Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

🕷️ „Ptasznik”

Są kryminały, które wciągają jak wir. Są takie, które duszą atmosferą. I są też takie, które siedzą obok, milczą, patrzą — i zostawiają cię z pytaniem: czy to już wszystko?
Ptasznik Marka Stelara należy właśnie do tej trzeciej kategorii.

Czytałam tę książkę z poczuciem, że autor wie, jak pisać, ma warsztat, ma mrok, ma odpowiednie rekwizyty… ale gdzieś po drodze zgubił emocjonalny impuls. To nie jest zła książka. To książka nie dość odważna, żeby naprawdę zaboleć.

🕸️ Heinrich Vogel – bohater, który powinien ciągnąć historię, a raczej ją tłumi

Heinrich Vogel wraca do przeszłości, która miała zostać zamknięta na zawsze. Jest trauma, są stare winy, są cienie więziennych znajomości i rodzinne sekrety. Brzmi jak idealna baza pod gęsty, psychologiczny kryminał.
Problem w tym, że Vogel jest bohaterem, którego się obserwuje, ale którego się nie czuje. Jego emocje są jak zapis z monitoringu — widzisz, co się dzieje, ale nie czujesz ciężaru sytuacji. Zamiast wejść w jego głowę, krążymy wokół niej, bez prawa wstępu.

🩸 Intryga jest… poprawna. I to jej największy grzech
Zbrodnia, śledztwo, powiązania z przeszłością — wszystko jest na swoim miejscu. Tyle że dokładnie na swoim miejscu. Bez momentu zaskoczenia, bez fabularnego ryzyka, bez sceny, po której trzeba na chwilę zamknąć książkę i odetchnąć.

Czytałam Ptasznika sprawnie, ale bez tej nerwowej potrzeby „jeszcze jednego rozdziału”. A to w kryminale zawsze jest sygnał ostrzegawczy.

🕯️ Klimat? Jest. Ale jakby zza szyby
Stelar potrafi budować mrok — to fakt. Jest duszno, ciężko, momentami niepokojąco. Ale to mrok estetyczny, kontrolowany, wygładzony. Brakuje mi brudu pod paznokciami, emocjonalnej brutalności, chaosu, który rozsadza historię od środka.

📌 Podsumowanie
Ptasznik to książka, która mogła być czymś więcej, ale wybrała bezpieczną drogę. Dla mnie to kryminał, który nie zostaje pod skórą — raczej przelatuje przez myśli i znika. Doceniam warsztat, ale oczekiwałam odwagi. Albo emocjonalnej, albo fabularnej. Najlepiej obu.

Ocena: 5/10.
Za solidne rzemiosło. Minus za brak ryzyka i historii, która zamiast uderzyć — tylko muska.

🕷️ „Ptasznik”

Są kryminały, które wciągają jak wir. Są takie, które duszą atmosferą. I są też takie, które siedzą obok, milczą, patrzą — i zostawiają cię z pytaniem: czy to już wszystko?
Ptasznik Marka Stelara należy właśnie do tej trzeciej kategorii.

Czytałam tę książkę z poczuciem, że autor wie, jak pisać, ma warsztat, ma mrok, ma odpowiednie rekwizyty… ale gdzieś po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

📖 „Atramentowe serce” – piękny hołd dla książek, ale bohaterka ...

Do Atramentowego serca siadałam z dużymi oczekiwaniami. To przecież książka, która przez lata uchodziła za list miłosny do literatury — historię o mocy słów, czytaniu na głos i granicy między fikcją a rzeczywistością. I faktycznie: pomysł jest piękny, klimat magiczny, a sama idea „wyczytywania” postaci z książek wciąż robi wrażenie. Problem w tym, że im dalej w las, tym bardziej łapałam się na tym, że… zamiast przeżywać historię, coraz częściej przewracałam oczami.

📚 O czym to właściwie jest?
Dwunastoletnia Meggie odkrywa, że jej ojciec Mo posiada niezwykły dar — potrafi wyczytywać bohaterów z książek do prawdziwego świata. Każde takie czytanie ma jednak swoją cenę. Gdy z mrocznej powieści do rzeczywistości trafia okrutny Koziorożec, zaczyna się niebezpieczna przygoda, w której fikcja i rzeczywistość niebezpiecznie się przenikają. To historia o odpowiedzialności za słowa, o miłości do książek i o tym, że nie każda magia jest darem.

💬 Co mnie zachwyciło?
✔ Motyw książek jako magii. To największa siła tej powieści. Funke naprawdę wierzy w moc literatury — i ta wiara udziela się czytelnikowi.
✔ Atmosfera. Mroczna, lekko baśniowa, pełna kurzu, starych tomów i tajemnic. Czuć miłość do opowieści.
✔ Postacie drugoplanowe. Mo, Elinor, Smolipaluch czy nawet Koziorożec są znacznie ciekawsi i bardziej wyraziści niż główna bohaterka.

😤 I tu dochodzimy do problemu: Meggie
Meggie miała być bohaterką, z którą łatwo się utożsamić. Dla mnie była jednak emocjonalnie męcząca. Jej reakcje często wydawały mi się przesadzone, impulsywne, a momentami po prostu naiwne w sposób, który nie budził sympatii, tylko irytację. Zamiast ciekawości i odwagi dostawałam chaos emocjonalny i decyzje, które chciałam co chwilę kwestionować.

Rozumiem, że to książka skierowana do młodszego czytelnika — ale nawet biorąc to pod uwagę, Meggie zbyt często działała wbrew logice sytuacji. Przez to trudno było mi naprawdę przejąć się jej losem, a bez emocjonalnej więzi z bohaterką cała historia traci część swojej mocy.

😐 Co jeszcze nie zagrało?
✖ Tempo. Książka jest długa i momentami wyraźnie się dłuży. Niektóre sceny można by skrócić bez straty dla fabuły.
✖ Nierówność emocjonalna. Są fragmenty bardzo dobre, ale też takie, które kompletnie mnie wytrącały z rytmu.


📚 Podsumowanie
Atramentowe serce to książka z ogromnym sercem do literatury, ale niepozbawiona wad. Doceniam pomysł, klimat i przesłanie, jednak irytująca główna bohaterka i nierówne tempo sprawiły, że nie byłam w stanie w pełni się w tę historię zanurzyć. To dobra książka — tylko nie taka, którą pokochałam tak, jak się tego spodziewałam.

Ocena: 6/10.
Za miłość do książek, klimat i pomysł. Minus za Meggie, która skutecznie uprzykrzała mi lekturę.

📖 „Atramentowe serce” – piękny hołd dla książek, ale bohaterka ...

Do Atramentowego serca siadałam z dużymi oczekiwaniami. To przecież książka, która przez lata uchodziła za list miłosny do literatury — historię o mocy słów, czytaniu na głos i granicy między fikcją a rzeczywistością. I faktycznie: pomysł jest piękny, klimat magiczny, a sama idea „wyczytywania” postaci z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

📖 „Przeprawa”

Sięgając po Przeprawę, byłam gotowa na mrok. Na zimno, na ból, na tę specyficzną ciszę, która zapada po dobrym kryminale psychologicznym. Marek Stelar potrafi pisać o rzeczach trudnych i niewygodnych, dlatego spodziewałam się książki, która zostawi mnie z emocjonalnym ciężarem. I choć momentami faktycznie było duszno i nieprzyjemnie, to ostatecznie zabrakło mi jednego — głębszego poruszenia.

🌊 Morze, które oddaje to, co miało zostać zapomniane
Zimowe Świnoujście jest tu niemal osobnym bohaterem. Morze nie daje ukojenia, tylko zwraca to, co zostało w nim utopione — tajemnice, ciała, wspomnienia. Powrót Małgorzaty „Margerity” Podrzyckiej do rodzinnego miasta miał być nowym początkiem, a staje się brutalnym zderzeniem z przeszłością, od której nie da się uciec. Bardzo chciałam wejść w jej emocje głębiej, poczuć ten strach i wstyd, tę niechęć do miejsc, które kiedyś były domem.

I chwilami się udawało. Naprawdę.

😔 Trauma zamiast zagadki
To nie jest klasyczny kryminał. Śledztwo schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca traumie, pamięci i psychologicznemu rozliczeniu. Doceniam ten kierunek — ale mam wrażenie, że historia gubi balans. Zamiast napięcia dostajemy długie, introspekcyjne fragmenty, które nie zawsze niosą emocjonalną kulminację. Czasem miałam wrażenie, że książka tylko krąży wokół bólu, zamiast pozwolić mu wybrzmieć.

Bohaterka jest ciekawa, niejednoznaczna, zmęczona — ale emocjonalnie jakby niedostępna. Rozumiem ten zabieg, wiem, że dystans bywa mechanizmem obronnym, jednak jako czytelniczka chciałam się do niej zbliżyć bardziej. Poczuć jej gniew, rozpacz, bezsilność. Zamiast tego często czułam chłód.

📚 Po lekturze zostało…
Cisza. Nie taka, która dzwoni w uszach i nie daje spokoju, ale raczej spokojne zamknięcie książki z myślą: to było w porządku. I to chyba największy problem Przeprawy — jest poprawna, solidna, klimatyczna… ale nie wbija się pod skórę.

Ocena: 6/10.
Za klimat, za morze, za próbę opowiedzenia o pamięci i traumie. Minus za emocjonalny dystans i śledztwo, które nigdy naprawdę nie staje się sercem tej historii.

📖 „Przeprawa”

Sięgając po Przeprawę, byłam gotowa na mrok. Na zimno, na ból, na tę specyficzną ciszę, która zapada po dobrym kryminale psychologicznym. Marek Stelar potrafi pisać o rzeczach trudnych i niewygodnych, dlatego spodziewałam się książki, która zostawi mnie z emocjonalnym ciężarem. I choć momentami faktycznie było duszno i nieprzyjemnie, to ostatecznie zabrakło...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

📖 „Róże i fiołki”

Po Róże i fiołki sięgnęłam z ogromną nadzieją. Dark academia, szkoła magii, nordycki klimat i tajemnica sprzed lat? To wszystko brzmi jak idealna mieszanka. Niestety, po zamknięciu książki zostałam z uczuciem, że dostałam coś, co wygląda pięknie z daleka, ale z bliska okazuje się puste w środku.

🌒 O czym jest ta historia?
Akademia Rosenholm to elitarna szkoła magii, do której trafiają cztery dziewczyny: Kirstine, Victoria, Kamille i Malou. Każda z nich jest inna, każda coś ukrywa i każda nosi w sobie własne lęki. W murach szkoły czai się duch zamordowanej uczennicy, który domaga się prawdy. Brzmi intrygująco – i faktycznie, początek zapowiada coś naprawdę dobrego.

💬 Co działa?
✔ Klimat. To największy atut tej książki. Rosenholm jest mroczne, chłodne, tajemnicze. Czuć nordycki klimat, wilgoć, ciszę i coś, co czai się w cieniu.
✔ Motyw szkoły magii. Akademia jako zamknięta przestrzeń pełna sekretów zawsze działa na wyobraźnię. Tutaj też – przynajmniej na poziomie pomysłu.
✔ Relacje między dziewczynami. Ich napięcia, rywalizacja i stopniowe budowanie więzi to jeden z ciekawszych elementów fabuły.

😐 A co mnie rozczarowało?
✖ Płytkie postacie. Cztery bohaterki miały ogromny potencjał, ale żadna nie została naprawdę pogłębiona. Ich emocje są bardziej deklarowane niż przeżywane.
✖ Nierówne tempo. Książka albo stoi w miejscu, albo nagle przyspiesza – bez wyczucia. Tajemnica, która powinna trzymać w napięciu, często ginie w długich opisach i powtarzalnych scenach.
✖ Brak emocjonalnego zaangażowania. Chciałam się bać, przejmować, kibicować bohaterkom – a zamiast tego czułam dystans. Jakbym obserwowała wszystko zza szyby.
✖ Niewykorzystany potencjał. To boli najbardziej. Bo z tej historii dało się wyciągnąć dużo więcej mroku, emocji i dramatyzmu.

📚 Podsumowanie
Róże i fiołki to książka, która ma piękną okładkę, świetny koncept i obiecujący klimat, ale nie potrafi zamienić ich w naprawdę wciągającą opowieść. To nie jest zła lektura – czyta się ją poprawnie – ale też nie taka, która zostaje w głowie na dłużej. Raczej pierwszy szkic dobrej historii niż pełnokrwista powieść.

Ocena: 5/10.
Za klimat i pomysł. Minus za płytkość postaci, brak emocji i zmarnowany potencjał.

📖 „Róże i fiołki”

Po Róże i fiołki sięgnęłam z ogromną nadzieją. Dark academia, szkoła magii, nordycki klimat i tajemnica sprzed lat? To wszystko brzmi jak idealna mieszanka. Niestety, po zamknięciu książki zostałam z uczuciem, że dostałam coś, co wygląda pięknie z daleka, ale z bliska okazuje się puste w środku.

🌒 O czym jest ta historia?
Akademia Rosenholm to elitarna...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

📖 „Droga Cienia” – mrok, który wciąga… ale nie zawsze trafia w serce

Są książki, które czyta się głową. Są też takie, które czyta się sercem. Droga Cienia Brenta Weeksa balansuje gdzieś pomiędzy. To historia, która wciąga swoim mrokiem, brutalnością i obietnicą czegoś wielkiego, ale jednocześnie nie zawsze potrafi mnie emocjonalnie chwycić tak mocno, jakbym tego chciała.

Od pierwszych stron czułam, że to nie będzie bezpieczna opowieść. Cenaria jest brudna, okrutna i bezlitosna – tu dzieci uczą się przemocy szybciej niż zaufania, a słabość oznacza śmierć. Kylar Stern, wcześniej znany jako Merkuriusz, dorasta w świecie, który nie daje drugich szans. I bardzo chciałam mu kibicować. Chciałam poczuć jego strach, desperację, gniew. Czasami się to udawało. Czasami – niestety – nie.

🗡️ Historia o cenie, jaką płaci się za przetrwanie

Droga Kylara do zostania skrytobójcą pod okiem legendarnego Durzo Blinta jest brutalna, momentami wręcz przytłaczająca. To nie jest szkolenie rodem z heroicznego fantasy – to powolne obdzieranie z niewinności, uczenie się, że zabijanie może być narzędziem, a emocje są słabością. I właśnie ten motyw najbardziej mnie poruszył. Bo Droga Cienia nie pyta, jak zostać bohaterem. Pyta, ile z siebie jesteś w stanie poświęcić, żeby przeżyć.

Durzo Blint kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jest fascynujący, mroczny, niepokojący – i znacznie bardziej złożony niż większość postaci. Przy nim Kylar momentami blednie, co trochę boli, bo to przecież jego historia. Chciałabym, żeby jego wewnętrzne rozdarcie było pokazane głębiej, intensywniej, bardziej „do środka”.

😔 Dlaczego nie było „wow”?
Mimo świetnego klimatu, książka często traci tempo. Są fragmenty, które pochłaniałam z wypiekami na twarzy, i takie, które czytałam bardziej z obowiązku niż z ciekawości. Narracja bywa chaotyczna, emocje nierówne, a niektóre sceny nie wybrzmiewają tak mocno, jak powinny.

To właśnie przez to Droga Cienia zostawiła mnie z poczuciem niedosytu. Czułam potencjał. Ogromny. Ale nie zawsze czułam serce tej historii.

📚 Podsumowanie
Droga Cienia to mroczny, brutalny i obiecujący początek serii, który potrafi wciągnąć w swój świat, ale nie zawsze potrafi poruszyć do głębi. To książka, która bardziej hipnotyzuje klimatem niż emocjami – i choć momentami zachwyca, równie często pozostawia z dystansem.

Ocena: 7/10.
Za mrok, atmosferę i trudne pytania o moralność. Minus za nierówne tempo i emocjonalny dystans, który nie pozwolił mi zakochać się w tej historii bezwarunkowo.

📖 „Droga Cienia” – mrok, który wciąga… ale nie zawsze trafia w serce

Są książki, które czyta się głową. Są też takie, które czyta się sercem. Droga Cienia Brenta Weeksa balansuje gdzieś pomiędzy. To historia, która wciąga swoim mrokiem, brutalnością i obietnicą czegoś wielkiego, ale jednocześnie nie zawsze potrafi mnie emocjonalnie chwycić tak mocno, jakbym tego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Wszyscy jesteśmy łotrami Amanda Foody, Christine Lynn Herman
Ocena 6,9
Wszyscy jesteśmy łotrami Amanda Foody, Christine Lynn Herman

Na półkach: ,

Na młodzieżowe fantasy zawsze patrzę z lekką ostrożnością. Zdarzają się perełki, które na długo zostają w pamięci, ale równie często trafiam na historie, które obiecują więcej, niż ostatecznie dają. „Wszyscy jesteśmy łotrami” to właśnie jedna z tych książek, które miały ogromny potencjał – mroczny klimat, krwawy turniej, rywalizację i siedem rodów magów. Brzmi jak przepis na hit, prawda? Niestety, mimo ciekawego pomysłu i kilku naprawdę dobrych momentów, nie wszystko zagrało tak, jak powinno.

🩸 O czym to jest?
W miasteczku Ilvernath co pokolenie odbywa się turniej, w którym siedem rodzin wystawia swoich młodych reprezentantów. Walczą oni o kontrolę nad źródłem wysokiej magii – potężnej, ale niebezpiecznej siły. Kiedyś była to tradycja otoczona tajemnicą, dziś – po ujawnieniu jej przez „Tragiczną tradycję” – stała się medialnym widowiskiem. Każdy uczestnik ma swoje motywacje: chęć zemsty, ambicję, potrzebę ocalenia rodziny… lub po prostu pragnienie władzy.

💬 Co mi się podobało?
✔ Pomysł na świat. System magii i idea turnieju są naprawdę ciekawe – przypominają klasyczne motywy fantasy, ale mają swój własny, mroczny charakter. Autorki świetnie pokazują, jak polityka i magia splatają się z ludzkimi emocjami.
✔ Klimat. Ilvernath jest brudne, wilgotne, pełne tajemnic i starych krwawych tradycji. To nie jest bajkowe fantasy – raczej opowieść o upadku moralności w świecie, gdzie nawet magia jest toksyczna.
✔ Moralna szarość bohaterów. Tytuł nie kłamie – tu naprawdę wszyscy są trochę łotrami. Każdy z uczestników turnieju ma na sumieniu coś, co sprawia, że trudno im kibicować bez zastrzeżeń, ale właśnie to czyni ich ciekawymi.

😐 Co zawiodło?
✖ Za dużo perspektyw. Siedmiu bohaterów, każdy z własnym wątkiem – to po prostu za dużo jak na jeden tom. Zamiast głębi emocjonalnej dostajemy powierzchowne spojrzenia i chaos narracyjny.
✖ Początek świetny, środek nudny. Pierwsze rozdziały naprawdę wciągają, ale potem tempo siada. Momentami miałam wrażenie, że autorki próbują rozciągnąć fabułę tylko po to, żeby dojść do drugiego tomu.
✖ Brak emocjonalnego ciężaru. Turniej na śmierć i życie powinien budzić strach, napięcie, dramat – a tutaj momentami wszystko dzieje się zbyt lekko, jakby bez konsekwencji.

📚 Podsumowanie:
„Wszyscy jesteśmy łotrami” to solidne, ale nierówne młodzieżowe fantasy. Ma świetny klimat i ciekawą ideę, ale gubi tempo i emocje po drodze. To książka, która mogłaby być czymś wyjątkowym – gdyby tylko autorki mniej się skupiały na rozmachu, a bardziej na bohaterach i emocjach.

Na młodzieżowe fantasy zawsze patrzę z lekką ostrożnością. Zdarzają się perełki, które na długo zostają w pamięci, ale równie często trafiam na historie, które obiecują więcej, niż ostatecznie dają. „Wszyscy jesteśmy łotrami” to właśnie jedna z tych książek, które miały ogromny potencjał – mroczny klimat, krwawy turniej, rywalizację i siedem rodów magów. Brzmi jak przepis...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Z literaturą historyczną mam tak, że albo mnie pochłania bez reszty, albo męczy od pierwszych stron. „W cieniu twierdzy” Kamili Cudnik obiecywało jedno z moich ulubionych połączeń – tło historyczne, intrygę kryminalną i wątek romantyczny. Niestety, choć sam pomysł był bardzo obiecujący, wykonanie rozczarowało mnie na tyle, że przez dużą część książki walczyłam nie z emocjami bohaterów, ale z sennością.

🏰 O czym to jest?
Rok 1904, Toruń pod zaborem pruskim. Pruski oficer Walter Offenberg, po osobistym skandalu, zostaje przeniesiony z Berlina do twierdzy toruńskiej. Na miejscu próbuje poukładać życie od nowa, kupuje majątek i poznaje młodą dziedziczkę Luizę Zagórską. W tle narasta napięcie między Polakami a Niemcami, a nad wszystkim unosi się cień zbrodni i sekretów z przeszłości. Brzmi jak przepis na doskonały kryminał historyczny, prawda? Niestety – tylko na papierze.

💬 Co się udało?
✔ Pomysł. Sam koncept historii osadzonej w Toruniu pod zaborem pruskim to coś naprawdę ciekawego – rzadko spotykamy taki kontekst w polskiej literaturze popularnej.
✔ Klimat epoki. Czuć, że autorka włożyła dużo pracy w research. Stroje, miejsca, detale – wszystko brzmi wiarygodnie i dobrze osadzone w realiach historycznych.
✔ Zbrodnia w tle. Choć nie dominuje, stanowi interesujący wątek, który mógłby być świetnym motorem fabuły… gdyby tylko został lepiej poprowadzony.

😐 A co nie wyszło?
✖ Tempo. Książka dłuży się niemiłosiernie. Długie, opisowe fragmenty i rozwlekłe dialogi sprawiają, że akcja niemal stoi w miejscu. Momentami miałam wrażenie, że więcej dzieje się w przypisach niż w fabule.
✖ Bohaterowie. Trudno się z kimkolwiek związać emocjonalnie. Walter jest zimny i nijaki, Luiza – schematyczna. Ich relacja, która miała być jednym z głównych wątków, kompletnie mnie nie przekonała.
✖ Styl. Autorka stara się pisać „po dawnemu”, ale przez to język brzmi sztucznie i ciężko. Zamiast wciągać, dystansuje.
✖ Zakończenie. Gdy już zaczynałam liczyć, że wszystko się rozkręci – książka się kończy. Bez napięcia, bez satysfakcji, jakby ktoś po prostu zamknął notes w połowie notatki.

📚 Podsumowanie:
„W cieniu twierdzy” to powieść, która miała ogromny potencjał – ciekawy czas, miejsce i temat. Niestety, zginęła pod ciężarem zbyt wolnej narracji, nijakich bohaterów i braku emocjonalnej głębi. To nie jest zła książka – ale też nie taka, do której chciałoby się wracać. Jeśli lubicie powolne, mocno opisowe historie z historycznym tłem, być może odnajdziecie tu coś dla siebie. Dla mnie jednak było to doświadczenie bardziej męczące niż wciągające.

Z literaturą historyczną mam tak, że albo mnie pochłania bez reszty, albo męczy od pierwszych stron. „W cieniu twierdzy” Kamili Cudnik obiecywało jedno z moich ulubionych połączeń – tło historyczne, intrygę kryminalną i wątek romantyczny. Niestety, choć sam pomysł był bardzo obiecujący, wykonanie rozczarowało mnie na tyle, że przez dużą część książki walczyłam nie z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Nieczęsto sięgam po reportaże. Czasami brakuje mi odwagi, bo wiem, że to nie są książki, które można „połknąć” w dwa wieczory i odłożyć bez refleksji. Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego Piotra Matysiaka to właśnie taka pozycja – mocna, szczera i bolesna, bo dotykająca miejsc, o których wolelibyśmy nie pamiętać. Ale to lektura, która – mimo że trudna – naprawdę zostaje w głowie.

⚖️ O czym to jest?
Autor – zawodowy kurator sądowy – pokazuje swoją codzienność. Odwiedza rodziny, w których alkohol leje się strumieniami, dzieci żyją w skrajnych warunkach, a zło staje się codziennością. Widzimy z bliska pracę człowieka, który nie ma prawa się bać, choć często musi wchodzić tam, gdzie większość z nas nigdy by nie weszła. Nie ma tu fikcji, nie ma upiększeń – są prawdziwe historie z polskich blokowisk, wsi i zapomnianych dzielnic.

💬 Co mi się podobało?
✔ Autentyczność. Każda historia brzmi jak fragment prawdziwego życia – czasem aż zbyt prawdziwego. Czuć, że autor był tam naprawdę, że to nie jest literacka stylizacja, tylko realny świat ludzi z marginesu.
✔ Emocje bez patosu. Matysiak nie próbuje grać na emocjach – nie moralizuje, nie wybiela, nie ocenia. Po prostu pokazuje. A to działa mocniej niż najbardziej wzruszające metafory.
✔ Społeczny wymiar. Ta książka powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, kto ma wrażenie, że „system działa”. Pokazuje, jak bardzo często nie działa i jak bardzo brakuje w nim człowieka.
✔ Język. Choć prosty, jest bardzo wyrazisty. Autor pisze dosadnie, czasem brutalnie, ale dzięki temu jego słowa zostają w pamięci.

😐 Co mi przeszkadzało?
✖ Brak struktury. Książka to raczej zbiór luźno powiązanych historii niż spójna narracja. To ma swój urok, ale miejscami trudno utrzymać skupienie.
✖ Ton pesymizmu. Wiem, że to prawda i że nie ma tu miejsca na happy end, ale po zakończeniu lektury czułam przytłoczenie. To nie jest książka, po której można od razu wrócić do codzienności.
✖ Powtarzalność. Niektóre opowieści brzmią podobnie – po kilku rozdziałach można odnieść wrażenie, że autor opisuje wciąż ten sam schemat, choć w innej scenerii.

📚 Podsumowanie:
„Patożycie” to mocny, uczciwy i ważny głos. To nie jest książka do przyjemnego popołudniowego czytania – to świadectwo codziennego zmagania się z polską rzeczywistością, w której bieda, uzależnienia i brak empatii stają się dziedzicznym przekleństwem. Nie każdemu przypadnie do gustu forma i język, ale trudno odmówić autorowi odwagi i autentyczności.

Nieczęsto sięgam po reportaże. Czasami brakuje mi odwagi, bo wiem, że to nie są książki, które można „połknąć” w dwa wieczory i odłożyć bez refleksji. Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego Piotra Matysiaka to właśnie taka pozycja – mocna, szczera i bolesna, bo dotykająca miejsc, o których wolelibyśmy nie pamiętać. Ale to lektura, która – mimo że trudna – naprawdę zostaje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Gdy tylko zobaczyłam, że T. Kingfisher sięga po klasykę grozy – inspirując się Zagładą domu Usherów Edgara Allana Poe – wiedziałam, że muszę to przeczytać. Uwielbiam mroczne, duszne historie z domami, które wydają się żyć własnym życiem, i bohaterami uwięzionymi między rzeczywistością a szaleństwem. Co porusza martwych miało być właśnie taką książką – i choć klimat momentami rzeczywiście mnie zachwycał, to całość niestety nie zrobiła takiego wrażenia, jakiego się spodziewałam.

🏚️ O czym to właściwie jest?
Alex Easton, emerytowany żołnierz, otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciółka z dzieciństwa, Madeline Usher, umiera. Rusza więc do jej rodzinnego domu w odległej Ruravii – i tam trafia do miejsca, w którym wszystko wydaje się… chore. Ściany się sypią, ziemia gnije, a w powietrzu unosi się zapach pleśni i śmierci. Madeline wygląda jak cień samej siebie, jej brat Roderick zachowuje się coraz dziwniej, a po ogrodzie biegają króliki, które zdecydowanie nie zachowują się jak zwykłe zwierzęta. Z każdą stroną rzeczywistość staje się coraz bardziej niepokojąca – aż w końcu prawda o tym, co „porusza martwych”, wychodzi na jaw.

💬 Co mi się podobało?
✔ Klimat. Kingfisher naprawdę potrafi tworzyć atmosferę – gęstą, wilgotną, niemal namacalną. Czułam zapach stęchlizny, widziałam szarą mgłę i słyszałam skrzypienie starych desek. To klasyczny gotycki horror w najlepszym wydaniu – przynajmniej w warstwie nastrojowej.
✔ Motyw choroby i rozkładu. Autorka bawi się metaforą – ciało, dom, ziemia, wszystko gnije powoli, jakby od środka. To bardzo ciekawy motyw, który wywołuje autentyczny niepokój.
✔ Ukłon w stronę Poe. Dla fanów klasyki to mała uczta. Widać inspirację, ale Kingfisher nie kopiuje – raczej interpretuje po swojemu.

😐 Co mi nie zagrało?
✖ Tempo. Książka jest krótka, ale potrafi dłużyć się niemiłosiernie. Sporo tu opisów i introspekcji, przez co akcja niemal stoi w miejscu.
✖ Zakończenie. Zamiast wielkiego finału dostałam coś… zbyt prostego. Jakby autorka nie chciała naprawdę przestraszyć, tylko zamknąć historię w najbezpieczniejszy sposób.
✖ Bohaterowie. Choć Easton ma ciekawy głos narracyjny, to pozostali bohaterowie wydają się płascy i trudno się z nimi związać emocjonalnie.

📚 Podsumowanie:
„Co porusza martwych” to książka o wspaniałym klimacie i pięknym języku, ale jednocześnie zbyt wolna i zbyt zachowawcza, by naprawdę zachwycić. Dla miłośników gotyckiej grozy to zapewne uczta – dla mnie to raczej dobrze napisany, ale nierówny retelling, który bardziej urzeka atmosferą niż treścią.

Gdy tylko zobaczyłam, że T. Kingfisher sięga po klasykę grozy – inspirując się Zagładą domu Usherów Edgara Allana Poe – wiedziałam, że muszę to przeczytać. Uwielbiam mroczne, duszne historie z domami, które wydają się żyć własnym życiem, i bohaterami uwięzionymi między rzeczywistością a szaleństwem. Co porusza martwych miało być właśnie taką książką – i choć klimat...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Po pierwszej części Necroveta wiedziałam, że jeśli Joanna W. Gajzler zdecyduje się kontynuować przygody Florki Kuny, ja na pewno po tę kontynuację sięgnę. Drugi tom – „Metody leczenia drakonidów” – to powrót do świata, który nie tyle straszy, co raczej otula magią, absurdem i ciepłym humorem. I choć tym razem zabrakło mi nieco świeżości, to muszę przyznać, że bawiłam się naprawdę dobrze.

🐉 O czym to jest?
Florka Kuna, techniczka weterynarii pracująca w magicznej przychodni, po raz kolejny staje przed wyzwaniami, które zwykły weterynarz raczej trudno by sobie wyobraził. Katoblepas z problemami gastrycznymi? Tatzelwurm z nadmiarem energii? A może drakonidy, które sieją spustoszenie w okolicy? Dla Florki, jej szefowej – nekromantki Izabeli Pokot – i uroczo bezczelnego fauna Bastiana to codzienność. Tym razem jednak ich codzienność komplikuje się bardziej niż zwykle, bo w tle czai się coś znacznie poważniejszego niż tylko trudni pacjenci.

💬 Co mi się podobało?
✔ Koncepcja świata. Joanna W. Gajzler ma świetne pomysły – połączenie magii, weterynarii i nekromancji to coś, czego próżno szukać w innych książkach. Pomysł jest świeży, pełen wdzięku i błyskotliwego humoru.
✔ Humor i styl. Lekkie, błyskotliwe dialogi to ogromny atut tej książki. Autorka doskonale balansuje między absurdem a realizmem, tworząc świat, który mimo magii wydaje się zaskakująco „ludzki”.
✔ Bohaterowie. Florka to postać, którą naprawdę da się lubić – zwyczajna dziewczyna w niezwyczajnym świecie. Jej relacja z Bastianem pełna jest iskrzenia, ale nie przesłodzona, co bardzo doceniam.
✔ Świat magicznych stworzeń. Tatzelwurm, katoblepas, drakonidy… – każdy z tych pacjentów to mini-historia. Widać, że autorka ma ogromną wyobraźnię i świetnie bawi się konwencją fantasy.

😐 Co mi przeszkadzało?
✖ Mniej świeżości. Po pierwszym tomie spodziewałam się większego rozwoju fabuły i pogłębienia świata, tymczasem momentami miałam wrażenie, że czytam powtórkę z rozrywki – miłą, ale bez zaskoczeń.
✖ Tempo akcji. Środek książki trochę się rozmywa – za dużo drobiazgowych opisów, za mało napięcia. Niektóre wątki mogłyby być bardziej dopracowane, by utrzymać uwagę czytelnika.

📚 Podsumowanie:
„Necrovet. Metody leczenia drakonidów” to ciepła, lekka i bardzo pomysłowa fantastyka, która łączy humor, magię i klimat codzienności z nutą absurdu. Nie jest to powieść, która trzyma w napięciu do ostatniej strony, ale zdecydowanie poprawia nastrój. Idealna na wieczór, gdy potrzebujecie oddechu od ciężkich historii i chcecie zanurzyć się w świecie, w którym problemem dnia jest „nadmierna aktywność tatzelwurma”, a nie apokalipsa.

Po pierwszej części Necroveta wiedziałam, że jeśli Joanna W. Gajzler zdecyduje się kontynuować przygody Florki Kuny, ja na pewno po tę kontynuację sięgnę. Drugi tom – „Metody leczenia drakonidów” – to powrót do świata, który nie tyle straszy, co raczej otula magią, absurdem i ciepłym humorem. I choć tym razem zabrakło mi nieco świeżości, to muszę przyznać, że bawiłam się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Są takie książki, które nie krzyczą, nie błyszczą, nie obiecują „najlepszego thrillera roku”, a jednak zostają w głowie na długo. „Martwy sad” Mieczysława Gorzki to właśnie taka historia – spokojna w tonie, a jednocześnie gęsta od emocji, mroku i niepokoju. Jeśli lubicie kryminały, w których przeszłość nie daje spokoju, a bohaterowie zmagają się nie tylko ze zbrodnią, ale też z własnym sumieniem, to ta książka jest dla Was.

🍂 O czym to jest?
Komisarz Marcin Zakrzewski zostaje wezwany do brutalnego morderstwa na obrzeżach Wrocławia. Na miejscu zbrodni słyszy od podejrzanego słowa, które zamrażają mu krew w żyłach: „Widziałem, jak diabeł chodzi tam na palcach.” Dokładnie to samo usłyszał trzydzieści lat wcześniej od swojego brata bliźniaka – tuż przed jego zaginięciem. Od tego momentu przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przenikać, a śledztwo prowadzi Zakrzewskiego nie tylko do mordercy, ale i do własnych demonów.

💬 Co mi się podobało?
✔ Klimat. Gorzka potrafi budować napięcie. Czuć chłód wrocławskich ulic, zapach starego sadu i ciężar niewypowiedzianych słów. To nie jest sensacyjny thriller z pościgami – to historia, w której mrok wnika w psychikę bohatera i czytelnika.
✔ Bohater. Marcin Zakrzewski to postać z krwi i kości – twardy, zniszczony, pełen błędów, ale przez to prawdziwy. Nie jest superbohaterem, tylko człowiekiem, który próbuje poskładać swoje życie z rozsypanych kawałków.
✔ Wątek przeszłości. Uwielbiam kryminały, w których teraźniejszość splata się z wydarzeniami sprzed lat. Tu autor zrobił to świetnie – retrospekcje są przemyślane i doskonale łączą się z głównym śledztwem.
✔ Styl. Język jest prosty, ale pełen atmosfery. Autor nie epatuje brutalnością – raczej buduje niepokój przez szczegóły i emocje.

😐 Co mnie trochę rozczarowało?
✖ Tempo akcji. Środek książki miejscami się dłużył – kilka scen i dialogów można by skrócić, bo wytrącają z rytmu.
✖ Zakończenie. Choć zaskakujące, zabrakło mi większego „uderzenia”. Spodziewałam się mocniejszego finału po tak dobrze zbudowanym napięciu.

📚 Podsumowanie:
„Martwy sad” to przykład, że polski kryminał może być dojrzały, przemyślany i emocjonalny bez uciekania w tanie efekty. To historia o winie, pamięci i o tym, że nie da się całkiem uciec od przeszłości. Ma klimat, ma emocje i ma bohatera, którego trudno zapomnieć. Idealna lektura na jesienny wieczór – z herbatą, kocem i lekkim dreszczem na plecach.

Są takie książki, które nie krzyczą, nie błyszczą, nie obiecują „najlepszego thrillera roku”, a jednak zostają w głowie na długo. „Martwy sad” Mieczysława Gorzki to właśnie taka historia – spokojna w tonie, a jednocześnie gęsta od emocji, mroku i niepokoju. Jeśli lubicie kryminały, w których przeszłość nie daje spokoju, a bohaterowie zmagają się nie tylko ze zbrodnią, ale...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Po książki kryminalne sięgam zawsze wtedy, gdy potrzebuję mocnego dreszczu emocji i intrygi, która nie pozwoli mi odłożyć lektury na półkę. Czerwień, pierwszy tom serii „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak, kusił mnie od dawna – i muszę przyznać, że choć nie była to lektura bez wad, to jednak wciągnęła mnie w świat mrocznego Sopotu na tyle, że z pewnością sięgnę po kolejne części.

🌊 O czym to jest?
Akcja toczy się dwutorowo. W 1996 roku w Sopocie zostaje odnalezione ciało młodej dziewczyny – Moniki Boguckiej, córki miejscowej sędziny. Zwłoki są okaleczone w brutalny, symboliczny sposób, a sprawa szybko zostaje zamieciona pod dywan. Siedemnaście lat później dochodzi do kolejnej zbrodni – niemal identycznej. Prokurator Leopold Bilski, świeżo przeniesiony do Trójmiasta, zaczyna śledztwo, które prowadzi go w mroczne zaułki miasta, ku starym tajemnicom i zbrodni, która nigdy nie została do końca rozwiązana.

💬 Co mi się podobało?
✔ Klimat. Autorka świetnie oddała atmosferę Sopotu – tego mniej pocztówkowego, a bardziej dusznego, pełnego tajemnic, brudu i niedopowiedzeń. Czułam zapach morza, chłód wieczorów i niepokój kryjący się w każdym kącie.
✔ Intryga kryminalna. Dwutorowa narracja, przeszłość i teraźniejszość, które splatają się ze sobą – to jeden z moich ulubionych motywów. I tutaj został poprowadzony naprawdę sprawnie.
✔ Styl. Pisanie Sobczak jest płynne, obrazowe, a momentami wręcz filmowe. Dzięki temu książkę czyta się szybko, mimo ciężkiej tematyki.

😐 Co zgrzytało?
✖ Tempo. Były momenty, w których akcja trochę siadała – szczególnie w środku książki. Miałam wrażenie, że autorka skupia się na detalach, które niewiele wnoszą do fabuły.
✖ Postacie. Choć Bilski jest ciekawym bohaterem, momentami miałam wrażenie, że brakuje mu głębszego rysu psychologicznego. Chciałabym lepiej zrozumieć jego motywacje i emocje.
✖ Zakończenie. Mocne, ale nie do końca mnie usatysfakcjonowało – zabrakło tego „wow”, które zostawia czytelnika z otwartymi ustami.

📚 Podsumowanie
Czerwień to solidny, klimatyczny kryminał, który świetnie sprawdzi się u fanów mrocznych historii osadzonych w polskich realiach. Ma swoje słabsze momenty, ale atmosfera i wciągająca intryga wynagradzają niedociągnięcia. Dla mnie to była przyjemna lektura i dobry początek serii, która ma potencjał, by rozwinąć skrzydła.

Moja ocena: 7/10.
Za klimat, za dwutorową narrację i za Trójmiasto w roli bohatera.

Po książki kryminalne sięgam zawsze wtedy, gdy potrzebuję mocnego dreszczu emocji i intrygi, która nie pozwoli mi odłożyć lektury na półkę. Czerwień, pierwszy tom serii „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak, kusił mnie od dawna – i muszę przyznać, że choć nie była to lektura bez wad, to jednak wciągnęła mnie w świat mrocznego Sopotu na tyle, że z pewnością sięgnę po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam okładkę Władczyni dusz, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Morskie klimaty, pirackie przygody, magia i silna kobieca bohaterka – to brzmi jak książka napisana dla mnie. Niestety, choć początek dawał nadzieję na niezapomnianą podróż po królestwie Visidii, to z czasem czar prysł i ostatecznie skończyłam lekturę z mieszanymi uczuciami.

⚓ O czym to jest?
Amora Montara, księżniczka Visidii, od dziecka szykowana była do roli Władczyni Dusz – najpotężniejszej magiczki królestwa. Kiedy jej publiczny test mocy kończy się katastrofą, dziewczyna musi uciekać. Zawiera układ z charyzmatycznym piratem Bastanem i wyrusza w niebezpieczną podróż przez siedem wysp, by ocalić swoje królestwo przed mroczną magią. Na drodze spotka syreny, potwory i ludzi, którym nie można ufać.

💬 Co mi się podobało?
✔ Świat przedstawiony – Visidia jest różnorodna, pełna barwnych wysp i unikalnych kultur. Morskie opisy, magia i elementy przygodowe faktycznie potrafią wciągnąć.
✔ Motyw piratów i syren – dodaje lekkości i młodzieńczego ducha całej historii.
✔ Pomysł na system magii – podział mocy między wyspami i rzadkość umiejętności Amory to coś świeżego w młodzieżowym fantasy.

✖ Dlaczego tylko 5/10?
✖ Bohaterka – Amora miała być silna i charyzmatyczna, ale zbyt często działała impulsywnie i nieracjonalnie. Zamiast inspirującej liderki, dostałam postać, która częściej mnie irytowała niż fascynowała.
✖ Przewidywalność fabuły – mimo ciekawych założeń, większość zwrotów akcji łatwo było przewidzieć. Brakowało mi momentów, które naprawdę by mnie zaskoczyły.
✖ Dialogi – momentami bardzo sztuczne, jakby wyjęte z typowego schematu YA. Relacja Amory i Bastana miała potencjał, ale została poprowadzona zbyt szybko i bez pogłębienia emocji.

🌊 Podsumowanie
Władczyni dusz to książka, która miała w sobie wszystko, by stać się epickim młodzieżowym fantasy – fascynujący świat, morskie przygody i nutę romantycznego napięcia. Niestety, zabrakło głębi bohaterów i świeżości w fabule. Czytało się przyjemnie, ale po zamknięciu książki nie poczułam tej iskry, która sprawia, że historia zostaje w pamięci na długo.

Ocena: 5/10 – za piękne tło i ciekawy koncept, ale minus za przewidywalność i zmarnowany potencjał postaci.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam okładkę Władczyni dusz, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Morskie klimaty, pirackie przygody, magia i silna kobieca bohaterka – to brzmi jak książka napisana dla mnie. Niestety, choć początek dawał nadzieję na niezapomnianą podróż po królestwie Visidii, to z czasem czar prysł i ostatecznie skończyłam lekturę z mieszanymi uczuciami.

⚓ O...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Lubię thrillery psychologiczne, szczególnie te z domieszką rodzinnych tajemnic, narastającego napięcia i atmosfery, która niemal przytłacza. Właśnie tego spodziewałam się po Topieliskach Ewy Przydrygi. Niestety – mimo świetnej zapowiedzi i bardzo klimatycznej okładki – książka okazała się dla mnie głównie frustrującym przykładem zmarnowanego potencjału.

🌫 Fabuła w skrócie
Pola – główna bohaterka – budzi się w świecie, w którym jej mąż i synek znikają. Samochód wpada do rzeki, ciało męża zostaje odnalezione, ale po dziecku nie ma śladu. To dramatyczny punkt wyjścia, który mógł być emocjonalnym ładunkiem całej historii. Zamiast tego dostajemy serię niekończących się wątpliwości, zagadek bez napięcia i scen, które – choć mają budować niepokój – są po prostu… męczące.

💬 Co zawiodło?

✖ Narracja i tempo.
Powieść ciągnie się niemiłosiernie. Miałam wrażenie, że akcja stoi w miejscu przez dobre 2/3 książki. Zamiast emocjonującego śledztwa – powtarzające się przemyślenia Poli, która bardziej błądzi we własnych myślach niż prowadzi realne poszukiwania. Szybko zaczęłam się irytować, a nie współczuć.

✖ Styl.
Momentami miałam wrażenie, że autorka chce za wszelką cenę pisać „literacko” – zdania są przerysowane, metafory ciężkie, a oniryczność wciskana na siłę. Przez to historia traci swoją autentyczność i napięcie. Miał być klimat – wyszła sztuczność.

✖ Postacie.
Pola to bohaterka, z którą nie mogłam się ani utożsamić, ani jej zrozumieć. Jej reakcje wydawały się nierealistyczne i pozbawione głębi. Postacie drugoplanowe, jak Maruszka czy Ida, mogłyby dodać kolorytu, ale niestety zostały potraktowane bardzo powierzchownie.

✔ Co na plus?
Koncepcja. Sam pomysł wyjściowy – zaginięcie dziecka, ciało męża, tajemnica skrywana w piwnicy – brzmi jak przepis na genialny thriller. Gdyby był lepiej poprowadzony, mogłaby to być naprawdę mocna historia. No i trzeba przyznać – zakończenie potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że droga do niego jest tak nużąca.

📚 Podsumowanie:
Topieliska to książka, którą chciałam pokochać, a której lekturę musiałam niemal zmuszać się, by dokończyć. Choć autorka próbuje grać emocjami i budować mroczny, niemal senno-koszmarny klimat, zabrakło mi spójności, tempa i prawdziwego napięcia. Dla mnie – zawód.

Ocena: 4/10.
Za pomysł, za próbę stworzenia atmosfery i za zakończenie, które trochę ratuje całość. Ale niestety – cała reszta mocno mnie rozczarowała.

Lubię thrillery psychologiczne, szczególnie te z domieszką rodzinnych tajemnic, narastającego napięcia i atmosfery, która niemal przytłacza. Właśnie tego spodziewałam się po Topieliskach Ewy Przydrygi. Niestety – mimo świetnej zapowiedzi i bardzo klimatycznej okładki – książka okazała się dla mnie głównie frustrującym przykładem zmarnowanego potencjału.

🌫 Fabuła w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Zaintrygowana tytułem, okładką i lokalnym osadzeniem akcji, sięgnęłam po Mrok Hannowaldu z nadzieją na kryminał z duszą – pełen historii, napięcia i mrocznych tajemnic lasu. Niestety, zamiast intrygującej powieści detektywistycznej, dostałam książkę, która sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. A szkoda, bo mogło być naprawdę dobrze.

🌲 O czym to właściwie jest?
W lesie w pobliżu Tarnowskich Gór zostaje znalezione ciało niemieckiego prawnika. W tle mamy historię starego rodu von Koschutzkich, lokalne legendy, tajemniczy pałac w Rybnej i dziennikarkę, która rozpoczyna prywatne śledztwo. Brzmi jak przepis na solidny, klimatyczny kryminał z historią w tle… ale niestety fabuła szybko zaczyna się gubić we własnych ambicjach.

💬 Dlaczego tylko 4/10?

✖ Fabuła, która się rozmywa.
Zaczyna się dobrze – mamy zagadkę, miejsce z charakterem, przeszłość i współczesność. Ale im dalej w las (dosłownie i metaforycznie), tym więcej chaosu. Zamiast napięcia, pojawia się dezorientacja. Wątki się rozciągają, postacie wypadają z rytmu, a intryga traci ostrość.

✖ Bohaterowie bez wyrazu.
Główna bohaterka, dziennikarka, która powinna nieść tę historię na barkach, jest nijaka. Jej motywacje są nieczytelne, dialogi nienaturalne, a emocjonalna głębia – praktycznie nieistniejąca. Reszta postaci to raczej szkice niż prawdziwi ludzie.

✖ Język i styl.
Bywa poprawny, bywa poetycki – ale często zbyt pretensjonalny. Styl niepotrzebnie sili się na efektowność, przez co brakuje mu płynności. Niektóre fragmenty wręcz proszą się o redakcję – i nie mówię tu tylko o konstrukcji zdań, ale o całych scenach, które nic nie wnoszą.

✔ Co zasługuje na uznanie?
Lokalizacja. Las Hannowaldu i okolice Tarnowskich Gór to świetny, nieoczywisty wybór. Czuć, że autor kocha ten region – i to się broni. Atmosfera miejsca jest mocnym punktem tej powieści. Gdyby tylko treść dorównała tej scenerii…

📚 Podsumowanie:
„Mrok Hannowaldu” to przykład książki, która miała świetny punkt wyjścia, ale pogubiła się po drodze. Zamiast mrocznego kryminału z lokalnym kolorytem, dostajemy historię, która razi brakiem napięcia, miałkimi bohaterami i narracyjnym chaosem. Zabrakło dyscypliny, redakcji i wyraźnej wizji. Dla mnie – rozczarowanie.

Ocena: 4/10.
Za miejsce akcji, za klimat i za próbę połączenia historii z fikcją. Ale cała reszta – niestety – nie daje rady.

Zaintrygowana tytułem, okładką i lokalnym osadzeniem akcji, sięgnęłam po Mrok Hannowaldu z nadzieją na kryminał z duszą – pełen historii, napięcia i mrocznych tajemnic lasu. Niestety, zamiast intrygującej powieści detektywistycznej, dostałam książkę, która sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. A szkoda, bo mogło być naprawdę dobrze.

🌲 O czym to właściwie jest?
W...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kiedy zobaczyłam tytuł Tańcząc na prochach zmarłych i przeczytałam opis fabuły, byłam absolutnie zaintrygowana. Mroczny Gdańsk, martwa dziewczyna wyłowiona z portu, duet śledczych z przeszłością i klimat noir z elementami lokalnych tajemnic – zapowiadało się wyśmienicie. Niestety, choć książka ma wiele dobrych momentów, to w ostatecznym rozrachunku... coś nie zagrało.

🌫 O czym to właściwie jest?
Na terenach portowych Nowego Portu zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Do sprawy przydzielony zostaje aspirant Edward Sokulski oraz jego partnerka, Daria Tyszka. Śledztwo prowadzi ich przez półświatek Trójmiasta, rodzinne tragedie, układy lokalnej władzy i cienką granicę między ofiarą a oprawcą. Brzmi mocno? Bo tak właśnie jest – przynajmniej na papierze.

💬 Co mi się podobało?

✔ Klimat.
Gdańsk w tej książce nie jest turystycznym pocztówkowym obrazkiem – to brudne portowe zaułki, duszne korytarze komisariatów, mgła nad wodą i stare osiedla pachnące betonem i wilgocią. Bardzo to doceniam – autor potrafi budować atmosferę.

✔ Złożoność śledztwa.
Tu nie ma prostych rozwiązań – śledztwo się gmatwa, wypływają nowe tropy, postacie pojawiają się i znikają. To wszystko sprawia, że trudno się oderwać… przynajmniej przez pierwsze 300 stron.

✔ Daria Tyszka.
Silna, zdeterminowana, a jednocześnie wewnętrznie rozdarta. Momentami przyćmiewa swojego partnera, który wypada dość klasycznie – policjant z przeszłością i problemem z emocjami.

✖ Dlaczego więc tylko 6/10?

✖ Za dużo wszystkiego.
Ponad 600 stron to sporo, ale autor niepotrzebnie rozciąga wiele wątków. W pewnym momencie przestałam nadążać za tym, kto z kim, dlaczego i co wnosi do śledztwa. Mnogość postaci i szczegółów potrafi przytłoczyć.

✖ Nierówne tempo.
Miałam wrażenie, że książka nie może się zdecydować, czy chce być dynamicznym kryminałem, czy bardziej refleksyjną opowieścią o bólu i winie. Przez to tempo raz przyspiesza, raz nagle hamuje – i to niestety wybija z rytmu.

✖ Styl.
Momentami gęsty i poetycki, a chwilę później surowy i skrótowy. Brakowało mi konsekwencji językowej – choć sam język nie jest zły, to stylizacje narracyjne trochę się rozjeżdżają.

📚 Podsumowanie:
„Tańcząc na prochach zmarłych” to książka z ogromnym potencjałem – i z pewnością znajdzie grono fanów. Ma mrok, klimat i ciekawych bohaterów. Ale dla mnie była zbyt rozwleczona, zbyt chaotyczna, zbyt nierówna. Gdyby ją skrócić, uprościć niektóre wątki i mocniej skupić się na emocjonalnym rdzeniu śledztwa – byłoby o wiele lepiej.

Ocena: 6/10.
Za klimat, za Darię i za portową duszność. Ale z nadzieją, że kolejna książka autora będzie bardziej spójna i mniej przeładowana.

Kiedy zobaczyłam tytuł Tańcząc na prochach zmarłych i przeczytałam opis fabuły, byłam absolutnie zaintrygowana. Mroczny Gdańsk, martwa dziewczyna wyłowiona z portu, duet śledczych z przeszłością i klimat noir z elementami lokalnych tajemnic – zapowiadało się wyśmienicie. Niestety, choć książka ma wiele dobrych momentów, to w ostatecznym rozrachunku... coś nie zagrało.

🌫 O...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Nieczęsto zdarza mi się wciągnąć w książkę z takim impetem, by zarwać dla niej noc – a już na pewno nieczęsto jest to książka, która w jednym zdaniu łączy anioły, Excel, demony, HR i starotestamentową zemstę. A jednak Karo M. Nowak znowu to zrobiła. „I odpuść nam nasze korpo” to kontynuacja szalonego Na wieki wieków korpo – i muszę przyznać: ten drugi tom jest jeszcze lepszy.

🔥 O czym to właściwie jest?
Tym razem stawka jest znacznie wyższa niż w pierwszym tomie – oto nadciąga powrót Lucyfera, a z nim globalny (a raczej międzywymiarowy) konflikt. Znów spotykamy Mateusza i Monikę – dwoje zwykłych, zmęczonych korpo-ludzi, którzy po raz kolejny zostają uwikłani w absurdalną, pełną niebiańsko-piekielnych intryg walkę o przyszłość ludzkości. W tle – smoki, wiedźmy, wściekłe HR-ki, Wolne Media i niekończące się spotkania, które mogły być mailem.

💬 Dlaczego 9/10?

✔ Świetna satyra.
To nie jest tylko zabawna książka. To celna, inteligentna satyra na współczesną kulturę pracy, korporacyjne absurdy, pozorne wartości i toksyczną duchowość. Karo M. Nowak wytyka palcem wszystko to, o czym myślimy podczas kolejnego „daily” – i robi to błyskotliwie i bez litości.

✔ Świat przedstawiony.
Autorka genialnie miksuje urban fantasy z elementami religijnymi, mitologicznymi i popkulturowymi. To nie jest naiwna fantazja – to pełnokrwisty świat z zasadami, konfliktem i logiką, która – mimo całego szaleństwa – trzyma się kupy.

✔ Postaci, które żyją.
Monika to jedna z moich ulubionych bohaterek ostatnich miesięcy – bezkompromisowa, ironiczna, zdeterminowana. A Lucyfer? Charyzmatyczny, niejednoznaczny i... zdecydowanie nie taki, jakiego można się spodziewać. Każda postać ma tu pazur.

✔ Język.
Zadziorny, szybki, nasycony humorem i ironią. Miejscami ostry jak skalpel, miejscami poetycki jak upadły anioł. To książka, którą chce się cytować – choć może nie wszystkie cytaty wypada przytoczyć przy świątecznym stole 😉

✖ Dlaczego nie 10/10?
Jedynym powodem, dla którego nie wystawiam maksymalnej oceny, jest delikatny przesyt w drugiej połowie – momentami miałam wrażenie, że autorka dorzuciła jeszcze jeden żart, jeden wątek, jeden absurd… i że gdyby nieco odchudzić fabułę, historia tylko by na tym zyskała. Ale to naprawdę drobnostka.

🌟 Podsumowanie:
„I odpuść nam nasze korpo” to jazda bez trzymanki przez biura, piekło, niebo i korytarze ludzkiej duszy. To książka, która śmieszy, gryzie i zostawia z poczuciem, że właśnie przeczytałaś coś naprawdę mądrego, choć nie raz parskałaś śmiechem. Idealna dla każdego, kto zna smak korpo absurdu i nie boi się czytać o Lucyferze z ironicznym uśmiechem.

Ocena: 9/10.
Za oryginalność, błyskotliwość i odwagę w tworzeniu świata, który aż kipi od wyobraźni i trafnych spostrzeżeń.

Nieczęsto zdarza mi się wciągnąć w książkę z takim impetem, by zarwać dla niej noc – a już na pewno nieczęsto jest to książka, która w jednym zdaniu łączy anioły, Excel, demony, HR i starotestamentową zemstę. A jednak Karo M. Nowak znowu to zrobiła. „I odpuść nam nasze korpo” to kontynuacja szalonego Na wieki wieków korpo – i muszę przyznać: ten drugi tom jest jeszcze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Są książki, które czyta się jak kubek gorącej herbaty – łagodnie, przyjemnie, z delikatną nutką cynamonu. I taka właśnie jest powieść Agnieszki Olejnik „Cuda i cudeńka” – pierwsza część cyklu „Mansarda pod Aniołami”. Tylko że czasem ta herbatka bywa... ciut za rozwodniona.

🏠 O czym to jest?
Lena, główna bohaterka, przenosi się do niewielkiej kamienicy, by opiekować się chorą babcią. To miejsce – tytułowa mansarda – okazuje się pełne barwnych postaci: złośliwej, ale serdecznej Włoszki, zbuntowanej nastolatki, samotnych sąsiadów i tajemniczego Borysa, który jak na powieść obyczajową przystało – ma swoje sekrety i ciepłe serce. Między kuchennymi zapachami, rozmowami na klatce schodowej i małymi cudami codzienności, Lena powoli odbudowuje siebie.

💬 Za co daję 6/10?

✔ Plusy:

Ciepły klimat. To książka idealna na zimowy wieczór. Autorka świetnie oddaje atmosferę sąsiedzkiej wspólnoty i tego, jak drobne gesty mogą zmieniać życie.

Lekkość stylu. Czyta się szybko i bez wysiłku – język jest płynny, a dialogi naturalne.

Delikatne przesłanie. O empatii, przebaczeniu, o tym, że każdy nosi swój ból i nie zawsze widać go na pierwszy rzut oka.

✖ Minusy:

Sztampowe postacie. Niestety, wielu bohaterów to typowe kalki: „buntownicza nastolatka”, „tajemniczy mężczyzna z przeszłością”, „serdeczna sąsiadka z ciętym językiem”. Brakuje im głębi.

Przewidywalność. Już po kilku stronach wiadomo, w którą stronę zmierza fabuła. Brakuje zaskoczenia czy dramatycznego zwrotu, który zostawiłby emocjonalny ślad.

Zbyt uproszczone wątki. Niektóre tematy – jak samotność, choroba, relacje rodzinne – zostały potraktowane bardzo powierzchownie. Chciałoby się czegoś więcej, czegoś głębszego.

🌸 Podsumowanie:
„Cuda i cudeńka” to książka przyjemna, ale nie zapadająca w pamięć. Jeśli szukacie lekkiej, poprawiającej nastrój lektury z lekkim powiewem świąteczno-zimowego ciepła – ta powieść spełni swoją funkcję. Ale jeśli oczekujecie czegoś bardziej złożonego, poruszającego i oryginalnego – możecie poczuć niedosyt.

Ocena: 6/10
Za przytulny klimat i serdeczność, ale z punktami minusowymi za schematyczność i brak głębi.

Są książki, które czyta się jak kubek gorącej herbaty – łagodnie, przyjemnie, z delikatną nutką cynamonu. I taka właśnie jest powieść Agnieszki Olejnik „Cuda i cudeńka” – pierwsza część cyklu „Mansarda pod Aniołami”. Tylko że czasem ta herbatka bywa... ciut za rozwodniona.

🏠 O czym to jest?
Lena, główna bohaterka, przenosi się do niewielkiej kamienicy, by opiekować się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Czy można połączyć klasyczny kryminał noir z dusznym klimatem polskich gór i legendami o topielicach? Michał Zgajewski udowadnia, że można – i choć nie wszystko zagrało idealnie, „Strażnik jeziora” to debiut, który ma w sobie coś intrygującego i niepokojąco… znajomego.

🔍 O czym to jest?
Norbert Krzyż, były policjant, dziś zgorzkniały prywatny detektyw z problemem alkoholowym, zostaje wynajęty do odnalezienia zaginionej nastolatki – Emilii. Sprawa szybko przybiera dramatyczny obrót, gdy ciało dziewczyny zostaje wyłowione z jeziora, a podejrzany chłopak – Alan – znika bez śladu. Krzyż, zmuszony do współpracy z lokalnymi elitami i cienistymi wspomnieniami, wikła się w śledztwo, które odsłania nie tylko lokalne brudy, ale też echa dawnych wierzeń. Bo w tle czai się legenda o topielicy – i to wcale nie jako ozdobnik.

🌫 Mocne strony? Oj, są!
✔ Klimat. Pochmurny Beskid Żywiecki, senna atmosfera małej miejscowości, jezioro, które milczy, ale pamięta – wszystko to tworzy niesamowicie gęstą i wciągającą scenerię. Czyta się to tak, jakby mgła z okładki naprawdę przesiąkała każdą stronę.
✔ Postać Krzyża. To bohater, którego nie da się ani łatwo polubić, ani zignorować. Sarkastyczny, brudny emocjonalnie, ale też zaskakująco ludzki. Mimo schematycznego początku (alkoholik z przeszłością) – Krzyż szybko wyrasta na postać z charakterem.
✔ Wątki słowiańskie. Subtelne, nieprzesadzone, ale obecne – mit o topielicy wplata się w narrację nie jako fantasy, a jako niepokojąca metafora. I działa to świetnie.

😐 A co nie zagrało?
✖ Zbyt dużo postaci i wątków. W pewnym momencie zaczęłam się gubić, kto jest kim i dlaczego ma znaczenie. Narracja skacze po różnych tropach, a nie wszystkie zostają dobrze domknięte.
✖ Styl momentami zbyt ciężki. Autor chce zbudować noir, ale czasem przytłacza zbyt topornymi dialogami i zbędnymi dygresjami. Gdyby odjąć 40 stron – książka byłaby jeszcze lepsza.
✖ Mitologia mogłaby być mocniej zaakcentowana. Choć doceniam subtelność, to trochę brakowało mi odwagi w rozwinięciu wątku legendy – czułam, że autor zahacza o coś głębokiego, ale się cofa w pół kroku.

📚 Podsumowanie:
„Strażnik jeziora” to dobry, mocny debiut z klimatem, który można kroić nożem. To kryminał inny niż większość – nie rozgrywa się w Warszawie czy Gdańsku, nie jest błyskotliwy ani efektowny. Jest za to mroczny, lokalny, zanurzony w brudzie codzienności i niepokoju, który kryje się w słowach „coś czai się w jeziorze”. Zgajewski ma potencjał – i jeśli drugi tom będzie bardziej spójny i mniej rozwleczony, z przyjemnością po niego sięgnę.

Ocena: 7/10.
Za klimat, za Krzyża i za to, że poczułam gęsią skórkę – nawet jeśli nie zawsze z powodu grozy.

Czy można połączyć klasyczny kryminał noir z dusznym klimatem polskich gór i legendami o topielicach? Michał Zgajewski udowadnia, że można – i choć nie wszystko zagrało idealnie, „Strażnik jeziora” to debiut, który ma w sobie coś intrygującego i niepokojąco… znajomego.

🔍 O czym to jest?
Norbert Krzyż, były policjant, dziś zgorzkniały prywatny detektyw z problemem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Są książki, które mają w sobie wszystko, czego szukam w fantasy: potężne kobiece bohaterki, wątki magiczne, przepowiednie, dwa różne czasy akcji… I właśnie tak zapowiadała się Furyborn. Zrodzona z furii Claire Legrand. Byłam pewna, że przepadnę w tym świecie na całego. Niestety – choć momentami było intrygująco, to ogólny odbiór pozostawił mnie z poczuciem rozczarowania.

🌪 O czym to właściwie jest?
Powieść śledzi losy dwóch bohaterek: Rielle i Eliany, żyjących w odstępie tysiąca lat. Rielle musi przejść siedem niebezpiecznych prób, by udowodnić, że jest legendarną królową światła, nie tą zapowiedzianą jako narzędzie zniszczenia. Eliana, w przyszłości, to łowczyni nagród pracująca dla Imperium, która wbrew sobie zostaje wciągnięta w bunt i powoli odkrywa swoją rolę w wielkiej przepowiedni. Brzmi epicko? Owszem. W teorii.

💬 Dlaczego tylko 5/10?

✔ Plusy:

Świetny pomysł na konstrukcję fabuły. Dwutorowa narracja i przeplatające się losy kobiet żyjących w różnych epokach to coś, co bardzo lubię. To daje szansę na głębię, złożoność i ciekawy kontrast.

Bohaterki z potencjałem. Rielle i Eliana mają swoje moce, demony i dylematy moralne. Widać, że Legrand chciała stworzyć silne, ale niejednoznaczne postacie.

Świat przedstawiony. Magiczne żywioły, anioły, rebelianci, królestwa – to wszystko buduje tło, które może naprawdę zachwycać, jeśli dobrze się w nie wczuć.

✖ Minusy:

Narracja momentami męczy. Przeskoki między liniami czasowymi sprawiają, że trudno się zaangażować w jedną historię na dłużej. Gdy już wciągałam się w wątek jednej bohaterki, byłam gwałtownie wyrzucana do drugiej.

Za dużo wątków, za mało emocji. Akcji jest mnóstwo, ale brakuje jej odpowiedniej wagi emocjonalnej. Czułam się, jakbym śledziła streszczenie epickiej przygody, a nie przeżywała ją z bohaterkami.

Styl i tempo. Zdarzały się fragmenty naprawdę dobrze napisane, ale przez dużą część książki miałam wrażenie, że brakuje wyczucia rytmu. Niektóre sceny były rozwleczone, inne z kolei zbyt szybko potraktowane.

✨ Podsumowanie:
Furyborn to książka, która miała ogromny potencjał – ale dla mnie zadziałała tylko połowicznie. Pomysł na historię dwóch kobiet walczących z przeznaczeniem był intrygujący, ale wykonanie nie spełniło moich oczekiwań. Czy sięgnę po kolejny tom? Być może – bo ciekawi mnie rozwój świata i bohaterek. Ale liczę, że będzie mniej chaosu, a więcej serca.

Ocena: 5/10 – za pomysł i klimat, ale minus za tempo, narrację i brak głębokiego zaangażowania.

Są książki, które mają w sobie wszystko, czego szukam w fantasy: potężne kobiece bohaterki, wątki magiczne, przepowiednie, dwa różne czasy akcji… I właśnie tak zapowiadała się Furyborn. Zrodzona z furii Claire Legrand. Byłam pewna, że przepadnę w tym świecie na całego. Niestety – choć momentami było intrygująco, to ogólny odbiór pozostawił mnie z poczuciem rozczarowania.

🌪...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to