Słodko-gorzki smak książek

Aleksandra Przybylska
26.12.2020

Uwielbiam czytać o jedzeniu. Taka książkowa dieta jest nierzadko o wiele zdrowsza niż pochłanianie jedzenia. I w dodatku nieraz skłania do kolejnych poszukiwań, odkrywania nowych horyzontów, pobudza do myślenia. Lekturami o jedzeniu nie sposób się przejeść pisze Aleksandra Przybylska. 

Słodko-gorzki smak książek Dilyara Garifullina / unsplash
Reklama

Zastanawiałam się nieraz, co mnie tak fascynuje w tych kulinarnych lekturach. Bo nie przepisy. Wprawdzie patrzę, zaznaczam, jeśli nie są za trudne, ale nieczęsto do nich wracam. Myślę więc, że to chęć poznawania ludzi i ich mikroświatów na wszelkie możliwe sposoby. Także poprzez ten najbardziej ludzki z ludzkich - przy stole, nad talerzem.

Lane kluseczki

Jestem z pokolenia, które w rodzinnym domu miało jedynie opasłą, grubaśną, zdecydowanie z nadwagą „Kuchnię polską” w twardej oprawie powleczonej delikatnym płótnem. Z lekka nabożnie traktowaną przez mamę, szerokim łukiem omijaną przeze mnie. Musiałam do tej książki dojrzeć, właściwie nie wiem, dlaczego piszę „musiałam”, skoro jakoś tak dziwnie czuję, że wciąż muszę. Niejedna tłusta plama – ewidentny ślad realizowanych w pocie czoła przepisów – działała na mnie jak czerwona płachta na byka. Podobnie wszelkie podkreślenia, przeliczone miarki na pół proporcji i pozaginane kartki. Robiło mi się chwilami od tej książki kucharskiej wprost niedobrze. Od kiedy miałam naście lat, czułam, że kuchnia nie jest dla mnie.

Nastolatko gotują książkaMoja mama chwilami załamywała ręce. Nie żeby lubiła gotować, nie żeby kuchnia była jej naturalnym środowiskiem. Wiem, że kochała to umiarkowanie i czas wolała spędzać raczej nad książką (po niej to mam!), lecz nie potrafiła wyobrazić sobie, że wyjdę z domu nie umiejąc zrobić w kuchni nic poza zaparzeniem herbaty i obraniem ziemniaków. Dostałam więc pewnego dnia „Nastolatki gotują” Sabiny Witkowskiej. Była połowa lat 80., ja nie miałam jeszcze nastu lat, ale kto by na to patrzył! W mojej czytającej rodzinie w PRL-u każda książka była na wagę złota. Do dziś z „Nastolatek…” umiem na pamięć jeden jedyny przepis. Na lane kluseczki. Poza tym gotujące nastolatki omijałam szerokim łukiem. Podeszła mi ta książka niczym „Ania z Zielonego Wzgórza”.

Reklama

Gwiazda ci ugotuje

Aż tu nagle… Nie! jeszcze nie czas na pandemię koronawirusa, gdy nagle wszyscy zaczęliśmy gotować na potęgę, smażyć, piec, wyrabiać chleby własne w domu. Zanim bowiem okazało się, że „Contagion” to nie tylko film, ale coś bardziej w stylu reality show i że gramy w tym wszyscy, nawet jeśli ktoś wcale nie chciał – w Polsce zaczęły się ukazywać przepięknej urody książki kucharskie światowej sławy autorów. Rozsmakowaliśmy w czytaniu Nigelli Lawson i Jamiego Olivera. Co odważniejsi nie tylko czytali i przełykali ślinkę na widok wspaniałych zdjęć jeszcze wspanialszych dań, lecz także próbowali się zmierzyć z przepisami. Nierzadko na pewno z sukcesem.

Pech chciał, że w tym czasie zgłębiałam akurat tajniki dziennikarstwa i w jednym z branżowych pism trafiłam na arcyciekawy artykuł o tym, jak robi się zdjęcia do książek kulinarnych i czasopism o tej tematyce. Niby nic dziwnego, wszak je się oczami. Ale naprawdę nie chcecie wiedzieć, ile należy napchać szmat na dno głębokiego talerza, by zupa wyglądała na gęstą albo ile potrzeba rozpuszczonej pasty do butów, by kawa była na zdjęciu naprawdę czarna.

Królestwo mężczyzn

Światod kuchniJak więc to się stało, że kocham czytać o jedzeniu? Odpowiedź jest krótka: Anthony Bourdain. Ten amerykański szef kuchni, francusko-żydowskiego pochodzenia (co wypisuję tutaj, bo nie sposób, by nie miało wpływu na podniebienie i smakowanie świata) jest do dziś moim guru, ukochanym autorem książek o… No właśnie! Tu zawsze mam zagwozdkę. Bo czy one są o jedzeniu, czy raczej o ludziach, o świecie, o których autor opowiada nam pod pozorem tego czy innego smaku w najdalszych zakątkach globu? Nie bez przyczyny „Świat od kuchni” Bourdaina nie jest żadną książką kucharską, lecz fenomenalnym zbiorem reportaży z różnych krajów. Nieżyjący już autor miał tę cudowną umiejętność, by smakować wszystko, co znalazło się w zasięgu wzroku i by się tym z należytym szacunkiem delektować – jak choćby w rozdziale o Wietnamie i jego niezwykłej kuchni, w którym pisze też o niełatwej najnowszej historii stosunków Wietnamu i USA. Do dziś uwielbiam podróżować, mając gdzieś z tyłu głowy Anthony’ego Bourdaina. To lektura jego książek nauczyła mnie, że nie sposób poznawać nowe krainy i ludzi bez skosztowania tego, co na co dzień jedzą. Może więc z nimi nie ugotuję (bo umiem tylko te lane kluseczki), ale do stołu usiądę zawsze (bo wspólne jedzenie ma głęboki sens).

Zjeść Kraków MakłowiczGdzieś w zakamarkach kulinarnego regału mam także „Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny” Roberta Makłowicza i Stanisława Mancewicza, wydany dobrych naście lat temu, gdy jeden z autorów był o połowę chudszy niż jest teraz. Nie żebym wypominała, daleka jestem od tego. Bardziej chodzi mi o to, by czytelnicy docenili, jak trudnym rzemiosłem parają się piszący o jedzeniu. Smakowanie – owszem – jest rozkoszą, ale po przekroczeniu pewnej granicy potrafi być męką. Sztuką jest zapewne tę granicę znaleźć zanim będzie za późno. Co jedynie potwierdza koncepcję, że łatwiej przejeść się realnym jedzeniem niż czytaniem o nim.

Wreszcie prawdziwy rarytas – „Kuchnia klasztorów prawosławnych” Mykoły Mańko. Co to jest za książka! Nie tylko zbiór przepisów z Grecji, Ukrainy, Rosji, Bułgarii czy Rumunii. To cały świat nieskończenie ubogich duchownych, którzy nierzadko naprawdę nie mają co do garnka włożyć. Autor był w opisywanych klasztorach, w ich kuchniach, i jadał z mnichami przy jednym stole – poznał klasztorne smaki wzdłuż i wszerz, i to jak trzeba kombinować, gdy nie ma co jeść. Nieduża książeczka, którą napisał Mykoła Mańko, ma jeszcze jeden wielki walor, zwłaszcza dla mnie jako kobiety – prezentuje przepisy wcześniej niedostępne, tak jak niedostępne są wciąż dla kobiet niektóre prawosławne męskie klasztory, choćby w Grecji na wyspie Athos.

Kultura kulinarna

W „Kuchni klasztorów prawosławnych” urzekła mnie jeszcze sezonowość. Tu nie ma miejsca na wygibasy, na cytrusy w środku zimy – spożywa się to, co akurat jest. Co ciekawe, we współczesnej kuchni – i to w skali globalnej – ta sezonowość zdaje się dziś być dominującym trendem. Jesteśmy tak bardzo eko, że nie sposób zwozić przysmaki z innych rejonów świata –  lepiej jeść to, co rośnie za rogiem.

Sezonowość, zmienność pór roku, a wraz z nimi tego, co i jak spożywamy, urzeka też w książce Tessy Capponi-Borawskiej „Moja kuchnia pachnąca bazylią”. I z jednej strony właśnie to, co jest właściwe w kuchni dla wiosny, lata, jesieni czy zimy, a z drugiej – cała kultura kulinarna, którą autorka w jakiś naturalny sposób przywiozła ze sobą z rodzinnych Włoch do jakże biednej i szarej Polski schyłku PRL-u. Wszystko wspaniale widać na kartach tej książki, niemal gotują się te oddzielne planety, Italia i Polska, choć autorka – z wrodzonym sobie taktem – wcale nie pisze wprost o dzielącej oba kraje przepaści w podejściu do kultury kulinarnej. Nie pisze też – to pewnie znów ten wrodzony takt – że sama była jedną z tych niewielu osób, które uczyły Polaków zaraz po przełomie 1989 roku, czym w ogóle jest kultura kulinarna.

A jak wielka jest ta kultura dowiedzieć się można ze „Smaku kwiatów pomarańczy. Rozmów o kuchni i kulturze”, w których konwersują Capponi-Borawska z Agnieszką Drotkiewicz. Jest i o przepychu na stołach europejskich arystokratów epoki baroku, jest o tym, dlaczego przez wieki kobiety nie były szefami kuchni (oraz że obecnie też nie jest to łatwe), jest też o zapachach i dźwiękach w kuchni – wyliczać można by długo, ale nie chcę przesadzić, bo od czytania takiego tekstu człowiek może się zrobić głodny. Krótko więc napiszę jedynie, że to naprawdę bardzo smakowita książka i smaków ma kilka.

Gdy nie ma co jeść

Głód Martin CaparrosNie byłabym sobą, gdybym do tej beczki miodu nie dodała jednak łyżki dziegciu. Zwłaszcza że w Polsce w ostatnich 30 latach niektórzy – jak ja – zachwycili się kulturą kulinarną, inni zaś wraz z wolnością poszli w stronę śmieciowego jedzenia. O tym obżarstwie, o wielkomiejskiej biedzie, która je byle co, byle zapełnić żołądki, pisze m.in. Martin Caparros w monumentalnej książce „Głód”. To konstrukcyjnie, w sensie formalnym dzieło wręcz niesłychane – raz reportaż, w innym miejscu esej, pełen głębokich bolesnych przemyśleń wokół tego, co robimy w skali globu z elementarnymi potrzebami człowieka. Bo zaspokoić głód to potrzeba podstawowa. Caparros stworzył też dzieło, które zwala odbiorcę z nóg rozmachem treści - to nie tylko bieda wielkich miast w USA, ale i bezdroża Afryki, Azji czy obu Ameryk, gdzie nierzadko totalnie nie ma co do ust włożyć. To matki wielodzietnych muzułmańskich rodzin, które pytane o śmierć swoich dzieci z niedożywienia, odpowiadają krótko „inszallah”. A więc „będzie, jak bóg da”, „będzie, jak się bogu spodoba”. Caparros pisze tak sugestywnie, że podczas lektury „Głodu” chwilami dosłownie odechciewa się jeść, odechciewa się żyć, nie sposób złapać tchu, tak przerażający zdaje się świat. I człowiek najchętniej podzieliłby się ostatnim kęsem czegokolwiek z tymi, którzy nie mają co jeść.

A po chwili przychodzi opamiętanie. Bo co zmieni jedna bułka moja czy twoja, skoro w temacie głodu potrzeba rozwiązań systemowych w skali globalnej? Zwłaszcza że współczesny świat urządziliśmy jakoś tak nieudolnie, że w bogatych krajach wyrzucamy mnóstwo jedzenia, podczas gdy w ubogich ludzie umierają z głodu. Ewidentnie coś jest z nami nie tak.

Na marne Marta SapałaJak bardzo można to zmienić - pisze m.in. Marta Sapała w książce „Na marne”. Przeczytamy u niej o globalnym ruchu, dzięki któremu młodzi ludzie już odzyskują jedzenie, które trafiło na śmietnik czy o młodych dziewczynach, które uczą się, jak gotować z resztek. Bo gdzieś nam się to wszystko zapodziało na przyspieszonej ścieżce rozwoju. Gdy byłam tą dziewczynką, która nie chciała się uczyć gotować, obie moje babcie potrafiły - niczym prawosławni mnisi - wyczarować obiad niemal z niczego, bo z wczorajszych ziemniaków. Dziś potrzebne są warsztaty, by się tego nauczyć. Jednak bez względu na to, jaką drogą dojdziemy do rozwiązań, by nie marnować jedzenia, ważne jest też, byśmy umieli karmić innych. Wartościową strawą, dobrym słowem - wszystkim tym, czym warto się dzielić.

Pamiętajmy o tym, zwłaszcza w dziwnym czasie zaraz po świętach, gdy objedzeni do nieprzyzwoitości oparliśmy na brzuchu nową książkę znalezioną pod choinką.

PS. Mam taki (okropny?) zwyczaj, że kupuję sobie sama książki także pod choinkę. Tym razem to „Kumin, kakao i karawana. Odyseja aromatyczna” Gary’ego Paula Nabhana, wznowiona niedawno przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Już czuję, że dołączy do moich ulubionych lektur wokół jedzenia. A skoro zdradziłam jedną tajemnicę, to mogę też drugą: podczas pisania tego tekstu pożarte zostało pudełko śliwek w czekoladzie, wcześniej wyjęte z projektu „Nie ruszaj! To na święta”.

---

Aleksandra Przybylska - jak sama mówi, czyta nałogowo. Dziennikarka i redaktorka w „Gazecie Wyborczej" w Poznaniu, pisze recenzje książkowe dla portalu kultura.poznan.pl. Powyższy tekst to jej debiut na lubimyczytać.pl. 

Reklama

komentarze [11]

Sortuj:
253
79
28.12.2020 10:17

"Za dzieciaka": Śmieszne, makaron rośnie! i Książka kucharska Kubusia Puchatka. Potem Musaka pod Akropolem. Kuchnia grecka, Porto, sardynka i fado. Kuchnia portugalska

więcej

675
294
27.12.2020 14:32

Polecam jako ciekawostkę i wyzwanie do zastosowania  Kuchnia średniowieczna. 125 przepisów Kuchnia średniowieczna. 125 przepisów. Łatwiej będzie gotować z tą pozycją, niż z kupioną po powrocie z Gruzji  Tradycyjna kuchnia gruzińska - praktyczne porady i sprawdzone receptury

więcej

65
0
27.12.2020 23:10

Fantastyczny komentarz. Historia kuchni cały czas czeka na półce na tzw. wolną chwilę ;)


215
25
27.12.2020 13:38

 Najlepsze przepisy kuchni polskiej Najlepsze przepisy kuchni polskiej
Dawno wydana, ale do tej pory lepszej nie znalazłam: praktycznie historia naszych tradycyjnych potraw plus porządna dawka wiedzy jak to kiedyś na naszych ziemiach z jedzeniem bywało.


945
97
27.12.2020 12:29

Jak czytać o jedzeniu, to opowiadanie Czechowa "Syrena". Z samego opisu dań można się przejeść.


3066
47
27.12.2020 09:21

Bardzo ciekawy, smakowity artykuł! W dzieciństwie również bardzo pociągała mnie, jedyna dostępna wtedy, Kuchnia Polska (w płóciennej oprawie), naczelna książka mojej mamy! Często przeglądałam ilustracje, a już wprowadzenie - o organizacji kuchni - czytałam wielokrotnie, wyobrażając sobie kuchnię moich marzeń. Moimi przewodnikami po smakach i zapachach świata stały się,...

więcej

65
0
27.12.2020 23:12

Ile wspaniałych podpowiedzi i tytułów! Dziękuję :) Miałam też w głowie "Smażone zielone pomidory" oraz "Kwiat wiśni i czerwoną fasolę". Ba! Magdalenki też miałam w głowie, ale już nie chciałam przesadzać ;)


1817
152
27.12.2020 08:52

Dla mnie początkiem kulinarno-czytelniczej przygody był  Małomówny i rodzina Małomówny i rodzina. Nie, żeby faktycznie była to książka głęboko związana z tematem, ale bohaterowie ciągle coś tam jedzą. Smakowito i domowo. Czytając ją pochłonęłam całego francuza z salami. Nie byłoby w tym nic...

więcej

1097
105
26.12.2020 17:50

 Książka poniekąd kucharska Książka poniekąd kucharska


4124
3884
26.12.2020 15:28

Najlepsze jest wiejskie jedzenie z książek.Wiejskie kiełbasy,boczkii.Kaszanki.Pierogi,ogórkowe.A nie teraz te mody.Na wege.Głównie to ci młodzi gniewni.Albo te tajskie.Jedzenie ma być jedzenie.


65
0
23.12.2020 10:32

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd