Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Brak Tchu

Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Wydawnictwo: Rachocki i S-ka
7,08 (515 ocen i 53 opinie) Zobacz oceny
10
29
9
43
8
110
7
174
6
103
5
36
4
12
3
7
2
1
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Coming Up for Air
data wydania
ISBN
8386396308
liczba stron
302
słowa kluczowe
Anglia, Orwell, literatura piękna
język
polski
dodała
fidrygauka

Inne wydania

Powieść „Brak tchu” przez wielu znawców uważana jest za najlepszą książkę Orwella, choć całkowicie zapomnianą, bowiem przyćmiona została „Folwarkiem zwierzęcym” i „Rokiem 1984″, najpopularniejszymi dziełami angielskiego pisarza doby XX wieku.

 

źródło opisu: okładka

źródło okładki: zdjęcie własne

Brak materiałów.
książek: 410
fidrygauka | 2013-08-25
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 16 sierpnia 2013

Powieść „Brak tchu” przez wielu znawców uważana jest za najlepszą książkę Orwella, choć całkowicie zapomnianą, bowiem przyćmiona została „Folwarkiem zwierzęcym” i „Rokiem 1984″ - taki opis nęci. Odkryć coś, co przebiłoby dwie najbardziej znane i poruszające książki tego wnikliwego obserwatora rzeczywistości, to dopiero gratka!

Z wielkim apetytem zabierałam się więc za tę sentymentalną podróż do przedwojennej Anglii, oczekując na niepowtarzalny klimat, piękne opisy przyrody, na błogość, jaka często towarzyszy nam w podróżach w przeszłość, spodziewając się również sporej dawki orwellowskiego pesymizmu.
Niestety, po raz kolejny chyba dałam się nabrać na magiczne słowo 'najlepsza' i na gorące rekomendacje innych czytelników, nastawiając się na Bóg wie co.

Zacznę od tego, że zupełnie nie przypadł mi do gustu gawędziarski styl głównego bohatera, czyli coś, co poderzewam miało być jedną z głównych atrakcji. Zapis 'strumienia myśli' Georga Bowlinga, podtatusiałego komiwojażera, którego życie jest nudne jak flaki z olejem, zupełnie do mnie nie przemawia. Być może w oryginalnej wersji językowej 'filozoficzne wywody' sfrustrowanego życiem (jak sam na okrągło podkreśla) grubasa nie zalatują sztucznością, jednak po polsku całe to 'zagadywanie' do czytelnika (słuchacza?) brzmiało irytująco.
("Wiecie, jak to bywa. Idziecie do łóżka czując się mniej lub bardziej młodo, myślicie o dziewczętach i tak dalej, a rankiem budzicie się przemożnym wrażeniem, że oto jesteście starym biednym tłuściochem, którego w życiu nic nie oczekuje poza wypruwaniem żył, żeby zdobyć forsę na buty dla dzieci.")
Nie polubiłam go być może także dlatego, że sam Orwell nie starał się zbytnio, by przedstawić narratora w korzystnym świetle. Gruby jak bela, łysiejący, czterdziestopięciolatek ze sztuczną szczęką, niecierpiący swojej zrzędliwej i sknerowatej żony (której zresztą nie waha się zdradzać ile wlezie), irytujący się na dzieci ciułacz i oportunista. Trudno mi było go polubić i 'wsłuchiwać się' w jego dykteryjki. Tym bardziej, że wspominany przez niego świat dzieciństwa, świat przedwojennej Anglii nie wydał mi się wcale sielski, a okrutnie przygnębiający. Świat drobnych kupców, których biznesy umierały przyduszane pojawiającymi się wielobranżowymi sieciówkami, przygłuche, nieporadne nauczycielki, którym wszyscy grali na nosie, zarządcy folwarków siekający psotnych chłopców biczami, zapyziałe miasteczka i ponure wioski. Świat ludzi, którzy wierzyli do końca, "że na oszczędności, ciężkiej pracy i uczciwości nikt jeszcze nie stacił", którzy "trwali w tym przeświadczeniu nie tylko do śmierci, lecz niekiedy aż do przytułku", gdzie lądowali po bankructwie, nie mając środków do życia i nie zostawiając ani pensa swoim dzieciom.
Tytułowy brak tchu towarzyszył mi przez cały czas czytania. Dusiła mnie nieporadność, prowincjonalność, brak perspektyw, nieuchronność zdarzeń.

Na dodatek koszmarnie irytował mnie przekład. Wiem z doświadczenia, że tłumaczenie z obcego języka nie jest zadaniem łatwym, szczególnie, jeśli chce się uchwycić specyficzny styl utworu, dialekt, powiedzonka charakterystyczne dla danej klasy społecznej. Nie czytałam książki po angielsku, więc trudno mi ocenić, czy niektóre karkołomne słowa lub zwroty to majstersztyki tłumacza, który zmagał się ze specyficznym (stylizowanym na mowę potoczną) językiem Georga Bowlinga, czy niepotrzebne ubarwienia. Jednakże raziły mnie takie twory językowe jak: dostąpić uszlachcenia (z kontekstu wynika, że chodziło o nadanie tytułu szlacheckiego), 'wiecznotrwały' jak piramidy, sklamrząca (skamląca?) żona czy 'tchnąć nadmiernym czarnowidztwem' (zawsze wydawało mi się, że tchnąć można nadzieją). Miejscami miałam też wrażenie, że tłumacz nie znał niuansów angielskiej kultury (choć to pewnie zarzut na wyrost, jako że sam o sobie pisze, że jest zagorzałym orwellistą). Dlaczego bowiem pojawiają się takie potworki językowe jak 'ŚWIĘTO BANKOWE' (podejrzewam, że po angielsku 'bank holiday', które jest po prostu dniem urzędowo wolnym od pracy) czy 'urzędnik bankowy, pracujący na przedmieściu, przesiadujący za OSZRONIONĄ MROZEM SZYBĄ, liczący stosy banknotów i podlizujący się szefowi (i znów podejrzewam, że chodziło o 'frosted glass' czyli jakże częstą w biurach przegrodę z matowego szkła - szron i mróz nie mają tu logicznego uzasadnienia). Dlaczego "zaprzęgiem powoził stangret, a z tyłu siedział GROOM" (skoro jest na to polskie słowo - mastelarz lub koniuszy), natomiast George Bowling pochodził z DOLNEGO BINFIELD, a nie po prostu z Lower Bienfield (jaki jest sens sztucznie tłumaczyć połowę nazwy własnej)?

Być może książka jest dziełem wybitnym. Być może jest uniwersalna i ponadczasowa - większość z nas ma swoje przemyślenia, lęki i tęsknoty za przemijającym światem widzianym oczami dziecka. Być może książka ma drugie dno (a poczciwina Bowling mówi głosem samego Erica Blaira, pacyfisty i antytotalitarysty).
Do mnie jednak nie przemówiła.
Jednakże w obliczu tylu pozytywnych opinii, kusi mnie, by do niej wrócić.
A także by przeczytać ją w oryginalnej wersji językowej :)

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Exodus

Opinie czytelników


O książce:
Dom na wyrębach

Bardzo średnia książka. Klasyfikacja książki jako horror to jakiś żart. Dla mnie strata czasu. Nie polecam.

zgłoś błąd zgłoś błąd