Elwira 
naregale.com.pl
"Literatura to najprzyjemniejszy sposób ignorowania życia." (F. Pessoa) "Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze" (A. Stasiuk) Prowadzę bloga Księgarka na regale, gdzie staram się polecać Wam nie tylko nowości wydawnicze, ale wszystko co warte uwagi. Zamieszczam również wywiady, newsy okołoksiążkowe oraz odwiedzam księgarnie kameralne.
32 lat, kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 50 cytatów, ostatnio widziana 8 godzin temu
Teraz czytam
  • Drzewo życzeń
    Drzewo życzeń
    Autorzy:
    Zabawna, głęboka i ciepła historia o inności i tolerancji, opowiedziana z zaskakującej perspektywy. Może drzewa nie umieją żartować, ale bez wątpienia potrafią opowiadać historie. Tę opowiada pewien...
    czytelników: 18 | opinie: 0 | ocena: 8 (2 głosy)
  • Histeryczki
    Histeryczki
    Autor:
    Zbiór opowiadań, na który składają się różne historie kobiet: przegranych, szalonych, matek, sióstr, oscylujące wokół tematów miłości, przemocy, skomplikowanych międzyludzkich relacji. Nieprzewidywaln...
    czytelników: 183 | opinie: 3 | ocena: 7,89 (9 głosów) | inne wydania: 1
  • Jezioro
    Jezioro
    Autor:
    Boros, osada rybacka gdzieś na końcu świata, nad wysychającym, skażonym jeziorem, którego Duch gniewa się na ludzi. Mężczyźni mają tu wódkę, kobiety troski, dzieci nieustannie drapią swędzącą wysypkę...
    czytelników: 26 | opinie: 2 | ocena: 7 (5 głosów)
  • Petersburg. Miasto snu
    Petersburg. Miasto snu
    Autor:
    W delcie Newy nad Zatoką Fińską leży miasto niezwykłe. Piotrogród. Leningrad. Petersburg. Dla jednych rajska kraina swobody i oaza nowoczesności, dla innych miejsce bolesnych wspomnień, od których nie...
    czytelników: 451 | opinie: 15 | ocena: 7,12 (114 głosów)
  • Respect. Życie Arethy Franklin
    Respect. Życie Arethy Franklin
    Autor:
    Monumentalna, nieocenzurowana biografia Arethy Franklin stworzona przez jednego z najbardziej znanych biografów świata muzyki. David Ritz przygotowywał się do napisana tej książki niemal czterdzieści...
    czytelników: 220 | opinie: 8 | ocena: 7,43 (35 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-17 08:40:18
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-10-16 11:40:40
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
Autor:
 
2018-10-15 14:27:38
Ma nowego znajomego: Lengua
 
2018-10-15 14:25:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Seria: Reportaż

http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Oznajmię to już na wstępie. „Lud” to zwieńczenie, „Lud. Z grenlandzkiej wyspy” to jeden z najlepszych reportaży, jakie było mi dane w życiu czytać. Qallunaat to w języku grenlandzkim „obcy”. Obcy, którzy boją się ciszy, którzy zaraz znikną, a Grenlandię traktują jak przystanek w drodze do czegoś, dlatego...
http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Oznajmię to już na wstępie. „Lud” to zwieńczenie, „Lud. Z grenlandzkiej wyspy” to jeden z najlepszych reportaży, jakie było mi dane w życiu czytać. Qallunaat to w języku grenlandzkim „obcy”. Obcy, którzy boją się ciszy, którzy zaraz znikną, a Grenlandię traktują jak przystanek w drodze do czegoś, dlatego mieszkańcy są uprzejmi, ale nigdy się nie zaangażują. Ten lud Was w sobie rozkocha, by potem złamać serce.

A my jesteśmy z ciszy.

Dowiadujemy się już na początku. Zakochujecie się w zdaniach? Fizycznie czujecie drżenie, a bicie serca przyspiesza? Nie sądziłam, że zimno może być tak namacalne, że tak mnie Północ otuli, wręcz ściśnie tak, że już nigdy nie wypuści, a ta cisza pożre w całości i rozsiądzie się w moim przerośniętym organie empatii.

Pisanie Ilony Wiśniewskiej wydaje się też być z ciszy. Wchodzi szeptem w życia swoich bohaterów. Jeszcze głębiej niż w poprzednich książkach. Stara się wsiąknąć w ich historie, ale nie próbuje nimi kierować czy się narzucać. Pytania często przychodzą do niej w trakcie opowieści. Ona sama jest ciszą, a w trzeciej książce konstrukcja i poetyckie sploty myśli wydają się być najwyrazistszym potomkiem tej gromkiej ciszy zamieszkałej na Grenlandii.

Jesteś jedną z osób, które oni spotkają na chwilę, więc się nie angażują. Ty też się nie angażuj, bo skrzywdzisz i ich, i siebie. (…) Pamiętaj, że nie możesz zostawać z nimi sam na sam. I pisz, ale nie o naszych dzieciach. Tyle na temat BHP.

Ilona Wiśniewska w swoim trzecim reportażu odwiedza wysepkę i jej tysiąc trzysta mieszkańców. Zatrudnia się w tamtejszym domu dziecka, bo oprócz wysłuchania historii, chce się na coś przydać. Nazwa miejscowości – Uummannaq znaczy „tam, gdzie leży serce”.

Nawet sposób w jaki autorka opisuje na początku swojej książki ilość godzin i kilometrów podróży dzielące Grenlandię od reszty świata trafia prosto do wyobraźni. Dwóch czytelników zakomunikowało mi przed moją lekturą, że choć zakochani w Północy, to pisanie Wiśniewskiej wydaje im się encyklopedyczne. W sercu jej pisarstwa nie ma dla mnie nic z mechanicznego świata surowego języka. Muszę się z tym wnioskiem zatem stanowczo nie zgodzić, bo encyklopedia nie używa tak uczuciowego języka, który wpływa na zmysły i obraz malowany przed naszymi oczami podczas lektury.

Zbieram rękawem kurtki resztki naszej rozmowy i w drodze do domu wsłuchuję się raz jeszcze w śmiech kapiący z mankietów. Mieszkam w szkole muzycznej obok domu dziecka. Nocami dotykam instrumentów. Zwłaszcza kontrabasu, bo daje się objąć w pasie.

W encyklopedii nie znajdę takiego języka, a już na pewno nie pod hasłem „Grenlandia”. Chwile kiedy Wiśniewska wprowadza informacje historyczne nie rozprzestrzeniają się na dziesiątki stron. Nie dominują nad tymi ujmującymi, ludzkimi historiami. Mi – osobie niezorientowanej a ciekawej historii i geografii wyspy – te informacje były wręcz potrzebne i dopełniały pełen krajobraz wiedzy. Całemu reportażowi nadając wiarygodności. Potwierdzając tym samym, że reporterka nie tylko przyjeżdża i podpatruje, ale zagląda wstecz dla kompletnego obrazu danego regionu, mieszkańców wraz z ich mentalnością.

Lud widziany oczami Wiśniewskiej będzie piękny, jak piękni mogą być tylko ludzie i ich historie na wyspie, której mieszkańcy są wciąż traktowani jak gorsze dzieci Danii. Którzy są dumni ze swojego pochodzenia, ale niepodległość wydaje się być wciąż ich daleką krewną. Poznamy przykładowo Sikę, dziewczynę, która regularnie wrzuca snapy, ogląda seriale na Netflixie, ubiera się w sieciówkach i choć wychowała się w stolicy i środkowej Norwegii, to do Grenlandii wróciła, żeby dorosnąć i zaznać tradycji. Poczytamy o ludziach wysiedlonych, przymusowej danizacji Grenlandii, gdzie dzieciom przyszłości tego kraju zabraniało się mówić w ich własnym języku. O niepokojącej liczbie samobójstw, zwłaszcza wśród płci męskiej, coraz młodszej, gdzie mężczyźni są jak polarne szczeniaki, które od urodzenia śpią na lodzie – jeśli przeżyją, to coś z nich będzie.

Z każdym zdaniem Karin stopniowo wydrapuję paznokciem dodatkową linię między liniami życia i rozumu.

Te zdania wyskakują znienacka jak przerywniki, które wstrzymują całą narrację. Może celowo rozsiane są tak, żeby kazać nam się zatrzymać? Może to znaki nakazu mówiące: „Szanuj te historie, zwolnij”? Zatrzymywałam się ile mogłam. Brałam głęboki oddech. Czytałam je jeszcze raz po cichu, bo bałam się je wypowiadać na głos, jakby miały wracać do mnie w snach.

Wiśniewska w swej trzeciej książce jest ujmująco osobista, co nie znaczy, że się obnaża. Ujawnia się, by dopełnić historii i pokazać psychiczny i fizyczny wpływ Grenlandii na człowieka. Poznamy też Gerta, jednego z wychowanków domu dziecka, o którym nie powiem Wam nic więcej. To on jest sercem tej historii, które mieszkało w autorce i zamieszka w Was. Przez niego wiedziałam, że lekturę „Ludu” muszę skończyć w odosobnionym miejscu, gdzie dialog prowadzi tylko wiatr, a hałas obcych mnie nie dosięgnie. Autorka przyznaje, że białe wręcz nią zawładnęło i opętało. To samo może dotknąć wrażliwego czytelnika.

Wszystkie historie, dzięki którym, a może przez które ciągle nie mogę się uporać z białym. Z ciągłą potrzebą ludzi i samotności, coraz większą jednego i drugiego. Z zimnem, które już mnie nie spina, i ciepłem, które staje się nieznośne. Ze słowami, które widzę z roku na rok w coraz intensywniejszych kolorach.

Swój zachwyt nad „Ludem” zakończę na języku. W Grenlandii język się czuje inaczej, dlatego czasami odpowiedzi udziela się po czasie, bo trzeba pomyśleć o tym, że Ilona mówi po norwesku, a trzeba jeszcze przejść na duński, ewentualnie angielski. W grenlandzkim gesty ważniejsze są od słów. Unoszenie brwi to na przykład „tak”. Często ludzie podczas pobytu Ilony wybuchali śmiechem, unosili brwi bądź chwytali ją wylewnie za dłonie, by jednocześnie traktować bezbrzeżną ciszą, od której chce się czasami „odkrzyknąć”.

Rozmawiamy mieszanką języków, mróz dodatkowo przeciąga zdania, skleja z zimna morfemy, dzięki czemu nie wytraca się ciepła na przecinki. Dużo w tej rozmowie pożytecznej ciszy.

-Czy świat jest piękniejszy w twoim języku? – wbijam się między dwa oddechy.

Język Ilony Wiśniewskiej jest jak ten grenlandzki. Też trzeba go czuć, a słowa są niczym gesty. Świat w istocie jest piękniejszy w jej języku. Daleki od tandetnej fascynacji podróżniczej jednym regionem, ale wyrazem najwyższej miłości, która przybiera wręcz formę filozofii życia.

Ilona Wiśniewska przyznaje dodatkowo w liście do siostry, że zaczęła tracić kontur. Że przejmuje stany emocjonalne ludzi, z którymi przebywa. Ja przejmuję wszystkie stany emocjonalne i czytelnicze tych reportaży i Wam zalecam to samo – dogłębne przeżywanie towarzyszące lekturze. Nie czytajcie pobieżnie, nie ślizgajcie się wyłącznie po powierzchni, czytajcie całymi sobą. Ci ludzie i ich opowieści na to zasługują. Talent pisarski Ilony Wiśniewskiej również.

pokaż więcej

 
2018-10-12 21:22:45
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Seria: Reportaż

http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Finmark to znajomość zasad. Klimat jest tu surowy, zwierzyna płochliwa, a ludzie, jak już pytają, kim jesteś, to chcą wiedzieć do trzeciego pokolenia. Zagaduje się tu każdego i na każdy temat. Lato oznacza tu średnio plus dziesięć stopni i wicher. (…) W Finmarku wierzy się w morze, w pracę i siebie.

W „Hen”...
http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Finmark to znajomość zasad. Klimat jest tu surowy, zwierzyna płochliwa, a ludzie, jak już pytają, kim jesteś, to chcą wiedzieć do trzeciego pokolenia. Zagaduje się tu każdego i na każdy temat. Lato oznacza tu średnio plus dziesięć stopni i wicher. (…) W Finmarku wierzy się w morze, w pracę i siebie.

W „Hen” Ilona wybiera się do kilku północnych miejscowości. Trafia tam gdzie, depresja rozprzestrzeniała się drogą kropelkową, pomaga nam zrozumieć poczucie niższości Północnych, ale też ich silnie wypracowaną autoironię. Coraz wyraźniej nie tylko opisuje i opowiada, ale stapia się razem z zimnem i jego mieszkańcami. Jest jeszcze bardziej dociekliwa, ale nie nachalna. Nigdy się nie narzuca, ale czeka na zaproszenie. Przymierza gákti, tradycyjny saamski strój rdzennej ludności Norwegii, dopiero gdy zapyta ją o to gospodyni, a gdy ta zasypia, to wychodzi bez domknięcia drzwi, leciwego opla stacza z podjazdu bez włączania silnika. W nature jest się cicho.

W drugiej książce jest tak szczerze, że z tej szczerości człowiek czerpie ciepło z lektury mimo surowej scenerii. Jej narracja wżera się w skórę czytelnika, a kostnienie z zimna staje się nagle najczystszą formą życia i odczuwania. Puenty ludzkich historii wejdą w nas bezpowrotnie. Bror i jego ojciec Ibert oraz jego opowieści, które miesza jak cukier w kawie. Podobnie czyni Wiśniewska, miesza historie dodając im posypkę poetyckości na wierzchu.

To w jaki sposób konstruuje historie jest niesamowicie chwytliwy. To jak budowanie napięcia tuż przed najważniejszą sceną z filmu. Tylko, że tu nie ma efektów specjalnych generowanych komputerowo ani klimatycznej muzyki. Całym napięciem są ludzie i krajobrazy północnej Norwegii. Czytając „Białe” czuje się wszystko tak bardzo, że czytelnika dopada drobny żal, że nie może tego wszystkiego zobaczyć na własne oczy, dlatego bardzo mnie ucieszyło, gdy otwierając „Hen” i „Lud” zobaczyłam fotografie autorstwa samej autorki. Okazuje się, że nie tylko pióro, ale i oko ma wprawne.

Morzu prawie udaje się przekrzyczeć głos Tove, ale nadal słychać w nim ulgę, że się nie znamy. To pozwala rozmawiać o niczym ważnym i wszystkim błahym jednocześnie. O tym, że nie wiadomo, kim się jest po śmierci męża albo kim się będzie za dziesięć lat z mężem starszym o trzydzieści lat. O tym, że w Vardø latem nosi się podwójne szorty, żeby nie przewiało, i że w Husegårdenie coś tłucze co noc. Że morze zabiera. A nieobecność zabija.

Przykładowo historię Laponii, autorka zaczyna od sceny, w której Nillas leży na śniegu z oderwaną ręką i bez oka. Od pojedynczego zdarzenia, pozornie niewielkiej postaci, potrafi przejść do serca danej kultury i jej szczegółowych cech. To bez wątpienia czyni ją empatyczną, wprawioną i wybitną reporterką. A to także powód, dla którego czyta się te reportaże bez wytchnienia i nie chce się z nich wychodzić.

pokaż więcej

 
2018-10-11 13:43:30
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Reportaż

http://naregale.com.pl/co-to-za-dziwna-historia/

W recenzji staram się przedstawić Wam przekrój cytatów, które wycisną esencję danej książki bez psucia atmosfery i wrażeń z ich lektury. Szukam czegoś, co trzaśnie w emocje, zachęci bądź wręcz przeciwnie, czegoś, co nakreśli język użyty w danej pozycji. Przy recenzji „Dziwniejszej historii” Remigiusza Ryzińskiego zastanawiałam się czy zacząć od...
http://naregale.com.pl/co-to-za-dziwna-historia/

W recenzji staram się przedstawić Wam przekrój cytatów, które wycisną esencję danej książki bez psucia atmosfery i wrażeń z ich lektury. Szukam czegoś, co trzaśnie w emocje, zachęci bądź wręcz przeciwnie, czegoś, co nakreśli język użyty w danej pozycji. Przy recenzji „Dziwniejszej historii” Remigiusza Ryzińskiego zastanawiałam się czy zacząć od dobrych czy złych nowin. Od jakiegoś „dobrego” czy drażniącego cytatu. Postawiłam na coś pośredniego. Z racji tego, że dziś przypada Światowy Dzień Coming Outu, a na dodatek ogłoszono, że zakazano Marszu Równości w Lublinie, to stwierdziłam, że dzień nadaje się idealnie, by wyrzucić z siebie recenzję tej pozycji i powiedzieć czy warto po nią sięgnąć czy wepchnąć do szafy, by więcej się nią nie denerwować.

Na początku pragnę zaznaczyć, że pierwsza książka Ryzińskiego „Foucault w Warszawie” nie odrzuciła mnie tak bardzo. Tamtejszy surowy język książki bez ozdobników był potrzebny.Remigiusz napisał książkę tak jakby sam założył państwu polskiemu i Służbom Bezpieczeństwa surową teczkę traktowania homoseksualistów w Polsce.Nie osądza. Nie musi. Wyrok krzyczy sam. Warto było wyczekać do ostatniej strony i dowiedzieć dlaczego Remigiusz napisał tamtą książkę . Z szacunku, antropologicznej ciekawości i może obalenia niejednego stereotypu. Bo „kolorowych dusz” jest więcej niż widzą nasze oczy, a nienawiść w dalszym ciągu może chwycić za broń i zamordować kogoś w uścisku miłości, tak jak w klubie w Orlando.


Co przedstawia „Dziwniejsza historia”, która czerpie swój tytuł z Witolda Gombrowicza? Szumnie informowano czytelników, że oto czeka nas poruszająca opowieść o obcości i samotności wymieszana z obrazem warszawskich ulic lat wojny i PRLu. Cała ta opowieść skupia się jednak wokół głównie dwóch postaci. Zamożnego architekta, Huberta, który od lat mieszka we Francji oraz Michała, znanego literaturoznawcę, którego uratowano z getta. Bazując na tych dwóch mężczyznach, Ryziński stara się nam przedstawić obraz okupacji oraz pierwszych lat PRLu jednocześnie. Zagląda do kawiarni, melin, łaźni, zagląda do ciasnych mieszkań dzielonych z rodzicami, gdzie nie było miejsca na intymność. Ta musiała wyprowadzić się na ulicę i tam szukać miłości. Niekiedy z Niemcami w mundurach czy z agentami SB pod przykrywką.

Zacznijmy zatem. Przejdźmy do sedna. Wyjdźmy z szafy. Nie, nie tak powinna zostać napisana ta „dziwniejsza historia”. Choć przewijają się ostre fragmenty, które rażą bezpośredniością, a nie lukrowaniem miłości w czasach PRLu czy wojny, to jednak całość jawi się jako rozmazana historia zbita z nielogicznych opowiastek. Starałam się trzymać na uwadze, że ten reportaż to nie słowa samego jej autora. Skrył się on za teczkami, cytowanymi bohaterami i nikt nie powiela tutaj zasłyszanych poglądów. Czytelnik wzdryga się na brak komentarzy przy tak kontrowersyjnych opiniach. Co jeśli ktoś jednak odbierze je dosłownie i nakarmi drzemiącą homofobię? Poniższy fragment jest wręcz bezczelną pożywką dla stereotypów.

Na gejów radzieckich mówiono ładnie: gołuboj, czyli błękitny.

-A u nas: ciota, pedał, pedryl, pederasta.

Bywały też jednak alternatywy.

-Pary dobierały się po cichu. Teraz jest bardziej taki pęd, że jak ktoś jest ujawniony i wiedzą wszyscy o nim i ma przyjaciela, to się robi temat taki, że to jest związek. A wtedy były te związki, ale były mniej podkreślane, że to jest, po prostu. Oni się trzymali dobrze i z sobą byli, i to było OK. Ja swojego poznałem na ulicy, po niebieskich skarpetkach poznałem, że gej. Zwróciłem uwagę na tę odmienność.

-Jeżeli w latach sześćdziesiątych spotkałeś kogoś z utlenionymi włosami, to wiedziałeś, że ciota. I to było bez żadnej dyskusji. Nie wolno było się wyróżniać. Heteryk nie miał prawa się odróżniać. A gej chciał się wyróżniać. I musiał. Żeby zaimponować.



Jeden z powszechnych zarzutów do tej książki, który podzielam, to źródła z jakich Ryziński korzystał. Jedna to teczki SB, następnie zaledwie dwóch bohaterów, i co najgorsze, zasłyszane plotki. Zwyczajnie nie wierzę, że na tak obszerny temat głos oddano zaledwie dwóm osobom płci męskiej. Hubert, który na dodatek otwarcie przyznaje, że interesuje się na starość tym, co go tworzy. Jest badaczem i jednocześnie okazem. Zawsze chętny do rozmów, do analiz, do pisania i wspominek. Pyta sam siebie o siebie i bawi się, gra. Stawia na czerwone. Zakłada oczko. Trochę kantuje. Jak na bohatera tak ważnego tematycznie reportażu, który mógł być wybitnym, wybrać pana, który otwarcie kantuje i nigdy nie wiemy kiedy mówi prawdę, a kiedy zmyśla? Naprawdę trudno było mi go traktować jako poważne źródło. Nawet opis coming outu Huberta też jest jakby od niechcenia. Piszę to z pełną świadomością, że autor pozwolił mówić swoim bohaterom, ale ten brak weryfikacji jest dość drażniący. Kolejne istotne pytanie: czy w Polsce nie było lesbijek? Ilość miejsca poświęcona kobietom jest wręcz komiczna, by nie powiedzieć obraźliwa.

Czytając nie opuszczało mnie wrażenie, że w tym roku czytałam już reportaż, który daleki był w tematyce od swoich zapowiedzi. Były to „Królowe Mogadiszu”, gdzie tytułowych królowych było mało. „Dziwniejszą historię” muszę również ze smutkiem dopisać do listy książek niespójnych, które nie są wierne swojemu tematowi. Co bardzo rozczarowuje, ponieważ wierność historii nie powinna być traktowana tak pobieżnie i pobłażliwie. To strzępy opowieści, które zdania, którym ktoś jakby urwał sens i prawdę.

Pierwsza część książki zajmuje się bardziej okupacją niż homoseksualizmem. Druga połowa reportażu, w której przenosimy się do czasu PRLu już jest bardziej informacyjna, co jednak nie ratuje pierwszej części. W jednym ustępie czytamy, że ktoś Hubertowi namalował na drzwiach słowo „pedał”. Domniemanym sprawcą mógł być piętnastoletni O., którym Hubert się nie interesował, jak silnie zaznacza, ponieważ zarzeka się, że nie miał w sobie nic z pedofila. A za chwilę czytamy o „Ocaleńcach” z Oświęcimia i starszej kobiecie, która w drodze do kościoła ściągała trupowi kalesony. Znienacka transportujemy się w czasie już do PRLu.



„Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” też był przykładem reportażu, gdzie brakowało skrawków historii, ponieważ mało było osób, które zapamiętały tytułowe opiekunki. Luki w historiach uzupełniano z szacunkiem, otwarcie przyznając, gdzie urywa się ślad. W „Dziwniejszej historii” tego nie zaznamy. Dosyć, że mało jest tematu w temacie, to braki w źródłach czy wiedzy wypełnia się właściwie nieustannym odbieganiem od tematu. Łata się niedobory rwanymi powiastkami, zasłyszanymi, a nie potwierdzonymi. To trochę jak strzał w policzek historii.

Ryzykownym było wybrać tak wiele wypowiedzi, które wzdrygają ilością powielanych stereotypów. Jeśli tę książkę chwyci homofob, który zapiera się, że nim nie jest, to tylko może utwierdzić się w swojej postawie w tym wysypie zaśniedziałych poglądów. Momentami czułam jakbym autentycznie czytała o podludziach, za których przemawiający w książce geje się uważali. O podludziach, którym nikt nigdy nie powiedział, że nimi nie są i nie muszą chować się po krzakach, by zaznać miłości. Ze smutkiem stwierdzam, że ta książka im w tym nie pomoże.

Nie ma też nic złego w oszczędnych, rwanych zdaniach. Sprawdzały się w poprzedniej książce Ryzińskiego. Zresztą co dopiero Marcin Wicha otrzymał Literacką Nagrodę Nike za m.in. za pisanie o sprawach wielokrotnie złożonych prostymi zdaniami. W reportażu jednak tak wyczekiwanym, temacie tak nieodkrytym, wypadałoby wręcz składać prawdę wielokrotnie złożoną. A tutaj wydaje się, że homoseksualizm lat wojennych i PRLu wciąż siedzi w szafie. Daleko mu do coming outu.

pokaż więcej

 
2018-10-07 17:13:52
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-10-03 16:43:13
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-10-03 16:42:32
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

http://naregale.com.pl/proza-ktora-jatrzy-debiut-olgi-hund/

"Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć."

Śnieg. Bezradna. Jątrzyć. Zdanie otwierające może albo kogoś uderzyć albo trącić przeciętnością wymieszaną z pretensjonalnością. Dla wielu jest kluczowe i jest warunkiem sprawiającym, że książkę chwycimy i wyniesiemy z księgarni. Możliwe, że podobnie będzie z...
http://naregale.com.pl/proza-ktora-jatrzy-debiut-olgi-hund/

"Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć."

Śnieg. Bezradna. Jątrzyć. Zdanie otwierające może albo kogoś uderzyć albo trącić przeciętnością wymieszaną z pretensjonalnością. Dla wielu jest kluczowe i jest warunkiem sprawiającym, że książkę chwycimy i wyniesiemy z księgarni. Możliwe, że podobnie będzie z odbiorem całej narracji wykreowanej przez Olgę Hund. Ja nie potrafiłam odnaleźć źródła tego silnego pokrewieństwa z narratorką, gdy przeczytałam te dwie, z pozoru proste, linijki. Wiedziałam tylko, że zabieram te otwierające zdania ze sobą „do domu”. Jednak po chwili dotarło do mnie, że to dobór tych trzech słów:

Rzeczownik: śnieg.

Przymiotnik: bezradna.

Czasownik: jątrzyć.

Kto dziś jeszcze „jątrzy”? Czyż to nie jest piękne słowo? Z definicji „jątrzyć się” to wywoływać lub wzmagać ropienie rany, irytować kogoś, podburzać, przybierać gwałtowną formę. Niewinny śnieg zestawiony z przyznaniem się do bezradności, by za chwilę połączyć to z mroczno brzmiącym jątrzeniem. Doceniajcie moc pierwszych zdań. U Olgi Hund jest potem tylko lepiej.



Jaką „gwałtowną formę” przybiera proza Olgi Hund? Kim jest sama autorka? Zasłaniająca się własną ręką i naręczem roślin, by słownie przyznać, że studia skończyła, ale kto wie jakie i kiedy, a jej serce zamieszkuje czarne niebo. Olga Hund, która ostatecznie przyznaje, że własne nazwisko zmyśliła, ale czy resztę treści również? Ja w tym czarnym niebie przejrzałam się bez trudu. Czeka Was 116 stron jednej z najbardziej sarkastycznych, zabarwionych czarnym humorem i smutnymi prawdami, stron jakie w tym roku możliwie przeczytałam.

"Dotarliśmy więc. I tu się zaczyna moja opowieść. O tym, że szpital to wczasy dla smutnych dzieci. Żeby wszystkie były w jednym miejscu."

Bohaterka na wstępie zdradzi nam, że na oddziałach zamkniętych przebywała już sześc razy i aby uporządkować chorobę w czasie sama potrzebuje zaglądać do kart wypisowych. Ze względu na krótką formę, dość szybko obnaży się przed nami bezwzględna hierarchia panująca za murami zakładu. To hierarchia pogardzanych i pomiatanych oraz dostrzeganych i bardziej poważanych. Szpital dzieli na dzielnice, gdzie „góra” to obszar pacjentów podleczonych, gdzie nikt się nie rzuca i nie jest wiązany. Narratorka staje w obronie tych marginalizowanych, którym szpital psychiatryczny odbiera nie tylko niebezpieczne przedmioty, ale często również godność. Potępia świat, który spycha ich na szary koniec społeczeństwa i szufladkuje jako „psychicznych”. Słowami jednego z lokatorów usłyszymy jak łatwo posądzić kogoś o psychiczność tylko dlatego, że fizycznie zareagował na psychiczny ból i rozczarowanie.

Okazuje się, że mam nadczynność tarczycy, i stąd mogą się brać huśtawki nastrojów. Minus level do romantyki, plus do wyleczenia, bo łatwiej dobrać leki. Efekty uboczne leków na depresję są strasznym skurwysyństwem. Cały nasz oddział się łuszczy, wyciska wągry, wyżyma łój z włosów, posikuje, stęka przy zaparciach i pije laktuozę. (…) Ja bez kupy już siódmy dzień i robi mi się niedobrze na myśl o tej tkwiącej we mnie plazmowowelnistej kuli z przetrawionych kopytek, krupników, kompotów, kaw zbożowych, ryżu z owocami, kaszy ze śmietaną, pieczonego jabłka na deser i biszkoptów. Wyskakują mi pryszcze. Co jeszcze? Swędzi mnie skóra, pika oko, z zajadów pociekuje krew, a ten skurcz w nodze mnie kiedyś zabije.

Niesamowitym jest w tak krótkiej formie skondensować tyle wyrzutów sumienia. „Uzbrajanie” pacjentów w kordon otępiających leków, byleby personel mógł pomalować paznokcie. Czytelnik rozsiada się w pewnym dyskomforcie, gdy śledzi narrację tak bliską rzeczywistości, która przeplatana jest cynizmem i cudownym wręcz sarkazmem. Tak, „Psy ras drobnych” są fragmentami piekielnie wręcz zabawne, by za chwilę beznamiętnie nas zasmucić. Autorka nie stroni od potu, smrodu moczu i zatwardzeń. Jakby cała ta książka miała nam odłożyć się w jelitach i smakować społecznym dyskomfortem.



Boli? Olga Hund trafnie odnosi się do stereotypów panujących w szpitalach ze względu na płeć. Wiernie odwzorowuje również strach przed „na zewnątrz”. Przecież przebywając w zamknięciu nie tracimy swoich funkcji matek, żon, córek. A mężczyźni w zakładzie podszczypują, rządzą programem telewizyjnym, częściej trafiają na „górną dzielnicę”. Kobiety lądują na „antyarce”, jak to pięknie ujmuje Olga Hund. To arka, która nikogo nie uratuje, nikogo nie zbawi, nie uciekniemy od fatalnej kombinacji genów, która trzyma nas w ryzach tej świńskiej melancholii, co atakuje dusze, mózgi i serca.

„Psy ras drobnych” to minimalistyczne migawki z załamania nerwowego. Ascetyczne wręcz podejście do depresji bez zbędnych akrobacji językowych, które osiadłyby ołowiem na czytelniku. Pisanie tej powieści wydaje się wręcz zwodniczo lekkie, podczas gdy jest oszczędnie ironiczne. Czytelnik tym bardziej jest bliżej narratorki. Nie czuje, że wciska mu się potoczny kit czy nieprawdę. Te oszczędne w słowach powiastki zza muru szpitala psychiatrycznego wydają się dojrzane przez dziurkę od klucza. Zaglądamy tam, gdzie nie ma wstępu i wzrok nie sięga. Do toalety, gdzie jedna pacjentka usnęła, a drugiej zabrakło papieru. Do palarni, gdzie pali przyszła matka. Do zapomnianych matek. Do wiązanych pacjentów. Do gabinetu pani psycholog, która podczas terapii maluje paznokcie. Do wszechogarniającej nudy, która czasami jest bardziej „psychiczna” niż dolegliwości pacjentów.

Książek o pacjentach szpitali psychiatrycznych powstało wiele. Czy to w formie dziennika, dzikiego strumienia świadomości, prób analizy własnego obłędu czy aparatu nieudanej opieki. Olga Hund wydaje się, że stworzyła swój własny sposób opisu zakładu zamkniętego. Wymyka się od pompatyczności, co czyni ją bardziej ludzką. Całkiem prawdopodobne, że nie czytałam bliżej empatycznego i czułego podejścia do siebie i współ-pacjentów. Autorka z tych infantylnych „wczasów dla dzieci” rysuje ludzi z krwi i kości, których nie powinno się oceniać po ich przypadłościach, ale okolicznościach. Na jednej z tych treściwie skondensowanych stron, odbywa się rozmowa o tym, dlaczego pacjentki tu trafiły:

"To mówię, że u mnie wszystko zaczęło się od wilków:

-Od wilków?!

Ano, od wilków. (…) I nic a nic im się we mnie nie podoba. Wyglądają na wygłodzone. Ale ja wiem, szybko to odkryłam, że to wcale nie są wilki, tylko psy ras drobnych. (…)

Kilka dziewczyn mówi natomiast, że to dlatego, że męże-węże ich waliły po pyskach. A część, że życie takie jest, a dwie, że Bóg tak chciał."



Ja Wam mówię, że chcę byście tę książkę przeczytali. Nie, że Bóg tak chciał albo ktoś wali nas po pyskach. Zawsze coś lub ktoś na nas warczy, szczeka, łypie spode łba nieprzychylnym okiem. Karmi kompleksy, czarne myśli i rozczarowania. A to nic więcej, jak „psy ras drobnych”.

pokaż więcej

 
2018-10-03 16:40:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Reportaż

http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Powiedziano mi, że czytanie Ilony Wiśniewskiej to przyjemność najwyższej próby, głównie dlatego, że śledzimy jej literacki rozwój z książki na książkę. Ja powiem więcej – śledzimy jej rozwój jako człowieka. Gdy najpierw zakupiłam „Hen”, Ania droga moja, miłośniczka ogromna tejże prozy, przekonała mnie...
http://naregale.com.pl/uporac-sie-z-bialym-czyli-piekno-reportazy-ilony-wisniewskiej/

Powiedziano mi, że czytanie Ilony Wiśniewskiej to przyjemność najwyższej próby, głównie dlatego, że śledzimy jej literacki rozwój z książki na książkę. Ja powiem więcej – śledzimy jej rozwój jako człowieka. Gdy najpierw zakupiłam „Hen”, Ania droga moja, miłośniczka ogromna tejże prozy, przekonała mnie błyskawicznie, że mam najpierw pędzić po „Białe”. Powiedziała mi, że można oczywiście czytać te książki rozdzielnie i w zaburzonej chronologii, ale znając moją wrażliwość, Ania wiedziała, że nie zaczynając od „Białego” ominie mnie wszechstronne i całościowe przeżywanie czytanych reportaży. Aniu, nie myliłaś się i dziękuję Ci za Twoją upartą poradę. Ja również postaram się Wam wytłumaczyć dlaczego. Zatem jeśli czytaliście tylko jedną z trzech, zwracam się do Was z równie upartą prośbą – pozwólcie sobie na czytelniczą przyjemność z dwoma pozostałymi. A jeśli został Wam tylko „Lud”, to wręcz rozerwie Wam czytelniczo serce.

Kiedy okazuje się, że tu można żyć i przeżyć, pojawia się kolejne pytanie. Jak? Jak przeżyć zimę? Czy dużo się tu pije i czy jesteśmy smutni? A my nie jesteśmy smutni. Zimą uprawiamy seks, dlatego tyle tu przedszkoli, a melancholia dopada tylko tych samotnych, którzy nie piją.

Słyszałam również, że po jej książkach człowiek zakochuje się w tym białym, zimnie, śniegu, mrozie. Nikt mnie nie ostrzegł, że zakocham się też w ludziach, którzy mojej pamięci również nie opuszczą, będą się za mną snuć jak grenlandzkie duchy. Oświadczam zatem wszem i wobec – dobrze jest rozsiąść z kocem i otulić zimnem z „Białego”. Zimno tutaj autentycznie nabiera przytulnego wymiaru. Oswaja się jak dzikie zwierzę, przed którym niegdyś się uciekało. A to „zwierzę” mieszka w Spitsbergen, największej wyspie norweskiego archipelagu na Arktyce i jednocześnie miejsca najbardziej wysuniętego na północ, zamieszkanego przez ludzi.

Oprócz zimna, śniegu, wybiegania na golasa na siku i wracania pod ciepłą kołdrę, doznamy też reakcji ciała i psychiki na ciemność nocy polarnej, zwanej tutaj trafnie powidokami, oraz wiecznego słońca dnia polarnego. Co z ludźmi robi widmo głodu? Jak wyglądają polowania? Jakie narodowości tutaj trafiają i jak obchodzą swoje święta? To są pytania, które zaintrygują nawet czytelnika najbardziej osiadłego w swej sypialni. To, co mnie uderzyło, to to że Ilona Wiśniewska opisuje wszystko bez jakiejkolwiek oceny i patrzenia z góry. Jest antropologicznie ciekawa i na wskroś ludzka, a to kolejne pożądane cechy u reportera.

Przewracając strony zacieśniało się na mnie wrażenie, że Wiśniewska nie rozwija się z książki na książkę. Literacki rozwój widać jak na dłoni z rozdziału na rozdział w „Białym”. Na początku uwodziły mnie pojedyncze zdania:

(…) tak jak stała, wyskoczyła za burtę. Nikt nie słyszał upadku z dziesięciu metrów, a ona nie krzyczała.

W Morzu Arktycznym umiera się po kilku minutach.

Wszystkie mają trójki z przodu i jakąś historię z tyłu.

Potem były to już hordy dłuższych fragmentów, na których przytaczanie brak tutaj miejsca. Te „historie z tyłu” są chyba jedną z najlepszych cech pisarstwa Wiśniewskiej, która z ludzkich opowieści czyni filozofię życia. Z faktów zaczynają wypływać światła, faktury, zapachy, surowość krajobrazu, kolory i temperatura, a ludzie zapadają w tobie na wieczną pamięć.

pokaż więcej

 
2018-10-03 16:39:58
Ma nowego znajomego: prostymislowami
 
2018-09-30 17:40:36
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-09-27 12:47:13
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-09-26 11:03:15
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
Autor:
 
2018-09-26 10:57:17
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
Seria: Sulina
 
Moja biblioteczka
1542 223 2587
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (79)

Ulubieni autorzy (74)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (100)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd