Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Zeszyty don Rigoberta

Tłumaczenie: Filip Łobodziński
Wydawnictwo: Znak
6,6 (551 ocen i 53 opinie) Zobacz oceny
10
20
9
48
8
68
7
198
6
102
5
63
4
16
3
22
2
6
1
8
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Los cuadernos de Don Rigoberto
data wydania
ISBN
9788373194601
liczba stron
376
język
polski

Gdy Fonsito, pasierb doñi Lukrecji, posuwa się o krok za daleko i uwodzi macochę, małżonkowie się rozstają. Gniew mija jednak szybko, a pozostaje tęsknota, namiętność i erotyzm. Widząc, jak rozdzieleni kochankowie męczą się i szamoczą z własnym sumieniem, mały Fonsito przystępuje do akcji. Rozpoczyna serię intryg, by doprowadzić do pojednania. Vargas Llosa nie spuszcza z tonu: zalewa...

Gdy Fonsito, pasierb doñi Lukrecji, posuwa się o krok za daleko i uwodzi macochę, małżonkowie się rozstają. Gniew mija jednak szybko, a pozostaje tęsknota, namiętność i erotyzm. Widząc, jak rozdzieleni kochankowie męczą się i szamoczą z własnym sumieniem, mały Fonsito przystępuje do akcji. Rozpoczyna serię intryg, by doprowadzić do pojednania.
Vargas Llosa nie spuszcza z tonu: zalewa czytelnika strumieniem zmysłowości i fantazji, każąc się domyślać, ile z jego historii jest prawdą, a ile erotycznym marzeniem. Bohaterowie kuszą się i uwodzą, prowadzą gierki i fantazjują, bez pruderii i z humorem opowiadając o swoich seksualnych przygodach - czy może tylko namiętnych marzeniach? Vargas Llosa każe nam od nowa przemyśleć to, co uważamy za miłość, seks i fantazję.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 301
marcinb | 2012-11-26
Przeczytana: 16 listopada 2012

Na powierzchni "Zeszyty" to powieść o tęskniącym mężczyznie, który stwarza sobie wyobrażone substytuty nieobecnej kochanki, składając je z marzeń, snów, fantazji, wspomnień i okruchów realności, między którymi zacierają się wszelkie granice. Na tym poziomie jest to szalenie zmysłowa książka i to nie tylko w sensie czysto erotycznym. Mamy tu prawdziwą ferię barw, kształtów i zapachów, które zdają się docierać z kart powieści wprost do zmysłów czytającego. A wszystko to jest spotęgowane erudycyjnymi odniesieniami do innych dziedzin sztuki, na czele z malarstwem Egona Schiele, który jest tu najważniejszą figurą od początku do końca, inspiratorem dwuznacznych zabaw między Lukrecją i młodym Fonsitem. Ten wymiar książki urzeka swoją barokowością, przepychem. Na początku wydaje się wręcz, że wydarzenia rozgrywają się nie w drugiej połowie XX wieku, ale w rezydencji jakichś wyższych sfer XVIII-wiecznej Limy.

Tytułowy Rigoberto jako adorator swojej wytęsknionej kochanki budzi sympatię i uznanie, wręcz zazdrość - przecież taka umiejętność uwielbiania jest niedostępna dla większości, wymaga szczególnego talentu, sama w sobie jest podniesiona do rangi sztuki. W innych aspektach jest jednak typem dość odrażającym - egoista i hedonista, wróg wszelkiego kolektywizmu, przekonany, że zaspokajanie pragnień jest jedyną racją bytu człowieka, ale żeby pragnienia poczuć i mieć możliwość ich zaspokojenia trzeba najpierw - oczywiście - zarobić. Istnieć powinny tylko rzeczy służące zaspokajaniu żądz, estetyka jest zrównana z moralnością, a naturę da się strawić tylko przepuszczając ją przez higieniczny filtr sztuki. Rigoberto jest typowym funkcjonariuszem kapitalizmu - zarabia na życie jako dyrektor towarzystwa ubezpieczeniowego i tworzy swoją niewzruszoną filozofię, aby usankcjonować wizję świata, w której celebrowanie różnic między ludzmi neguje wszelką możliwość społecznej emancypacji, zastępując ją utopią prywatnej, wręcz intymnej ułudy.

To wszystko sprawia, że "Zeszyty" są dla mnie przede wszystkim książką polityczną. Tak - polityczną, jakkolwiek dziwaczne się to może wydawać. Książką o wmówionej sobie niemożliwości emancypacji. Rigoberto o emancypacji ma jak najgorsze mniemanie i widzi w niej wręcz mordercze zagrożenie dla człowieka indywidualnego, choć emancypacja bardzo by mu się przydała - sam przyznaje, że przez osiem godzin dziennie odrabia w pracy znienawidzoną pańszczyznę. Gardzi nią, a więc - można przypuszczać - gardzi też systemem, który ją stworzył. Jednocześnie Rigoberto ceni sobie swój status finansowy - widzi w pieniądzu wybawienie, pieniądz postrzega jako klucz do samorealizacji, a więc zaspokajania żadz i fantazji. Ten skrajny elitarysta zapomina, że aby człowiek miał możliwość kreatywnego i spontanicznego budowania swojego własnego świata - tego, który Rigoberto zamyka w swych zeszytach - najpierw musi zaistnieć niezbędna równość ekonomiczna, a więc wyzwolenie od systemu wyzysku. Gardząc wszelkimi projektami wspólnotowymi i w ogóle samym pojęciem wspólnoty - choćby wspólnoty położenia ekonomicznego czy interesu klasowego - Rigoberto odrzuca emancypację społeczną, zadowalając się w karykaturalny sposób uprawianiem emancypacji prywatnie - i to tylko na polu wyobrazni, erotyki i sztuki. Czyniąc to neguje wszelką możliwość wyjścia poza zatomizowaną rzeczywistość jednostkowych pragnień, na które w kapitalizmie mogą sobie pozwolić tylko nieliczni - ci usadowieni na szczycie piramidy wyzysku. W jego wizji jest zresztą sprzeczność: opiewa różnorodność, a przemilcza, że kapitalizm uniformizuje postawy i pragnienia - choćby pornografia, o której pisze z obrzydzeniem; pornografia, gdzie to co winno być "wyobrażone" jest wystawione na widok publiczny i utowarowione, zgodnie z rynkową zasadą sprzedawania wszystkiego jak największej liczbie konsumentów. Pod koniec powieści jest jednak coś, co Rigoberta nieco rozgrzesza. Otóż pisze on list, do kogoś kogo nazywa "biurokratą", a kto jest po prostu spersonifikowanym kapitalizmem. Stwierdza tam wyraznie, że społeczeństwo bez niego ("biurokraty") funkcjonowałoby lepiej, atakuje prawodawstwo kapitalistyczne jako plątaninę sprzeczności nie do pogodzenia za sprawiedliwością, a samego siebie nazywa Rigoberto "pasożytem". Na końcu pociesza się żałośnie, że istnienie anonimowego "biurokraty" uświadamia mu jego własną, niezbywalną wolność do posiadania pragnień i namiętności, wolności, której nie odbierze mu nawet odczłowieczająca, wyjaławiająca monotonia kapitalistycznej pracy. Może więc Rigoberto nie jest jedynie inteligentnym funkcjonariuszem/ideologiem kapitału, ale po prostu skrajnym pesymistą i ofiarą systemu, który zmusza go do ucieczki w krainę osobistej, "elitarnej" ułudy. A tam wyzwolenie jest "estetyczne", eleganckie, smakowite, ale - gdy się lepiej przyjrzeć - chwilowe, niekompletne, pokraczne i ekskluzywne w sposób nie do zaakceptowania.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Hohenzollernowie

Momentami książkę czyta się trudno ze względu na zawartość wielu szczegółów politycznych, wojennych, nazwisk. Stanowi dobre uzupełnienie wiedz...

zgłoś błąd zgłoś błąd