Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marta Tadych 
zaczytana-dolina.blogspot.com
Książki to jedyny nałóg, jaki warto posiadać - nie wchodzi w biodra, nie psuje zębów, nie powoduje poważnych chorób. Zapraszam na mojego bloga! :)
30 lat, kobieta, Bydgoszcz, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 5 cytatów, ostatnio widziana 3 dni temu
Teraz czytam
  • Alicja w Krainie Czarów. Po drugiej stronie lustra
    czytelników: 44 | opinie: 1 | ocena: 8,25 (16 głosów)
  • Mroczne zakamarki
    Mroczne zakamarki
    Autor:
    W Fayette, prowincjonalnym miasteczku w Pensylwanii, na każdym kroku czają się ponure tajemnice. Tessa, która wyjechała stąd w dzieciństwie, cały czas starała się nie myśleć o tym, co wydarzyło się ta...
    czytelników: 116 | opinie: 2 | ocena: 7 (5 głosów)
  • Ognisty krzyż
    Ognisty krzyż
    Autor:
    Jest rok 1770. Claire i Jamie rozpoczynają życie na dzikich terenach Północnej Karoliny. Claire jest lekarką i ze swoją dwudziestowieczną wiedzą medyczną musi teraz leczyć bez antybiotyków, szczepione...
    czytelników: 1530 | opinie: 41 | ocena: 7,25 (348 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-09-25 18:08:22
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Autor:
 
2017-09-25 03:08:45
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Autor:
Cykl: Trylogia Czasu (tom 2)
 
2017-09-19 23:43:38
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-09-19 23:42:44
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-09-19 23:41:41
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Second Circle Tattoos (tom 1)
 
2017-09-19 23:40:41
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Consolation Duet (tom 1)
 
2017-09-13 23:19:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Cykl: William Wisting (tom 2) | Seria: Mroczny zaułek

Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać pierwszy tom przygód komisarza Williama Wistinga. „Kluczowy świadek” był całkiem niezłym kryminałem, dlatego też z chęcią sięgnęłam po jego kontynuację. Jak na jego tle wypadła powieść „Felicia zaginęła”? Czy i tym razem lektura była satysfakcjonująca?
(...)
„Kluczowy świadek” był debiutem Horsta i choć nie był on pozbawiony wad, ostatecznie okazał się...
Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać pierwszy tom przygód komisarza Williama Wistinga. „Kluczowy świadek” był całkiem niezłym kryminałem, dlatego też z chęcią sięgnęłam po jego kontynuację. Jak na jego tle wypadła powieść „Felicia zaginęła”? Czy i tym razem lektura była satysfakcjonująca?
(...)
„Kluczowy świadek” był debiutem Horsta i choć nie był on pozbawiony wad, ostatecznie okazał się całkiem niezłym kryminałem. W porównaniu z nim „Felicia zaginęła” podobała mi się zdecydowanie bardziej. Sprawa kryminalna, a raczej sprawy, jakimi tym razem zajął się komisarz Wisting, były o wiele bardziej złożone, a co za tym idzie, o wiele ciekawsze, aniżeli tajemnicza śmierć emeryta z poprzedniego tomu.

Przed komisarzem stoi zagadka śmierci zaginionej przed laty Felicii oraz sprawa zaginięcia Andrei. Oba śledztwa są wyścigiem z czasem. Z jednej strony Wisting musi spróbować rozwikłać sprawę z przeszłości, zanim ulegnie ona przedawnieniu, a morderca uniknie zasłużonej kary, z drugiej zaś wie, że czas działa na niekorzyść zaginionej dziewczyny, a szanse na odnalezienie jej żywej maleją z każdym dniem. Uciekający czas buduje tutaj aurę napięcia i oczekiwania, która jest niewątpliwym atutem tej powieści. Trudno się od niej oderwać, kiedy człowieka dręczy ciekawość tego, czy bohaterowi uda się wygrać z czasem i wykryć mordercę sprzed lat oraz odnaleźć zaginioną Andreę.

Przy „Kluczowym świadku” narzekałam na to, że tempo akcji i samo śledztwo toczyły się jakoś tak zbyt spokojnie. Tym razem na szczęście nie mogłam się już do tego przyczepić, bo w tym tomie policjanci muszą zdecydowanie mocniej zaangażować się w oba śledztwa, by móc popchnąć je naprzód. Śledczy co rusz przemieszczają się, by przesłuchiwać świadków, zbierać dowody, sprawdzać tropy czy konfrontować nowe dowody z wcześniej uzyskanymi informacjami. Skrupulatnie zbierają elementy zagadki w całość, ale nie jest to łatwe zadanie, kiedy wokół obu spraw mnożą się tajemnice i pytania, a niektóre z tropów prowadzą w ślepe zaułki i każą im zrobić dwa kroki wstecz. Jørn Lier Horst stworzył naprawdę intrygującą układankę, która mocno angażuje uwagę czytelnika.

Lekki styl autora i ciekawie pomyślana intryga sprawiają, że jego powieść czyta się z przyjemnością. Książka naprawdę wciąga, jednak i w stosunku do niej mam jedno „ale”. Obie sprawy zaczęły się zagadkowo, przystąpiono do śledztwa i powoli zaczęto odkrywać pewne fakty, jednak w którymś momencie poczułam, że za dużo dziwnych zbiegów okoliczności zaczyna tutaj wypływać na wierzch, przez co dosyć szybko wpadłam na trop, którym autor chciał poprowadzić fabułę powieści. Gdzieś po przeczytaniu ćwierci książki wiedziałam już, kto stoi za śmiercią Felicii oraz jaki był jego motyw, równie szybko udało mi się domyślić także, dlaczego Andrea zniknęła. Jak się potem okazało, nie pomyliłam się, mimo iż po drodze pewne zdarzenie na chwilę zachwiało moją teorią. To na szczęście nie ujęło wiele z przyjemności płynącej z lektury. Czytałam, zastanawiając się, jak bliska jestem prawdy i jaką ewentualnie drogą dojdzie do takiego finału. Pozbawiłam się, co prawda, elementu zaskoczenia zakończeniem, ale pewne zaskakujące zwroty akcji samej powieści mi to wynagrodziły.

„Felicia zaginęła”, mimo małego „ale”, okazała się całkiem satysfakcjonującym kryminałem. Za mną dwie części przygód Williama Wistinga i, jak sądzę, to początek dłuższej przyjaźni z tą postacią. Na pewno sięgnę po kolejne tomy, bo Jørn Lier Horst pisze tak, że po prostu chce się to czytać. Polecam!

http://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/09/felicia-zaginela-jorn-lier-horst.html

pokaż więcej

 
2017-09-12 07:45:52
Ma nowego znajomego: MałaPisareczka
 
2017-09-07 22:08:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam

Przeczytałam każdą do tej pory powieść napisaną przez Augustę Docher, tak więc nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się również z jej najnowszą książką. Sięgając po „Najlepszy powód, by żyć”, nie przypuszczałam nawet, że oto właśnie trafię na powieść, w której opisane są moje własne obawy, że będzie to coś, co będzie miało dla mnie tak osobisty przekaz.
(...)
Narratorami w powieści...
Przeczytałam każdą do tej pory powieść napisaną przez Augustę Docher, tak więc nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się również z jej najnowszą książką. Sięgając po „Najlepszy powód, by żyć”, nie przypuszczałam nawet, że oto właśnie trafię na powieść, w której opisane są moje własne obawy, że będzie to coś, co będzie miało dla mnie tak osobisty przekaz.
(...)
Narratorami w powieści są Dominika i Marcel. Historia Dominiki zaś dzieli się na „przedtem”, które opisuje jej życie od wypadku do chwili spotkania braci Leśniewskich, oraz „teraz”, w którym opisane są wydarzenia rozgrywające się już po ich spotkaniu. Zarówno czas akcji, jak i poszczególne narracje mieszają się ze sobą i trudno przewidzieć, kto tym razem będzie naszym przewodnikiem w części rozgrywającej się obecnie, bądź kiedy dokładnie rozgrywają się wydarzenia z „przedtem”, gdy zaczyna się nowy rozdział, jednak cała opowieść stanowi spójną całość i bez problemu można się w niej odnaleźć.

„Najlepszy powód, by żyć” to poruszająca opowieść o życiu po wypadku, który kompletnie zniszczył poczucie własnej wartości młodej dziewczyny. Ogień na zawsze zmienił ciało Dominiki. Blizny już zawsze będą przypominały jej o tej tragicznej chwili i bólu, który musiała znieść, by jakoś dojść do siebie. Wypadek zmienił także jej duszę i okaleczył ją podobnie jak jej skórę. Dominika boi się, że ze względu na to, jak wygląda, zostanie odrzucona, że nikt jej nie zaakceptuje i nie pokocha. Wybudowała wokół siebie szczelny mur. Nie chce cierpieć z powodu odrzucenia, więc woli uniknąć ewentualnego rozczarowania i bólu, ale w ten sposób nie doświadczy także niczego dobrego. Zamykając się na to, co może wydarzyć się złego, zamyka się także na to, co dobrego mogłoby ją spotkać. Nie potrafi jednak inaczej, bo tak bardzo boi się podjąć ryzyka. Świetnie ją rozumiem. Dominika ma w sobie coś z tego, co sama znajduję w sobie. Czytając jej historię czułam się tak, jakby Augusta Docher zajrzała do mojej duszy, zaczerpnęła z niej pewne motywy i obnażyła w swojej powieści moje największe obawy. Nie przypuszczałabym, że tak osobiście odbiorę tę opowieść. Trafiła ona do mnie jak żadna z wcześniejszych książek tej autorki. W moim odczuciu jest to jej najlepsza powieść.

„Najlepszy powód, by żyć” to przede wszystkim jej bohaterowie. Oboje zyskali moją sympatię, choć przyznać muszę, że Marcela nie polubiłam od razu. Początkowo jego podejście do życia i innych ludzi oraz towarzystwo, w jakim się obracał, nie przemawiały za nim. Wytrwale pracował na to, by mieć w rodzinie Leśniewskich opinię czarnej owcy. Niejasne wydawały mi się także jego motywacje, dla których chciał się zbliżyć do Dominiki. Z czasem jednak, im lepiej go poznawałam, tym coraz bardziej go lubiłam, aż ostatecznie skradł on moje serce zupełnie. Dominika zaś, przez to iż w pewnym stopniu mogłam się z nią utożsamiać, od razu zyskała moją sympatię. Autorka oczarowała mnie tym, jaką relację zbudowała między bohaterami swojej powieści. Oboje wzajemnie dopingują się do tego, by wyjść poza to, kim są na początku i nawzajem wyzwalają w sobie to, co najlepsze.

Książka naprawdę wciąga. Lekki styl i porywająca opowieść sprawiają, że trudno się od niej oderwać. Augusta Docher zabrała mnie we wzruszającą i jednocześnie przepełnioną pozytywną energią podróż, obfitującą w emocje i zaskakujące zdarzenia. Spędziłam przy tej powieści kilka naprawdę przyjemnych godzin i nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Może poza jednym: jak można zakończyć w takim momencie?! ;)

„Najlepszy powód, by żyć” to piękna opowieść o tym, że najważniejsze jest to, kim jesteśmy jako ludzie, co sobą reprezentujemy, jakie jest nasze wnętrze. To historia o tym, że o wartości człowieka nie stanowi to, jak on wygląda, bo wygląd może diametralnie zmienić się w jednej chwili. To także opowieść o tym, że każdy zasługuje na miłość, nawet jeśli wydaje mu się, że nie jest tego wart.

Jeśli lubicie powieści poruszające niełatwe tematy, poszukujecie książki nastrajającej pozytywnie, macie ochotę przeczytać coś pełnego emocji i nadziei, to jest to pozycja dla Was. Polecam!

http://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/09/najlepszy-powod-by-zyc-augusta-docher.html

pokaż więcej

 
2017-09-05 19:08:39
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać, Posiadam
 
2017-08-30 19:16:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Autor:

Lubię książki, których akcja rozgrywa się na amerykańskim południu, dlatego „Skrzywiona litera” od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Okładka książki obiecuje doskonały kryminał, naznaczony pełnym grozy klimatem amerykańskiego południa i wyróżniający się genialną narracją oraz niezapomnianymi postaciami. A jak jest w rzeczywistości?

Niewielkie, spokojne miasteczko Amos w stanie Missisipi....
Lubię książki, których akcja rozgrywa się na amerykańskim południu, dlatego „Skrzywiona litera” od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Okładka książki obiecuje doskonały kryminał, naznaczony pełnym grozy klimatem amerykańskiego południa i wyróżniający się genialną narracją oraz niezapomnianymi postaciami. A jak jest w rzeczywistości?

Niewielkie, spokojne miasteczko Amos w stanie Missisipi. Rzadko tutaj wybuchają skandale, ostatni miał miejsce dwadzieścia lat temu, kiedy nastoletnia Cindy Walker zniknęła bez wieści po randce z Larrym Ottem. Nigdy niczego mu nie udowodniono, ale miejscowa społeczność osądziła go i skazała na życie w wykluczeniu.
Teraz, dwadzieścia lat później, miasteczkiem wstrząsają trzy wydarzenia. Ginie kolejna nastolatka, zostaje zamordowany miejscowy handlarz narkotyków oraz ktoś napada na Otta i tylko szczęśliwe zrządzenie losu sprawia, że mężczyźnie udaje się przeżyć. Te trzy zagadkowe sprawy stara się rozwikłać Silas Jones, jedyny stróż prawa w Amos. On i Larry mają wspólne tajemnice. Nikt nie wie, że w czasach, kiedy ciągle jeszcze obecne były podziały rasowe, tych dwoje – białego Larry'ego i czarnoskórego Silasa – łączyła przyjaźń.

„Skrzywiona litera” miała być doskonałym kryminałem, ale czy takim rzeczywiście była? Nie powiedziałabym. Owszem, mamy tutaj trzy (a nawet cztery, jeśli liczyć zaginięcie Cindy) sprawy kryminalne, ale powieść, przynajmniej w moim odczuciu, bardziej skupia się na przeszłości i niegdyś łączącej bohaterów przyjaźni oraz samotności i wyobcowaniu Larry'ego, aniżeli na wyjaśnieniu spraw kryminalnych. Same zaś sprawy nie wydają się tak skomplikowane, by czytelnik nie dał rady odgadnąć, kto za nimi stoi. Ja bez problemu to odgadłam. Czy zatem oznacza to, że Skrzywiona litera nie jest warta tego, by poświęcić jej czas? Otóż nie, bo właśnie problemy, które w swojej książce porusza Tom Franklin, stanowią o jej wartości. To poruszająca powieść o uprzedzeniach, podziałach rasowych, ostracyzmie, tchórzostwie i odwadze.

W powieści miesza się ze sobą teraźniejszość Silasa oraz przeszłość Larry'ego. Powoli odkrywamy, co kiedyś łączyło obu mężczyzn i dlaczego ich drogi się rozeszły, poznajemy także smutne losy Larry'ego, który przez lata żył z piętnem mordercy, przez co został wyrzucony poza nawias społeczeństwa. Im bardziej zagłębiałam się w jego historię, tym coraz mocniej mu współczułam. Larry jest samotny, poniżany, osądzony przez wszystkich, towarzyszem jego codzienności są książki, a jego jednym marzeniem jest mieć prawdziwego przyjaciela. Silas, mogłoby się zdawać, przeszłość i tym samym przyjaźń z Larrym zostawił za sobą. Prowadząc śledztwo, powraca jednak do tego, co było i, chcąc nie chcąc, poznaje Larry'ego na nowo. Odkrywa rzeczy, o których nie miał pojęcia i przechodzi przemianę. Opis z okładki w kwestii bohaterów nie kłamał. To niezapomniane postacie.

Książka ujęła mnie klimatem amerykańskiego południa, choć wbrew temu, co napisane jest na okładce, grozy tutaj nie znalazłam. Tom Franklin świetnie oddał klimat małego miasteczka, w którym wszyscy wszystkich znają, gdzie plotki rozchodzą się lotem błyskawicy, a raz nadszarpniętą reputację trudno odbudować. To także miejsce, w którym niegdyś podziały rasowe były mocno nakreślone i gdzieś czasem nadal przebrzmiewają ich echa.

A jak z tą genialną narracją? Tutaj przyznam rację. Tom Franklin potrafi oczarować czytelnika. Mimo iż tematyka książki do najlżejszych nie należy, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością, a odkrywanie tajemnic bohaterów wciąga bez reszty. Mnie ta książka mocno porwała i nie było łatwą przerwać jej lekturę.

„Skrzywiona litera” to dobra powieść, choć jako typowy kryminał może nieco rozczarować. W pewnym stopniu, przez podziały rasowe, obecny w niej ostracyzm i wykluczenie, podobna jest do „Zabić drozda”, którą po prostu uwielbiam, więc chyba nie było możliwości, by taka powieść mi się nie spodobała. Jeśli poszukujecie lektury poruszającej wspomniane wyżej problemy, zdecydowanie ją Wam polecam.

http://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/09/skrzywiona-litera-tom-franklin.html

pokaż więcej

 
2017-08-25 08:30:46
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-08-22 20:46:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Autor:
Cykl: Troje (tom 2)

Powieść „Troje” zrobiła na mnie spore wrażenie i bardzo mnie wciągnęła. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po „Dzień czwarty”. Co prawda jest to kontynuacja „Trojga”, ale obie te książki są ze sobą tak swobodnie powiązane, że spokojnie można przeczytać ją bez znajomości jej poprzedniczki.

To miał być przyjemny rejs noworoczny. Pasażerowie mieli świętować Nowy Rok na pokładzie...
Powieść „Troje” zrobiła na mnie spore wrażenie i bardzo mnie wciągnęła. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po „Dzień czwarty”. Co prawda jest to kontynuacja „Trojga”, ale obie te książki są ze sobą tak swobodnie powiązane, że spokojnie można przeczytać ją bez znajomości jej poprzedniczki.

To miał być przyjemny rejs noworoczny. Pasażerowie mieli świętować Nowy Rok na pokładzie „Pięknego Marzyciela”, luksusowego statku wycieczkowego, a potem zawinąć do portu. Coś jednak poszło nie tak i statek uległ awarii, która zatrzymała jego silniki i pozbawiła go łączności radiowej ze światem. Początkowo wszyscy mają nadzieję, że to tylko nieduża usterka, która szybko zostanie naprawiona. Czas jednak mija, a sytuacja wcale się nie poprawia. Pomoc nie nadchodzi, a na statku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Ginie młoda kobieta, a niektórzy pasażerowie i członkowie załogi widzą i słyszą rzeczy, których nie ma. Atmosfera robi się coraz gęstsza, załoga zaś zbywa pasażerów i nie udziela konkretnych odpowiedzi. Czemu nikt nie przychodzi im z pomocą? Co naprawdę stało się ze statkiem? Jak zachowają się ludzie w obliczu kryzysu? Tego dowiecie się z lektury książki.

Zanim cokolwiek napiszę o samej powieści, niewielkie ostrzeżenie. Wewnątrz tylnej okładki znajduje się opis fabuły, choć bliższym prawdziwy byłoby określenie „streszczenie”. Radzę nie zagłębiać się w to, co jest tam napisane, bo opis ten zdradza praktycznie większość książki i, co gorsza, sugeruje jej zakończenie! Jeśli nie chcecie zepsuć sobie przyjemności z lektury i pozbawić elementu zaskoczenia, lepiej nie zaglądajcie tam wcale. To jeden wielki spoiler i aż dziwię się, że ktoś mógł w ogóle coś takiego zrobić czytelnikom. To karygodne!

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, większa część to zwyczajowa powieść z opisami, dialogami i narracją trzecioosobową, druga część zaś, zdecydowanie mniejsza, ma podobną konstrukcję jak „Troje” – jest to zbiór sprawozdań i zapisów przesłuchań. Akcja powieści skupia się na losach kilku bohaterów, z perspektywy których obserwujemy rozgrywające się na statku wydarzenia. Maddie jest asystentką znanej medium, Celine del Ray, będącej jedną z atrakcji rejsu. Dziewczyna pracuje dla niej, choć uważa ją za oszustkę. Althea pracuje w obsłudze statku. Marzy o tym, by dostać awans, dlatego starannie przykłada się do powierzonych jej obowiązków. Gary wypłynął w rejs z żoną, ale prawdziwym jego celem było wyhaczenie kolejnej młodej dziewczyny, którą mógłby otumanić i zgwałcić. Tym razem jednak coś poszło nie tak i dziewczyna zmarła. Jeśli go złapią, czeka go odsiadka. Devi pracuje w ochronie statku. Chce wykryć sprawcę śmierci młodej pasażerki, jednak jego przełożony wolałby wyciszyć sprawę, bo i bez trupa na pokładzie linie Foveros mają już nadszarpniętą opinię. Helen i Elise to dwie starsze wdowy zmęczone życiem w pojedynkę. W rejs wybrały się, by wspólnie popełnić samobójstwo. Jesse to okrętowy lekarz, który zatrudnił się na statku, by uciec od przeszłości i narkotyków. Xavier to bloger, który znalazł się na statku, by zdemaskować oszustwa Celine del Ray. Taką właśnie mieszankę osobowości i ludzkich losów zaserwowała nam autorka.

Powieść jest przepełniona aurą tajemnic i oczekiwania. Kilka rzeczy sprawiło, że czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Byłam ciekawa tego, co stało się ze statkiem i jak będzie rozwijała się jego sytuacja – co może się wydarzyć w dalszej kolejności; jakie niedogodności mogą jeszcze wyniknąć z awarii statku; czy przybędzie jakakolwiek pomoc; czemu nikt jeszcze nie sprawdził, dlaczego statek nie dopłynął do celu? Niewątpliwie ciekawe było także obserwowanie reakcji pasażerów i załogi na powiększający się kryzys i chaos – czy uda im się zachować panowanie nad sobą, czy też dadzą się ponieść emocjom; czy na pokładzie wybuchnie jakiś konflikt; czy w obliczu pogarszającej się sytuacji ludzie zachowają swoje człowieczeństwo, czy też upadną wszelkie zasady i normy zachowania? Pytań było naprawdę sporo i przez nie trudno było mi się oderwać od książki, choć tempo jej akcji zbyt dynamiczne raczej nie było. Dodatkowo moje zainteresowanie książką podsycały paranormalne wydarzenia, które okraszały całą opowieść dreszczykiem. Co prawda kiedy przeczytało się Troje, można domyślić się ich wyjaśnienia, ale nie oznacza to, że zakończenie pozbawione jest elementu zaskoczenia. Wręcz przeciwnie. Nie tylko było ono zaskakujące, ale też sprawiło, że nieco inaczej spojrzałam również na zakończenie „Trojga”. Mówiąc najprościej, pani Lotz sprawiła, że musiałam zbierać szczękę z podłogi.

Na koniec muszę znowu ponarzekać trochę na wydanie. Ach, ta okładka... Podobnie jak w przypadku „Trojga”, jest ona miękka i strasznie cienka, przez co jej rogi na pewno prędzej czy później zaczną się zaginać, a przecież nikt nie lubi, jak książka wygląda nieestetycznie.

„Dzień czwarty” zasługuje na to, by go poznać. Dlaczego? Te tajemnice, ten dreszczyk, to oczekiwanie na to, co się wydarzy i przede wszystkim spektrum ludzkich zachowań w obliczu narastającego kryzysu. Dlatego właśnie warto. Polecam!

https://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/08/dzien-czwarty-sarah-lotz.html

pokaż więcej

 
2017-08-22 02:40:54
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Cykl: Dance, sing, love (tom 1) | Seria: Editio Red

Czasem zdarza mi się trafić na książkę, której lektura ma niewiele wspólnego z przyjemnością. Mimo iż męczę się podczas czytania, staram się dotrwać do końca. Po cichutku (naprawdę bardzo, bardzo cicho) liczę na to, że może jeszcze coś zmieni moją ocenę, że może jeszcze spojrzę na nią przychylnym okiem. Bardzo często nic z tego cichego liczenia nie wychodzi, ale przynajmniej mogę mieć pewność,... Czasem zdarza mi się trafić na książkę, której lektura ma niewiele wspólnego z przyjemnością. Mimo iż męczę się podczas czytania, staram się dotrwać do końca. Po cichutku (naprawdę bardzo, bardzo cicho) liczę na to, że może jeszcze coś zmieni moją ocenę, że może jeszcze spojrzę na nią przychylnym okiem. Bardzo często nic z tego cichego liczenia nie wychodzi, ale przynajmniej mogę mieć pewność, że oceniłam powieść dokładnie, bo przeczytałam ją do końca. Jeszcze nie trafiłam na taką książkę, której nie byłabym w stanie dokończyć. Aż do teraz. „Dance, sing, love. Miłosny układ” to pierwsza powieść, przez którą, mimo najszczerszych chęci, nie byłam w stanie przebrnąć. Tak więc nie będzie to recenzja pełnego dzieła, ale wytłumaczę się z tego, co nie pozwoliło mi rozprawić się z tą powieścią.

Livia Innocenti tańczy od dziecka. Taniec to jej pasja i praca. Dziewczyna należy do zespołu tanecznego, który ma towarzyszyć znanemu wokaliście w jego trasie koncertowej po Europie. Za Jamesem Sheridanem szaleją tłumy kobiet, ale Livia podchodzi do niego bez większych emocji. Podczas treningów w Rzymie, kiedy wreszcie ma okazję poznać go osobiście, przekonuje się, że James to facet, któremu sława uderzyła do głowy – to egoista przekonany o swojej wyższości, który wszystkich traktuje z góry. Irytuje ją jego aroganckie zachowanie, a na domiar złego jej szefowa wymyśliła układ, w którym Livia ma tańczyć z nim w duecie. Choć dziewczyna tego nie chce, pod wpływem bliskości Jamesa jej ciało zaczyna na niego reagować, a jej serce szybciej bije, gdy ten ją dotyka. Sprawy nie ułatwia fakt, że James zażyczył sobie, by Livia pokazała mu Rzym. Czy uda jej się zapanować nad uczuciami, czy też pozwoli im przejąć nad sobą kontrolę?

Początki, szczególnie prolog i może pierwsze dwa rozdziały, były nawet obiecujące. Rzeczywiście można było uwierzyć w to, że oto zaczyna się powieść, w której taniec i śpiew pełnią ważną rolę. Niestety, z czasem zarówno taniec, jak i śpiew zaczęły schodzić na coraz dalszy plan, a pierwsze skrzypce w książce zaczęła grać toksyczna relacja bohaterów. Szybko okazało się także, iż Dance, sing, love to nic innego jak fan fiction, w którym główne męskie postacie wzorowane są na Justinie Bieberze i Zaynie Maliku. Opisy wyglądu, jak i fakty z życia bohaterów nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Gdybym wcześniej o tym wiedziała, nie sięgnęłabym po tę książkę, bo po pierwsze obaj zupełnie mnie nie interesują, zarówno jako mężczyźni, jak i jako wokaliści, a po drugie czasy, kiedy czytywałam (i to sporadycznie) fan fiction o piosenkarzach dawno minęły i nie interesują mnie już kompletnie takie tematy.

Książka liczy sobie 528 stron, ale w ogromnych bólach dotrwałam tylko do strony dwusetnej. Dalej nie dałam rady. Książkę takiej grubości powinnam połknąć w ciągu około trzech dni, a te dwieście stron męczyłam przez tydzień. Zakładając, że takie tempo by się utrzymało, potrzebowałabym około dziesięciu dni, by zmęczyć ją do końca. Kiedy o tym myślałam, odechciewało mi się czytać książki w ogóle, nie tylko tę konkretną. Doszłam do wniosku, że to bez sensu, bo lektura powinna być przyjemnością, a nie drogą przez mękę i skoro między mną a powieścią nie pojawiła się „chemia” po przeczytaniu sporej części jej objętości, to nie ma co liczyć na to, że ta „chemia” w ogóle się pojawi, tym bardziej, że kierunek, w którym podążała jej fabuła nie zapowiadał się ciekawie.

No dobrze, co w takim razie sprawiło, że nie byłam w stanie przebrnąć przez „Dance, sing, love”? Od czego by tu zacząć? Bohaterowie to postacie totalnie irytujące.
James to arogancki i zadzierający nosa dupek. Niby zakochany jest w równie znanej piosenkarce, z którą jednak co rusz rozstaje się i schodzi. Mówi, że ją kocha, ale tego w ogóle nie czuć. Być może to z tego względu, że korzysta z każdej nadarzającej się okazji, by przelecieć chętną panienkę, a tych nie brakuje. Otaczają go tabuny fanek, których marzeniem jest spędzenie z nim nocy, a gdy tych akurat nie ma pod ręką, bo James występuje w przebraniu, wystarczy jego urok osobisty, by jakąś dziewczynę zaraz urobić. Nie dało się go polubić i kompletnie nie wiem, czemu Livia zaczęła cokolwiek do niego czuć.
Livia natomiast irytowała mnie jak mało która bohaterka literacka. Działało mi na nerwy jej częste wspominanie o tym, jak to swój za duży nos musi korygować, żeby go zmniejszyć, jak to James ją denerwuje, ale wszystko to przebiło jej zachowanie, gdy przebywała z nim sam na sam. Za każdym razem ostro przy tym piła i, co najśmieszniejsze, choć piła na potęgę, w ogóle się nie upijała, wszystko pamiętała i potrafiła po tym trzymać się na nogach. Livia często przypomina, jaką to mocną ma głowię i jak duże ilości wypitych trunków niewiele na nią działają. W pewnym momencie fabuła zaczęła się kręcić praktycznie wokół tego, co wspólnie wypijała z Jamesem. To właśnie był jeden z głównych powodów, dla którego ta książka mnie tak zmęczyła i postanowiłam ją sobie darować. No bo ile można czytać o chlaniu albo kacu? Autorka chyba ma niewielkie pojęcie o tym, jak alkohol i w jakich ilościach działa na szczupłą dziewczynę, która do tego nie je za dużo i często pije praktycznie na pusty żołądek. Jeśli jednak ma o tym pojęcie, to by oznaczało, że Livia musiała ostro trenować, by osiągnąć taką tolerancję na wypity alkohol. Oba przypadki stawiają w złym świetle albo całą książkę, albo samą jej bohaterkę. Ale może niech lepiej o treści zaświadczą cytaty:

Livia upija się w barze, do którego zabiera ją James:
„Desire wypiła jeszcze kilka drinków, a James cztery szklanki whisky. Później przestałam liczyć. Sama zresztą piłam nie mniej.
(...)
Po którejś szklance alkoholu z rzędu przestałam odczuwać ból nóg oraz zmęczenie.” (str. 45)

Livia idzie do baru po pierwszym z koncertów i znowu się upija:
„Co prawda przysięgałam na kacu, że nie tknę alkoholu przez miesiąc, ale to było wtedy. Obiecałam sobie, że tej nocy będę pić z umiarem, aby znowu nie doprowadzić się do tak żałosnego stanu.
(...)
Piłam drink za drinkiem, słuchając, jak Zafir rozmawiał z Sheridanem i próbował przemówić mu do rozsądku.
(...)
Dokończyłam piątego cosmopolitana i poklepałam w ramię Sheridana.
(...)
Alkohol sprawiał, że przyjemnie szumiało mi w głowie, jednak nie byłam pijana, tylko lekko wstawiona.” (str. 107-108)
Później Livia wypija jeszcze z Jamesem whisky i opróżnia ponad połowę butelki szampana, a potem, jakby tego było mało, wypalają wspólnie jointa.

Trasa trwa w najlepsze, a Livia z Jamesem zwiedzają wspólnie koncertowe miasta. Stałym punktem w ich programie jest upijanie się lokalnym trunkiem. Wspomnienia z Polski wyglądają tak:
„No i rzecz jasna próbowaliśmy alkoholi. Najlepsza była polska wódka, nawet James był nieźle wstawiony po jednej butelce 0,7. Ja zresztą też. Wódka była świetna, bo szybko działała, jak uznaliśmy, więc kupiliśmy kilka butelek na zapas. Często razem piliśmy, oczywiście ja unikałam alkoholu na dwa, trzy dni przed samym koncertem, żeby być w formie.” (str. 158-159)

Wizyta w Pradze zaś wygląda tak:
„Stare Miasto było jednym z najbardziej obleganych miejsc w Pradze. Dlatego na razie korzystaliśmy z okazji i piliśmy po kolejnej puszce czeskiego piwa. Było nieco gorzkawe i mocne. Nawet mi smakowało, chociaż nie przepadałam za goryczką, jaką daje chmiel.
(...)
Sięgnął do siatki, która leżała na ziemi pomiędzy naszymi nogami, i wyciągnął kolejną puszkę. Nie ma to jak zakupy w czeskim dyskoncie. Za małą kwotę wykupiliśmy w tamtym sklepie chyba wszystkie rodzaje dostępnych piw, a trochę ich było. Siatka była już w połowie pusta, a w kosztu na śmieci znajdującym się obok nas było mnóstwo pustych, zgniecionych puszek.
(...)
Szliśmy objęci w milczeniu i popijaliśmy piwo, po kolei opróżniając kolejne puszki. Co kilka minut wyrzucaliśmy puste opakowania do śmietników mijanych na ulicy. Siatka powoli się opróżniała, aż w końcu była pusta, więc ją także wyrzuciliśmy.
Tyle wypitych piw zaczęło jako tako działać, chociaż bardzo słabo. Nawet nie szumiało mi w głowie.
(...)
James wszedł do sypialni i spojrzał na mnie, mrużąc oczy w uśmiechu. W jednej ręce trzymał schłodzoną butelkę tequili oraz dwa kieliszki, a w drugiej talerz z plastrami limonki i solniczką.
(...)
Wypiliśmy w ten sposób pięć kieliszków. Zaczęło mi szumieć w głowie, alkohol krążył w mojej krwi i zaczął działać.” (str. 159-168)

Wierzcie mi, że z tych przeczytanych stron to jeszcze nie wszystkie sceny, w których Livia się upija. W końcu miałam dość czytania o tym, jak bohaterka tankuje na potęgę, choć się nie upija, i pakuje się w dziwną relację z facetem, który traktuje ją jako okazjonalną partnerkę do łóżka, a ona, głupia, mimo to się w nim zakochuje. To stało się absurdalne i po prostu nudne. Nie zdzierżyłabym przeprawiania się przez kolejne 328 stron czegoś takiego. To było dla mnie zbyt wiele.

„Dance, sing, love”, zanim zostało wydane jako książka, opublikowane zostało jako opowiadanie na wattpadzie, gdzie wyświetlono je ponad 2,5 miliona razy. Pozostanie dla mnie tajemnicą, jak to się stało. Mnie ta historia kompletnie nie przypadła do gustu.

https://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/08/dance-sing-love-milosny-uklad-layla-wheldon.html

pokaż więcej

 
2017-08-13 09:27:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Egzemplarze recenzenckie, Posiadam
Cykl: Reiko Himekawa (tom 1)

Czytywałam już kryminały polskie, amerykańskie, „liznęłam” nieco skandynawskich, ale po japońskie jeszcze nie miała okazji sięgnąć, kiedy więc pojawiła się możliwość, by zapoznać się z jednym z nich, nie wahałam się długo, tym bardziej gdy opis fabuły brzmiał tak obiecująco. Okładka książki tytułuje jej autora cesarzem japońskiego kryminału – kiedy widzi się takie określenie, oczekiwania wobec... Czytywałam już kryminały polskie, amerykańskie, „liznęłam” nieco skandynawskich, ale po japońskie jeszcze nie miała okazji sięgnąć, kiedy więc pojawiła się możliwość, by zapoznać się z jednym z nich, nie wahałam się długo, tym bardziej gdy opis fabuły brzmiał tak obiecująco. Okładka książki tytułuje jej autora cesarzem japońskiego kryminału – kiedy widzi się takie określenie, oczekiwania wobec powieści stają się dosyć wysokie. Czy zatem „Przeczucie” sprostało tym oczekiwaniom?

W Tokio zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Ktoś owinął ciało niebieskim workiem i porzucił w krzakach na widoku. Wstępne oględziny ujawniają, że zamordowany był przed śmiercią torturowany. Do wyjaśnienia zagadki śmierci denata zostaje wyznaczony zespół komisarz Reiko Himekawy. Jej niezwykła intuicja przyczynia się do odkrycia kolejnych zwłok noszących takie same ślady zbrodni. Co łączyło zamordowanych? Sprawa wkrótce staje się priorytetem tokijskiej policji, a do jej rozwiązania zostaje włączony także zespół komisarza Katsumaty, który szczerze nienawidzi Himekawy. Choć oboje się nie znoszą, muszą współpracować dla dobra śledztwa. Kto stoi za brutalnymi morderstwami? Czas ucieka, a zwłok przybywa...

Początek książki jest mocny. Autor postanowił w jej prologu ukazać niewielki fragment życia mordercy, czym od razu rozbudził moją ciekawość. Kiedy rozpoczęło się śledztwo, a do sprawy zostały przydzielone zespoły śledcze, zaczęły się pewne schody. Ich członkowie, przez podobnie brzmiące nazwiska, mocno mi się mylili, ale umieszczony na początku książki spis postaci okazał się bardzo pomocny i dzięki niemu powoli zaczęłam orientować się w tym, kto jest kim.

Narracja w książce prowadzona jest w trzeciej osobie, wyjątek stanowią fragmenty ukazujące działania mordercy – te są napisane w narracji pierwszoosobowej. Główną bohaterką książki jest Reiko Himekawa, ale czytelnik ma możliwość śledzenia poczynań także i innych policjantów, niemało miejsca poświęcone zostało postaci znienawidzonego przez Reiko komisarza Katsumaty. Tych dwoje to postacie o najlepiej nakreślonych osobowościach, a każda z nich wzbudza inne, zupełnie skrajne emocje. Reiko szybko zyskała moją sympatię. To zdolna, uparta i pracowita kobieta, która własną wytrwałością i ciężką pracą wywalczyła sobie miejsce w zdominowanym przez mężczyzn zawodzie. Ma za sobą niełatwą przeszłość, która jednak ukształtowała ją jako człowieka i miała niemały wpływ na jej życiowe wybory. Katsumta to z kolei facet, który na każdym kroku musi pokazywać swoją wyższość, gardzi kobietami i prze do przodu jak taran, nie zawsze grając czysto. Jest skutecznym policjantem, ale charakter ma toporny. Oboje stanowią ciekawy kontrast.

Kontrastów w książce zauważyłam więcej i choć czasami są one subtelne, nadają jej pewien smaczek. Z jednej strony mamy poważny zawód, poważne śledztwo w sprawie o morderstwo, a z drugiej niepoważne miłostki niektórych z policjantów i niepoważne zachowania czy reakcje na nie, rodem jak z japońskich kreskówek. Z jednej strony mamy ogromną kulturę osobistą Japończyków, ich honor i szacunek do drugiej osoby, a z drugiej osobę komisarza Katsumaty, który pogardliwie odnosi się do kobiet i kiedy tylko ma okazję, dowala Reiko, by pokazać, gdzie jej miejsce.

Sięgając po „Przeczucie”, nie oczekujcie trzymającej w napięciu powieści pełnej szalonych zwrotów akcji, bo raczej się rozczarujecie. Akcja książki w ogromnej mierze nie jest zbyt dynamiczna, co nie oznacza jednak, że wieje nudą. Początkowo policjanci poruszają się po omacku, ale dzięki komisarz Reiko i jej intuicji, która pozwala jej znaleźć połączenie między pozornie niezwiązanymi ze sobą faktami, śledztwo powoli posuwa się do przodu. Dowody i informacje, jakie odkrywane są w jego toku, są naprawdę intrygujące. Co jakiś czas pojawiają się zwroty w dochodzeniu, które powoli zawężają obszar poszukiwań sprawcy i przybliżają śledczych do rozwiązania zagadki odnalezionych zwłok oraz odkrycia motywów i tożsamości sprawcy. Na jaw wychodzą szokujące fakty. Tatsuya Honda utkał bardzo interesującą intrygę i mimo dość wolnej akcji, ani przez chwilę się nie nudziłam. Dopiero bliżej końca akcja nabiera porządnego tempa i zaczyna budować się prawdziwe napięcie. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, nie wpadłabym na to, że tak właśnie potoczą się losy śledztwa.

„Przeczucie” to naprawdę dobry kryminał, nieco brutalny, ale niewątpliwie interesujący. Tetsuya Honda szybko kupił moją uwagę i utrzymywał moją ciekawość przez całą książkę. Czuć, że przemyślał każdy element opisanej w niej sprawy. Mam nadzieję, że zostaną w Polsce wydane kolejne tomy serii o Reiko Himekawie, bo tą powieścią autor zdecydowanie rozbudził we mnie apetyt na więcej. Polecam!

http://zaczytana-dolina.blogspot.com/2017/08/przeczucie-tetsuya-honda.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
544 289 2090
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (80)

Ulubieni autorzy (13)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (28)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd