Królestwo Gore

Wydawnictwo: Videograf SA
7,31 (26 ocen i 15 opinii) Zobacz oceny
10
3
9
5
8
3
7
7
6
5
5
1
4
1
3
1
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788378354802
liczba stron
328
kategoria
horror
język
polski
dodała
giovanna

Wstrząsające historie mistrza gatunku i laureata Nagrody Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Bezlitosna podróż przez ludzkie koszmary i potworności, bezdyskusyjny dowód na to, że horror ekstremalny jest kolejnym krokiem rozwojowym literatury naturalizmu. Oto świat patologii, okrucieństwa i zbrodni, jakie czyni człowiek. Thriller i horror w natężeniu dla czytelników o naprawdę mocnych...

Wstrząsające historie mistrza gatunku i laureata Nagrody Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Bezlitosna podróż przez ludzkie koszmary i potworności, bezdyskusyjny dowód na to, że horror ekstremalny jest kolejnym krokiem rozwojowym literatury naturalizmu. Oto świat patologii, okrucieństwa i zbrodni, jakie czyni człowiek. Thriller i horror w natężeniu dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Bezprecedensowy przykład najbrutalniejszej odmiany literatury w Polsce.

 

źródło opisu: http://www.videograf.pl/zapowiedzi.php

źródło okładki: http://www.videograf.pl/zapowiedzi.php

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 472
Dariusz_S Jasiński | 2017-07-23
Przeczytana: 23 lipca 2017

Kilkanaście lat temu, w meczu kończącym piłkarski sezon ligowy, gdy mój zespół walczył o szóstą lokatę w tabeli, przy stanie 3-0 dla nas, jak to bramkarz, rzuciłem się pod nogi napastnika chcąc maksymalnie wyciągniętą ręką zdjąć mu piłkę z nogi. Udało się to, ale przeciwnik mimo wszystko zrobił zamach i trafił mnie prosto w sztywno wyprostowane palce. Nawet mocno nie zabolało, jednak o dziwo po tym zderzeniu nie mogłem zacisnąć dłoni w pięść. Gdy zdjąłem rękawicę okazało się, że trzy środkowe palce są powystawiane ze wszystkich stawów i paliczki nachodzą jeden na drugi. Już wiedziałem, dlaczego nie mogłem ich zginać. W jednym palcu skóra nie wytrzymała i pękła, z dziury wystawała jakaś czerwona tkanka, a krew się lała, spływając mi aż do łokcia. Nigdy szybko się nie poddawałem, więc podbiegłem do kolegi i poprosiłem, żeby mi pociągnął palce i wstawił całość na swoje miejsce. Ale ani on, ani nikt inny nie chciał tego zrobić. Musiałem zadziałać samemu. Tym razem zabolało i to mocno. Ręka wyglądała znów normalnie, choć nadal ciężką było mi ją zacisnąć w pięść. To, co wystawało z dziury w skórze upchnąłem do środka, ale krew nie chciała przestać płynąć i nie miałem jej jak zatamować. Sędzia musiał kazać mi zejść z boiska i rozczarowany oglądałem resztę spotkania z ławki rezerwowych. Mecz wygraliśmy 5-3, a ja kilka miesięcy doprowadzałem rękę do stanu używalności. Gdy tylko działała w miarę sprawnie wróciłem na boisko i przy pierwszej okazji znów rzuciłem się w gąszcz nóg. Zgodnie z zasadą, że jak najszybciej trzeba przełamać lęk. Jeśli bym tego nie zrobił, mógłbym od razu zawiesić rękawice na wieszaku, a buty na kołku, bo nie mógłbym być dalej bramkarzem. A jeszcze nie jeden raz później na boisku trzaskały mi stawy (o dziwo nigdy kości – jak się okazuje mam je o jakieś 50% grubsze niż przeciętny człowiek), a krew lała się znacznie obficiej niż przy opisanym urazie. Kiedyś nawet prawie oko mi wypłynęło. Jak powiedział lekarz – niewiele brakowało…
Opowiedziałem powyższą historię zupełnie nieprzypadkowo i to z dwóch powodów.
Po pierwsze niedawno przeżyłem poważne rozczarowanie horrorem Magdaleny Kałużyńskiej i stosując zasadę, że od razu trzeba podjąć kolejną próbę, żeby uraz nie został na stałe – sięgnąłem po zbiór opowiadań Łukasza Radeckiego, który w 2012 roku znalazł się obok wspomnianej autorki w antologii horroru „13 ran”. Liczyłem, że on przywróci mi szybko wiarę w polskich autorów gatunku, który mnie jako pisarzowi wydaje się najtrudniejszym z wszystkich, do których się zabierałem.
Po drugie, jeśli opisywana historia choćby w najmniejszym stopniu wydawała się Wam nieprzyjemna, to od razu doradzę, byście po „Królestwo gore” nigdy nie sięgali, bo to zupełnie nie dla Was…
O autorze, Łukaszu Radeckim mogę napisać tylko, że jest autorem (lub współautorem) 10 powieści, a pojawiał się też w około 20 antologiach, w tym w „Dziedzictwie Manitou” poświęconemu jednemu z najlepszych twórców horroru (według mnie) – Grahamowi Mastertonowi, który oczywiście mam w swoich zbiorach. To właśnie tam pierwszy raz spotkałem się z prozą autora i wyniosłem z lektury całkiem niezłe wrażenie.
Gore, to z kolei gatunek horroru, w którym pełno jest krwi, wnętrzności, przemocy i to brutalnej. Nie każdy jest w stanie to przetrawić, a Radecki w przedmowie zapowiedział, że niczego z wymienionych w jego zbiorze nie zabraknie.
W książce znajdziemy 14 opowiadań. I chciałbym móc powiedzieć, że czytało się je z przyjemnością, ale wówczas musiałbym wyjść na jakiegoś dewianta. No dobrze, trudno… Praktycznie przy wszystkich, bo aż trzynastu pierwszych opowiadaniach bawiłem się świetnie. Przemoc mieszała się tu ze zgrozą, było sporo miłości, nie zawsze czystej, szczypta erotyki, masa realizmu, tortury, krew, wnętrzności, a nawet kawałek fantasy!
Łukasz Radecki narobił mi smaku i w trakcie czytania zaczęło mi się rysować własne opowiadanie, o Skalpelu, drugoplanowym bohaterze jednego z moich ostatnich opowiadań. Zawsze chciałem pociągnąć temat tamtego uniwersum, ale Radecki wskazał mi właściwy kierunek.
Całe „Królestwo gore” jest świetne. Przeczytałem je w dwa dni, a trwało to tak długo, bo pierwszego udało mi się znaleźć czas tylko dla dwóch opowiadań. Radecki ma świetny styl, wciągająco prowadzi narrację, niewiele zostawia wyobraźni czytelnikowi, ale to, co pozwala samemu sobie dopowiedzieć domyka każdy tekst na wysokim poziomie emocji i czasem oczekiwanego obrzydzenia.
Najbardziej zaskoczył mnie tekst osadzony w świecie fantasy, gdzie bohaterami są między innymi elfka, krasnolud i troll. I choć był to chyba literacko najsłabszy z tekstów, to sama konwencja była bardzo zabawna.
Już pierwsze opowiadanie – „Robaczywek” daje przedsmak tego, co będzie się działo na kolejnych stronach. Polubiłem je najbardziej, bo potem choć nie było wtórnie, to już przyzwyczaiłem się do stylu autora i klimatu jego opowieści. A „Robaczywek” wywołał u mnie lekki szok i musiałem przestawić się na odbiór tekstów, w których nic nie będzie się kończyć dobrze, a brutalność i skrajna przemoc wcale nie musi zostać ukarana…
Uwielbiam opowiadania, choćby dlatego, że jak dotychczas drukiem publikowałem tylko taką formę literacką. Czuję się w niej nieźle i jestem w stanie docenić klasę innego autora pokrewnego gatunku. Radecki jest świetny. Doskonale zaczyna – wciągając czytelnika, jeszcze lepiej prowadzi przez całą treść, zawsze kończy nieźle, a niekiedy znakomicie. Chylę więc czoła, bo każdy opublikowany w zbiorze tekst to kawał świetnej roboty.
Pisałem wcześniej, że dobrze (na ile gatunek na to pozwalał) bawiłem się przy pierwszych trzynastu opowiadaniach. Czternaste było inne niż wszystkie poprzednie.
Przemoc mieszała się tu ze zgrozą, była szczypta brutalnego seksu, masa realizmu, tortury, krew, wnętrzności!... I jeśli macie wrażenie, że tak pisałem i o wcześniejszych kawałkach – macie rację. Różniły się tylko jednym elementem, który jednak sprawił, że o „Fundacji Hackenholta” nie mogę pisać, w podobny sposób. Tu nie bawiłem się dobrze ani przez chwilę. Jeśli w poprzednich opowiadaniach krwawe momenty trochę wręcz relaksowały – w „Fundacji…” naprawdę przyprawiały o zgrozę i czułem ścisk w żołądku. Po prostu 13 opowiadań to była fikcja literacka, świetnie ujęta, mroczna, brutalna i perwersyjna, pozwalająca nabrać wątpliwości co do zdrowia psychicznego autora (akurat uważam, że do napisania czegoś takiego potrzeba masy zdrowego rozsądku), ale nadal była to tylko fikcja. „Fundacja…” pokazuje zaś realizm. Coś, co działo się w naszym świecie, w sumie nadal nie tak dawno temu, bo niespełna 29 lat przed moimi narodzinami…
Jak napisał Radecki nic innego nie miało prawa zakończyć tego zbioru, bo po „Fundacji…” nic bardziej koszmarnego nie da się napisać. Przez ten tekst mam wrażenie, że długo nie będę w stanie siąść do czegokolwiek związanego z przemocą. Nawet nie byłbym w stanie zacząć pisać własnego opowiadania, bo zderzenie z potwornościami, jakie ludzie, całkiem niedawno, byli w stanie czynić przeraża i poraża. Piękne, wstrząsające i pozostawiające ból. Genialne.
Może jutro będzie lepiej…
Na pewno też Radecki znalazł się na liście autorów, których będę wypatrywał na półkach w księgarni. Bo pisać potrafi i robi to rewelacyjnie.
Autor postanowił na razie nie tworzyć nowych opowiadań, a skupić się na powieściach. Gdzieś w środku mnie jakiś zazdrośnik szepnął, że to dobrze, że będzie mniejsza konkurencja. Doprowadziłem się jednak do porządku i przeprosiłem w duchu Radeckiego. Jeśli mogę przeczytać trzynaście dobrych i bardzo dobrych tekstów, a na koniec otrzymać coś absolutnie genialnego w jednym zbiorze jednego autora, to deklaracja o zaprzestaniu tworzenia nowych krótkich form jest poważnym ciosem dla mnie, jako czytelnika. Pozostaje wierzyć, że Radecki złamie dane słowo i między dużymi projektami zaskoczy mnie jeszcze czym małym i (niekoniecznie) pięknym! Oby…

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Zerwa

"Przeciętny obłok burzowy waży kilka miliardów ton, ale patrząc na niego z oddali, trudno było objąć to rozumem. Forst odnosił wrażenie, że podob...

zgłoś błąd zgłoś błąd