Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
7,12 (360 ocen i 48 opinii) Zobacz oceny
10
18
9
48
8
90
7
95
6
61
5
29
4
6
3
8
2
3
1
2
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Corrections
data wydania
ISBN
9788379992959
liczba stron
584
język
polski
dodała
Ag2S

Inne wydania

Znakomita społeczno-obyczajowa panorama Ameryki ostatniego półwiecza. Nagrodzone prestiżową National Book Award, tragikomiczne arcydzieło o upadku rodziny w pełnych powierzchowności czasach. Po niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy...

Znakomita społeczno-obyczajowa panorama Ameryki ostatniego półwiecza.
Nagrodzone prestiżową National Book Award,
tragikomiczne arcydzieło o upadku rodziny w pełnych powierzchowności czasach.

Po niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy trójka nieszczęśliwych, skłóconych z życiem ludzi, już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Rozpaczliwie poszukując radości i prawdziwego szczęścia, Enid całym sercem pragnie zrealizować jedno marzenie: zebrać rodzinę w domu na ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia...

 

źródło opisu: http://www.soniadraga.pl/

źródło okładki: http://www.soniadraga.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 656
Bartosz Bolechów | 2016-01-17
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 17 stycznia 2016

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Zdanie pierwsze: "Zimny front, nadciągający znad prerii przynosił szaleństwo".

Poznajcie Lambertów, zwyczajną amerykańską rodzinę. Napisałbym "dysfunkcyjną", ale nie wierzę w rodziny "funkcjonalne", tak jak w ludzi w pełni zdrowych psychicznie. Funkcjonalne rodziny i zupełnie zdrowi psychicznie ludzie napawają mnie lękiem: sprawiają wrażenie bytów nie z tego świata, tanich podróbek, dekoracji gotowych do tego, by przy najlżejszym dotknięciu zaczęła z nich obłazić farba fałszu. Są jak obrazy Rockwella, żony ze Stepford, czy ofiary inwazji porywaczy ciał: istnienia zawieszone poza rzeczywistością, zwierciadła odbijające coś, co nie istnieje. Jonathan Franzen natomiast usytuował się w samym centrum rzeczywistości, próbując wymacać językiem zepsuty ząb, zatruty cierń, oścień, który dokucza nam wszystkim. Oto powieść o rodzinie dotkniętej gwałtownym, niemożliwym do odparcia atakiem entropii. Opowieść zarazem uniwersalna i partykularna, jak każda dobra literatura. Druga zasada termodynamiki wydaje się być niemal jednym z jej głównych bohaterów: trudno się temu dziwić, gdyż przenika ona przecież wszystkie sprawy ludzkie i nieludzkie. Tymczasowość jest miarą wszechrzeczy. Jest w tej opowieści coś z przerażenia rozpadem świata, niemożności ocalenia czegokolwiek, jakie przenikało prozę Philipa K. Dicka:

"Ach ten dziecięcy optymizm, ta wiara w naprawę. Nadzieja, że dany przedmiot nigdy się nie zużyje. Głupia wiara, że zawsze gdzieś tam jest przyszłość, w której on, Alfred, nie tylko będzie żywy, ale też nie zabraknie mu energii do naprawiania sprzętów domowych. Ciche przekonanie, że cała jego zapobiegliwość i pasja konserwatora do czegoś się przydadzą: że pewnego dnia obudzi się przemieniony w zupełnie inną osobę z nieskończoną energią i czasem, który będzie mógł poświęcić wszystkim tym przedmiotom, które ocalił, sprawić, żeby działały i żeby wszystko trzymało się kupy".

Dramatis personae:
Alfred, ojciec, jest pogrążonym w depresji, otępiałym, chorym na Parkinsona starcem, w narastającym tempie tracącym kontakt z rzeczywistością. Właśnie wypada z wyścigu życia, na co Franzen patrzy z kliniczną precyzją: "świat parł nieustannie naprzód, dodając kolejne komórki, piętrząc chwile i wydarzenia, tak że nawet jego nieustannie czujna obserwacja nie gwarantowała uchwycenia go w jednoznacznie autentycznej teraźniejszości (...) właśnie dlatego zamiast tracić siły na z góry skazaną na niepowodzenie pogoń, coraz częściej szukał oparcia w solidnych fundamentach przeszłości". Tak, Alfred jest skończony, jak my wszyscy, zostało mu niewiele czasu i nie jest to czas godny pozazdroszczenia. "Nieodgadniona ilość czasu wyciekła przez nogi krzesła w sypialni, na którym Alfred siedział, nie czując nic prócz nieszczęścia gromadzącego się pod czaszką".

Jego żona, Enid, to rozczarowana życiem, mężem i dziećmi stara kobieta, żyjąca nadzieją na drobne radości, które nigdy nie spełniają jej oczekiwań, będąc źródłem kolejnych rozczarowań. To jedna z niezliczonej rzeszy kobiet, która żyjąc życiem innych, zapomniała przeżyć własne życie. Nie otrzymała niemal nic: ani udanego seksu, ani wielkiej miłości, wygody i bogactwa, ani prawdziwej (bo udawanej jest tu aż nadto) dumy z udanego potomstwa. Jedyne co jej pozostało, to oczekiwanie na ostatnie rodzinne święta Bożego Narodzenia, które muszą okazać się katastrofą, oraz dojmujące pragnienie ucieczki od samej siebie.

Chip to najmłodszy syn, który niestety pod wieloma względami przypomina mnie:
"Chip wierzył, że w Ameryce można odnieść sukces, nie zarabiając mnóstwa pieniędzy. Zawsze był dobrym uczniem i studentem, ale że od wczesnej młodości jedyną formą działalności ekonomicznej, do jakiej przejawiał jakiekolwiek uzdolnienia, było robienie zakupów, postanowił poświęcić się karierze intelektualisty". Uśmiechałem się kwaśno, czytając jak Chip narzeka że "wszyscy zdawali się tylko powtarzać jak papugi to, co usłyszeli na zajęciach. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż każdy kolejny rocznik jest odrobinę bardziej odporny na wiedzę". A jeszcze kwaśniej uśmiechałem się, gdy Chip dochodził do wniosku, iż sens i znaczenie jego pracy są co najmniej wątpliwe. Jak zauważa tu pewna błyskotliwa studentka - "stara się pan nauczyć nas nienawidzić tych samych rzeczy, których pan nienawidzi". Czy może być inaczej? Franzen bije w liberalny banał, który szturmem przejął akademię w latach 60. i od tego czasu zadomowił się tam wygodnie, jak pasożyt umysłu:
"Te całe zajęcia. To jedna wielka bzdura. Uczymy się o różnych krytykach, którzy załamują ręce nad stanem krytyki, a nikt nie potrafi powiedzieć, co naprawdę jest nie w porządku. Wiedzą tylko tyle, że wszystko jest złe, że 'korporacja' to paskudne słowo, a jeśli ktoś dobrze się bawi albo zarabia pieniądze, jest obrzydliwy! Zły! I zawsze chodzi o śmierć czegoś tam. I o ludzi, którym się wydaje, że są wolni, chociaż naprawdę są zniewoleni. I o tych, którzy myślą, że są szczęśliwi, choć naprawdę są nieszczęśliwi. I o to, że nie można już w radykalny sposób krytykować społeczeństwa, chociaż nikt nie potrafi wytłumaczyć, co takiego okropnie złego stało się ze społeczeństwem, żeby potrzebowało takiej radykalnej krytyki".

Czy jest jakiś normalny, odpowiedzialny, inteligentny i społecznie przystosowany wykładowca nauk społecznych, któremu przez głowę nigdy nie przeszło, że to co robi, to bezużyteczne bzdury, których braku nie zauważyłby pies z kulawą nogą?
Chip, mający szansę na stałą posadę nauczyciela akademickiego wpakuje się w banalny romans ze studentką, co zrujnuje mu życie. Będzie potem ubolewał w duchu, że "nawet nie potrafi się doprowadzić do porządnego załamania nerwowego".

Denise, córka: pracoholiczka i biseksualistka, która zbyt wcześnie wyszła za mąż, by odciąć się od zaborczej matki, a potem rozwiodła i wpadła w chaos dziwacznych związków uczuciowych. Denise chce być przede wszystkim sobą i nie należeć do żadnej grupy. Czy ktokolwiek może ją za to winić? Czy komukolwiek może się to udać? Nie i nie.

Jest jeszcze Gary, najstarszy syn, którego całe życie "było zaprogramowane jako korekta, jak poprawianie życia ojca". Gary jest snobem urażonym faktem, że świat wokół niego nie jest wystarczająco prostacki, by stanowić tło uwypuklające jego (raczej wątpliwe) wyrafinowanie. Chciałby z całego serca, aby "została zachowana strategiczna rezerwa matołów, ta nieokrzesaność gustów, która umożliwi ludziom uprzywilejowanym, jak Gary, czuć się po wieczne czasy niezwykle ucywilizowanymi..." Pan Przystosowany. Człowiek sukcesu. Bankier z zestawem obowiązkowych akcesoriów: wielkim domem, piękną żoną i trójką dzieci. To ten odpowiedzialny, przewidywalny i dojrzały. Przynajmniej pozornie, gdyż Gary, moi drodzy, cierpi na ciężką depresję, którą ukrywa przed wszystkimi, a najbardziej przed sobą samym, przy pomocy coraz większych dawek alkoholu:
"Niechęć do żony, Caroline, była umiarkowana i pod kontrolą. Spowodowane starzeniem zmiany psychiczne pociągały za sobą nasilenie objawów paranoi (...), sezonowe wzmocnienie przekonania o krótkotrwałości i bezsensie życia ani trochę zaś nie naruszało solidnych podstaw stabilności jego życia psychicznego. Nie wykazywał żadnych klinicznych objawów depresji" - racjonalizuje pogrążony w depresji Gary.

Proza Franzena uwodzi, a miejscami zachwyca, bo mamy do czynienia ze znakomitym stylistą, narratorem i psychologiem. Jego introspekcje są wiarygodne, jego opowieść jest jednocześnie straszna i zabawna w perwersyjny sposób: jest to humor dla tych, których śmieszy bezdenny absurd życia. Do opisania "Korekt" doskonale nadaje się formuła Horacego Walpole'a: "życie jest komedią dla tych, którzy myślą i tragedią, dla tych, którzy czują". Chip "nagle zrozumiał dlaczego nikomu, łącznie z nim samym, nie spodobał się jego scenariusz: napisał dreszczowiec, podczas gdy powinien stworzyć farsę". Franzen to zrobił: napisał farsę, będącą zarazem horrorem. Czyż nie tym właśnie jest życie?

Uderza w tym wszystkim szlachetna surowość formy, przywodząca na myśl bezmyślne okrucieństwo świata z "Krwawego południka" McCarthy'ego i stopniową, nieubłaganą śmierć cieplną ludzkiego Wszechświata w "Koniu turyńskim" Tarra. Już początek powieści upewnia nas, że wkraczamy prosto w oko cyklonu, w intymną apokalipsę:
"Zimny front nadciągający znad prerii przynosił szaleństwo. Czuło się, że wydarzy się coś okropnego. Słońce wisiało nisko na niebie, mała plamka światła, stygnąca gwiazda. Nieustające podmuchu chaosu". Tymczasem "w domu rozlegał się alarm, słyszalny tylko dla nich dwojga: to dzwonił strach", natomiast w ludzkich uszach nieprzerwanie rozlegał się "dźwięk wytwarzany przez nicość". Franzen wie, że świat jest zimnym i pustym miejscem, z lokalnymi, kurczącymi się wysepkami ciepła i światła. Czasem kurczą się one szybciej, niż można zdążyć strzelić sobie w głowę z dubeltówki lub pozwolić sobie utonąć, ratując się przed piekłem starości: "Gdyby tylko wiedział! Gdyby tylko wiedział, podjąłby kroki, miał przecież strzelbę, bezdenny zimny ocean, gdyby tylko wiedział (...) Widział pożądane skutki, utonięcie w morzu, postrzał, upadek z wysokości, wciąż tak wyraźnie, że nie mógł uwierzyć, iż stracił sposobność, aby skorzystać z ulgi, jaką niosły".
Przed oczami stanął mi umierający spokojnie od trucizny w Szwajcarii człowiek, który postanowił zakończyć swoje życie zanim będzie za późno. Widziałem go niedawno w poświęconym eutanazji filmie nieodżałowanego Terry'ego Pratchetta. On wiedział i nie pozwolił się wyprzedzić.

"Korekty" byłyby powieścią doskonałą, gdyby Franzen wykazał nieco więcej dyscypliny i ograniczył się do psychologicznego portretu Lambertów, jakże precyzyjnie i szczerze odmalowanego, na tle surowego pejzażu życia szarpanego wichrem entropii. Franzen jednak wyraźnie chciał stworzyć Wielką Amerykańską Powieść, która odzwierciedli "ducha czasu". Polowanie na Zeitgeist to dla mnie najsłabsza z warstw "Korekt". Dostajemy tu szereg odklejonych od tego, co najbardziej interesujące, mało odkrywczych "analiz społecznych" spod znaku krytyki turbokapitalizmu wraz z jego patologiczną chciwością, tyranią sukcesu na pokaz, prymitywnym kultem pieniądza i moralną degrengoladą. Część akcji rozgrywa się na Litwie, która sprawia wrażenia karykatury samej siebie: owych wschodnioeuropejskich "dzikich pól" z amerykańskich wyobrażeń, gdzie panuje anarchia polityczna i endemiczna przemoc. Litwa u Franzena to polityczny, społeczny i ekonomiczny eksperyment, zwiastun nowego świata, ponieważ "państwo-stan z globalnie rozproszonym obywatelstwem współudziałowców jest następnym krokiem w ewolucji ekonomii politycznej. Na Litwie rozkwita teraz tzw. oświecony neotechnofeudalizm". "Główna różnica między Litwą a Ameryką zdaniem Chipa polegała na tym, że w Ameryce kilku bogaczy niewoliło tłumy biedniejszych od siebie za pomocą ogłupiających i zabijających sumienie rozrywek, gadżetów i leków, podczas gdy na Litwie kilku wpływowych ludzi gnębiło resztę obywateli za pomocą siły i przemocy". I do tego właśnie zdaje się sprowadzać polityczne zróżnicowanie nowego, wspaniałego świata, ale czy jest to myśl naprawdę nowa, że ludzkość tkwi rozpięta między piekłem Orwella i Huxleya?

Podsumowując, "Korekty" nie są powieścią doskonałą, jednak z pewnością nie warto ich przegapić.

Zdanie ostatnie, w którym Franzen dostarcza czytelnikowi, na przekór wszystkiemu, coś w rodzaju prawdziwie amerykańskiego happy endu:

"Miała siedemdziesiąt pięć lat i zamierzała dokonać pewnych zmian w swoim życiu".

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Panna młoda

Znowu mnie to spotkało! Po pierwsze upychanie do jednej książki wszystkiego, co nie przyjdzie Autorce do głowy. Powtarzam się, ale więcej nie znaczy l...

zgłoś błąd zgłoś błąd