Śnić o cudzych życiach. Rozmowa z Krzysztofem Umińskim, autorem „Trzech tłumaczek”

Adam Horowski Adam Horowski
19.01.2022

O wybitnych tłumaczkach, tajnikach przekładu, życiu umysłowym powojennej Polski, związkach książek i ludzi a przede wszystkim o literaturze oraz o swoim książkowym debiucie opowiada nam Krzysztof Umiński.

Śnić o cudzych życiach. Rozmowa z Krzysztofem Umińskim, autorem „Trzech tłumaczek”

[Opis wydawcy] „Trzy tłumaczki” to opowieść o Marii Skibniewskiej, Joannie Guze i Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej – trzech wielkich i wybitnych polskich tłumaczkach. To także opowieść o warsztacie tłumaczy, ich wyborach, walkach – nie tylko o przekład, zlecenie czy o autora, ale także o przetrwanie. Historie tych, którzy zazwyczaj pozostają – niesłusznie – w cieniu.

Adam Horowski: Gdyby książki i komiksy przetłumaczone przez Krzysztofa Umińskiego ustawić jedno na drugim, ile centymetrów liczyłaby dziś powstała sterta?

Krzysztof Umiński: Ha, na oko będzie z pół metra, ale to jest wynik nieco zwodniczy. W tym sensie, że znaczną część mojej sterty utworzyłyby komiksy, które są grube, ale tekstu mają mniej niż, dajmy na to, powieść. Komiks „Kroniki dyplomatyczne” grubością przypomina reportaż „Masakra w El Mozote”, a słów jest w nim z dziesięć razy mniej.

Pan, jak rozumiem, nawiązuje do fragmentu „Trzech tłumaczek”, w którym jest mowa o tym, że książki przetłumaczone przez Marię Skibniewską utworzyłyby stertę wysokości dwustu ośmiu centymetrów – same pierwsze wydania, bez wznowień. Rzeczywiście, to prawda. Niektóre z tych książek są dziś trudno dostępne, więc przez kilka dni siedziałem w Bibliotece Narodowej, zamawiałem kolejne tytuły, po pięć, bo taki był limit, mierzyłem i wpisywałem do tabelki w Excelu. Dwa metry z okładem: więcej niż Michael Jordan. Ale oczywiście nie wysokość sterty jest kluczowa, tylko jej zawartość i – mówiąc górnolotnie – znaczenie dla kultury. A Skibniewska tłumaczyła autorów ważnych i upiornie wymagających. Wśród nich był na przykład ten stylistyczny zwyrodnialec Henry James. Albo Lawrence Durrell, też dobry ananas. Zimno mi się robi na myśl o tłumaczeniu któregoś z nich.

Jest Pan nie tylko tłumaczem, ale też autorem licznych tekstów i wywiadów z pisarzami, współscenarzystą ciepło przyjętych przez krytykę filmów „Kamper” i „Córka trenera”, teraz wydaje Pan książkę. Skąd potrzeba otwierania nowych pól twórczej działalności?

Z ciekawości świata i ludzi. No i, co tu kryć, z ambicji. Niektóre z tych zajęć sam sobie wymyśliłem i zabiegałem o to, żeby móc je wykonywać. Inne – jak propozycja Łukasza Grzegorzka, żebym z nim napisał „Kampera” – przyszły same, a ja miałem dość szczęścia i rozumu, żeby się zgodzić.

Zaraz po studiach zająłem się tłumaczeniem książek i filmów i ta praca wypełniała mi prawie całe życie. Z początku samotność tłumacza była mi nawet na rękę, ale z czasem zaczęła mnie męczyć. Pierwszy wywiad – z nieżyjącym już scenarzystą Jean-Claude’em Carrière’em – zrobiłem dlatego, że strasznie chciałem z nim porozmawiać i zapytać go o różne rzeczy. No a jak inaczej anonimowy chłopak z ulicy miałby porozmawiać z facetem, który pisał scenariusze dla Buñuela, Formana i Wajdy? Zresztą prawie każdy wywiad zrobiłem dlatego, że bardzo chciałem kogoś o coś zapytać.

Rozziew między astronomicznym dorobkiem przekładowym Skibniewskiej a znikomością śladów, jakie po niej pozostały, poraża. Trudno przez chwilę nie pomyśleć, że coś jest na rzeczy. Że chciała zniknąć, rozpuścić się w przekładzie.

Przekład na język polski powierzono Marii Skibniewskiej, która była wówczas szefową redakcji romańskiej w Czytelniku i od dekady parała się tłumaczeniami z francuskiego i angielskiego. […] Cieszyła się uznaniem – jej polszczyznę wychwalał między innymi Jarosław Iwaszkiewicz – ale większość swych najdonioślejszych dokonań miała ciągle przed sobą. I jeszcze jedno: właśnie owdowiała. Cztery miesiące przed tym, jak zawarto umowę na polskie wydanie Władcy Pierścieni, jej mąż zmarł po wycieńczającej chorobie nowotworowej. W przekład wkroczyła w żałobie.

Krzysztof Umiński, „Trzy tłumaczki”

Egzemplarz „Trzech tłumaczek” otrzymałem wraz z krótką adnotacją, że jest to literatura biograficzna. Tymczasem podczas lektury zaskoczyła mnie zarówno struktura książki, jak i ilość poruszanych wątków, kontekstów. Mamy tu nie tylko tytułowe bohaterki: Joannę Guze, Annę Przedpełską-Trzeciakowską i Marię Skibniewską, ale też wyrazisty drugi plan: Alberta Camus, Williama Faulknera, J.R.R. Tolkiena. Mamy pracę w Czytelniku, PIW, kulturę wydawniczą PRL-u, anegdoty i refleksje na temat zawodu tłumacza, ogrom literackich odniesień. Przy tym wszystkim trudno nie odnieść wrażenia, że jest to na wskroś osobista książka. Czym – w sensie twórczym – są dla Pana „Trzy tłumaczki”?

Wychowałem się na grubych powieściach realistycznych: takich, w których są wyraziści bohaterowie, fascynujący świat i intryga, którą się chłonie z płonącymi uszami. A czasem coś więcej, na przykład odrobina mądrości. „Trzy tłumaczki” niewątpliwie należą do literatury faktu (i żeby nie było: dbałem o faktograficzną rzetelność), ale zostały napisane przez kogoś, kto lubi grube powieści.

A że książka jest osobista… Przez pierwsze dwa lata nie umiałem znaleźć w niej miejsca do mówienia „ja”, chociaż pewna bliska osoba suszyła mi głowę, że muszę, że inaczej książka będzie fałszywa. Potem coś mi się przestawiło, przezwyciężyłem wewnętrzne opory i wtedy powstały fragmenty jawnie osobiste, odwołujące się do mojego życia. No i są: na dobre albo na złe.

Jaka jest geneza książki? Co skłoniło Pana do uczynienia jej bohaterkami właśnie Joannę Guze, Annę Przedpełską-Trzeciakowską i Marię Skibniewską?

Chyba zawsze interesował mnie związek książek i ludzi. Tylko że to było półświadome, nienazwane. Zahaczałem o ten związek ciągle: w wywiadach, które robiłem, w porzuconym szkicu jednego scenariusza, w opowiadaniu napisanym do szuflady. Aż raptem, na początku 2018 roku, wykrystalizował się z tego pomysł książki o tłumaczkach.

Wybrałem te trzy bohaterki, bo byłem im wdzięczny za ich przekłady: za fabuły, za świetną polszczyznę. Ale kandydatek było więcej. Dokumentowałem wstępnie jeszcze trzy inne bohaterki, a ostatecznie zaważyły trochę względy osobiste (sympatia dla danej postaci lub jej brak), a trochę pragmatyczne. Mianowicie to, czy o danej osobie dało się znaleźć dość informacji, żeby stworzyć ciekawą historię.

Co – poza wykonywanym zawodem – łączy tytułowe bohaterki?

Zderzenie z okrucieństwem dwudziestowiecznej historii.

Joanna Guze straciła w czasie wojny prawie całą rodzinę i rodzinne miasto. Maria Skibniewska i Anna Przedpełska-Trzeciakowska przeżyły powstanie w Warszawie, ta druga była sanitariuszką w Śródmieściu, jej brat dostał kulę w skroń na barykadzie, zmarł niemal na jej rękach. Skibniewska po wojnie była aresztowana, a jej brat, wojskowy, oskarżony w związku z tzw. spiskiem w wojsku, dostał wyrok śmierci. Uratował go rok 1956. A to tylko początek dłuższej wyliczanki.

Moje bohaterki posiadły szczególną, dwoistą mądrość właściwą niektórym dwudziestowiecznym intelektualistom z Europy Wschodniej. Awersem tej mądrości jest kultura, wiedza o człowieku wyniesiona z lektur Prousta, Manna czy kogo tam jeszcze. A rewersem: koszmary wojny, mówiąc w skrócie. Fascynuje mnie ten typ mądrości, wydaje mi się niezwykle głęboki.

Najpierw Baudelaire, potem dziennik Delacroix i teatr Prospera Mériméego… Guze zanurza się w dziewiętnastowieczną Francję. Z pasji, to pewne. Jest w tym może i szczypta eskapizmu. Jak gdyby odwracała się od rzeczywistości, która ukazuje coraz potworniejszą twarz.

Krzysztof Umiński, „Trzy tłumaczki”

Uderzyły mnie słowa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, że każde tłumaczenie jest klęską i chodzi tylko o to, by możliwie najbardziej zmniejszyć rozmiary porażki. Wtóruje jej Pan, za co najmniej dyskusyjne uznając milczące założenie Pawła Hertza o istnieniu idealnego przekładu. Które tłumaczenie – lub tłumaczenia – byłby Pan mimo wszystko skłonny uznać za najbliższe doskonałości?

Żeby uczciwie mówić o jakości przekładu, trzeba go zestawić z oryginałem. Nie tak wiele tłumaczeń w życiu porównałem sumiennie z pierwowzorem, więc niewiele mam do powiedzenia.

Poniedziałek – on. Wtorek – on. Środa – on. […] Joanna Guze po cichu robiła to samo, co Witold Gombrowicz czynił z hukiem i pompą: wprowadzała ego do literatury polskiej. Tyle że było to ego (a właściwie ega) cudze. O sobie milczała.

Krzysztof Umiński, „Trzy tłumaczki”

Na pewno „Wściekłość i wrzask” Przedpełskiej-Trzeciakowskiej to jest niesłychanie solidna robota. I tej samej tłumaczki „Rozważna i romantyczna”. Z tłumaczeń Skibniewskiej bardzo lubię opowiadania Flannery O’Connor, ale znam je tylko po polsku. Co do Joanny Guze… Na początku pierwszego lockdownu miałem trochę czasu i wymyśliłem sobie zabawę. Kładłem na biurku obok siebie „Degas, danse, dessin” Paula Valéry’ego i przekład Guze: „Degas, taniec, rysunek”. A potem przepisywałem ręcznie do zeszytu: zdanie Valéry’ego i zdanie Guze, po jednej parze zdań dziennie. No i wtedy zobaczyłem, jak to jest cholernie dobrze zrobione. Co jeszcze? Porównywałem kiedyś kawałki „Makbeta” w przekładzie Piotra Kamińskiego z oryginałem i też miałem poczucie, że obcuję z mistrzostwem.

Korci mnie, żeby wymieniać dalej: „Anna Karenina” Iłłakowiczówny, „Odyseja” Parandowskiego,Jeśli zimową nocą podróżnyWasilewskiej… Ale o tych książkach mogę najwyżej powiedzieć, że są żywymi pomnikami nietrywialnej polszczyzny.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska jeździła do Genui, by poznać scenerię miasta, w którym działa się akcja tłumaczonej przez nią powieści Josepha Conrada, a podczas pracy nad „Wściekłością i wrzaskiem” Faulknera między innymi konsultowała się z osobami zajmującymi się dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo. Lata dziewięćdziesiąte i wolny rynek przemodelowały proces wydawniczy, co miało niebagatelny wpływ również na zawód tłumacza – sygnalizuje Pan to, przytaczając choćby historię przekładu „Władcy Pierścieni” dokonanego w dzikim, niewyobrażalnym wręcz tempie przez Jerzego Łozińskiego. Co dziś zostało z dawnego etosu tłumacza?

Licho go wie. Myślę, że i dziś jest pewna liczba tłumaczy i tłumaczek z różnych pokoleń, którzy pracują z wielkim poświęceniem i dociekliwością, nie zważając na lichość stawek, walcząc o dłuższe terminy. Niektórzy mogą sobie na to pozwolić, bo mają własne mieszkanie albo zamożnego partnera czy partnerkę. Są i tacy, którzy robią to kosztem własnego zdrowia i bezpieczeństwa materialnego. Ale „serce przemienia się w kamień, zbyt długo składane w ofierze”. Człowiek się wypala, zwłaszcza gdy nie dostaje żadnej sensownej gratyfikacji. Nie mówię tylko o sławie i pieniądzach, bo w PRL-u pieniądze też były śmieszne, a sława środowiskowa i kapryśna. Chodzi mi raczej o to, że chociaż książek jest całe mnóstwo, to ich znaczenie w kulturze maleje. Książki żyją krótko, obchodzą mało kogo, a i to głównie za sprawą reklamy. W tej sytuacji trudno mieć poczucie, że się współtworzy trwałą wartość.

W połowie lat pięćdziesiątych niespełna trzydziestoletnia tłumaczka rozpoczyna przekład „Pride and Prejudice”. Ma solidne, nowoczesne wykształcenie filologiczne, lecz zarazem – dzięki przedwojennej szkole dla dziewcząt z dobrych domów – nadal mocno tkwi w dziewiętnastowiecznej formie. Już wtedy dysponuje świetnymi słownikami języka angielskiego, a z biegiem lat i tłumaczeń skompletuje pokaźny księgozbiór na temat swojej ukochanej autorki i jej czasów. Posiada nadto atut wyjątkowy: łączący ją z tą autorką zmysł dyskretnej ironii.

Krzysztof Umiński, „Trzy tłumaczki”

Czytanie nazywa Pan rezygnacją z własnego życia i otwarciem na cudzy głos, uznając tłumaczenie za skrajną postać tego działania. Czym w takim razie w tym kontekście jest tworzenie – to słowo wydaje mi się tu bardziej adekwatne niż pisanie – cudzej biografii?

Ciekawe... Ani przez chwilę nie myślałem o pracy nad „Trzema tłumaczkami” jako o rezygnacji z własnego życia. Owszem, ta praca wymagała wielu wyrzeczeń, także materialnych, ale nigdy nie czułem, że moje życie stało się przez nią uboższe. Przeciwnie, miałem poczucie wielkiej intensywności życia: dzięki spotkaniom z ludźmi, którzy znali moje bohaterki, dzięki lekturze ich listów.

Biograf poznaje drobiazgowo życie drugiej osoby, od narodzin do śmierci. Rozmyśla nad tym życiem, ogląda je z różnych perspektyw, przymierza się, jak je najlepiej opowiedzieć, może nawet o nim śni. I siłą rzeczy traktuje je jako zwierciadło własnego życia. To jest chyba wielka korzyść z pisania biografii: uważne przejrzenie się w cudzym życiu. Zapewne czytelnicy – nie tylko biografii, ale również powieści takich jak „Pani Bovary”, „Buddenbrookowie” czy „Szkoła uczuć”, które ukazują niemal całe życie jakiegoś bohatera – doświadczają czegoś podobnego. Ale nie z taką intensywnością.

Co było największym wyzwaniem podczas pracy nad „Trzema tłumaczkami”?

Najtrudniej było przezwyciężyć wstyd przed pisaniem, zwłaszcza pisaniem o sobie.

Trudno też było znaleźć odpowiedź na pytanie, jak zajmująco opisać życie umysłowe. To jest podstawowa zagwozdka każdego, kto pisze o życiu intelektualisty, o życiu spędzonym w dużej mierze za biurkiem.

Urodził się Pan w latach osiemdziesiątych, więc Pana świadome dzieciństwo przypada już na ostatnią dekadę tysiąclecia, ale doskonale oddaje Pan ducha czasów PRL-owskich. „Trzy tłumaczki” to jednorazowy wyskok do tamtej epoki?

Powojenna historia Polski ciekawiła mnie, odkąd pamiętam, ale nie umiem wyjaśnić dlaczego. Na pewno tego zainteresowania nie wyniosłem ze szkoły: nie umiałem się uczyć z podręczników, a poza tym i w podstawówce, i w liceum zaczynaliśmy od Greków i dochodziliśmy w najlepszym razie do konstytucji kwietniowej.

Lubię czytać książki o powojennej Polsce – reportaże, biografie, dzienniki, wywiady rzeki, dzieła pisane przez historyków idei. Ale jeśli pańskie pytanie dotyczy moich dalszych planów związanych z pisaniem, to nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć.

Pańskie ostatnie fascynacje czytelnicze?

Miałem udaną jesień: dużo czytałem i szczęśliwie dobierałem książki. Co tam było na przykład? „This Is How You Lose Her” Junota Díaza, takie śmieszno-smutne uliczne opowiadania o miłości i jej końcu, osadzone w środowisku dominikańskiej diaspory w USA. Dalej, „Sława i infamia” – wywiad rzeka Małgorzaty Szejnert z Bohdanem Korzeniewskim traktujący o postawach artystów teatru pod okupacją, w latach stalinowskich i później. U Korzeniewskiego, tak jak u trzech tłumaczek, też jest ta dwoista mądrość. Jej awers stanowią na przykład tłumaczenie Moliera i Szekspira i praca w teatrze. A rewers: udział w konspiracji, pobyt w Auschwitz, ratowanie zbiorów BUW-u z rąk sowieckich żołnierzy, czy rozmówka z Jakubem Bermanem na temat zdjęcia ze sceny „Don Juana” wystawionego w Teatrze Polskim w 1950 roku.

Co jeszcze? „Low” Jeeta Thayila, „Łapa w łapę” Barbary N. Łopieńskiej, „Joga” Carrère’a… Długo by wymieniać. Zaimponował mi Igor Jarek książką „Halny”, strasznie mu zazdroszczę talentu narracyjnego. Gdybym był bogatym producentem filmowym, to bym go molestował, żeby napisał jakiś nowohucki „The Wire”. Jarek z Judytą Sosną, swoją partnerką, tworzy też komiksy i nie mogę się doczekać, aż je dorwę. Widziałem, że w jednej bibliotece na Mokotowie mają „Spodoustych”, może w tym tygodniu uda mi się wypożyczyć.

Czytając jeden z fragmentów Pana książki, przypomniałem sobie o tym, jak bohater „Stalkera” Andrieja Tarkowskiego w pewnym momencie wysuwa radykalną tezę: „Kiedy drzewo wzrasta, jest miękkie i wiotkie, kiedy twardnieje, umiera. Twardość i siła to towarzysze śmierci”. Twardość musiała kojarzyć się rosyjskiemu reżyserowi z brakiem rozwoju, twórczą agonią. Pan z kolei postrzega umiejętność zachowania równowagi między miękkością (empatią, łagodnością, subtelnością, zdolnością do kompromisów i przebaczania) a twardością (siłą woli, uporem, odwagą, wytrzymałością) jako oznakę dojrzałości. Odnajduje Pan dziś w swoim życiu harmonię między miękkością i twardością?

Ech… Zdaje mi się, że ta harmonia nie jest dana na zawsze, że trzeba o nią ciągle zabiegać. W każdym razie ja muszę. Trudno o tym mówić. Ostatnio dużo słucham „Kill Jay Z”, pierwszego kawałka z płyty „4:44” – jest tam kilka ciekawych wersów na ten temat.

Krzysztof Umiński – debiutował relacjami z podróży po Bliskim Wschodzie drukowanymi w prasie turystycznej. Później publikował recenzje, eseje i wywiady (w „Bluszczu”, „Dwutygodniku”, „Literaturze na Świecie”, „Nowych Książkach”, „Przeglądzie Politycznym”) i pisywał scenariusze („Kamper”, „Córka trenera”). Tłumaczył książki m.in. Alberta Cohena, Sørena Gaugera, Rohintona Mistry’ego, Arundhati Roy i George’a Saundersa oraz francuskie komiksy. Jego przekład reportażu „Masakra w El Mozote” Marka Dannera znalazł się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Trenuje tajski boks, stoczył kilka walk, m.in. na mistrzostwach Polski i w pucharze Polski. „Trzy tłumaczki” to jego debiut książkowy.

Przeczytaj fragment książki:

Trzy tłumaczki

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.

Książka „Trzy tłumaczki” jest już dostępna w sprzedaży.

Artykuł sponsorowany.


komentarze [4]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Magda 22.01.2022 21:43
Czytelnik

Już się nie mogę doczekać kiedy ta książka wpadnie w moje ręce  😁

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
JustynaZaczytana 20.01.2022 21:08
Czytelniczka

Tłumaczenia Skibniewskiej zawsze wydawały mi się genialne. Świetny pomysł na książkę. Myślę, że niedługo przeczytam.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Agnieszka 19.01.2022 13:29
Redaktorka

Niedawno przeczytałam Aldobrando, komiks przetłumaczony przez Krzysztofa Umińskiego. Co
prawda nie porównam go z oryginałem, ale od pierwszych dymków, od „koniska”, język
przykuł moją uwagę. Groteskowa aura tej opowieści, jej brawurowe łamanie
konwencji bierze się w takiej samej mierze z fabuły i rysunku co właśnie z
języka, i myślę że ten trzeci element bardzo łatwo było...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Adam Horowski 19.01.2022 12:31
Redaktor

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post