Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Metro 2033

Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Cykl: Metro (tom 1) | Seria: Uniwersum Metro 2033
Wydawnictwo: Insignis
7,76 (10700 ocen i 1188 opinii) Zobacz oceny
10
1 438
9
2 138
8
2 804
7
2 400
6
1 150
5
470
4
126
3
126
2
28
1
20
Darmowe dodatki Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Метро 2033
data wydania
ISBN
9788361428312
liczba stron
592
język
polski
dodał
GeedieZ

Choć „Metro 2033” jest książką o świecie po wojnie nuklearnej, mutantach, potworach i walce z nimi, z charakterystycznymi dla science fiction rekwizytami, to jest to przede wszystkim opowieść o konieczności odnalezienia przez każdego człowieka swojego miejsca na ziemi; o konieczności określenia i zrozumienia misji, którą ma do wypełniania człowiek jako jednostka i jako gatunek. Jest to książka...

Choć „Metro 2033” jest książką o świecie po wojnie nuklearnej, mutantach, potworach i walce z nimi, z charakterystycznymi dla science fiction rekwizytami, to jest to przede wszystkim opowieść o konieczności odnalezienia przez każdego człowieka swojego miejsca na ziemi; o konieczności określenia i zrozumienia misji, którą ma do wypełniania człowiek jako jednostka i jako gatunek. Jest to książka o wypełnieniu powołania i życiu pomimo wszelkich trudności.

„Metro 2033” jest przypowieścią o postnuklearnej Moskwie, gdzie ci, którzy przeżyli kryją się przed promieniowaniem i nowymi formami życia w stołecznym metrze – największym schronie przeciwatomowym świata. Rozproszone grupki ludzi tworzą państwa-miasta na stacjach kolejki podziemnej, handlując, wojując i układając się między sobą. Bohater książki, Artem, aby ocalić swoją stację, jest zmuszony do wyprawy na drugi koniec metra, podczas której pokonuje liczne niebezpieczeństwa i poznaje nowe społeczności, które powstały po wojnie. Im dłużej szedł, im więcej poznawał światopoglądów, tym bardziej przekonywał się, że cała jego wyprawa jest pozbawiona sensu. W końcu staje przed wyborem: czy jest sens iść dalej?

 

źródło opisu: http://www.insignis.pl

źródło okładki: http://www.insignis.pl

pokaż więcej

książek: 656

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Bartosz Bolechów udostępnił(a) link.
2 grudnia
Zdanie pierwsze:
"Kto tam?"

Zachęcony licznymi pozytywnymi, a nawet entuzjastycznymi recenzjami, sięgnąłem w końcu po "Metro 2033", czyli powieść postapokaliptyczną w stylu rosyjskim, która odniosła spory sukces i zapoczątkowała tzw. Projekt Metro 2033.

Konstrukcja fabuły jest prosta jak konstrukcja cepa - jest to klasyczny "quest" polegający na - tu pauza budująca napięcie - ratowaniu świata. A raczej resztek świata, czyli mikrospoleczności ludzkich gnieżdących się w moskiewskim metrze po globalnym nuklearnym holokauście. Mamy tu zatem połączenie dwóch doskonale rezonujących w odbiorcach konwencji - "postapokaliptycznego krajobrazu zrujnowanej cywilizacji" oraz "opowieści inicjacyjnej o Wybrańcu, który ma dotrzeć z punktu A do punktu B, pokonując Straszne Przeciwności i wykonując Bardzo Ważne Zadanie".

Brzmi to może dość ironicznie, ale trudno oprzeć się wrażeniu toporności i wtórności tej książki. Dotyczy to nie tylko struktury, ale również stylu, chropawego i miejscami mało eleganckiego. Jest to nie tyle literatura, co opowiastka, historyjka nie wychodząca poza znane schematy (pop)kulturowe. Czyta się to przyjemnie, ale nie należy się spodziewać jakichś przełomowych doznań intelektualnych, czy estetycznych. Świat wygląda konkretnie tak:

"Stacje stały się swego rodzaju karłowatymi państewkami, niezależnymi i samodzielnymi, każde ze swoją ideologią, ustrojem, przywódcą i wojskiem. Wojowały ze sobą, łączyły się w federacje i konfederacje, jednego dnia będąc metropoliami powstających imperiów, by następnego dnia upaść i dać się skolonizować wczorajszym przyjaciołom czy niewolnikom. Zawierały krótkotrwałe sojusze przeciw wspólnemu zagrożeniu, aby, kiedy niebezpieczeństwo minie, z nowymi siłami rzucić się sobie do gardeł. Tłukły się z zapamiętaniem o wszystko: o przestrzeń życiową, o jedzenie - hodowle drożdży białkowych, plantacje niepotrzebujących światła dziennego grzybów, kurniki i chlewy, w których blade podziemne świnie i kurczaki karmiono bezbarwnymi podziemnymi grzybami - i oczywiście o wodę, to jest o filtry".

Mówiąc krótko, business as usual. Neorealiści byliby zachwyceni.

Glukhovski potrafi trzymać niezłe tempo i żonglować toposami, choć niezbyt kreatywnie. Sugestywnie odmalowuje scenerię ponurych krajobrazów metra zagrożonego przez liczne ludzkie i nieludzkie potworności oraz jeszcze bardziej przerażającej powierzchni. Świadomie nawiązuje do rosyjskiej klasyki, pisząc o stalkerach - świat zrujnowanej Moskwy pełen jest przerażających mutantów - pterodaktyli, humanoidalnych potworów, tajemniczych "czarnych", ogromnych szczurów, mamy nawet "telepatyczną maź", w stylu Lovecrafta/Koontza/Bloba-zabójcy :P Dekoracje sprawiają wrażenie mocno "zrecyklingowanych" - stragany wystawiające na sprzedaż pieczone szczury, małomówni i twardzi stalkerzy poszukujący resztek ocalałych atrakcyjnych towarów na napromieniowanej powierzchni, pociski do kałasznikowa jako uniwersalna waluta (gazeta 10, pęto kiełbasy - 15 nabojów, butelka samogonu - 20, kurtka - 250). Przypomina się nie tylko "Piknik na skraju drogi", ale oczywiście "Aleja potępienia".

Skoro książka opisuje quest głównego bohatera, autor wykorzystuje pretekst, by odmalować czytelnikowi panoramę stacji metra i jego społeczno-polityczny krajobraz. Nasz bohater porusza się między stacjami zamieszkanymi przez rozmaite, skonfliktowane, stowarzyszone, neutralne społeczności.
Jest Związek Stacji Linii Okrężnej, czyli bogata, kapitalistyczna Hanza żyjąca - jak sama nazwa wskazuje - z handlu (jej motto to cytat z Adama Smitha, jej godło to koło zębate na białym tle).
Jest terytorium faszystów (Czwarta Rzesza).
Są sataniści probujący się dokopać do piekła (sic).
Są komuniści, którzy najpierw próbowali wywołać ogólnometrową rewolucję, lecz po krwawej wojnie ich gensek "dialektycznie dowiódł możliwości stworzenia komunizmu na jednej izolowanej linii".
Są strzelający zatrutymi strzałkami ludożercy ze swoim barbarzyńskim kultem Wielkiego Czerwia.
Są stacje kontrolowane przez dresiarzy słowiańskich i kaukaskich.
Jest sekta chrześcijańska głosząca typową postapokaliptyczną doktrynę i przewodzona przez charakterystycznego arcyrosyjskiego starca w typie opisanym przez Dostojewskiego ("Mówca był dość stary, na pierś opadała mu szlachetna siwa broda, a głęboko osadzone oczy niewiadomego koloru patrzyły mądrze i spokojnie. Jego twarz (...) pokryta była głębokimi zmarszczkami, lecz wyrażała nie starczą niedołężność i słabość, a mądrość i niepojętą siłę").
Jest wreszcie Ziemia Obiecana i cel pierwszej części Wyprawy, czyli tajemnicza Polis, ostatni bastion ludzkiej cywilizacji, gdzie rządy sprawują wspólnie wojskowi i uczeni, gdzie palą się lampy, organizuje wyprawy do położonej nad stacją Wielkiej Bibliotek po książki i gdzie wystawia się sztuki Szekspira. "Tylko tam mieszkali ostatni artyści, twórcy, poeci. Ostatni chemicy, fizycy, biolodzy. Ci, którzy pod sklepieniem swoich czaszek przechowywali wszystko, co ludzkości udało się osiągnąć i odkryć przez tysiące lat nieprzerwanego rozwoju. Ci, z których śmiercią wszystko to zostałoby stracone na wieki". W Polis panuje system kastowy wzorowany na indyjskim, ściśle porządkujący przynależność do ról społecznych (kapłani-bramini, żołnierze-kszatrijowie, kupcy - waiśowie, słudzy - śudrowie). Polis to szczyt postapokaliptycznego luksusu - na stacji buduje się domy z cegły, "w niektórych stały nawet prawdziwe drewniane drzwi i oszklone okna (...) Przed kilkoma drzwiami leżały dywaniki, by wchodzący mogli wytrzeć nogi (...) Ale najbardziej zadziwiające było to, że wzdłuż obu ścian, na całej stacji ciągnął się rząd regałów z książkami (...) cała stacja nabrała przez to jakiegoś cudownego, nieziemskiego wyglądu (...)".

Mamy zatem Wielką Powtórkę z XX wieku w mikroskali moskiewskiego metra. Komuniści, naziści, koalicja antykomunistyczna oraz pomniejsi gracze.

Nasz bohater pochodzi oczywiście z peryferiów i niewiele widział w życiu, dzięki czemu możemy (podobnie jak oczami Froda-domatora: Artem też przemierza świat od Shire do Mordoru i z powrotem) dziwić się wraz z nim osobliwościami tego podziemnego świata. Książka to po prostu zapis podróży i serii śmiertelnie niebezpiecznych przygód Artema-Wybrańca, który wyrusza z Misją na drugi koniec metra. Raz za razem znajduje się o krok od śmierci i raz za razem ratunek przychodzi w ostatniej chwili. Mnóstwo tu "niewiarygodnych zbiegów okoliczności". Pomocą służy między innymi napotkany podczas podróży tajemniczy, enigmatyczny Mędrzec o wielkiej i nadludzkiej mocy ("Czasami udaje mi się zajrzeć w przyszłość, przeszłość, albo przenieść się myślą w inne miejsce. Bywa, że coś jest niejasne, ukryte przede mna, na przykład nie mogę na razie zobaczyć jak skończy się twoja wyprawa, i w ogóle twoja przyszłość jest dla mnie zagadką" - no wiadomo, "always in motion future is, mhm"), na którego obowiązkowo musi się natknąć protagonista tego rodzaju opowieści.

Autor - najwyraźniej świadomy, że wiele jego rozwiązań fabularnych pachnie amatorszczyzną - stworzył nawet specjalny system wyjaśnień tych "szczególnych zbiegów okoliczności" i tłumaczy się z tego czytelnikowi kilkukrotnie. Mówiąc oględnie, chodzi tu o fakt, że Artem chroniony jest i sterowany przez nadnaturalną siłę strzegącą powodzenia jego wyprawy. No cóż, w moich oczach nie zmienia to faktu, że fabularnie jest to najmniejsza linia oporu (stryczek na szyi - ratunek w ostatniej chwili, kolejna egzekucja za moment - przybywa kawaleria itd., do znudzenia). Glukhovski najwyraźniej czuje, że to może być trudne do zakceptowania dla czytelnika, stąd jego mruganie okiem (m.in pewna długachna przemowa na temat przeznaczenia, zmieniającego życie w fabułę podporządkowaną pewnej specyficznej logice, zaprzeczającej m.in. prawom statystyki). Mówiąc krótko - Wybraniec ma prawo do napotykania Wysłanników Opatrzności. Wielokrotnie informuje się nas zatem, że Artem "nie jest zwykłym człowiekiem", "ma dar i wyjątkowe przeznaczenie", że "jest inny niż wszyscy", że działa "jak w starej baśni" - "wymagano od niego, żeby poszedł tam, nie wiadomo gdzie, przyniósł to, nie wiadomo co, i za to obiecano mu cudowne wybawienie, nie mówiąc nawet jakie ono będzie".

Nie zmienia to faktu, że niektóre rozwiązania fabularne rażą nieprawdopodobieństwem, a zachowania - skrajną głupotą. Dwóch bohaterów znajduje się w skrajnie niebezpiecznym miejscu i co robią? Oczywiście, sakramentalnie, rozdzielają się. Z jakiego powodu? Jednemu z nich rozwiązała się sznurówka... Wiadomo jak się to musi skończyć. Niewiarygodnie idiotyczny pomysł. Powtarza się potem, gdy dwóch bohaterów wyrusza samotnie odkrytym tajnym przejściem, próbując uratować syna jednego z nich. Nie informują o tym nikogo, aby trudniej było im pomóc w razie potrzeby, co zresztą nie zmienia faktu, że odsiecz i tak oczywiście nadchodzi - jak zawsze w ostatniej chwili :P
Mamy wreszcie klasyczny monolog czarnego charakteru ("Życia zostało ci niewiele, parę godzin, tak więc opowiem ci coś niecoś. Z nikim nie można być tak szczerym, jak z tym, kto wszystkie twoje wyznania zabierze do grobu..."). I oczywiście monolog kończy się szturmem kawalerii ratującej bohatera z opresji. Żałosne.

Styl z kolei miejscami mocno trąci grafomanią. Ludzkość na przykład jest jak "dumnie szybujący ptak, który, śmiertelnie ranny, spadł na ziemię, żeby zaszyć się w jakiejś dziurze i tam cicho umrzeć". Albo taki kawałek: "Żeby życie w metrze - bezsensowne i bezużyteczne, wzniosłe i pełne światła, brudne i tętniące energią, nieskończenie różnorodne i właśnie dlatego tak magiczne i piękne - ludzkie życie w metrze trwało dalej".
Błagam... "But wsiegda budiet sonce..."

Akcja biegnie wartko i byłoby to po prostu w miarę sprawne technicznie czytadełko bez większych ambicji gdyby nie fakt, że autor postanowił niestety uraczyć czytelnika garścią "głębokich" przemyśleń i refleksji oraz tak zwanych rozważań filozoficznych. Przypominają one "epifanie" egzaltowanego 14-latka, przekonanego, że znalazł klucz do tajemnic życia. Oto niektóre z nich:

Droga do celu wyprawy "nie może być łatwa, musi obowiązkowo być zawiła, pełna niebezpieczeństw i prób, inaczej sam cel wyprawy straciłby część swojej zagadkowości i czaru".

"Życie skazanego na śmierć, którego stracą za rok i on o tym wie, życie śmiertelnie chorego, któremu lekarze powiedzieli, ile mu zostało, życie tych ludzi różni się od życia zwykłego człowieka tylko jednym: ci pierwsi dokładnie lub w przybliżeniu wiedzą kiedy umrą, zaś zwykły człowiek tkwi w niewiedzy, i dlatego wydaje się mu, że może żyć wiecznie, chociaż nie jest wykluczone, że następnego dnia zginie z wypadku. Straszna jest nie sama śmierć. Straszne jest jej oczekiwanie".

"Artemowi wydało się, że pojął prawdziwą naturę człowieka i sens jego życia. Człowiek jawił mu się teraz jako zmyślna maszyna do unicestwiania żywności i produkcji łajna, funkcjonująca prawie bezawaryjnie przez całe swoje życie, które nie ma żadnego sensu, jeśli pod słowem "sens" rozumieć jakiś ostateczny cel. Sens zawierał się w procesie: zniszczyć jak najwięcej pokarmu, jak najszybciej go przetworzyć i wyrzucić z siebie odpady".

"I po co to wszystko? Żeby swoją krwią odkupić grzech pierwszego człowieka, którego Bóg sam sprowokował i ukarał, i żeby ludzie powrócili do Raju i znów byli nieśmiertelni. To jakaś bezsensowna kołomyja, przecież można było po prostu nie karać ich wszystkich tak surowo za to, czego nawet nie zrobili. Albo darować karę ze względu na przedawnienie. Ale po co poświęcać ukochanego syna, i jeszcze go zdradzać? Gdzie tu miłość, gdzie skłonność do przebaczania, gdzie tu wszechmoc?"

Artem zaczął rozumieć "to poczucie samotności we Wszechświecie, które karmiło ludzką wiarę".

"Przez ułamek sekundy wydało mu się, że wszystko na świecie nagle straciło sens: i jego misja, i starania człowieka, by przeżyć w zmienionym świecie, i w ogóle życie we wszystkich jego przejawach. Nie było w nim nic, tylko pusty ciemny tunel odmierzony dla każdego czasu, którym człowiek ma iść na oślep od stacji "Narodziny" do stacji "Śmierć". Poszukujący wiary próbowali po prostu znaleźć w tym przejeździe boczne tunele. Ale stacje były tylko dwie, i tunel powstał tylko po to, żeby je połączyć, dlatego żadnych odnóg w nim nie było i być nie mogło".

"Jak długo człowiek będzie żył, zawsze będzie uważał siebie za kochającego światło, a wrogów za kochających ciemność" (...) I będą tak myśleć po obu stronach frontu".

"W życiu w ogóle, a w metrze w szczególności, wszystko było nieostre, zmienne, względne (...) Wszystko (...) miało od razu kilka wyjaśnień. A szczególnie wiele odpowiedzi było na pytanie "dlaczego?" (...) Poznając codziennie nową wersję odpowiedzi, nie mógł się zmusić, by uwierzyć w to, że to właśnie ta jest prawdziwa, bo nazajutrz mogła pojawić się kolejna nie mniej celna i wszechogarniająca. Komu wierzyć? W co? (...) Coś podpowiadało Artemowi, że żadnej różnicy między tym wszystkim nie było. Każda wiara służyła człowiekowi tylko jako laska, która podtrzymywała, by nie upaść i pomagała wstać (...) Rozumiał dlaczego i po co człowiek potrzebuje tej podpory. Bez niej życie stawało się puste, jak opuszczony tunel". (To koresponduje z charakterystyczną argumentacją, jaką prezentuje wcześniej jeden z religijnych fanatyków zamieszkujących metro: "Przecież jeśli w tym świecie nie przejawia się wola boska, to znaczy (...), że ludzie są pozostawieni sami sobie, i w naszym istnieniu nie ma żadnego sensu, i nie ma żadnego powodu, by je przedłużać. To znaczy, że jesteśmy całkiem sami, i nie ma komu się o nas troszczyć. To znaczy, że jesteśmy pogrążeni w chaosie i nie ma najmniejszej nadziei na światło w końcu tunelu. W takim świecie życie jest straszne. W takim świecie żyć się nie da.")

Uff, "złote myśli"...
Zresztą ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do prostego stwierdzenia, że "nie ma sensu komplikować sobie życia", a poszukiwanie jego sensu odbywa sie zwykle na "etapie dojrzewania płciowego". I taka "komandoska wizja świata" jest najlepsza. "Biła od niego taka pewność siebie, swojej siły i swoich słów, jego obraz świata był tak kusząco prosty i spójny, że Artem nie miał już ochoty więcej się z nim kłócić. Przeciwnie, poczuł, że komandos i w nim wzbudza pewność, której tak mu brakowało".
A jaka jest ta wizja: "Sens, bracie, życie ma tylko jeden: narobić dzieci i je wychować (...) i na tym stoi cały świat". Poza tym jest jeszcze rozkaz, a z "rozkazami się nie dyskutuje". Zaiste, bardzo prosta wizja świata :P

Zafascynowany powierzchownym sztafażem "postapo" autor niewiele w gruncie rzeczy ma nam do powiedzenia np. o obyczajowości w metrze. Szkoda, bo "postapokaliptyczna etnografia" może być ciekawa, gdy autor zdoła wznieść się poza garść banałów i "gazetowych" obserwacji (dowodem np. "Kantyczka dla Leibowitza").

Za to proza ta mówi sporo o samym autorze. Jest to typowo "chłopięca", testosteronowa lektura przygodowa. Kobiety tu w zasadzie nie występuja (pojawiają się jedynie w odległym tle jako matki i żony, zwyczajowo lękliwie kwękające wobec bohaterstwa swoich mężczyzn i przygotowujące im posiłki - seks jest wstydliwie przemilczany). Widać fascynację "stalkerami", co to się kulom nie kłaniają. Obowiązkowo wielcy, mrukliwi, o niezłomnym charakterze i chmurnym spojrzeniu, uzbrojeni po zęby. Dziecinada.

Pod całym tym niezdarnie narzuconym na tekst płaszczykiem ochronnym postmoderny miejscami pachnie to jednak trochę rosyjskim sosikiem narodowo-patriotycznym. Dzielni chłopcy śpiewaja pieśni z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, a oficer- ojczym głównego bohatera decyduje się bez wahania zostać i zginąć ze swymi podwładnymi:

"Nie, Artem, przede mną tylko jedna droga (...) Rannych mamy trzydziestu ludzi, i co, mamy ich zostawić samych? A poza tym, kto będzie prowadzić obronę, kiedy będę ratował własną skórę? Jak to tak, mam podejść do człowieka i powiedzieć mu: to ty tu zostaniesz, żeby ich zatrzymać i umrzeć, a ja idę? Nie... - westchnął - Niech zawalają. Ile wytrzymamy, tyle wytrzymamy. Umierać też trzeba jak człowiek".

I nawet spotkani przez Artema komuniści - w odróżnieniu od jednoznacznie bestialskich neonazistów - to wesoła internacjonalistyczna (jest i Afrorosjanin, i Azjata) gromadka rewolucjonistów idealistów przepełnionych bezinteresowną życzliwością dla nieznajomych oraz hojnością. A ich przywódca piękny jest jak robotnicy na socrealistycznych muralach. Ot, tacy czterej pancerni, nawet psa mają, skrzyżowanie pionierów z obozu Artek i bojowników Che Guevary. Ich dowódca to komisarz Rusakow ("piękna, szlachetna twarz i męski podbródek") który mógłby być wzorem osobowym dla samego towarzysza prezydent Putina:

"Ubrany był w szykowną skórzaną kurtkę, przewiązaną szerokim paskiem z podwójnym rzędem dziurek i oficerskim bandoletem, a z pasa zwisała mu imponujących rozmiarów kabura".

Towarzysze są niezwykle uczynni:
"Poradziłem się towarzyszy i postanowiliśmy dać ci mały prezent. Trzymaj! - i podał Artemowi automat (...) - I jeszcze to - w jego dłoni była latarka (...) - To wszystko zdobyczne, więc bierz śmiało. Należy ci się.
(...) Maksim klepnął go przyjaźnie po ramieniu, a brodaty wujek Fiodor wyciągnął dla niego niedopitą flaszkę ze swoim wynalazkiem, nie wiedząc, co by mu jeszcze podarować (...) Towarzysz Rusakow jeszcze raz potrząsnął jego ręką i jego piękna męska twarz spoważniała".

Mam nadzieję, że to satyra, ale głowy bym nie dał...

Jest tu sporo makabry i horroru, trup ściele się gęsto i pociski świszczą na każdym kroku. Dla mnie jednak najbardziej przerażająca okazała się inna wizja. Po metrze krąży mianowicie legenda, że w schronach pod Moskiewskim Uniwersytetem Państwowym uratowała się kadra i utworzyła tam "centrum intelektualne". Wykształceni ludzie są tam u władzy, wszystkimi trzema stacjami rządzi rektor, "na czele każdej stacji stoi dziekan, a wszystkich wybierają na określoną kadencje. I rozwija się tam też nauka - w końcu są tam studenci, rozumie pan, doktoranci, wykładowcy!"

Horror! Wyobraziłem sobie, że przetrwałem wojnę nuklearną w piwnicy na Koszarowej razem z Radą Wydziału. Absolutny koszmar! :D

Nie jest to nadzwyczajna książka, ale jednak ma swoje dobre momenty i przekazuje pewne prawdy. Jak wiersz ku czci poległych wojowników (jak zauważa jedna z postaci drugoplanowych, język niemiecki jest wprost stworzony do takich tematów):

Du stirbst. Besitz sirbst.
Die Sippen sterben.
Der einzig lebt - wir wissen es
Der Toten Tatenruhm.

"Ale jak to jednak słabiutko brzmi po rosyjsku, co? A po niemiecku po prostu grzmi! "Der Toten Tatenhrum! Aż ciarki chodzą po plecach".

No i mamy ciekawy przyczynek do rozważań językoznawczo-kulturoznawczo-politologicznych - melodia języka a mentalność i kultura polityczna jego użytkowników :)

Dobra jest wizja cywilizacji powtarzającej stare, pozbawione już kontekstu rytuały i formy, jak nakręcana zabawka, w której sprężyna już niemal się rozkręciła. Jeszcze powtarza automatyczne ruchy, ale za chwilę się zatrzyma. Dogasające światło. Zapadający mrok. Bezrefleksyjna moc inercji umierającego organizmu. Ładne.

Poza tym interesująca jest mitologia przetworzona przez warunki panujące w metrze i świadomość globalnej katastrofy. Mamy zatem opowieść o niemal omnipotentnych Niewidzialnych Obserwatorach, którzy obserwują ludzi zamieszkujących metro z "głębszego, tajnego metra" dla elity. Wydaje mi się to może najmocniejszym punktem książki - znakomitym mitologicznym przetworzeniem istotnego elementu rosyjskiej mentalności - czołobitności wobec władzy zwierzchniej, (politycznej) wraz z chorobliwą zależnością od niej oraz nadawania jej nadludzkich walorów. Widać tu poczucie alienacji, "ci na górze" (w tym wypadku - paradoksalnie - na dole) posiadają wręcz jakościowo odmienną substancję i znajdują się poza zasięgiem pojmowania "prostego ludu". Wielki brat kontroluje wszystko, władza jest wszechwładna, niezrozumiała w swych wyrokach, lecz miłosierna. Jest niczym Bóg, który odciął się od grzesznej ludzkości i wygnał ją z raju. Obok naszego istnieje drugi, niedostępny nam świat.

"Metro 2 to schronienie bogów sowieckiego panteonu na czas Ragnaroku, gdy siły zła opanują powierzchnię (...) To, co widzisz dookoła to metro dla stada. To, o którym mówią legendy to metro dla pasterzy i ich owczarków. Na początku wszystkiego, kiedy pasterze nie utracili jeszcze władzy nad swoim stadem, rządzili stamtąd, lecz potem ich siła się wyczerpała i owce się rozproszyły (...) Wejście do Metra 2 zamknęło się na zawsze. Mieszkający tutaj stracili wszelką wiedzę o tym, co dzieje się tam, i samo istnienie Metra 2 stało się czymś mitycznym i nierealnym. Ale (...) mimo iż wejście do Metra 2 już nie istnieje, to wcale nie oznacza, że przestało istnieć samo Metro 2. Przeciwnie, jest wokół nas. Jego tunele oplatają nitki naszego metra, a jego stacje znajdują się być może tylko kilka kroków za ścianami naszych stacji. Te dwie konstrukcje są nierozdzielne, są jak układ krwionośny i naczynia limfatyczne jednego organizmu. I ci, którzy wierzą, że pasterze nie mogą porzucić swego stada na łaskę losu, mówią, że choć niewidoczni, są obecni w naszym życiu, kierują nami, obserwują każdy nasz krok, ale w żaden sposób się przy tym nie ujawniają i nie dają o sobie znać (...)
Owce zgrzeszyły tym, że odepchnęły swoich pasterzy w chwili ich słabości. Po drugie, w czasie kiedy Metro 2 było odcięte od naszego świata, pasterze rozwijali się inaczej niż my i teraz są oni nie ludźmi, a istotami wyższego rzędu, których logika jest dla nas niezrozumiała, a myśli nam nie podlegają. Nie wiadomo co zaplanowali dla naszego metra, ale są w mocy, żeby zmienić wszystko, nawet przywrócić nam utracony przepiękny świat, bo odzyskali swoją dawną potęgę. Ponieważ zbuntowaliśmy się kiedyś przeciwko nim i zdradziliśmy ich, nie uczestniczą już w naszym losie. Mimo to, pasterze są wszędzie obecni i znany jest im każdy nasz oddech, każdy krok, każdy cios - wszystko, co dzieje się w metrze. Na razie po prostu obserwują i dopiero gdy odkupimy swój straszny grzech zwrócą na nas swe łaskawe spojrzenie i wyciągną do nas rękę. I wtedy zacznie się odrodzenie".

Znakomite podsumowanie autorytarnej kultury w nowej, postapokaliptycznej mitologii.

Kolejny mit dotyczy Jedynej Księgi. Legenda głosi, iż cała Wielka Biblioteka zbudowana została dla owej Księgi. Wszystkie pozostałe umieszczono tam tylko po to, by zasłonić/ukryć tę Jedyną. Jest to foliał zawierający całą Historię, do samego końca. Księga spełnia funkcję cudownego artefaktu, którego odnalezieniem ma się zająć Wybraniec. W zasadzie chodzi o jedną z trzech ksiąg, najważniejszą i ostatnią ocalałą, poświęconą przyszłości. Pozostałe dwie zawierały pełną wiedzę o Przeszłości i Teraźniejszości (koniecznie dużymi literami - swoją drogą to zabawny pomysł, zważywszy, jak szybko teraźniejszość zmienia się w przeszłość :)).

Trzeci mit dotyczy Kremla i ładnie rekonstruuje przeszłość związku radzieckiego w kategoriach demonologicznych. Lenin jawi się tu jako demonolog i czarnoksiężnik, który "uczył się alchemii i zaklinania duchów w zamkniętych szwajcarskich szkołach". Sowiecka gwiazda to w istocie pentagram, czyli typ portalu między światami, który pozwala się przedostawać do naszej rzeczywistości demonom. Komuniści zdołali porozumieć się z najpotężniejszymi demonami. "W krótkim czasie pentagramy pojawiają się masowo na flagach, nakryciach głowy żołnierzy Armii Czerwonej (...) Każdy z nich otwierał bramę do naszego świata demonowi obrońcy, który chronił posiadacza pentagramu od ciosów z zewnątrz (zważywszy liczbę ofiar rosyjskich na frontach po rewolucji bolszewickiej jakoś słabo te demony działały - BB :)). Jako zapłatę demony wedle zwyczaju otrzymywały krew. W samym XX wieku, według najskromniejszych obliczeń, w ofierze złożono około 30 milionów mieszkańców Rosji".
Dzięki umowie bolszewicy zdobyli władzę. "Wkrótce nastąpiła demonizacja całego kraju. Dzieciom idącym do szkoły przypinano do piersi pierwszy pentagram (...) Miliony przywołanych duchów chroniły wszystko i wszystkich w państwie sowieckim (...) a same demony-władcy usadowiły się w olbrzymich rubinowych pentagramach na wieżach Kremla, dobrowolnie godząc się na uwięzienie w imię powiększenia swej potęgi (...) W pewnym sensie, cały Związek Sowiecki zamienił się w jeden gigantyczny pentagram, którego ochronnym okręgiem stała się granica państwa". Oczywiście nazistowskie Niemcy też miały swoją demonologię...

I wreszcie mamy "syntetyczną", stworzoną w pełni racjonalnie, mitologię Wielkiego Czerwia. Jest to Bóg przystosowany do nowego świata, dla ludzkości (czy raczej zmutowanej postludzkości) kryjącej się w podziemnych korytarzach. To on wygryzł tunele w martwym kamieniu i zasiedlił je swymi dziećmi. Jest to genezis nowego świata, uwzględniająca jego parametry. To "ślina i soki zmoczyły go, i kamień stał się żywy, i zaczął rodzić grzyby".
Mit Wielkiego Czerwia jest mitem "ekologicznym", antytechnologicznym, a jego wyznawcy bezwzględnie tępią "ludzi maszyn", którzy sprowadzili na świat zagładę. Przypomina mi to zaciekłość, z jaką wytępiono zwolenników "maszyn myślących" w świecie "Diuny", w którym Dżihad Butleriański omal nie doprowadził do wyginięcia ludzkości. Logiczne i zgrabne, zwłaszcza że stworzone celowo, albowiem chodzi o wytworzenie podstaw nowej cywilizacji, w której zakoduje się lęk do technologii oraz "życie zgodne z przyrodą". Oczywiście w takiej mitologii musi się znaleźć obiecane Powtórne Przyjście oraz Apokalipsa:
"Powiedziane jest, że wybije godzina, i Wielki Czerw wezwie na pomoc rzeki, i ziemię, i powietrze. I zawali się ziemia, i runą grzmiące potoki, i ciemne serce wroga zniknie w otchłani. I wtedy wreszcie zatriumfują sprawiedliwi, i dobrzy będą szczęśliwi, i zapanuje życie bez chorób, i grzybów będzie do syta, i wszelakiego mięsa obfitość".

I tym optymistycznym akcentem kończę, zachowujac jeszcze miejsce na ostatnie zdanie książki:

"Do domu".

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Jesteś moja

Lucy Wakefield to wykształcona kobieta, która pnie się po szczeblach kariery. Niestety w życiu prywatnym nie wiedzie jej się tak jak by sobie tego życ...

zgłoś błąd zgłoś błąd