Less is more, czyli bogactwo treści w mikrej objętości

Aleksandra Przybylska
09.01.2021

Potrafią zachwycić jednym zdaniem. Przytrzymać nim czytelnika niczym mama niesforne dziecko za szelki czy kaptur kurtki. I stoi taki człowiek, dorosły już, w zdumieniu. Oczy szeroko otwarte, usta nieraz też. I nie może się nadziwić, jak to się dzieje, by książka na pozór tak cienka, była jednocześnie tak gruba.

Less is more, czyli bogactwo treści w mikrej objętości Eli Digital Creative / Pixabay
Reklama

W chwilach słabości zdarzyło mi się zgrzeszyć parę razy małymi ciasteczkami o wdzięcznej nazwie „Brzydkie, a dobre”. Tak jakby dobre ciasto musiało zawsze być ładne. Tyle że coś w tym jest – wszak na początku je się oczami. Ale czy coś może być „cienkie, a grube” jednocześnie? Oj, może! Tak właśnie jest z książkami. Niektóre mają po mniej niż 200 stron albo nawet niedużo więcej niż 140, a treści w nich są tak gęste, że nie sposób się po nich prześlizgnąć, nie sposób czytać to szybko, omiatać jedynie oczyma. To są lektury mikre w objętości z takim bogactwem treści, że nieraz szare zwoje mózgowe aż świecą z radości. To po prostu książki „cienkie, a grube”.

„Smutek mnie uczy, że służę do życia”

Oczywiście każdy z nas będzie mieć wśród przeczytanych lektur takie właśnie książki. Dla każdego z nas ich objętościowa mikrość będzie indywidualna. Sama na potrzeby tego tekstu wybrałam książki, które raczej nie przekraczają 200 stron i nie są drukowane czcionką niczym z Pisma Świętego. Zresztą nie o takie zabawy tutaj chodzi, lecz o to, co autorzy tych lektur potrafią ująć w jednym nieraz zdaniu. O precyzję ich przekazu, o to wreszcie, że nie rozwlekając opowieści czy refleksji na niekończącej się ilości stron, działają na nasz umysł i emocje. Nierzadko bardziej niż dzieje się to podczas czytania opasłych tomów. Chodzi po prostu o to, że „less is more” – mniej znaczy więcej. W przypadku każdej takiej książki.

Nakarmiń kamień Bronka NowickaWeźmy choćby „Nakarmić kamień” Bronki Nowickiej, z absolutnie zasłużoną Nagrodą Literacką Nike za rok 2016. Ma nieco ponad 50 stron, na niektórych w dodatku zaledwie kilka linijek tekstu – objętością więc nie może się mierzyć z innymi laureatami (tu zresztą większość lektur ustępuje „Księgom Jakubowym” Olgi Tokarczuk), ale niemal każde zdanie w „Nakarmić kamień” zachwyca. Choćby to otwierające: „Smutek mnie uczy, że służę do życia”, albo „Matka kroi pomidory, a one się wykrwawiają” czy „Dziecku śni się pejzaż, który kłamie”… Przykłady można mnożyć, praktycznie na każdej stronie znajdzie się jakaś perła. Nowicka opowiada o domu z perspektywy dziecka w sposób tak gęsty, że choć człowiek myśli, że książeczkę tak niedużą przeczyta w jeden wieczór, szybko orientuje się, że o nie, tak łatwo nie będzie, stop! zachwyt! stop! refleksja! stop! wzruszenie! stop! Nie sposób czytać w autobusie w drodze do pracy… A potem kropla po kropli dawkujemy sobie niemal tę literacką ucztę, bo tak smakuje o niebo lepiej niż pożarta w całości.

Historie rodzinne i odklejanie

To zresztą łączy „cienkie, a grube” – choć zdają się do łyknięcia w jeden wieczór, choć zdają się idealne do podołania wyzwaniom w stylu „52 książki w 52 tygodnie”, jakie niektórzy z nas tak chętnie podejmują co roku w styczniu – to wszystko ułuda. Gdy tylko zaczynamy czytać, wciąż wiadomo, że można na raz i już, ale coraz bardziej czujemy, że absolutnie nie warto. Treść każdego niemal zdania jest bowiem tak bogata, że pośpiech w lekturze zdaje się być całkowicie bez sensu. Jest wręcz szkodliwy.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem WichaWidać to w historiach rodzinnych, które zainspirowały wspaniałe „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy oraz równie znakomite „Poufne” Mikołaja Grynberga.
W – także nagrodzonych Nike (w 2018 roku) – „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” każda opowiastka jest aż gęsta od emocji i refleksji, choć nie brak też nieco nostalgicznego poczucia humoru. Nie wybuchamy śmiechem podczas czytania, ale westchnienie – jak najbardziej tak, niejednemu czytelnikowi też się pewnie łza w oku zakręci. No i te wspaniałe zdania, jak choćby „Kropla wisiała, ale wydarzenia rozgrywały się w czasie geologicznym”. Od jednej z moich koleżanek usłyszałam kiedyś, że ma wrażenie, iż Marcin Wicha – który z zawodu jest grafikiem – rysuje każde zdanie rysikiem tak długo, aż staje się ono kreską idealną. I chyba coś w tym jest. Graficzne wykształcenie zdaje się dawać autorowi umiejętność takiego tworzenia każdego zdania, jakby miało trafić w sam środek tarczy.

Poufne Mikołaj Grynberg„Chodziła na pogrzeby oglądać cudze łzy” – to zdanie otwiera jedną z opowiastek z „Poufne” Mikołaja Grynberga. I – sami zobaczcie – to na pozór proste oznajmiające zdanie. Ale ile ma w sobie treści! Pamiętam, że gdy spojrzałam na nie pierwszy raz, dosłownie wstrzymałam oddech. Odruchowo, kompletnie poza kontrolą. Grynberg też potrafi ująć nostalgicznym poczuciem humoru, robi to jednak na swój sposób, inaczej niż Wicha. Obaj autorzy jednak w swoich niedużych objętościowo książkach (aż kusi, by nazywać je książeczkami) dają czytelnikom bardzo, bardzo dużo.

Reklama

Obaj też krążą wokół tematu starości. W sposób delikatny, subtelny, z szacunkiem – sami wszak starości jeszcze nie poznali, nie zasmakowali. Są w tej materii niczym przekaźniki – ze świata seniorów do świata czytelników w różnym wieku. Temat odklejania się coraz starszych bohaterów od życia obecny jest i u Wichy, i u Grynberga, podobnie jak coraz bardziej widoczny staje się w globalnej literaturze i kulturze wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Z całą siłą zjawiska zwanego „silver tsunami”.

Po drugiej stronie Atlantyku

Synapsy Marii H. Hanna KrallMistrzynią pisania książek mikrych w objętości i przebogatych w treści na pewno jest w Polsce Hanna Krall. Potwierdzają to wydane w zeszłym roku „Synapsy Marii H.”. Reporterka (choć czy chwilami już nie bardziej pisarka?) oddaje czytelnikom kolejną mikrohistorię z cieniem Holocaustu w tle. Zdania są – jak to u Krall – precyzyjne niczym cięcie brzytwą. Choć autorka miała już od pisania odpocząć, całe szczęście dla czytelników, że tego nie zrobiła. W „Synapsach Marii H.” są też migawki o wydarzeniach z 11 września 2001 roku w USA. Napisane tak, że poruszają niczym zdjęcia z samolotami wbijającymi się w wieże World Trade Center w Nowym Jorku. To dziś prawdziwe mistrzostwo, żyjemy wszak w czasach, gdy obrazy zdecydowanie zdominowały przekaz.

Przyjaciel Sigrid NunezA skoro dzięki Krall przerzuciliśmy się już za Atlantyk, to zostańmy w Nowym Jorku. To tu mieszka i tworzy Sigrid Nunez, której „Przyjaciel” (National Book Award 2018) czy „Pełnia miłości” są kolejnymi dowodami na to, jak wiele można powiedzieć na niewielu stosunkowo stronach. W obu książkach pisarka podejmuje temat współczesnego akademizmu – patrząc a to na gościnne wykłady, a to na zajęcia kreatywnego pisania. W obu pojawia się temat śmierci, starzenia, nieuleczalnych chorób, a wszystko to podlane ogromem miłości. Nie miłostek, tylko miłości prawdziwej i głębokiej. Niektórzy recenzenci piszą, że proza Nunez jest tak wspaniała, że z „Przyjaciela” przepisywali sobie do notesów niemal co drugie zdanie. I coś w tym jest… „Byłby”, „zrobiłby”. „Martwi spoczywają w okresie warunkowym, czasie nieprawdziwym” – to tylko próbka z amerykańskiej pisarki, której książki także lepiej czytać niespiesznie i nie dać się zwieść ich mikrej objętości. To są lektury tworzone po to, byśmy się delektowali zarówno ich formą, jak i treścią.

Poszerzenie pola walki HouellebecqNiedużą, a naprawdę soczystą w treść pozycją jest też debiut literacki Michela Houellbecqa „Poszerzenie pola walki”. Autor zdobył potem sławę dzięki „Cząstkom elementarnym”, podtrzymywał ją umiejętnie kilkoma innymi powieściami. W każdej jednak dostrzeżemy rozwinięcie tych samych tematów, które francuski pisarz podjął już w „Poszerzeniu pola walki”. Jest więc o miałkości współczesnego świata, o jego totalnej bezwartościowości, o utowarowieniu seksu czy wszechogarniającej człowieka na przełomie XX i XXI wieku samotności.

Mistrzowie opowiadania i refleksji

Siedem dobrych lat, Etgar KeretWśród moich ukochanych „cienkich, a grubych” są też zbiory opowiadań Etgara Kereta. Bo w przypadku tego izraelskiego autora nie ma ani słabych zbiorów, ani słabych opowiadań. Jak bardzo są krótkie – wiadomo nawet z anegdot. Ponoć Keret jest ulubionym pisarzem w izraelskich więzieniach. Opowiadanie jego autorstwa jest w sam raz na krótkie chwile na spacerniaku. Chwilami jest u Kereta nieco absurdalnie, chwilami śmieszno, chwilami straszno – autor znakomicie kreśli w tych opowiadaniach spójny obraz współczesnego Izraela, który powstaje ze, zdawałoby się, całkowicie niepasujących do siebie klocków. A jednak Keret jakoś to wszystko lepi. W dodatku w sposób naprawdę mistrzowski. Biorę pierwsze z brzegu opowiadanie „Pastrami” ze zbioru „Siedem dobrych lat”. Tata, mama i synek. Nalot bombowy na Izrael. Trzeba się ukryć. Rzecz jest o tym, że robimy wszystko jak w kanapce pastrami – warstwami. Dorosły, dziecko do środka niczym najsmaczniejszy obkład, i znów dorosły niczym drugi kawałek pieczywa. Chodzi o to, by ukryć, by osłonić to, co najcenniejsze – tego, kto dla nas najdroższy. No bo jak wytłumaczyć kilkuletniemu dziecku, że żyje w takim, a nie innym miejscu i czasie? Jak samemu oswoić swój strach, by nie przekazać go dziecku? Jak…?

Głosy Marrakeszu CanettiPodróż po „cienkich, a grubych” zakończę w basenie Morza Śródziemnego, tyle że w Maroku. Oto „Głosy Marrakeszu” Eliasa Canettiego. Wielkie nazwisko, nieduża książeczka. Ale – znów! – jakże pełna treści. To niby tylko obserwacje z podróży, lecz każda na wagę fotograficznej migawki. I wszystko to zachwyca. Brud, niedostatek, feeria barw innych niż u nas za oknem, inne odgłosy, smaki…

Reklama

Co takiego mają w sobie te niewielkie objętościowo publikacje, że tak nas zachwycają? Piszę „nas”, bo wszak nagrody dla niektórych książek „cienkich, a grubych” to ewidentny dowód nie tylko mojego zachwytu. Co więc jest tak ujmujące w szczupłej konstrukcji, która treści niesie nierzadko więcej niż opasłe tomiszcza? Z jednej strony na pewno precyzja przekazu, z drugiej to, że niejedno w nich zdanie potrafi otwierać dla wyobraźni czytelnika całe mikroświaty. Wspaniałe jest i to, że ziszcza się w przypadku tych lektur prosta zasada – less is more. To z kolei o tyle istotne, że żyjemy w czasach tak bardzo zdominowanych przez obraz, że nawet w mediach społecznościowych (a co dopiero w książkach!) nie chce nam się czytać kilku zdań więcej. I to nie chce tak bardzo, że młode pokolenie sformułowanie „za długie, nie czytałem” sprowadziło – a jakże! – do skrótu tldr od angielskiego „too long, didn’t read”. Wciąż się spieszymy, wciąż dążymy do skrótu, wciąż jakaś zadyszka… I w takim właśnie świecie bezcenne wydają mi się mikre na pozór lektury, które będąc wspaniałą literaturą, pozwalają nam na chwilę zwolnić i zachwycić się słowem.

Reklama

komentarze [36]

Sortuj:
1054
0
29
29
15.01.2021 15:25

Ależ piękne zestawienie! Mam ochotę teraz sięgnąć po wszystkie wymienione książki i raczej na pewno to zrobię.
Dla mnie zawsze „cienki, a gruby” będzie „Wielki Gatsby”; za każdym razem, gdy do niego wracam dziwię się, że ma tak mało stron, a skrywa w sobie tyle wydarzeń, tyle treści i tak szczegółowy obraz pewnego człowieka…


33
6
14.01.2021 13:48

"Ich czworo" dramat Gabrieli Zapolskiej. Dla mnie w pigułce ukazana tragedia rodzinna po zdradzie, ze szczególnym wskazaniem na córkę bohaterów. Krótko, ale mnie emocje z książki siedziały dłuższą chwilę w głowie, mimo śmiesznych momentów.


508
497
14.01.2021 12:43

Jestem wielbicielką prozy Jakuba Małeckiego. Myślę, że "Saturnin" spełnie wymagania książki "małej a treściwej".


230
32
18.01.2021 10:32

320 stron w miękkiej oprawie? Raczej standardowy format - ani szczególnie mało, ani szczególnie dużo. :)


50
13
13.01.2021 14:59

Książką wpisującą się w ten temat jest z pewnością Pornografia. W zależności od wydania ma ona 150-200 stron, które wywołują w czytelniku ogrom emocji. Nie ilość, a jakość!


114
33
12.01.2021 20:46

Prawdą jest, że mistrzami słowa są Ci, którzy potrafią znakomicie pisać krótkie formy, czyli opowiadania. Dla mnie, takimi autorami są między innymi : Czechow, Camus, Tołstoj czy Kafka. Z naszego podwórka : Iwaszkiewicz, Pilch, Filipowicz, Schulz. Oczywiście doceniam również autorów, którzy potrafią poprowadzić pasjonującą, wielowątkową opowieść. Rzadko się jednak zdarza ,...

więcej

407
133
14.01.2021 23:27

Święte słowa. Do tej zacnej listy, dodałbym jeszcze Kunderę i Hemingwaya :)


2860
706
12.01.2021 19:03

Patrząc się na półki z nowościami wydawniczymi, mam wrażenie, że coraz trudniej znaleźć książki, gdzie w minimum słów jest maximum treści. Do takich pisarzy, którzy to potrafili należą: Ursula LE Guin, Erich Maria Remarque, Hermann Hesse. Teraz czasami mam wrażenie, że autorowi płacą od kilograma maszynopisu.


1479
302
12.01.2021 17:44

 Księga drogi i dobra


712
304
12.01.2021 15:19

To ja polecę niedawno przeczytane  ...twierdzi Pereira ...twierdzi Pereira. 180 stron w formacie serii Nike i brak zbędnych słów.


271
95
11.01.2021 10:04

Niecałe 200 stron, świetny przekład Wojnakowskiego.
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4862771/na-zachodzie-bez-zmian


zgłoś błąd