Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wojciech Gołębiewski 
wgwg1943.blogspot.com
74 lat, mężczyzna, Warszawa, status: Czytelnik, dodał: 47 książek i 40 cytatów, ostatnio widziany 11 minut temu
Aktywności
2017-06-26 12:17:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

Ed Vulliamy (ur. 1954) - brytyjski dziennikarz i reporter, znany jako korespondent z Bośni w latach 90., opublikował "Amexica: War Along the Borderline" w 2010.

Na pierwszych stronach autor zamieszcza swoją ocenę pogranicza amerykańsko - meksykańskiego (s. 30 – e-book):
"... Pogranicze to kraina, gdzie za dnia panuje nieznośny żar, nocą zaś zrywa się przenikliwy...
Ed Vulliamy (ur. 1954) - brytyjski dziennikarz i reporter, znany jako korespondent z Bośni w latach 90., opublikował "Amexica: War Along the Borderline" w 2010.

Na pierwszych stronach autor zamieszcza swoją ocenę pogranicza amerykańsko - meksykańskiego (s. 30 – e-book):
"... Pogranicze to kraina, gdzie za dnia panuje nieznośny żar, nocą zaś zrywa się przenikliwy wiatr. Pracowałem jako korespondent wojenny w wielu miejscach, nigdzie jednak przemoc nie była tak dziwna, tak odrażająca i okrutna jak na pograniczu...."

Vulliamy pisze (s.43,8):
„• Raport dotyczący oceny zagrożenia USA narkotykami (US National Drug Assessment Threat) za rok 2009 stwierdza, że „Meksykańskie organizacje handlarzy narkotyków stanowią największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych ze strony przestępczości zorganizowanej”.

Nie trudno zauważyć związek, którego niestety autor nie komentuje, z innym fragmentem (s.41,4):
"• Po tym, jak tylko El Paso aresztowano pięciu mężczyzn pod zarzutem przemytu broni do Meksyku, amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice twierdzi uparcie, że zniesienie zakazu sprzedaży karabinów półautomatycznych nie ma nic wspólnego z przechwyceniem dużej ilości takiej broni w Meksyku"
Nasuwa się wniosek: NIE TYLKO kartele narkotykowe czerpią dochody z tego stanu rzeczy i dlatego walka jest POZORNA. Należy również pamiętać o prawie popytu i podaży, bo obciążanie winą jedynie karteli narkotykowych jest wygodnym uproszczeniem. Najlepiej by było, gdyby kartele narkotykowe tylko kupowały karabiny..... Skąd by na zakup brały pieniądze, to już inne zagadnienie. Czyli OBŁUDA.
No właśnie, parę stron dalej (s.65) czytam:
„.....Waszyngton zaczął po kryjomu udzielać wsparcia prawicowym oddziałom partyzanckim Contras, walczącym z sandinistowskim rządem w Nikaragui. Contras uzbrojone były w broń dostarczaną ze Stanów Zjednoczonych, przy czym świat przestępczy pełnił tu funkcję dostawcy i mediatora. Za broń trzeba było jednak płacić „walutą”, która nie przyciągałaby niepotrzebnej uwagi, i tak też się stało: pieniądze zastępowała kokaina z Kolumbii. Szczęśliwie dla wszystkich stron tej wymiany moda na narkotyki oraz gromadzenie ich zapasów do celów naukowych leżały wówczas w interesie Waszyngtonu, a także karteli narkotykowych z Kolumbii i Meksyku. Stany Zjednoczone potrzebowały naturalnej waluty Kolumbii, by płacić za broń dla Contras, a jednocześnie kokaina zdobywała coraz większą popularność w samej Ameryce: z czystej, sproszkowanej formy narkotyku korzystali ludzie show-biznesu oraz inne wąskie kręgi, a odmiana kokainy zwana crackiem trafiła na ulice i do gett. W fabularyzowanym opisie tych zdarzeń, który Don Winslow przedstawił w swojej książce The Power of the Dog, Meksykanie pełnią funkcję kurierów, przewożących broń w jedną stronę i kokainę w drugą – proceder ten zyskał nazwę „meksykańskiej trampoliny”. Meksykańskie kartele wykorzystały trzy sprzyjające elementy, dzięki którym mogły zalać rynek amerykański kokainą i crackiem: znajomość szlaków przemytniczych równie starych jak sama granica, nieoficjalne przyzwolenie administracji Reagana i dobre stosunki z meksykańską Partią Rewolucyjno-Instytucjonalną (PRI), która rządziła krajem od 1917 roku. Realizując ten plan, kartele uświadomiły sobie, jak to ujął Winslow: „że ich prawdziwym towarem nie są narkotyki, lecz długa na dwa tysiące mil granica ze Stanami Zjednoczonymi i możliwość przerzucania przez nią kontrabandy. Ziemię można spalić, zbiory wytruć, ludzi wygnać, ale granicy – granicy nie da się wymazać”
Jest to drobny przykład Nikaragui dowodzący, że zamiast o kurierach, winno się pisać o szefach mafii tj handlarzach bronią przyjmujących zapłatę w narkotykach.
I dlatego czytałem dalsze krwawe opisy z narastającym sceptycyzmem, bo temat okazuje się zastępczy, a ponadto o takim atrakcyjnym temacie można pisać ciekawiej. Czyli moich 6 gwiazdek to i tak dużo.
Jeszcze dodam: jestem stary i mieszkam na tym samym kontynencie, i może wskutek tego, książka mnie niczym nie zaskoczyła, a jak na reportaż jest często zbyt drobiazgowa i nużąca.

pokaż więcej

 
2017-06-26 11:26:13
Ma nowego znajomego: Buka
 
2017-06-25 22:43:26
Ma nowego znajomego: GRAKU
 
2017-06-25 04:37:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Robert Hughes (1938 – 2012) - australijski historyk sztuki, autor wielu wspaniałych publikacji m.in. o Goi, o Rzymie i tej omawianej z 1992 roku, o Barcelonie.

Wspaniała monografia katalońskiej stolicy, w której (niestety) nie byłem, lecz dzięki tej lekturze wiem więcej niż duża część moich znajomych, których zachwyt sprowadza się do jednego ...
Robert Hughes (1938 – 2012) - australijski historyk sztuki, autor wielu wspaniałych publikacji m.in. o Goi, o Rzymie i tej omawianej z 1992 roku, o Barcelonie.

Wspaniała monografia katalońskiej stolicy, w której (niestety) nie byłem, lecz dzięki tej lekturze wiem więcej niż duża część moich znajomych, których zachwyt sprowadza się do jednego słowa "Gaudi!!!".
Skoro wspomniałem o Gaudim, to warto przytoczyć fragment „Przedmowy”:
„.....Truizmem jest powiedzenie, że wszystkie miasta kształtuje polityka. A przecież to prawda – i w spektakularnej mierze dotyczy to również Barcelony. Antoni Gaudi to kataloński architekt, o którym każdy chyba słyszał. Aby właściwie odczytać dzieło tego wybitnego twórcy, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko jego specyficzne rozumienie katalońskiej przeszłości, ale także poczucie katalońskiej odrębności oraz żarliwy i patriarchalny konserwatyzm religijny. W tym tkwi rozwiązanie pozornej zagadki: dlaczego Gaudi pozyskał sobie bogatych mecenasów, w szczególności Eusebiego Güella. Chodziło bowiem nie tylko o geniusz architektoniczny Gaudiego, lecz także o zgodność ideowych przekonań. Polityczne i gospodarcze dzieje Barcelony są wypisane na jej budowlach i planie urbanistycznym. Nie sposób więc zrozumieć architektury katalońskiej – zwłaszcza wieku XIX, gdy tak silnie wyrażała ona narodowe aspiracje – jeśli nie pamięta się o lokalnej historii i kulturze, które leżą u jej podstaw. To, co zagraniczny turysta bierze na pierwszy rzut oka za „zwykłe” fantazje, ma głębokie korzenie...”

Lokalną tj katalońską historią raczy nas autor przez pierwsze 500 stron, wspominając po raz pierwszy Gaudiego przy opisie Plaça Reial na str 465 (e-book):
„...W 1879 roku młody Antoni Gaudi zaprojektował misterne, sześcioramienne latarnie, zwieńczone atrybutami Hermesa: kaduceuszem (czyli laską oplecioną parą węży) i skrzydlatym hełmem. Katalońskie kręgi gospodarcze przed wiekami wybrały sobie na patrona Hermesa, boga handlu i bogactwa...”

Hughes szeroko omawia historię kultury katalońskiej o której nie mam pojęcia, a prawie wszystkie nazwiska słyszę po raz pierwszy Oczywiście, to nie jego wina, tylko moje ograniczenie. Uczę się z przyjemnością, lecz potrzebną ulgę odczuwam dopiero po stronie 700, gdy przygotowania do Barcelońskiej Wystawy Światowej w 1888 roku ruszają. Niemniej moja ignorancja powoduje znużenie, które pokonuję cytatem o wąsach (s. 750)
„...Wąsy podlegały temu samemu prawu bujności. Każdy mężczyzna je nosił, często tak długie, że wyglądały jak doklejone. Przybierały trzy podstawowe formy. Jeśli rosły poziomo, zawijano je na końcach w spiralki i przypominały suflety z włosów. Jeżeli wąs miał tendencję do rośnięcia pionowo, był czesany, zakręcany w dwa pionowe kolce i usztywniany pomadą. Z takimi wąsami, tyle że dłuższymi, wyglądającymi jak antenki, paradował Filip IV, a po 1920 roku Salvador Dali. Ale jeśli zarost na górnej wardze rósł w różne strony albo cechował się wiotkością, wychodził z tego zwisający bigoti, co przy odpowiedniej długości sugerowało melancholię i smutek jego właściciela. Wrażenie to wprowadzało w błąd, jeśli ów właściciel był bankierem lub inżynierem, jak to się często zdarzało. Na przykład Ildefons Cerdà nosił takie właśnie wąsy...”

O tytułowej Barcelonie autor zauważa (s. 101.5):
„.....Barcelona jest dziś metropolią, lecz nie da się ukryć, że to nadal bardzo prowincjonalne miasto. Poczucie katalońskiej wyjątkowości rodzi niepewność co do nowych inicjatyw kulturalnych (czy da się nimi przyćmić Madryt?) i skłania do przeceniania własnej kultury (a kogo obchodzi Madryt?)....”

Piękna i ciekawa lektura wszechstronnie opisująca Barcelonę okraszona licznymi anegdotami i ciekawostkami, do czytania przez wiele wieczorów, bo pośpiech nie jest wskazany. Zachwycony tym dziełem, na pewno sięgnę po inne pozycje tego autora. Dla mnie bomba!! - ale tylko 8 gwiazdek, bo dla mnie - za dużo i nieznanych mnie nazwisk, i szczegółów historii.

pokaż więcej

 
2017-06-24 19:47:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Sarah Lund (tom 2)

Czytając recenzje na LC wnioskuję, że mam szczęście zaczynając znajomość z Sarah Lund od drugiego tomu, bo ponoć pierwszy - słabszy. Dowiaduję się też, że książka powstała na bazie serialu telewizyjnego Sørena Sveistrupa „Dochodzenie”, czyli odwrotna kolejność niż zwykle. Na LC wynik bardzo dobry 7,78 (379 ocen i 57 opinii).tego typu lektur

...
Czytając recenzje na LC wnioskuję, że mam szczęście zaczynając znajomość z Sarah Lund od drugiego tomu, bo ponoć pierwszy - słabszy. Dowiaduję się też, że książka powstała na bazie serialu telewizyjnego Sørena Sveistrupa „Dochodzenie”, czyli odwrotna kolejność niż zwykle. Na LC wynik bardzo dobry 7,78 (379 ocen i 57 opinii).tego typu lektur

Dałbym maksymalną ocenę w dziale kryminałów, gdyby nie political correctness, czyli zakłamanie i obłuda władców i polityków wszystkich krajów o tzw wysokiej cywilizacji. Bo jaki „wyższy cel”. „wyższa racja” przemawia za wysyłaniem Duńczyków do Afganistanu, skoro biernie reagują na wzajemne mordowanie się Tutsi i Hutu ? Ponadto wysiłek włożony w zamordowanie paru osób wydaje się być niewspółmierny do efektów, bo wystarczyło dźgnąć każdą z ofiar nożem i zostawić karteczkę z napisem „Allahu Akbar”.

Z jednej strony czytało się dobrze, z drugiej - objętość (700 stron) przekracza moją tolerancję dla lektur tego typu, w efekcie - 7 gwiazdek

pokaż więcej

 
2017-06-24 00:47:00
Ma nowego znajomego: romeo
 
2017-06-23 12:19:12
Ma nowego znajomego: Jelonka
 
2017-06-21 14:26:25
Ma nowego znajomego: astaldohil
 
2017-06-21 04:33:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Juliusz (ur. 1955), syn Jana (1928 – 2008), wydał tych 48 felietonów w 2012 roku. Felietony były pierwotnie drukowane w magazynie "Bluszcz" i niewątpliwie mogły się podobać, l wydane w formie książki przyniosły mnie srogi zawód. Bo np "Marcin" na LC pisze o nich entuzjastycznie:

"...Zbiór kilkudziesięciu felietonów dla magazynu BLUSZCZ wydany w formie...
Juliusz (ur. 1955), syn Jana (1928 – 2008), wydał tych 48 felietonów w 2012 roku. Felietony były pierwotnie drukowane w magazynie "Bluszcz" i niewątpliwie mogły się podobać, l wydane w formie książki przyniosły mnie srogi zawód. Bo np "Marcin" na LC pisze o nich entuzjastycznie:

"...Zbiór kilkudziesięciu felietonów dla magazynu BLUSZCZ wydany w formie książki. Wybitny reżyser komedii , przedstawia szereg wydarzeń ze swojego życia: absurdy socjalizmu i życia w PRL, pierwsze wyjazdy na zachód,kulisy powstania filmów, niespełnione marzenia o karierze filmowej w Hollywood, i wiele innych interesujących tematów. Wszystko doprawione inteligentnym, niesztampowym poczuciem humoru, który znany jest od lat z filmów Machula Juniora. Czyta się świetnie."

.....lecz daje zaledwie 6 gwiazdek. Ja mam słabość do Machulskiego, szczególnie za jedną z najlepszych komedii jakie w moim długim życiu oglądałem tj za "Seksmisję", lecz jako starszy od niego o 12 lat, znam więcej takich anegdotek, dykteryjek, facecji czy purnonsensów o życiu w obozie KDL niż autor.
Dlatego też doceniając wartość i urok pojedynczych felietonów, jak i ukierunkowanie ich na ściśle określonego czytelnika (magazynu "Bluszcz'), w formie skomasowanej, książkowej, przynoszą rozczarowanie i poczucie déjà vu czy jak kto woli - odgrzewania starych kotletów. Nihil novi sub sole.
Na LC, po 5 latach od wydania (2012) dochrapał się oceny 6,75 i zaledwie 9 recenzji, co odbieram jako klęskę. Powinienem czas tej lektury poświęcić na oglądanie jego wspaniałych filmów. Mimo sympatii nie mogę dać więcej niż 5 gwiazdek.

pokaż więcej

 
2017-06-20 14:51:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Anna Dziewit – Meller (ur. 1981), żona Marcina Millera (ur.1968), liderka zespołu "Andy", reporterka, pisarka, wydała m.in. (z mężem) "Guamardżos. Opowieści z Gruzji", zebrała dobre opinie za "śląską" "Górę Tajget", bazującą na T4 w Lublińcu.
Wikipedia o T4:
"..Akcja T4.. - nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939 – 1944 polegającego na...
Anna Dziewit – Meller (ur. 1981), żona Marcina Millera (ur.1968), liderka zespołu "Andy", reporterka, pisarka, wydała m.in. (z mężem) "Guamardżos. Opowieści z Gruzji", zebrała dobre opinie za "śląską" "Górę Tajget", bazującą na T4 w Lublińcu.
Wikipedia o T4:
"..Akcja T4.. - nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939 – 1944 polegającego na fizycznej "eliminacji życia niewartego życia" (niem. "Vernichtung von lebenswurtem Leben")... ..Action T4 była pierwszym masowym mordem ludności dokonywanym przez niemieckie państwo nazistowskie, podczas którego opracowano "technologię" grupowego zabijania, zastosowaną później w niemieckich obozach zagłady. Akja ta była nazywana 'eutanazją' osób upośledzonych - stąd skrót E – Aktion, natomiast szerzej znany skrót T4 pochodzi od adresu biura tego przedsięwzięcia mieszczącego się w Berlinie przy Tiergartenstraße 4....
......Śląski Zakład Psychiatryczny w Lublińcu / sierpień 1942 – listopad 1944 / 221 (dzieci)..."
Jeszcze tytuł. Góry Tajget to pasmo na południowym Peloponezie, którego nazwa pochodzi od Tajgete, która była jedną z nimf Plejad tj córek tytana Atlasa i Plejony. Spartanie wrzucali do tamtejszych rozpadlin i czeluści chore albo słabe niemowlęta (wg Kopalińskiego), i per analogiam do lublinieckiej zagłady autorka wybrała ten tytuł.
Książka przypomina Krall, bo to bardziej publicystyka niż powieść. Czyta się z zapartym tchem, szczególnie obecnie, gdy pod płaszczykiem "żołnierzy wyklętych" stawia się pomniki różnym bandziorom, a godni uczczenia tego nie zaznają, bo nie mieszczą się w aktualnej "political correctness".
Autorka wprowadza dodatkowe wątki, które łączy jedno słowo - trauma. A jakie nie powiem, bo książka jest krótka i warto samemu poczytać. Dodatkową atrakcją książki jest gwara śląska, bo autorka jest „krojcokiem” („mieszańcem polsko – śląskim”).
Udana pozycja, czekam na więcej (7 gwiazdek)

pokaż więcej

 
2017-06-20 03:07:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Peter Heller (ur. 1959) zafundował nam postapokaliptyczną wizję o samotności, która stała się bestsellerem w Stanach, a na naszym LC zyskała dotychczas 7,18 (807 ocen i 145 opinii).

Niestety ja do niej nie dojrzałem, bo odebrałem ją tak:
-Po apokalipsie w postaci rodzaju grypy przechodzącej w jakąś chorobę krwi typu AIDS, pozostał nasz ...
Peter Heller (ur. 1959) zafundował nam postapokaliptyczną wizję o samotności, która stała się bestsellerem w Stanach, a na naszym LC zyskała dotychczas 7,18 (807 ocen i 145 opinii).

Niestety ja do niej nie dojrzałem, bo odebrałem ją tak:
-Po apokalipsie w postaci rodzaju grypy przechodzącej w jakąś chorobę krwi typu AIDS, pozostał nasz bohater, zabijający ludzi w myśl dewizy "nie chcem, ale muszem", jego koleś Bangley, który strzela nim pomyśli i pies. Poza ty są bliżej nieokreśleni bandyci i kolonia chorych. Mimo apokalipsy naszemu bohaterowi powodzi się dobrze: łowi ryby, zabija zwierzynę leśną, ma chałupę, kupę broni i amunicji, a nawet samolot. Brakuje mu coca-coli i kobity, bo nie ciupciał już 9 lat. Coca- colę zdobywa zabijając paru konkurentów do łupu, a po śmierci psa (karmionego ludzkim mięsem!!) leci szukać szczęścia. Ujrzawszy z samolotu niezłą kobitkę ląduje i po drobnych perypetiach, zamieszkuje na hamaku u kobity i jej ojca. Teraz zaczyna się Harlequin, w którego we wstępnym etapie bohater cierpi (s.559):
"...Serce wyrywało mi się z piersi, a mój kutas rozkurczył się i rozprostował i wydłużył, a później to był prawie ból...."

Szczęśliwie dochodzi do zbliżenia, a ze względu na ejaculatio precox bohater zadowala partnerkę na sposób francuski. Po zakończeniu igraszek seksualnych, para i tatuś lecą samolotem. Przy próbie lądowania nacinają się na znany wiejski obyczaj rozciągania liny stalowej w poprzek szosy. Tu mamy odmianę, bo z niewyjaśnionych przyczyn para staruszków rozciąga linę na pasie startowym. Bohater ląduje poza liną, tatuś zabija staruszków i następuje powrót na stare śmieci. Ratują ciężko rannego Bangleya, a oblubienica, z zawodu lekarka, leczy dzieci z kolonii chorych. Aby osiągnąć happy end w pełni, okazuje sie, że apokaliptyczną chorobę krwi świetnie się leczy witaminą D, którą lekarka zakupuje w Walmarcie.

Nie podlegające dyskusji 10 gwiazdek wśród najbzdurniejszych szmir!!

pokaż więcej

 
2017-06-18 15:56:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Biblioteka Gazety Wyborczej". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

Zaczynam od bardzo istotnej deklaracji autorów na początku książki (s.16 - e-book):
„. Nie godzimy się na taką wizję, według której czas PRL to okres sowieckiej okupacji, a wszyscy komuniści to łajdacy. Że tylko ten, kto w PRL siedział z założonymi rękami, jest czysty, a ten, kto tworzył czy działał na większą skalę – automatycznie kolaborował z systemem. Że na pewno zniewolony był...
Zaczynam od bardzo istotnej deklaracji autorów na początku książki (s.16 - e-book):
„. Nie godzimy się na taką wizję, według której czas PRL to okres sowieckiej okupacji, a wszyscy komuniści to łajdacy. Że tylko ten, kto w PRL siedział z założonymi rękami, jest czysty, a ten, kto tworzył czy działał na większą skalę – automatycznie kolaborował z systemem. Że na pewno zniewolony był ten, kto z racji swej profesji musiał kontaktować się z władzą....”

Bereś (ur.1960) i Burnetko (ur.1965) mają tak bogaty dorobek, tak z osobna, jak i razem, że nie miejsce tu, aby go omówić, przeto podaję jedynie malutki fragment z Wikipedii związany z omawianym dziełem:
„...W 2009 wspólnie z m.in. Arturem Więckiem i Krzysztofem Burnetką założył Fundację „Świat ma Sens”, promującą pozytywne myślenie oraz dorobek Polski i Polaków. Do jej głównych osiągnięć należy portal „Polska ma Sens”, filmy dokumentalne "Bartoszewski. Droga" i "Z marmuru, żelaza i nadziei…", płyta Magdy Brudzińskiej "Colorovanka" (wspólnie z Polskim Radiem) oraz książki: "Obywatel KK. Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską" , "Krąg Turowicza. Tygodnik, czasy, ludzie: 1945–99" i wydane wspólnie z Agorą "Marek Edelman. Życie do końca" i "Andrzej Wajda. Podejrzany..."

Nie można pominąć słów samego Wajdy, które są uczciwą, przejrzystą odpowiedzią na ataki gęgaczy na jego osobę:
".....– Nie mieliśmy złudzeń: wojna się skończyła i nie wierzyliśmy, że w lesie przeczekamy do następnej. Starsi mieli jakieś porachunki, my nie. I nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia, bo nie było szans na inną drogę. Może, gdyby żył mój ojciec, mówiłby mi coś innego? Tego nie wiem. W każdym razie byłem bardzo rozczarowany tym, że ta przedwrześniowa Polska rozpadła się jak domek z kart. Nie tylko ja tak myślałem. Jan Rodowicz, legendarny „Anoda”, żołnierz grup szturmowych „Szarych Szeregów”, nie bez powodu od razu zapisał się na architekturę i nie myślał o żadnym sprzeciwie. Tak:‍ nie wiązaliśmy się z tym, co było, tylko z tym, co będzie...."

A co dalej? Fascynująca historia nie tylko drogi życiowej i osiągnięć wybitnego reżysera, lecz przede wszystkim rzetelny obraz epoki młodym nieznany, bo obecnie perfidnie fałszowany i zakłamany. (Ku jasności: walczę z obłudą, że wszyscy walczyli z komuną, tj z nieliczną grupą kolaborantów, bo społeczeństwo cechował powszechny konformizm, a ja przez 45 lat znałem, i to tylko ze słyszenia, trzech odważnych: Michnika, Kuronia i Modzelewskiego).

Wajda się tłumaczy i logicznie argumentuje, bo "warszawka" krytykowała go za wszystko, i za "Pokolenie" zrobione pod czujnym okiem wszechwładnego protektora Forda, jak i śmierć Maćka na śmietniku. "Prawdziwa cnota krytyki się nie boi", więc Wajda wychodzi obronną ręką, a całą książkę określam z amerykańska - "Good job!!".

Niepoprawnym opluwaczom mówię: z najsławniejszego Polaka zrobiliście Bolka, z Wajdą podobny numer wam nie wyjdzie, bo to uznany światowy artysta.

pokaż więcej

 
2017-06-18 11:55:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Henning Mankell (1948 -2015) - szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i dramaturg. W Polsce, podobnie jak w większości krajów poza rodzinną Szwecją, popularność przyniosła mu seria powieści kryminalnych, których bohaterem jest komisarz policji Kurt Wallander. W roku 2014 Henning Mankell ujawnił, że zdiagnozowano u niego raka płuc. Zainspirowało to jego do napisania tej ... Henning Mankell (1948 -2015) - szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i dramaturg. W Polsce, podobnie jak w większości krajów poza rodzinną Szwecją, popularność przyniosła mu seria powieści kryminalnych, których bohaterem jest komisarz policji Kurt Wallander. W roku 2014 Henning Mankell ujawnił, że zdiagnozowano u niego raka płuc. Zainspirowało to jego do napisania tej właśnie powieści autobiograficznej.
Nie czytałem ani jednej jego książki, co ułatwia mnie obiektywne podejście do tej autobiografii, a z Wikipedii dowiedziałem się, że to zięć Ingmara Bergmana.
I tutaj muszę skorygować swoje dwukrotne określenie tej książki autobiografią, bo jeśli nawet dowiadujemy się coś niecoś o życiu autora to niejako „przy okazji”. Jest to natomiast zbiór refleksji autora na najprzeróżniejsze tematy. To jest remanent szuflad mózgowych w obliczu śmierci, podyktowany troską i chęcią przekazania swoich przemyśleń przed odejściem. I nie ma znaczenia merytoryczna wartość tych zwierzeń, bo należy uszanować, wysłuchać i docenić szczerą chęć umierającego człowieka do podzielenia się z nami, tym co go nurtuje, zastanawia czy bawi. Obok tematów mniej lub bardziej związanych z chorobą, powtarza się troska o odpady jądrowe tzn niechlubne dziedzictwo, które przekazujemy następnym pokoleniom, a przekaz różnorodnej, szerokiej tematyki ułatwia forma anegdot, dykteryjek i facecji.
No i Mankell zafascynował mnie od pierwszej strony, bo jak nie pokochać faceta cierpiącego wskutek raka z przerzutami, który tak wspomina portret rodzinny z lat 70. XVIII wieku (s.16 e-book):
„...Kompozycja obrazu jest typowa dla tamtego czasu. Chłopcy, żywi i umarli, zebrani są wokół ojca po lewej stronie, dziewczynki otaczają matkę po prawej. Żywe dzieci spoglądają w oczy oglądającemu portret, martwe mają twarze odwrócone w bok lub skrywają je do połowy za plecami rodzeństwa. Jednemu z umarłych chłopców widać tylko kawałek czupryny i jedno oko. Zupełnie jakby bezsilnie próbował dostać się na bliższy plan. W kołysce obok matki leży do połowy zakryte niemowlę. W tle widać kilka dziewczynek. Można doliczyć się w sumie sześciorga umarłych dzieci. Na tym obrazie czas się zatrzymał, podobnie jak na fotografii...”
Autor ironicznie zauważa, że ten obraz „przedstawia tragizm naszego życia. Jest na nim wszystko”. Dla mnie - bomba! Szczególnie, że akurat u mnie stojącego (raczej siedzącego) nad grobem podejrzewają 127 chorobę - niejakiego lupusa („homo homini lupus”) tj po polsku „nefropatię toczniową”, ha, ha!!
Tytuł nawiązuje do artykułu niegdyś przeczytanego przez autora, w którym...(s.30):
„... pewien mężczyzna, ubrany w mundur w kolorze khaki, ze strzelbą przewieszoną przez ramię i ekwipunkiem, wszedł prosto w zdradliwy piasek i utknął w nim, bez cienia szansy na uwolnienie. Powoli zapadał się coraz głębiej i głębiej. W końcu piasek zasypał mu usta i nos. Mężczyzna był skazany na śmierć. Dusząc się, znikał pod piaskiem, aż przestał być widoczny nawet czubek jego głowy...”
Autor doznał tego uczucia, dowiedziawszy się o swojej chorobie:
„...Kiedy dowiedziałem się, że mam raka, odżył we mnie ten dawny lęk. Myśląc teraz o tej chwili, dochodzę do wniosku, że lęk nie tylko we mnie odżył, ale też zaatakował z całą siłą. Ogarnęło mnie absurdalne przerażenie na myśl właśnie o grząskim piasku. Wyobrażałem sobie, że mnie pochłania, a ja rozpaczliwie próbuję się z niego wydostać. Paraliżował mnie strach przed śmiertelną chorobą. Zmaganie się z paniką, która odbierała mi siłę do życia, trwało dziesięć dni i dziesięć ledwie przespanych nocy.....”
No i szczęśliwie dla siebie i czytelników autor wygrzebał się z tych piasków i niezwykle ciekawie przekazał co w nim siedzi.
Bogactwo tematyki nie pozwala na podjęcie dyskusji, nie jest ona zresztą potrzebna, bo najważniejsze jest podejście autora do życia, przemijania i śmierci. Niewątpliwie jest to lektura wzbogacająca i wzmacniająca psychikę czytelnika. Polecam!!

pokaż więcej

 
2017-06-17 04:37:20
Dodał cytat z książki: Astronauci
s.176 - e-book
.....Nigdy nie zadowalać się zrobionym, zawsze iść dalej.
 
2017-06-17 04:32:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zaczynam od przytoczenia całej recenzji z LC oznaczonej "MontyP", z którą w 100% się zgadzam:

"Ostatnio mało wstawiam opinii, ale kiedy zobaczyłem, że Lem ma średnią poniżej 4 to się we mnie zagotowało. Ktoś się doszukał pochwały socjalizmu (ja bym nie przesądzał kiedy było lepiej, czy w czasach, gdzie praca była w dodatku obowiązkowa!, lekarze leczyli za darmo, a w razie...
Zaczynam od przytoczenia całej recenzji z LC oznaczonej "MontyP", z którą w 100% się zgadzam:

"Ostatnio mało wstawiam opinii, ale kiedy zobaczyłem, że Lem ma średnią poniżej 4 to się we mnie zagotowało. Ktoś się doszukał pochwały socjalizmu (ja bym nie przesądzał kiedy było lepiej, czy w czasach, gdzie praca była w dodatku obowiązkowa!, lekarze leczyli za darmo, a w razie nieszczęścia nikt nie zostawał bez środków do życia, czy drapieżny 19 wieczny kapitalizm- ale to na inną dyskusję), ktoś inny dał 3 gwiazdki bez uzasadnienia. Lem to klasyk! Otoczenie się zmieniło tak jak w przypadku Sienkiewicza, Londona, Curwooda, Faulknera, itd, ale to nie deprecjonuje książki, ale wręcz podnosi jej wartość. Taka książka trochę więcej wymaga wysiłku, żeby zrozumieć realia historyczne i pełniej zrozumieć sam tekst.
Najwyraźniej nie wszyscy zrozumieli. "

W 1972 roku ("wczesny Gierek") tj 21 lat po pierwszym wydaniu w 1951 roku ("szczytowy stalinizm") w przedmowie do kolejnego wydania autor pisał:
".... Książkę tę, napisaną przed dwudziestu dwu laty, zamierzałem poprawić nieco z okazji wznowienia, a więc niejako uwspółcześnić, ale przejrzawszy ją, zrozumiałem, że nie da się tego zrobić... ...rok dwutysięczny, który z perspektywy lat pięćdziesiątych wydawał mi się przyszłością tak oddaloną, że można w niej było lokować optymistyczne rojenia o świecie zjednoczonym pokojowo, obecnie brany na muszkę przez rzesze uczonych futurologów nakazuje optymizmowi powściągliwość i poskromienie dawniejszych, zbyt naiwnych nadziei.... ...Dzisiaj ta fantastyczna historia jest nie tylko pełna technicznych omyłek i obalonych przez czas przepowiedni, ale i wielce, po bajkowemu wręcz, naiwna... ...Co się tyczy narracyjnych naiwności, tych nie usprawiedliwia nigdy nic i okazują się one zawsze niedostateczną robotą. Natomiast te, wcale liczne, ustępy, których niewłaściwość czysto rzeczową czas przygwoździł i obnażył, może nie są tak samo bezwartościowe, ponieważ zezwalają na w końcu dość interesujące zbadanie stosunków między rozmachem wysilonej w przyszłość wyobraźni a jej rywalem i przeciwnikiem – rzeczywistością. Porównanie takie wykazuje, że w dziedzinie technicznego postępu wszystko biegnie zwykle szybciej i sposobem bardziej rewolucyjnym, niż to sobie fantazja umie wystawić, a zarazem w obszarze spraw społecznoświatowych wszystko porusza się wolniej i z dużymi dolegliwościami..."

Od daty napisania powyższych słów upłynęło 45 lat, a ostatnie zdanie przybrało na wartości. Ponadto należy pamiętać, że Lem był przede wszystkim filozofem i humanistą, a pisarzem fantastyki, niejako przy okazji.

Przypominam, że książka została wydana w 1951 roku tj gdy psychoza wojny atomowej szczytowała, bo Rosenbergowie zostali aresztowani w 1950, skazani w 1951, a wyrok wykonano w 1953. Akurat, tuż przed "Astronautami" przeczytałem dobry thriller Hayesa "Pielgrzyma", o zagrożeniu bronią bakteriologiczną, który jednak jest tak płytki, że nawet próba porównania z omawianą klasyką Lema jest bezsensowna.

Książka należy do klasyki, a młodych informuję, że w 1951 roku nie znaliśmy komputerów, telewizji, ba, nie znaliśmy długopisów, a wieczne pióro było skarbem. Każdy nosił kałamarz, młodsi pisali "serkiem", a starsi "krzyżykiem", a większość społeczeństwa słuchała radia tylko z ulicznych bądź świetlicowych "kołchoźników". Do tego za jakiekolwiek próby kontaktów z Zachodem (listy, słuchanie zachodnich radiostacji) szło się do "pierdla", a w szeroko pojętej kulturze obowiązywał socrealizm. I w takich warunkach genialny Lem napisał to arcydzieło. Podważanie jego wartości świadczy o braku wyobraźni.

Lem mnie uczy od 65 lat, a więc i teraz, przy ponownej lekturze, coś tam wynotowałem. Np (s. 176 – e-book):
".....Nigdy nie zadowalać się zrobionym, zawsze iść dalej. Działanie tego nakazu odnajdujemy w życiu wszystkich ludzi, którzy coś osiągnęli. Kiedy Max Planck po wielu latach żmudnego badania odkrył kwantową naturę energii, ludzie o płytkich umysłach uważali to za chlubne uwieńczenie jego wysiłków i uznali dzieło za zakończone. Dla niego zaś stało się to zagadką, której badaniu poświęcił całe życie. Nigdy nie podziwiać własnych pomysłów,.. ..nigdy się nie uspokajać, bić we własne teorie z taką siłą, żeby runęło wszystko, co nie jest w nich prawdą..."
Dzieło Lema było i jest przestrogą przed samozagładą. "Było", bo zostało wydane w 1951 roku, kiedy w Stanach szalał maccarthyzm, a w ZSRR miała miejsce... (Wikipedia)
"29 sierpnia 1949 – eksplozja pierwszej radzieckiej bomby atomowej, przeprowadzona na poligonie w Semipałatyńsku w Kazachstanie..."

......a "jest", bo poniższy cytat szczególnie obecnie jest trafny (s. 597)
".......– Wiemy, że materia jest ślepa i nie ma ponad nią żadnej Opatrzności, która prostowałaby drogi błądzących. Człowiek wnosi ład w niezmierzoną przestrzeń Wszechświata, bo tworzy wartości. Istoty, które poświęcają się zniszczeniu, choćby były najpotężniejsze, niosą w sobie własną zgubę. Co mamy o nich myśleć? Wyobraźnia zawodzi, umysł cofa się przed ogromem cierpienia i śmierci zawartym w słowach: zagłada planety. Czy mamy potępić jej mieszkańców?.. ....Czy na Ziemi nie było... ...handlarzy śmierci, którzy służyli obu stronom walczącym i sprzedawali im broń?..."

Oczywiście "handlarze śmierci" sprzedawali broń, ale co gorsza obecnie zintensyfikowali ten proceder, obłudnie zapewniając, że walczą z np ISIS.

Wobec walorów tej książki, należy wybaczyć autorowi jedno jedyne wspomnienie o amerykańskim imperializmie, które jest wrednie wyciągane przez moralizatorów, by zaliczyć to dzieło do socrealizmu. Sam fakt, że po 66 latach o nim dyskutujemy, mówi za siebie.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1525 1447 69721
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (697)

Ulubieni autorzy (82)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (40)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd