Najgorsze ze światów. Dystopie w czasach pandemii

Michał Cetnarowski
21.11.2020

Podliczmy. Od początku roku przerobiliśmy już pandemię, ogólnoświatową rewolucję, Pentagon potwierdził istnienie UFO (i nikt się tym nie przejął; to się nazywa wstrzelić w nienajlepszy moment), na Wenus odkryto ponoć ślady życia, przeszliśmy prawie że globalnie na zdalną pracę i edukację, co wydawało się nie do pomyślenia nawet w najczarniejszych cyberpunkach, Elon Musk ruszył na orbitę, Trump powołał Siły Kosmiczne, na Pacyfiku tli się zarzewie III wojny światowej, a w Stanach wisi na włosku II wojna secesyjna… Słowem, łatwiej wymienić, jakiej fabuły z żelaznego rezerwuaru science fiction jeszcze w tym roku nie przerabialiśmy, niż te, które już się wydarzyły. Pozostała jeszcze dystopia czy antyutopia – bo oba te pojęcia traktuję tu jako synonimy, choć wiem, że niektórym literaturoznawcom nóż się w kieszeni otwiera – i pesymiści przekonują, że właśnie spełnia się ona na naszych oczach.

Najgorsze ze światów. Dystopie w czasach pandemii Unsplash.com (Fred Kearney)

Wizje z ciemnych zaułków (cywilizacji)

orwell rok 1984Literackie antyutopie regularnie łapią się do setki najlepszych powieści XX wieku i któryś z poniższych tytułów musi się tam zwykle pojawić. Może to być Orwell i „Rok 1984” albo „Folwark zwierzęcy”; Huxley i „Nowy wspaniały świat”; czasem „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ego lub – ostatnio – „Opowieść podręcznej” Atwood. Z kolej po tej stronie żelaznej kurtyny – w byłych demoludach – zwłaszcza nieco starsi czytelnicy pamiętają zapewne książki Janusza A. Zajdla czy Edmunda Wnuka-Lipińskiego lub inne teksty z „polskiej szkoły sf socjologicznej”, najmocniejszej w latach 80. zeszłego stulecia. Albo powieści braci Strugackich, Arkadija i Borysa.

collins igrzyska śmierciZ drugiej strony, w ostatniej dekadzie wielką popularność zdobyły „dystopie dla młodzieży”, na które modę zapoczątkowały „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins. Charles Stross stawiał tezę, że w ten sposób wchodzące w dorosłość pokolenie Z przygotowuje się podświadomie na jakiś tajemniczy, ogólnocywilizacyjny kataklizm. I proszę, minęło 10 lat i zgadnijcie, co się stało. Może nie musimy jeszcze polować na tradycyjnego weekendowego kebaba z łukiem w garści, ale kryzys już się wydarzył, ludzie wyszli na ulice, w dyskontach trwa bitwa o papier toaletowy i przemienia się postać świata.

Czy lektura dystopii rzeczywiście potrafi przygotować – choćby mentalnie – na podobne wyzwania? A może zagrożenie, które zostaje nazwane, można wyegzorcyzmować, i los, który wieszczą literackie Kasandry, da się w ten sposób odwrócić, powstrzymać nadciągający kataklizm? Szukając odpowiedzi, proponuję zwiedzić nieco mniej oczywiste – co nie znaczy, że mniej ciemne i podejrzane – zaułki tej szlachetnej konwencji.

Reklama

Matematyka was wyzwoli

zamiatin myCzy to przypadek, że swoją premierę mieli właśnie „My” Jewgienija Zamiatina? Nie odpowiadajcie – w świetle najróżniejszych teorii spiskowych, które wyroiły się ostatnio jak mrówki na miodzie, odpowiedź wydaje się oczywista. Ta prekursorka dwudziestowiecznych dystopii po raz pierwszy ukazała się w Rosji w 1920 roku, w samym centrum komunistycznej rewolucji. Zamiatin miał fory, bo wcześniej sam należał do bolszewików – tylko w końcu uznał, że władza grupki fanatyków, którzy wiedzą lepiej, jak mają żyć wszyscy dookoła, wcale nie musi oznaczać ziszczonego raju na Ziemi. „My” opowiadają o Pierwszym Konstruktorze statku pozaziemskiego, który powstaje w Państwie Jedynym i ma ponieść jego idee pod niebo innych planet. Ale nie oszukujmy się – nie o kosmiczną przygodę w duchu „Księżniczki Marsa” Edgara Rice’a Burroughsa tu chodzi. Głównym bohaterem – jak w „Państwie” Platona – jest tutaj system władzy, w którym za największy ideał uchodzi pozbawiona uczuć matematyka, domy mają kształt surowych figur geometrycznych (jak później u Le Corbusiera?) i są zbudowane ze szkła (na pół wieku przed panopticonem Foucaulta i drugie tyle przed przezroczystą, publiczno-prywatną przestrzenią mediów społecznościowych), każdy dzień bohaterów kształtuje przenajświętszy Dekalog Godzin, regulujący pory na sen, pracę czy seks, a całość boleśnie wpisuje się w analizę społeczeństwa masowego, które później rozkładał na czynniki pierwsze między innymi José Ortega y Gasset.

Sporo tu tych wszystkich ą-ę referencji filozoficznych, ale i „My” Zamiatina nie należą do lektur łatwych i przyjemnych już choćby przez sam sposób napisania – mocno zanurzony w rosyjskiej awangardzie, oparty na subiektywnych skojarzeniach, niedopowiedzeniach, myślach-impresjach głównego bohatera urwanych w pół emocji i zdania. Cały kształt tego świata rekonstruuje raczej czytelnik, domyślając się szczegółów z luźno porozrzucanych sugestii, zamiast dostać go od razu na tacy. Dziś się już tak raczej nie pisze – i jak sądzę, to jeszcze jeden powód, żeby zmierzyć się z tym tekstem.

Wiatr ze Wschodu

chiny 5.0„Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura” Kaia Strittmattera to z kolei klarowna relacja non-fiction z Państwa Środka, które przeżywa obecnie wielki skok gospodarczy i nie bacząc nawet na pandemię, próbuje się umocnić w czołówce światowych hegemonów. Ba, pandemia jeszcze przyspiesza i umożliwia ten trend. Kluczem do sukcesu ma być rozwój nowych technologii opartych na samouczącej się sztucznej inteligencji, które w niedługim czasie mają zmienić oblicze światowej gospodarki, polityki, kultury, a w końcu i człowieka.

Żeby uwierzyć w tę zmianę, nie potrzeba wcale dowodów z chińskich SI do rozpoznawania twarzy albo Systemu Zaufania Społecznego, które w coraz doskonalszy sposób kontrolują obywateli. Wystarczy spojrzeć, co z ludźmi przez ostatnią dekadę zrobił Facebook czy Twitter. Jeśli jednak chodzi o te ostatnie, to przynajmniej możemy się łudzić, że jako społeczeństwo mamy nad tym jeszcze jakąś kontrolę. Co jednak w sytuacji, gdy gospodarcze starcie mocarstw wygrają Chiny i to ich technologia stanie się ogólnoświatowym standardem? Tu właśnie w książce pojawia się dystopijny rys, który akcentuje Strittmatter, a sprawa budzi tym większy dreszczyk, że przecież to wszystko już się dzieje, i to bynajmniej nie na kartach fikcji literackiej.

niePokój na ziemi

powrót z gwiazd lemPolacy nie gęsi i swoje dystopie też mają. Stanisław Lem jest pewnie częściej kojarzony z innym typem literatury, a przecież i na jego koncie są „Pamiętnik znaleziony w wannie”, „Kongres futurologiczny” czy „Wizja lokalna”, żeby wymienić tylko część tytułów. Oraz „Powrót z gwiazd”. Ta powieść z 1961 rzadko kiedy trafia do zestawienia najlepszych książek Lema, co oczywiście nie przeszkadza jej nadal być frapującą. Zwłaszcza dziś – jeśli przyjmiemy, że przynajmniej po części pokazuje mechanizmy zmian, które obserwujemy za oknem. Lem opisuje w niej losy grupy kosmonautów, którzy w wyniku dylatacji czasu wracają na Ziemię ponad sto lat po tym, jak z niej wyruszyli. Na pokładzie ich statku minęła tymczasem jedynie dekada: kosmonauci, owszem, weszli w prywatną smugę cienia, ale na Ziemi w tym czasie zmieniło się kilka epok. Społeczeństwo – dzięki tak zwanej betryzacji – porzuciło mordercze instynkty, osiągnęło poziom powszechnego dostatku, a odpowiednik dochodu gwarantowanego sprawia, że w zasadzie każdy ma środki i czas na zajęcie się czymkolwiek by zechciał. Za czym więc tęskni Bregg i reszta kosmicznych neandertalczyków? Czego im brakuje – w świecie, w którym ponoć nie brakuje niczego? Czego można pragnąć – gdy cywilizacja tylko czeka, by usłużnie podsunąć ci pod nos jeszcze więcej dobra?

Reklama

Wokół panuje powszechny kult młodości, czas wolny wypełnia przede wszystkim rozrywka i popkultura. Loty w kosmos – zupełnie jak dziś himalaizm – uważa się za niepotrzebne ryzyko i bezsensowną, bo nie dającą wymiernych korzyści, fanaberię kilku archaicznych samców alfa. Brzmi znajomo? W tym świetle Bregg jawi się, cóż, jako klasyczny boomer z trzecim czy czwartym krzyżykiem na karku wybudzony w świecie, który nie potrzebuje już twardych samotników rodem z filmów sensacyjnych z lat 80. XX wieku, pogwizdujących przez żeby „jupikajej, madafaka” po każdym kęsie wieprzowego smalcu popijanego raźno dymem z cygara. Myliłby się jednak ten, kto w Breggu i jego kompanach doszukiwałby się bezkrytycznej chwalby maczyzmu. Na tym właśnie polega dramat, tak błyskotliwie prześwietlony przez Lema: Bregg i reszta kosmonautów także dostrzega swoje zapóźnienie cywilizacyjne, rozumie, że ze swoimi beczkowatymi i owłosionym klatami, z uzależnieniem od ryzyka i adrenaliny oraz głodem przygody, wibrującej we krwi pieśnią nieznanego, nie należy już do nowego porządku. Cóż jednak z tego, że to rozumie – skoro serce podpowiada inaczej? Nie da się racjonalnie zaakceptować konieczności własnej zagłady. Zwłaszcza gdy nowy wspaniały świat powszechnego błogostanu też okazuje się znacznie odbiegać od jego wyidealizowanego obrazu umieszczanego na reklamowych folderach. W ten sposób potwierdza się stara prawda, że każda twoja utopia jest moją dystopią – i na odwrót.

transmetropolitanCzy prawda nas wyzwoli?

Chciałem napisać, że ostatni na mojej liście „Transmetropolitan” jest trochę lżejszy w odbiorze. Ale czy rzeczywiście? Kultowy komiks Warrena Ellisa i Darecka Robertsona – z czasów, kiedy ten epitet jeszcze coś znaczył – opowiada o doprowadzonym do ekstremum postcyberpunkowym świecie późnego kapitalizmu, w którym korporacje nie tylko rządzą, ale wręcz stały się światem, wszyscy politycy to cyniczni hochsztaplerzy, którym nie powierzyłbyś pod opiekę pogiętego kapsla, a wszechobecne media już dawno oduczyły swoich użytkowników samodzielnego myślenia. Nie, akcja tego komiksu nie dzieje się w 2020, jakby kto pytał. Co tylko pokazuje, że piszący w latach 90. zeszłego wieku Ellis właściwie rozpoznał ducha nadchodzących czasów.

Reklama

Przewodnikiem po tym wariackim dystopijnym lunaparku jest dziennikarz Spider Jeruzalem – mizogin, seksista i największy egoista w zestawie – którego napędza wściekłość, pogarda i – jednak – szacunek do prawdy. I tylko w tym jednym twórcy, jak się wydaje, przestrzelili, jeśli chodzi o kasandryczną prognozę nieodległej przyszłości. Mianowicie, Jeruzalem wciąż wierzy w siłę prawdy oraz rolę dziennikarzy, których misją miałoby być dostarczanie obywatelom wiarygodnych informacji. Jeśli opiszesz świństwa polityka, jego wyborcy z miejsca przejrzą na oczy. Gdy przedstawisz niezbite dowody nadużycia, twoi oponenci nie będą mieli innego wyjścia, jak przyznać ci rację. No cóż. Wiemy już, że w epoce postprawdy ten mechanizm po prostu nie działa. I dlatego lektura komiksu – przecież cholernie błyskotliwego, dowcipnego, ożywczo bezkompromisowego – wydaje się dziś jeszcze bardziej cierpka niż w czasach, kiedy powstawał.

Czy istnieje jakaś cecha wspólna, która łączy wszystkie te – na pierwszy rzut oka tak różne – dystopie? Jeśli tak, być może w ten sposób można by wyekstrahować z nich szczepionkę na zniewolenie, cudowny lek, który sprawdza się – przynajmniej w beletrystyce – w każdej totalitarnej opresji. Wychodzi na to, że we wszystkich tych książkach kłopoty ze społeczeństwem, państwem i światem zaczynają się, kiedy indywidualne ja zostaje zastąpione przez jakąś zbiorowość, która zawsze wie lepiej, co będzie dla ciebie dobre, słuszne i prawe. Oczywiście wszystko dla twojego dobra; w historii świata nie było jeszcze totalitaryzmu, który zrobiłby coś dla pogorszenia poziomu życia swoich wyznawców.

System to jest to coś, co zaczyna się tam, gdzie kończy się jednostka. Dopóki potrafisz sobie wyobrazić wszystkie możliwe piekła, istnieje szansa, że nie dasz się zamknąć w żadnym z nich.

Reklama

komentarze [24]

Sortuj:
245
78
23.11.2020 11:22

Rezerwat!


178
14
22.11.2020 15:13

... a gdy już przeminą wszystkie kataklizmy, pandemie, przejęcia i przemiany - spokojnie możemy popatrzeć jak będzie dużo później, gdy będzie już  Po piśmie Po piśmie i w sumie po człowieku, jakiego znamy (jak w większości powieści Dukaja).
Z jedyną maleńką szansą, że to nasze stare człowieczeństwo ma...

więcej

222
32
25.11.2020 13:59

Drugą część Perfekcyjnej może napisać tylko phoebe ;)


178
14
25.11.2020 14:04

jak mu się zachciału ;)


190
41
22.11.2020 13:32

Warto także wspomnieć o cudownym dziełku Ayn Rand "Hymn".  Hymn Hymn


1674
695
22.11.2020 10:52

dorzucam
 Przedrzeźniacz Przedrzeźniacz  Rozgwiazda Rozgwiazda  Dzień tryfidów Dzień tryfidów
i dla młodzieży
 Podzieleni ...

więcej

1
0
22.11.2020 04:32

Polecam szczególnie Ślepe stado


1704
151
21.11.2020 22:48

Ja bym nie pomijała  Dawca Dawca, szczególna bo łączy dystopijny porządek nowego świata z pamięcią o tym co było. Nie muszę zaznaczać, że to drugie to wiedza ekskluzywna, w zasadzie zakazana.


672
30
21.11.2020 21:11

Nie zgadzam się z autorem artykułu w ocenie "Powrotu z gwiazd", a dokładnie z rzekomymi wnioskami i refleksjami powracających astronautów. Czytamy tutaj, że uświadomili oni sobie swoje zacofanie cywilizacyjne, można powiedzieć swoje barbarzyństwo. To duże spłycenie książki Lema, a użyte określenia takie jak: boomer, samiec alfa, czy maczo są infantylne w świetle pełnej...

więcej

2978
47
21.11.2020 20:42

 Corpus delicti Corpus delicti Juli Zeh, pisarki moim zdaniem niedocenionej u nas, zdaniem niektórych proza przeintelektualizowana, a według mnie - bardzo interesująca.


380
48
21.11.2020 20:33

 Przestrzeni! Przestrzeni! Przestrzeni! Przestrzeni!

 Świat Jonesa Świat Jonesa

 Mara i Dann Mara i Dann

 Miasto ślepców

więcej

2978
47
21.11.2020 21:45

Mara i Dann i Miasto ślepców - porażają swoimi wizjami.


380
48
22.11.2020 11:47

Przestrzeni! Przestrzeni! Jest równie przerażająca i bardzo dobrze napisana. Wizja niedalekiej przyszłości bardzo prawdopodobna, mocno oddziałuje na wyobraźnię, wzbudza emocje. U Dicka natomiast właściwie każda powieść to utopia albo antyutopia. Upraszczając Autor sam sobie je tworzy w wyniku fascynującej, skrzywionej percepcji otaczającego świata i dziwnych, chorobliwych...

więcej

1525
73
21.11.2020 20:09

Właśnie skończyłam  Rok 1984. Powieść graficzna Rok 1984. Powieść graficzna. Męczące. Głowa boli.


zgłoś błąd