubię książki o naukowcach? Jeszcze jak! Lubię, gdy w świecie książek dostaję swoją reprezentację, opisującą problemy środowiska ale także podającą jakąś ciekawą historię. Ubolewam, że jest ich tak mało i z chęcią sięgam po każdy tytuł, który pojawia się na rynku. Nie inaczej było z dzisiejszą pozycją.

"Lekcje chemii" Bonnie Garmus
Recenzja zawiera mniejsze lub większe spojlery. Do tego wspomnienie o przemocy $ek$ualnej.

"Charyzmatyczna główna bohaterka, która niszczy toksyczną męskość i przełamuje status quo" - gdy słyszałam takie opinie stwierdziłam, że jako naukowczyni muszę tę książkę przeczytać. I niezmiernie się rozczarowałam.

Książka rozpoczyna się traumatycznym wydarzeniem jakim jest gw@łt. I tyle, zero refleksji, jak wpłynął on na bohaterkę w kolejnych rozdziałach. Ot, skwitowane "żałuję, że nie miałam więcej ołówków" (bo ołówek posłużył do obrony). I owszem, to jak zareagował policjant i wszyscy inni mężczyźni wokół (victim blaming) jest straszne. Ale niestety w tej kwestii nic się nie zmieniło, więc jeszcze dużo roboty przed nami... Wydarzenie to wspominane je w późniejszych rozdziałach w kontekście doświadczenia przemocy przez inną z bohaterek, ale zostało to podane mniej więcej jak "Jakie ciasteczka dzisiaj na deser?".

Zabawna książka jak głosi opis? No nie wiem, jeśli w ciągu pierwszych 50 stron mamy opis brutalnego gw@łtu, s@mobójstwa na tle homofobii i przedmiotowe traktowanie kobiet i nazywanie jej pizdą. I brak trigger warningów, które stają się już standardem. Swoją drogą, zabawność książki jest o tyle ciekawa, że sama bohaterka ma spory problem z rozumieniem tego słowa - no jak, ona jako naukowczyni ma być zabawna?

Następnie przeskakujemy w idylliczny świat Elizabeth. Oczywiście, wątek dyskryminacji kobiet w nauce wybrzmiewa. Kobiety zajmują podrzędne stanowiska, raczej będąc brane za sekretarki niż za naukowczynie. Nie mają szans na awans, godną pensję czy godne finansowanie badań. Wręcz przesuwa się je z miejsca na miejsce, z projektu do projektu, gdzie potrzebna jest "tania siła robocza", mimo iż często te kobiety pracują ciężej niż mężczyźni i dokonują większych postępów. Natomiast obok tych problemów mamy opisany jej związek z jednym z naukowców, Calvinem. Gwiazda nauki (on) i niesamowita piękność, o którą są zazdrosne kobiety (ona). I tutaj wchodzimy w typową amerykańską sielankę, która oczywiście musi skończyć się czyjąś śmiercią.


Czy naukowcy są introwertykami? Pewnie, że tak. Wręcz czasami tak głęboko siedzimy w swoich bańkach, że stronimy prawie całkowicie od ludzi. Ale, większość z nas potrafi nawiązywać relacje z ludźmi, gdy sytuacja tego wymaga. Z kolei główna bohaterka jest tak antypatyczna, że aż szok. Można powiedzieć, kobieta z zasadami. Ale nie potrafi uzasadnić swoich zasad, co sprowadza się do podstawowego problemu współczesnych książek - bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. Wręcz opierają swoją relację na kłamstwach. Co widać na przykładzie wspomnianej relacji romantycznej, która przy okazji kończy się tak szybko, iż można przez minutę lub dwie współczuć bohaterce przeżytej tragedii. Ale potem wracamy do "nauki".

Co więcej, Elizabeth jest tak zafiksowana na punkcie nauki, że nawet w trakcie codziennych czynności używa języka naukowego. Na boga, kto prosi o chlorek sodu i tłumaczy że jajko należy rozbić cienkim nożem, bo obicie go o miskę zwieksza prawdopodobieństwo "fragmentacji skorupki". Jako naukowiec, i to chemik, ciężko mi się o tym czytało. Poza tym, znam naukowców, którzy mają laboaratoria w domu i wcale nie musieli przerabiać na nie kuchni... I szczerze? Elizabeth to ten typ, którego unika się na stołówce, bo jak zacznie gadać i podkreślać swoją elokwencję, nazywając kawę wzorem chemicznym kofeiny, to masz ochotę sprawić, że noż do masła przyczyni się do defragmentacji mózgu. Twojego albo jej... Jakby co, większość naukowców nie gryzie, można z nimi wyjść też na piwo. Ale z Zott bym nie wyszła - nie tylko dlatego, że nie piję, ale również dlatego, że bałabym się litanii o tym ile chemii jest w piwie (no tak na moje około, 100%).

Do macierzyństwa kobieta też podchodzi zadaniowo, traktuje to trochę jak projekt naukowy, chociaż ta zadaniowość bohaterce nie wychodzi - jest zakopana w pieluchach, ledwo znajdująca czas na czynnosci typu spanie. Z nieba spada jej sasiadka, Hariett, która przejmuje część obowiązków nad małą a Elisabeth może poświęcić się innym obowiązkom. Innym obowiązkom jak na przykład fałszowanie dokumentów dziecka, aby córka została przyjęta do zerówki. Swoją drogą, czy w Stanach jest zerówka? Bo brzmi to jak koszmarek tłumaczeniowy.

W każdym razie, córka Elizabeth jest, oczywiście, małym geniuszem. W wieku czterech lat płynnie czyta, i to czyta książki Nobokova i innych nieodpowiednich dla dzieci pisarzy. A do tego jest najwyższa w klasie i jej wzrost sprawia przykrość chłopcom. Oczywiście, jak mamy, nie da się jej wpisać w ramy - zabawa w dom? Absolutnie odrażające zachowanie, jak śmiesz w ogóle proponować taką czynność!

Jedyny pozytywny akcent - program kulinarny. Ale i tutaj miałam zgrzyt - Elizabeth wchodzi w nowe środowisko i ustala swoje zasady, bo ona tak chce i już. Oczywiście, pojawia się tutaj kwestia rozbieżności oczekiwań szefa stacji i naszej bohaterki, ale nie zmienia to faktu, że jednak gdy pracownik przychodzi do nowej pracy to jest ostatnią osobą, która może dyktować warunki. Nawet jeśli firma ma kłopoty... Ale wracając, o programie czytałam z delikatnym zaintersowaniem, bo lubię gotować a przy tym uważam, że popularyzacja nauki jest bardzo ważna. Było to ciekawe, ale w moim odczuciu za mało aby uratować całą książkę. Swoją drogą zwróciliście uwagę, że w Stanach używa się stopni Celsjusza? Przy okazji, jak wątek psa mi się podobał, tak sytuacji z bombą domowej roboty i to jak bohatersko pies ją wyczuł po prostu nie kupuję. Choć to Stany, gdzie wszystko jest możliwe.

Co do zakończenia - jak dla mnie było rozwleczone. Już przy pierwszym czytaniu wiedziałam jak potoczyła się historia Calvina. Jeśli już mamy do czynienia z powieścią, w której główna bohaterka aspiruje do bycia naukowczynią, to dałabym jej mocniejszej zakończenie w tej kwestii - a przynajmniej takie bez rodzinnej dramaturgii.

Rzekłabym, American dream, gdzie wszyscy są wrednymi nieudacznikami, i tylko dwie osoby mogą błyszczeć na tej scenie życia. Najpierw Elizabeth i Calvin, a później matka z córką. I zdaję sobie sprawę, że jest duża grupa czytelników ktorzy pokochali tę książkę i stwierdzili, że jest ona przełomowa. Dla mnie jednak była ona zbyt infantylna i idealistyczna, a zamiast na półce z literaturą piękną, powinna stać w dziale fantasy. Choć i w tej kategorii nie zebrałaby ode mnie wysokich not.
Musicie wiedzieć, że naprawdę rzadko oceniam książki na 2 gwiazdki. Jeszcze rzadziej na jedną. Ale w tym przypadku balansowałam na granicy DNF i jednej gwiazdki.

Czy lubię książki o naukowcach? Jeszcze jak! Lubię, gdy w świecie książek dostaję swoją reprezentację, opisującą problemy środowiska ale także podającą jakąś ciekawą historię. Ubolewam, że jest ich tak mało i z chęcią sięgam po każdy tytuł, który pojawia się na rynku. Nie inaczej było z dzisiejszą pozycją.

"Lekcje chemii" Bonnie Garmus
Recenzja zawiera mniejsze lub...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Przyznaję bez bicia - dark romanse to nie jest gatunek, po który sięgam na co dzień. Muszę mieć na niego odpowiedni nastrój, ochotę, taki specyficzny dzień, żeby w pełni zanurzyć się w mrocznym i intensywnym świecie. I tak się złożyło, że długi, męczący powrót z konferencji okazał się idealnym momentem, by dać szansę dzisiejszej książce.

"King. Tylko moja", Aleksandra Możejko
[współpraca recenzencka z editio red]

Poznajemy Anabellę, zwyczajną dziewczynę, która przypadkiem w klubie wpada w oko Santiago Kingowi - charyzmatycznemu, niebezpiecznemu i bezwzględnemu władcy miasta. To klasyczna historia, w której świat niewinnej dziewczyny zderza się z mrocznym imperium faceta, który dostaje wszystko, czego zapragnie. A tym razem zapragnął właśnie jej.

I uwierzcie mi, kiedy mówię, że akcja pędzi tu na złamanie karku. Od pierwszego spojrzenia, przez burzliwy romans, po zaręczyny i niedoszły ślub - wszystko dzieje się w ekspresowym, niemal niedorzecznym tempie. Normalnie, w innych okolicznościach, pewnie kręciłabym nosem na takie instant-love. Ale tutaj, w tym konkretnym nastroju, to po prostu zadziałało. Ta książka jest jak rollercoaster - nie ma czasu na analizę, po prostu dajesz się porwać i cieszysz się jazdą. Autorka nie bawi się w powolne budowanie napięcia, tylko od razu wrzuca nas w sam środek emocjonalnej zawieruchy.

To właśnie ta intensywność i chemia między Bellą a Kingiem sprawiają, że kupuję tę historię. Ona, choć przedstawiana jako silna i niezależna, bez pamięci zatraca się w uczuciu, pozwalając, by jej racjonalne myślenie wyparowało. On, bezwzględny gangster dla całego świata, przy niej staje się czułym i opiekuńczym mężczyzną. Ich relacja jest pełna pasji, ale i tajemnic, a punkt kulminacyjny, w którym Bella poznaje brutalną prawdę o swoim ukochanym, jest świetnym zawiązaniem akcji na dalszą część.

Czy jest to książka idealna? Nie do końca. Tempo, choć dla mnie było zaletą, dla wielu może być zbyt gwałtowne. Niektóre momenty wydają się naciągane, a bohaterka momentami traci swój pazur na rzecz uczucia. Mimo to, jako lektura na jeden wieczór, która ma wciągnąć, dostarczyć silnych emocji i pozwolić na chwilę uciec od rzeczywistości, sprawdza się znakomicie.

Daję 4/5. To była dokładnie taka historia, jakiej potrzebowałam - szybka, namiętna i uzależniająca. Jeśli macie ochotę na romans gangsterski, który nie bierze jeńców, to "King" będzie idealnym wyborem.

Przyznaję bez bicia - dark romanse to nie jest gatunek, po który sięgam na co dzień. Muszę mieć na niego odpowiedni nastrój, ochotę, taki specyficzny dzień, żeby w pełni zanurzyć się w mrocznym i intensywnym świecie. I tak się złożyło, że długi, męczący powrót z konferencji okazał się idealnym momentem, by dać szansę dzisiejszej książce.

"King. Tylko moja", Aleksandra...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Muszę zacząć od przyznania się do czegoś - nie jestem typową fanką thrillerów. Nazwiska takie jak King czy Coben omijam raczej szerokim łukiem. Czasem mam jednak ochotę na coś z dreszczykiem, ale w wersji, którą określam jako „soft”. Historię, która da mi poczucie niepokoju, ale nie sprawi, że będę musiała spać przy zapalonym świetle. I właśnie z takim nastawieniem sięgnęłam po dzisiejszy tytuł.

Zło czai się w nas - Natalia Brożek
[współpraca recenzencka z @beYA)

Opis wydawcy obiecuje klasykę gatunku: paczka bogatych dzieciaków, obóz w leśnej głuszy, mroczny sekret i grasujący w okolicy seryjny morderca. Brzmi jak slasher z lat 90., prawda? I tu właśnie pojawia się pierwsze ale. Jeśli szukacie horroru, w którym akcja pędzi od pierwszej strony, możecie być zaskoczeni.

Przez dobrych 200 stron książka jest bardziej dramatem młodzieżowym. Siłą napędową fabuły jest toksyczna dynamika grupy „przyjaciół”, którzy w normalnych warunkach nie wytrzymaliby ze sobą pięciu minut. Kłótnie, wzajemne pretensje i festiwal podejmowania absurdalnych decyzji to chleb powszedni. Autorka serwuje nam całą gamę punktów widzenia, co z jednej strony pozwala zajrzeć do głowy każdemu, ale z drugiej - sprawia, że ciężko się z kimkolwiek zżyć. Pozostajemy na dystans, obserwując ten chaos trochę jak przez szybę.

Ciężko zapałać do bohaterów sympatią - to zbieranina rozpieszczonych, często irytujących nastolatków, podejmujących absurdalnie nielogiczne decyzje. Zastanawiałam się, dlaczego w ogóle spędzają razem czas. Ale z drugiej strony, to właśnie ta gęsta, nieprzyjemna atmosfera buduje specyficzne napięcie. Zamiast bać się potwora z lasu, czujemy dyskomfort, obserwując, jak potwory budzą się w samych bohaterach. I wiecie co? Dla mnie, osoby, która woli napięcie psychologiczne od hektolitrów krwi, ten zabieg częściowo się sprawdził.

Akcja z nożownikiem w tle rozkręca się naprawdę późno. Dopiero w ostatniej części książki dostajemy to, co obiecywał opis - strach, ucieczkę i walkę o życie. I muszę przyznać, że autorka ma lekki i bardzo przystępny styl, więc nawet gdy fabuła nieco się dłużyła, przez książkę po prostu się płynęło. To idealna lektura na jeden czy dwa wieczory.

Dla mnie, jako osoby, która nie szuka ekstremalnych wrażeń, takie wyważenie było w porządku. To bardziej historia o tym, jak sekrety i poczucie winy mogą zniszczyć relacje, z krwawym finałem w tle. Rozumiem, dlaczego fani gatunku mogą czuć się zawiedzeni, ale dla kogoś, kto szuka softhorroru, książka trafia w punkt.

Dla mnie 3,5/5⭐️. Za wciągającą, choć nierówną historię i za bycie dokładnie tym, czego szukałam: thrillerem w wersji light.

Muszę zacząć od przyznania się do czegoś - nie jestem typową fanką thrillerów. Nazwiska takie jak King czy Coben omijam raczej szerokim łukiem. Czasem mam jednak ochotę na coś z dreszczykiem, ale w wersji, którą określam jako „soft”. Historię, która da mi poczucie niepokoju, ale nie sprawi, że będę musiała spać przy zapalonym świetle. I właśnie z takim nastawieniem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Całkiem dobra książka. Nie jest idealna, styl autorki jest momentami nieco nużący, ale w ogólnym rozrachunku książka całkiem niezła. Czy sięgnę po kolejną część? Prawdopodobnie tak, ale na pewno potrzebuję chwili odpoczynku.

Całkiem dobra książka. Nie jest idealna, styl autorki jest momentami nieco nużący, ale w ogólnym rozrachunku książka całkiem niezła. Czy sięgnę po kolejną część? Prawdopodobnie tak, ale na pewno potrzebuję chwili odpoczynku.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nie sprawdzałam ocen tej książki na goodreads albo lubimy czytać... A w aplikacji audiobookowej była ona oceniona na 3,8 gwiazdki - nie zapowiadało to katastrofy. Nawet ocena na LC tej katastrofy nie zapowiadała - 7,3 gwiazdki, czyli całkiem niezła książka.

Zofia wraz z narzeczonym wybiera się w rejs po Morzu Śródziemnym. Krótko po wejściu na pokład okazuje się, że narzeczony ulotnił się i zostawił ją samą na statku - ich związek właśnie został zakończony przez telefon. Dziewczyna wpada w ramiona kapitana statku i zapowiada się gorący romans. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu "Czeka na was międzynarodowa afera kryminalna z oszustem matrymonialnym, ognisty romans z seksownym kapitanem i lekkie wakacyjne klimaty pełne szalonego humoru, nieoczekiwanych zwrotów akcji i pikantnej erotyki."

Romans jest, czy ognisty? To już dyskusyjne. 😬Międzynarodowa afera kryminalna... gdzieś wspomniana, potem porzucona, aby powrócić na koniec książki, bo wiecie, znaki się kończą, trzeba ten wątek doprowadzić do końca.
Wakacyjny klimat pełen szalonego humoru? Raczej pełen cringe'u - ciary żenady miałam mniej więcej co pięć minut.
Pikantna erotyka? Patrz punkt wyżej, kolejne ciarki żenady w międzyczasie. Zacytuję jedno ze zdań, które uświadomiło mi, że będzie ciężko "Przemyłam strefy intymne i znowu byłam świeża i pachnąca" - w kontekście chcicy na pana kapitana...

Co do bohaterki, sama opisuje się jako błyskotliwa dziennikarka śledcza. Ale wiecie co, mózg chyba zostawiła w walizce, gdy mówimy o wątku oszusta matrymonialnego. Choć chyba mózg w tej walizce został na dłużej nawet w innych sytuacjach... Brak logiki, dziwne sytuacje, wyjątkowośc bohaterki - czyli zestaw idealny, aby znienawidzić książkę. Do tego słaby styl pisania - szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że słucham koleżanki i tego co jej się śniło. Dla jednych fajne, dla mnie - out.

Ale wiecie, okazuje się, że Zośka jest najlepiej wykreowana postacią w tej opowieści. O Dariuszu - kapitanie - wiemy niewiele, ale za to bardzo często podkreślane jest to, jaką ma bardzo rozbudowaną i owłosioną klatę. O Mateuszu, byłym narzeczony, wiemy w sumie tylko tyle, że słabo im się ukladało a rejs miał być sposobem na naprawę tego związku - zamiast tego gościu spakował walizkęstarych ciuchówi szmat i zawinął wrotki. Lucia, koleżanka poznana na statku, to bogata i dobrze usytuowana kobieta.

Jakby wywalić Dariusza oraz oszusta matrymonialnego z całym kryminalnym wątkiem - relacja Lucii oraz Zośki byłaby całkiem znośna i wtedy mogłaby to być fajna, wakacyjna historia. A tak, nawet wzruszający wątek, dlaczego Zośka w ogóle zdecydowała się na ten rejs, po prostu gdzieś zniknął w tłumie. Szkoda 😬

Nie sprawdzałam ocen tej książki na goodreads albo lubimy czytać... A w aplikacji audiobookowej była ona oceniona na 3,8 gwiazdki - nie zapowiadało to katastrofy. Nawet ocena na LC tej katastrofy nie zapowiadała - 7,3 gwiazdki, czyli całkiem niezła książka.

Zofia wraz z narzeczonym wybiera się w rejs po Morzu Śródziemnym. Krótko po wejściu na pokład okazuje się, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jeszcze niedawno dopiero zaczynałam pierwszy tom, a dzisiaj kończę przygodę z tą serią. Ale trylogie mają to do siebie, że wiesz, kiedy nadejdzie ich koniec. 😉

„Targ dusz” Marcin Mortka
Finał Cyklu Maltańskiego
[współpraca z wydawnictwem @sqnimaginato]

Czekałam na ten tom - wiecie dobrze. I nie żartowałam, kiedy groziłam, że jeśli znajdą się tu jakieś obrzydliwe cliffhangery, to autor zostanie rzucony jego własną książką. Na szczęście pan Marcin może nadal spokojnie pisać kolejne powieści - żadnych urazów książkowych nie będzie, bo zakończenie jest satysfakcjonujące.

To dobra książka. Serio. Ba - bardzo dobra. Chociaż nie ta, która zostaje ze mną na lata. Ale zacznijmy od początku.

Nowe postacie - są. Ciekawie wprowadzone, bez chaosu, bez sztucznego dopychania. Stare postacie - nadal w formie. Bruno, Hugon, Erhan i Claude to ekipa, z którą chce się iść w bój, wino i błotnistą kabałę. Mamy tu też wiedźmę, mroczne tajemnice, flotę większą niż ego niektórych czarnoksiężników i coś... spoza naszego świata. Klimaty nieco 1001 nocy, nieco Warhammera, a wszystko osadzone w historycznym fantasy, które nie udaje, że jest czymś więcej niż chce być - i właśnie dlatego działa.

Co uwielbiam w całym Cyklu Maltańskim? Rozbudowany świat. I zanim ktoś powie: „meh, to przecież Prowansja i Malta, co tu budować?”, to przypomnę, że można też koncertowo spieprzyć realia historyczne, topografię i klimat. A Mortka tego nie zrobił. Mało tego - tka świat jak solidny gobelin: z detalami, z fakturą, z mięsem. Dla mnie, fanki worldbuildingu - ogromny plus.

Styl autora? Lekki, błyskotliwy, pełen humoru - ale nie tego typu, który próbuje zakryć braki fabularne. To nie kabaret. To raczej „śmiech na wojnie” - ta lekkość równoważy brutalność świata i sprawia, że nie toniesz w mroku. No i te wyzwiska - Mortka powinien wydać osobny tomik z najlepszymi obelgami. „Diabeł zacierał łapska w dniu waszego poczęcia” - biorę to na zawsze.

Czy mi się podobała? Tak.
Czy to książka na 5? Jeszcze nie.
Ale to uczciwe, mocne 4,5 gwiazdki. Historia porywa, zwalnia, zapętla się, by znów ruszyć jak rollercoaster. Problem? Nie zostanie ze mną na długo. I to trochę boli - bo naprawdę rzadko trafia się tak sprawnie napisane, dobrze wyważone historyczne fantasy z własnym charakterem.

Bruno i Soave dostali godne zakończenie. I nawet jeśli chętnie spędziłabym z nimi jeszcze trochę czasu, to cieszę się, że Mortka nie przeciąga tej historii na siłę. Targ dusz nie zawodzi - i daje nadzieję, że autor ma w zanadrzu kolejne świetne historie. Swoją drogą, ostatnia scena przywiodła mi na myśl końcówkę "Okrutnego Księcia" 🤭🥰

Jeszcze niedawno dopiero zaczynałam pierwszy tom, a dzisiaj kończę przygodę z tą serią. Ale trylogie mają to do siebie, że wiesz, kiedy nadejdzie ich koniec. 😉

„Targ dusz” Marcin Mortka
Finał Cyklu Maltańskiego
[współpraca z wydawnictwem @sqnimaginato]

Czekałam na ten tom - wiecie dobrze. I nie żartowałam, kiedy groziłam, że jeśli znajdą się tu jakieś obrzydliwe...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

W nauce często bywa tak, że odkrywamy pewne rzeczy stopniowo. Wiedząc więcej, korygujemy wcześniejsze założenia, poprawiamy błędy, dopisujemy przypisy do przypisów. Ale co, jeśli powiem Wam, że istnieje dziedzina, w której mimo całych wieków badań jesteśmy w stanie opisać… zaledwie 5% wszechświata.

Clegg zabiera nas na wycieczkę po ciemnej stronie wszechświata - dosłownie. Ciemna materia i ciemna energia to hipotezy próbujące wyjaśnić, dlaczego galaktyki poruszają się tak, jak się poruszają, skąd bierze się przyspieszona ekspansja kosmosu i… gdzie podziała się cała reszta rzeczywistości, której nie widzimy, nie mierzymy, ale której efekty da się zaobserwować.

To prawdziwe popscience, i to w bardzo solidnym, przystępnym wydaniu. Książka składa się z sześciu rozdziałów, które prowadzą czytelnika krok po kroku przez największe kosmiczne niewiadome. Mamy tu trochę historii nauki - od filozofów antycznej Grecji przez Newtona, aż po współczesnych fizyków i ich bolączki z Modelami Standardowymi. Ale najważniejsze: nie trzeba mieć doktoratu z astrofizyki, by za tym nadążyć. Jest sporo przypisów (i są naprawdę sensownie wyjaśnione), a język jest klarowny i nieprzytłaczający.

Dla mnie to książka idealna dla każdego, kto choć raz zadał sobie pytanie: a co jeśli to wszystko działa inaczej, niż myślimy? Albo: czy naprawdę jesteśmy w stanie pojąć skalę tego, co nas otacza?

Clegg nie daje prostych odpowiedzi. I bardzo dobrze - bo tu nie o odpowiedzi chodzi, a o świadomość skali niewiedzy, która napędza największe naukowe przełomy. Zresztą, autor uczciwie przedstawia nie tylko dominujące teorie, ale też alternatywy (jak choćby MOND, czyli zmodyfikowaną dynamikę newtonowską), nie popadając w zachwyty ani nad jednym, ani drugim.

To książka, którą można przeczytać jednym tchem albo na spokojnie, rozdział po rozdziale, robiąc notatki na marginesach i wyszukując potem nazwiska z bibliografii. I choć oryginał ma już kilka lat, tematyka nadal jest aktualna, bo, umówmy się, naukowcy wciąż nie ogarniają, czym dokładnie jest ciemna materia i ciemna energia.

Polecam, szczególnie jeśli interesuje Was kosmos, granice ludzkiej wiedzy i to poczucie… no wiecie, że jesteśmy całkiem malutcy wobec ogromu rzeczy, których nie rozumiemy. Ale to właśnie sprawia, że nauka jest taka fascynująca.

W nauce często bywa tak, że odkrywamy pewne rzeczy stopniowo. Wiedząc więcej, korygujemy wcześniejsze założenia, poprawiamy błędy, dopisujemy przypisy do przypisów. Ale co, jeśli powiem Wam, że istnieje dziedzina, w której mimo całych wieków badań jesteśmy w stanie opisać… zaledwie 5% wszechświata.

Clegg zabiera nas na wycieczkę po ciemnej stronie wszechświata - dosłownie....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Gdy dowiedziałam się dłuższy czas temu, że Lena Khalid pisze książkę o Saharze Zachodniej nie bede kłamać - książka ta stała się najbardziej wyczekaną premierą 2025 roku. A mamy dopiero luty 😂

Dlaczego? Zapraszam do pustynnego świata...

"Córki Chmur. O kobietach z Sahary Zachodniej" Lena Khalid @polka...

Czy ktoś z Was słyszał o Saharze Zachodniej? Ja pierwszy raz usłyszałam od Leny, gdy kilka lat temu trafiłam na jej profil. I zdałam sobie sprawę w jakiej bańce informacyjnej żyłam.

Sahara Zachodnia to terytorium o "nieustalonym statusie" i niezdolne do "samostanowienia". Tak przynajmniej mówią organizacje związane z prawem międzynarodowym. Jest to terytorium znajdujące się pod okupacją Maroka. Co za tym idzie, rdzenna ludność została albo zmarokanizowana, albo wysiedlona do obozów uchodźców, znajdujących się na terenie Algierii.

I na ten temat mogę pisać dalej, ale zachęcam do samodzielnego zgłębienia tematu. Dobrym początkiem będzie przeczytanie książki Leny. Oddała ona głos Saharyjkom, aby opowiedziały o swojej ojczyźnie, o trudnych doświadczeniach życia obozowego, o torturach, stracie i walce o wolność. Z punktu widzenia białego Europejczyka jest to książka brutalna i niezgodna z naszymi "oczekiwaniami". Ale bardzo potrzebna!

W książce przewija się temat tortur oraz wykorzystywania kobiet. Z naszej perspektywy "o Boże, co za bydło. Zachowania przemocowe są na porządku dziennym. Te kobiety nie znają normalności". Ale czym jest normalność?

Tak, bohaterki książki Leny nie raz doświadczają przemocy, szczególnie ze strony rodziny czy męża. Ale są to kobiety silne i tylko przeczytanie ich opowieści pozwoli to zrozumieć. Rozwód w kulturze europejskiej kojarzy się z porażką i stygmatyzuje kobiety. W kulturze Saharawi kobieta ma prawo zażądać rozwodu i wręcz zyskuje praw w społeczności!

"Potrzeba pięciu mężczyzn, aby dorównać jednej saharyjskiej kobiecie".

Kobiety, o których traktuje książka to kobiety odważne. To kobiety, które flirtują, śmieją się i noszą kolorowe, charakterystyczne malhfy. To kobiety, które oraganizują życie w obozach, rozdzielając obowiązki. Jedna miała pięciu mężów, a kolejna podjęła ryzyko i wyniosła się do Hiszpanii. To kobiety z jajami - jednej z bohaterek wyłupiono oko, a ona nadal buntowała się przeciwko marokańskiej okupacji. Bo Saharawi jest się w sercu i tego okupacja nie wymaże.

Jest to przejmująca książka. Niektóre historie są smutne lub przerażające. Niektóre dają nadzieję.🇪🇭 Dopóki czerń na fladze Saharawi góruje, dopóty walczą oni o niepodległość. I tego im życzę z całego serca.

Maenafiha. Salka. Aziza. Elghalia. Muna. Zaura. Fatimatou. Sultana. Omeima. I Lena, która im wszystkim oddała głos. Niech się niesie.

"Gdy obserwuję, co się dzieje na świecie, jak ignorowane są Jemen, Liban, Irak czy Palestyna, nabieram przekonania, że skoro im społeczność międzynarodowa nie tylko nie pomaga, ale jest współwinna ich sytuacji, z Sahrawi będzie jeszcze gorzej - mówi z goryczą. - Jeśli więc Palestyna nie może liczyć na ochronę, jak mielibyśmy na nią liczyć my? Nie, teraz już nie mam nadziei." Omeima Abdeslam

#SaharaLibre

Gdy dowiedziałam się dłuższy czas temu, że Lena Khalid pisze książkę o Saharze Zachodniej nie bede kłamać - książka ta stała się najbardziej wyczekaną premierą 2025 roku. A mamy dopiero luty 😂

Dlaczego? Zapraszam do pustynnego świata...

"Córki Chmur. O kobietach z Sahary Zachodniej" Lena Khalid @polka...

Czy ktoś z Was słyszał o Saharze Zachodniej? Ja pierwszy raz...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Szybko wciąga, ale to chyba jedyny plus tej historii.

Szybko wciąga, ale to chyba jedyny plus tej historii.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Plusy książki:
szybko wciąga i jest dobrym tłem do robienia innych rzeczy

Minusy książki:
język jest chyba jeszcze bardziej patusiarski niż w pierwszej części.
większość problemów zostałaby rozwiązana, gdyby bohaterowie sobie nie przerywali i rozmawiali szczerze zamiast snuć jakieś swoje intrygi, "myślałam że". Tryb "domyśl się" ewidentnie nie działa, a każda z postaci właśnie tego oczekuje.

Plusy książki:
szybko wciąga i jest dobrym tłem do robienia innych rzeczy

Minusy książki:
język jest chyba jeszcze bardziej patusiarski niż w pierwszej części.
większość problemów zostałaby rozwiązana, gdyby bohaterowie sobie nie przerywali i rozmawiali szczerze zamiast snuć jakieś swoje intrygi, "myślałam że". Tryb "domyśl się" ewidentnie nie działa, a każda z postaci...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pierwsza część była miodem na moje inżynierskie serduszko. Druga część... rozczarowaniem. Przytulność, pluszowość i suchary kupiły mnie w pierwszej część, a w drugiej niestety nie urzekły.
Mogę powiedzieć, że im dalej w las tym było lepiej - rozdziały o Trupie, tytułowym gofrze, śwince morskiej oraz gościnny o stylometrii czytałam z przyjemnością. Reszta niestety do mnie nie trafiła kompletnie.

Pierwsza część była miodem na moje inżynierskie serduszko. Druga część... rozczarowaniem. Przytulność, pluszowość i suchary kupiły mnie w pierwszej część, a w drugiej niestety nie urzekły.
Mogę powiedzieć, że im dalej w las tym było lepiej - rozdziały o Trupie, tytułowym gofrze, śwince morskiej oraz gościnny o stylometrii czytałam z przyjemnością. Reszta niestety do mnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Wystawianie oceny 1* książce, której premiera jest planowana za prawie miesiąc jest poniżej krytyki. Ale, wystawianie 10* też takie jest.
Mam apel do autorki, aby poza negatywnymi ocenami pokazała również że są wystawiane te "pozytywne" i zaapelowała do swoich fanek, że jest to nieuczciwe w tym momencie. Chyba że 10 można dawać, ale jedynek nie, ale tę hipokryzję zostawię do rozważenia każdemu. ;)

Wystawianie oceny 1* książce, której premiera jest planowana za prawie miesiąc jest poniżej krytyki. Ale, wystawianie 10* też takie jest.
Mam apel do autorki, aby poza negatywnymi ocenami pokazała również że są wystawiane te "pozytywne" i zaapelowała do swoich fanek, że jest to nieuczciwe w tym momencie. Chyba że 10 można dawać, ale jedynek nie, ale tę hipokryzję zostawię...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jak udowodnić niedowiarkom iż chemia nas otacza i nie jest to wydumana nauka?

"7 cząsteczek", Dawid Myśliwiec.

Zaczniemy od tego, że recenzja nie będzie długa. Im bardziej podoba mi się książka, tym mniej mam do powiedzenia i tak jest w tym przypadku.

Czy dzięki temu uznałabym to za genialną pozycję jak wielu recenzentów przede mną? Cóż, niekoniecznie. Do genialności niestety jej daleko. Ale jest to niesamowita lektura, gdy z chemią nie macie doczynienia oraz bardzo dobra, gdy jesteście chemikami i przymknięcie oko na pewne błędy.

7 cząsteczek to motyw przewodni książki, opowiadającej o 7 grupach związków, które zrewolucjonizowały chemię. Podróż zaczynamy od produkcji amoniaku, a z panem Haberem widzimy się również w kolejnym rozdziale na temat gazów bojowych. W kolejnych rozdziałach czytamy o kofeinie, zatruciach związkami rtęci, materiałach wybuchowych, antybiotykach i freonach.

Myśliwiec pokazuje dwa oblicza chemii - to o którym chcielibyśmy mówić zawsze, czyli leczące, ubierające i żywiące. Samo dobro. Natomiast, nie możemy zapomnieć że najgorsze substancje chemiczne, które używane są w celach bojowych, miały swoje źródło w niewinnych barwnikach czy innych materiałach. Ten, który wymyślił metodę syntezy amoniaku, dzięki której rozwinął się współczesny przemysł azotowy, wynalazł również Cyklon A - pestycyd, który został przemianowany na Cyklon B a wszyscy wiemy jak złą sławę zyskał. Z jednej strony mamy rozwój antybiotyków i leczenia chorób dotąd śmiertelnych, a zaraz potem pojawia się antybiotykooporność.

Mimo, że Dawid jest świetnym mówcą i pisarzem całkiem niezłym (Przepis na człowieka to genialna pozycja) tak tutaj, dygresje, wtrącenia, uwagi czasami były zbyt rozwleczone. Dobre do filmików, nie do książki popularnonaukowej. Poza tym, nie obyło sie bez błędów. Rozumiem, że dla laika istnieje coś takiego jak PCV, czyli poli(chlorek winylu), natomiast poprawnym skrótem tej nazwy jest PVC z angielskiej nazwy polimeru lub PChW/PCW gdy mowa o języku polskim.
Druga sprawa to amoniak. W tekście pojawia się, że amoniak w warunkach normalnych jest cieczą. Cóż, temperatura wrzenia amoniaku to -33°C. Oznacza to, że w warnkach normalnych (ciśnienie 1 atm i temperatura = 0°C) amoniak jest gazem. Gdyby był cieczą, to wycieki amoniaku w zakładach azotowych nie stanowiłyby realnego zagrożenia. Zresztą, kto kiedykolwiek wdychał amoniak wie że do przyjemnych on nie należy, a w dużych stężeniach jak przy wycieku z rurociągu, błyskawicznie zamienia się w gaz, który ma dużo większe "pole rażenia" niż jego ciekła postać. Czasem miała wrażenie, że Dawid zapomniał co pisał 😅 w tekście pojawiło się (tuż przy amoniaku w stanie ciekłym dlatego pamiętam) kilka informacji o saletrze amonowej. Pojawiło się w przypisie wyjaśnienie czym są saletry: "Saletra to zwyczajowe określenie azotanów(V). Saletra potasowa (wykorzystywana do peklo- wania mięsa) jest więc niczym innym jak azotanem(V) amonu." Saletra potasowa to azotan(V) potasu. Natomiast, druga sprawa to taka, że saletry to określenie konkretnych azotanów(V). Nie istnieje coś takiego jak saletra miedziowa, mimo że azotan(V) miedzi(II) jest całkiem popularną solą (dzięki Kamil za analogię, bo na to nie zwróciłam uwagi aż takiej jak na zamienienie nazw związków).
I usprawiedliwienie że: "nikt nie czyta przypisów" jest w mojej opinii słabe. Jestem ciekawa, czy osoby ogarniające chemię organiczną wyłapałyby jakieś inne błędy.

Moja ocena: 9/10 blabladorów.

Jak udowodnić niedowiarkom iż chemia nas otacza i nie jest to wydumana nauka?

"7 cząsteczek", Dawid Myśliwiec.

Zaczniemy od tego, że recenzja nie będzie długa. Im bardziej podoba mi się książka, tym mniej mam do powiedzenia i tak jest w tym przypadku.

Czy dzięki temu uznałabym to za genialną pozycję jak wielu recenzentów przede mną? Cóż, niekoniecznie. Do genialności...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Książka o ciąży Michał Lipa, Nicole Sochacki-Wójcicka
Ocena 5,3
Książka o ciąży Michał Lipa, Nicole Sochacki-Wójcicka

Na półkach:

Są dużo lepsze książki na temat ciąży skierowane do przyszłych rodziców.
Tak samo jak są lepsze podręczniki dla osób związanych z medycyną.

Na wielki minus brak jakiejkolwiek bibliografii. Nawet wytyczne PTGiN wypadałoby umieścić w przypisach.

Są dużo lepsze książki na temat ciąży skierowane do przyszłych rodziców.
Tak samo jak są lepsze podręczniki dla osób związanych z medycyną.

Na wielki minus brak jakiejkolwiek bibliografii. Nawet wytyczne PTGiN wypadałoby umieścić w przypisach.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

"Nasze prawdziwe osobowości są głęboko ukryte w tych fałszywych." Czyli opowieść o dojrzewaniu, odkrywaniu siebie, poszukiwaniu celu w życiu.

Bliźnięta, Noah i Jude są od zawsze razem, nierozłączni od poczęcia (poza jednym razem). Ona artysta, ona niespokojna dusza, która myśli że nie jest dość dobra. Wszystko zmienia się, gdy w ich życiu dochodzi do niespodziewanego przewrotu a ci prawie czternastolatkowie muszą się z tym zmierzyć. Sami, ale nie do końca sami.

Powieść jest podzielona na dwie części, które się przeplatają. Noah opowiada o Niewidzialnym Muzeum, natomiast Jude o Historii Szczęścia. Jednak, niech Was nie zmylą tytuły - obie te historie są pełne miłości, smutku, strachu i poczucia winy. Uczucia te towarzyszą naszym bohaterom praktycznie od samego początku, tylko w różnych proporcjach. Kluczem jest to, aby znaleźć pomiędzy nimi balans i nie pozwolić obezwładnić się jeden z emocji.

Z racji, że historie bohaterów występują w książce na przemian, polecam najpierw przeczytać część Noah a następnie Jude - pozwala to jeszcze bardziej wejść w świat bohaterów i zrozumieć, dlaczego postępują tak a nie inaczej.

"Albo pływasz, albo toniesz, takie jest życie."

Gdybym miała określić tę książkę jednym wyrażeniem to byłoby to: "księga cytatów". Po raz pierwszy bardzo wiele myśli we mnie uderzyło, weszło pod skórę i uwiło sobie tam gniazdo, którego nie chcą opuścić. Co za tym idzie, jest to opowieść pełna ciepła ale i melancholijna. Może być bezpieczną przystanią dla nastolatków, a także impulsem do szaleństwa w życiu.

"Musisz dostrzec cuda, żeby się działy cuda."

I te cuda są w tej książce widoczne a jednocześnie głęboko ukryte. Czytając uważnie, zauważymy pewne klamry, podobieństwa, drugie dno.

Mimo, że powieść skierowana jest raczej do młodzieży, to jako studentka miałam dużo frajdy czytając ją. Jednak, z racji wieku, pewne teksty brzmiały dla mnie jak oderwane od rzeczywistości i często zastanawiałam się "czy naprawdę nastolatkowie tak mówią?". To już ten moment "za moich czasów".

Podsumowując, książkę polecam - jest to jedna z ciekawszych propozycji wydawniczych w ostatnim czasie. Natomiast, nie wiem czy bardziej jest ona dla dorosłych, czy jednak młodzieży. Skłaniałabym się ku tej pierwszej opcji.

"Nasze prawdziwe osobowości są głęboko ukryte w tych fałszywych." Czyli opowieść o dojrzewaniu, odkrywaniu siebie, poszukiwaniu celu w życiu.

Bliźnięta, Noah i Jude są od zawsze razem, nierozłączni od poczęcia (poza jednym razem). Ona artysta, ona niespokojna dusza, która myśli że nie jest dość dobra. Wszystko zmienia się, gdy w ich życiu dochodzi do niespodziewanego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trudno powiedzieć co sadze o tej książce. Może być chyba najbardziej tu pasuje. Pierwsze historie poprawne, reszta już naciągana - ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Trudno powiedzieć co sadze o tej książce. Może być chyba najbardziej tu pasuje. Pierwsze historie poprawne, reszta już naciągana - ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Legenda o popiołach i wrzasku Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska
Ocena 4,9
Legenda o popiołach i wrzasku Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska

Na półkach:

Jako dwie osobne historie - północ 7/10, południe mniej niż zero. Jako jedna powieść - marne dwie gwiazdki. Głównie dlatego, że odtwórczość bije z tej książki na potęgę. Mamy Zakon Drzewa Pomarańczy, Cień i Kość, trochę Gry o Tron i Czerwonej Królowej a do tego Czarnego Maga, Zaklinacza oraz Klejnot. Czytałam i przy większości rozdziałów miała "ale to już byłoooo".
Dodatkowa drama z niedokończoną wersją jeszcze bardziej na minus.

Jako dwie osobne historie - północ 7/10, południe mniej niż zero. Jako jedna powieść - marne dwie gwiazdki. Głównie dlatego, że odtwórczość bije z tej książki na potęgę. Mamy Zakon Drzewa Pomarańczy, Cień i Kość, trochę Gry o Tron i Czerwonej Królowej a do tego Czarnego Maga, Zaklinacza oraz Klejnot. Czytałam i przy większości rozdziałów miała "ale to już...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to