Kobieta dość doskonała

Wydawnictwo: Czwarta Strona
6,4 (401 ocen i 85 opinii) Zobacz oceny
10
23
9
23
8
67
7
81
6
99
5
54
4
24
3
14
2
8
1
8
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788379763276
liczba stron
286
słowa kluczowe
literatura polska
język
polski
dodała
Ag2S

Chcesz być doskonała? Musisz się bardziej postarać. Musisz zmienić kolor włosów, odchudzić się, zlikwidować cellulit, worki pod oczami, podnieść owal twarzy. Wykupić kurs angielskiego dla dzieci. Basen i rolki. Nauczyć się piec chleb i robić kolorowe kanapki dla dzieci niejadków. Wyprasować stos koszul. Odnieść sukces w pracy i koniecznie znaleźć czas dla przyjaciółki, którą rzucił mąż,...

Chcesz być doskonała? Musisz się bardziej postarać. Musisz zmienić kolor włosów, odchudzić się, zlikwidować cellulit, worki pod oczami, podnieść owal twarzy. Wykupić kurs angielskiego dla dzieci. Basen i rolki. Nauczyć się piec chleb i robić kolorowe kanapki dla dzieci niejadków. Wyprasować stos koszul. Odnieść sukces w pracy i koniecznie znaleźć czas dla przyjaciółki, którą rzucił mąż, chociaż tak się starała, zrzuciła pięć kilo, usunęła cellulit, zrobiła dermabrazję, wypełniła zmarszczki, skorygowała owal, prasowała koszule, robiła kolorowe kanapki dla dzieci niejadków, a z chleba istne salto mortale.

"To jest dla wszystkich kobiet i dziewczyn, które żyją ściśnięte własnym życiem i tym, jak bardzo wyjątkowe nie są. To jest szczere, złością pisane życie zwyczajnej Kasi, która bardzo chce być fajna i dosyć szybko orientuje się, że inne są prawa dla niej, a inne dla chłopców.
Kubryńska niczego nie udaje, nie stara się wymyślać losów i tła, tylko daje głos setkom, tysiącom kobiet, które się kiszą we własnych głowach, w swoich oczekiwaniach na własny temat, a nie mają komu o tym opowiedzieć.
Przygody Kasi to przygody bez przygód, to właśnie ta szara szmata, w której żyją kobiety. Nie ma tu akcji z XIX wieku, kryminału i reportażu. Jest treść, od której po prostu robi się lepiej. Że ktoś też tak ma".
Małgorzata Halber

"Dziękuję ci za tę książkę, Sylwia. Dajesz w niej piękny, ironiczny upust naszym zbiorowym, stłumionym kobiecym frustracjom. Napisałaś dla nas katharsis. Sprawiasz, że absurd i humor sytuacji samoograniczających się kobiet stają się widoczne. A to, co widać, da się zmienić. Tym razem już po swojemu. Nareszcie!"
Zuza Ziomecka

"Często narzekamy na brak polskich odkryć. I oto jest. Największe polskie odkrycie tego roku: Sylwia Kubryńska".
Paulina Reiter, redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”

Kubryńska pisze brawurowo. Szczerze i bezwstydnie. Obraca w pył dziewczyńskie tabu, o których nie wiedzieliście, że jeszcze istnieją.
„Kobieta dość doskonała” wywróci Ci świat do góry nogami, bo ta książka jest o Tobie – będziesz się w niej przyglądać jak w lustrze. To książka terapeutyczna.
Od wydawcy

 

źródło opisu: http://czwartastrona.pl/

źródło okładki: http://czwartastrona.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 175
lew_kanapowy | 2017-07-09
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 09 lipca 2017

Oto i ona – książka, którą kiedyś wygrałam jako niespodziankę w pewnym facebookowym konkursie. Czytałam o niej sporo pozytywnych opinii więc do lektury podeszłam entuzjastycznie. Za pierwszym razem nie udało mi się wciągnąć i odłożyłam ją na lepsze czasy. Tak samo było również za drugim i trzecim razem – po prostu już po 50 stronach miałam dość.

I chociaż było ciężko, zawzięłam się i zmęczyłam ją do końca.

„Kobieta dość doskonała” to opowieść o uniwersalnej bohaterce o wielu imionach (a może po prostu ja gdzieś się w pewnym momencie pogubiłam), będącej trochę sobą, a trochę każdą z polskich kobiet. Kasia jest również Zosią, a także córką, dziewczyną, narzeczoną, żoną, matką polką i babką. Jest specjalistką od odejmowania błędnych życiowych wyborów i magnesem na wszelkie zawirowania.

To smutny portret dziewczynki z rozbitej rodziny, dorastającej w czasach PRLu, która samotnie mierzy się z pierwszymi (i kolejnymi) kompleksami kobiecości. Nikomu nie ufa, nie potrafi odpoczywać, stale obarcza siebie coraz to kolejnymi obowiązkami. Jest zakompleksiona, chaotyczna i beznadziejna w planowaniu. Żyje ciągłymi skurczami w pogoni za nieosiągalnym ideałem. Miota się od euforii do rozpaczy, od tragedii do tragedii i wszystkie dokładnie rozpamiętuje wpędzając się w coraz głębszy dołek. A za całe swoje psychiczne rozedrganie i życiowy bałagan oskarża praktycznie wszystkich, których spotkała chyba na każdym etapie swojego rozwoju.

Niestety, moim zdaniem ta powieść to po prostu bełkot. Jeden wielki ciąg niepoukładanych emocji, pełen przesady, patosu i egzaltacji. I kiedy bohaterka jest jeszcze nastolatką, tego typu narracja jest do przyjęcia. Ale kiedy cieleśnie (wreszcie!) wyrasta z tego okresu, mentalnie nie podlega żadnemu rozwojowi i staje się po prostu potwornie męcząca. Podobnie jak składnia, stylistyka i porównania autorki.

"Co ja tu, kurwa robię?!
Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć, co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.
Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.
Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie.”
I tak dalej i tak dalej. Prawie 300 stron obramowanego zmarzniętego ratlerka w kołowrotku bezsensu. I nasuwa się refleksja: „Co ja czytam?”.

Ani przez sekundę nie udało mi się utożsamić z żadnym z bohaterów tej książki, nie nawiązaliśmy najcieńszej nawet nici porozumienia, chociaż naprawdę się starałam. Czasem wydawało mi się, że już, już będziemy miały jakąś wspólną cechę, ale wszystkie te momenty kończyły się totalnym rozczarowaniem.

Może mój problem w zrozumieniu sytuacji głównej bohaterki tkwi w tym, że jest ode mnie kompletnie różna - jak mogłabym ogarnąć wszystkie te małe wielkie tragedie, skoro sama jestem typową „dziewczynką z dobrego domu”, która wychowała się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, w dużym mieście, w czasach kapitalizmu, a w dzieciństwie nigdy nie widziała wódki na stole? Jak mogłabym zrozumieć te dramaty samoakceptacji, kiedy moja mama nie miała najmniejszego problemu, by porozmawiać ze mną o miesiączce, a poza oczywistymi wymaganiami samych piątek i grzecznego dziewczyńskiego zachowania wpoiła mi również sporą dawkę pewności siebie, wiarę we własne możliwości, umiejętność podejmowania decyzji i akceptację samej siebie. Wiadomo, że kiedy przyniosłam do domu nieszczęsne cztery z plusem zawsze słyszałam „A co dostała Asia?”. Wiadomo, że zawsze towarzyszyły mi większe lub mniejsze kompleksy, ale mimo to zawsze bardzo Asię lubiłam i podziwiałam jej trud włożony w naukę, a eksperymenty z farbowaniem włosów i pierwszym makijażem były zawsze wyłącznie dobrą zabawą, a nie desperackimi próbami naprawienia błędów natury.

Może jestem ze zbyt młodego pokolenia. Może miałam „zbyt dobre” dzieciństwo i zbyt wiele do powiedzenia i dlatego kompletnie mi ta książka nie leży?

A może to dlatego, że znalazłam sobie fantastycznego męża i nie mam problemu z poproszeniem go o pomoc, ani (o zgrozo!) z oddaniem mu części domowych obowiązków, żebym mogła sobie (o zgrozo na z zgrozami!) odpocząć?

Ale jakoś mimo wszystko nie żałuję.

Owszem, zgadzam się, że stały pościg za nieosiągalnymi ideałami prowadzi do samooceny, i mnie w moim, jak na razie bardzo krótkim, życiu zdążyła już dopaść deprecha (chociaż w porównaniu z opisywanym w tej książce przypadkiem jestem oazą spokoju i mistrzynią zen całkowicie pogodzoną z kosmosem). Ale wobec tego mamy się nie starać? Zaniżać do „gorszych” zamiast starać się dorównać „lepszym”? Z własnego doświadczenia wiem, że babskie emocje są trudne do opanowania, ale w połączeniu z odrobiną zdrowego rozsądku potrafią stać się olbrzymią siłą napędową. Bo nie da się ukryć i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, a biadolenie nad złem tego świata w niczym nie pomoże.
Dlatego dzięki Ci Mamo, za wspaniałe dzieciństwo i za wspaniałego Tatę i świetne dzieciństwo, nawet kiedy raz za razem planowałam ucieczki z domu (bo przecież tak mi w nim źle, skoro rodzice każą odrabiać lekcje i zachowywać się przywozicie, zamiast skakać po drzewach do późnej nocy i zachowywać się „jak chłopak”). Dzięki wam za to, że jestem „dziewczynką z dobrego domu” i że mogę spokojnie uznać tą książkę za beznadziejną, bo nie o mnie. I wiecie co? Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby moja córka też taka była. Bo mam na to wpływ.

I jeszcze jedna przemądrzała uwaga do autorki:

"Ze szpitala poszłyśmy z matką do kościoła i tam zobaczyłam ten obraz, „Sąd Ostateczny” Memlinga, I wtedy dopiero poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, pojęłam występną, acz wielce kuszącą urodę „poliamoryzmu”. Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na którą się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie."

Pani Sylwio, pani bohaterka nie mogła w latach 80., ani tym bardziej 90. zobaczyć obrazu „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga „w kościele” (mniemam iż chodzi o Kościół Mariacki), gdyż od 1958 roku ołtarz ten był przechowywany w Muzeum Pomorskim (dziś Muzeum Narodowe w Gdańsku). Wiem, że obejrzenie obrazu w świątyni jest znacznie romantyczniejszą wizją, ale jednak w takiej sytuacji mało realistyczną. Chyba, że Kasia przeżyła swoją małą ekstazę pod wpływem bardzo kiepskiej dziewiętnastowiecznej kopii, która obecnie się tam znajduje, ale to uważam za jeszcze mniej realistyczne. Wiem, wiem - trochę się czepiam, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać.

Suma summarum z całej książki za wartościowe uważam dosłownie kilka stron, do których niezwykle trudno się dostać, bo wymaga to przebrnięcia przez skłębioną masę infantylnej emocjonalnej burzy bez szansy na jakikolwiek rozwój. Po prostu szkoda czasu na tego gniota.

https://lewkanapowy.wordpress.com/2017/07/09/czas-na-czytanie-kobieta-dosc-doskonala-sylwia-kubrynska/

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Skazaniec. Zawsze mnie kochaj

Kolejny tom za mną. To już piąty, i coraz bardziej przeraża mnie ta świadomość że seria coraz bliżej końca. W tym tomie, mam wrażenie że Ropuch stał...

zgłoś błąd zgłoś błąd