Zagubiony w Chinach. Prawdziwa historia człowieka, który próbował zrozumieć Państwo Środka czyli jak zjeść żywego kalmara

Seria: Z różą wiatrów
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
6,75 (239 ocen i 40 opinii) Zobacz oceny
10
11
9
18
8
37
7
80
6
52
5
26
4
6
3
4
2
3
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Lost on Planet China. The Strange and True Story of One Man's Attempt to Understand the World's Most Mystifying Nation or How He Became Comfortable Eating Live Squid
data wydania
ISBN
9788324587476
liczba stron
376
język
polski
dodał
Kejdi

Autor książki wyrusza na spotkanie z najliczniejszym i najbardziej intrygującym narodem świata. Wędrując przez kraj, w którym bije dziś serce nowoczesnego świata, poznaje i opisuje zarówno wielkomiejskie ośrodki - Pekin czy Szanghaj, jak i pustynię Gobi oraz Tybet. Naraża życie na ulicach Shanghaju, umykając tutejszym piratom drogowym, próbuje mięsa jaka w Tybecie, rozszyfrowuje menu w...

Autor książki wyrusza na spotkanie z najliczniejszym i najbardziej intrygującym narodem świata. Wędrując przez kraj, w którym bije dziś serce nowoczesnego świata, poznaje i opisuje zarówno wielkomiejskie ośrodki - Pekin czy Szanghaj, jak i pustynię Gobi oraz Tybet.

Naraża życie na ulicach Shanghaju, umykając tutejszym piratom drogowym, próbuje mięsa jaka w Tybecie, rozszyfrowuje menu w restauracjach, serwujących takie miejscowe specjały, jak penis bydlęcy z czosnkiem, zwiedza mauzoleum przewodniczącego Mao i wchodzi na Tai Shan - świętą górę Chin.

Poza przezabawnymi opowieściami o niezwykłych przygodach czytelnik znajdzie tu trafny obraz wielkiego kraju znajdującego się u progu przemian, które wpłyną na życie nas wszystkich.

Troost udowadnia, że choć chodzimy do chińskich restauracji i kupujemy tanie chińskie produkty, to prawdziwe Chiny wciąż pozostają dla nas obcym światem, w którym trudno nie poczuć się zagubionym.

[Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010]

 

źródło opisu: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010

źródło okładki: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 312
ArtZ72 | 2017-02-07
Przeczytana: 07 lutego 2017

Czytanie tego to strata czasu. O Kraju Środka wydano dużo innych, znacznie lepszych książek. Dlatego skapitulowałem przy mniej niż 1/5 książki, po czym przeskoczyłem na kilka ostatnich stron, by zakończyć czytanie tak szybko, jak to możliwe. Autor mówi przede wszystkim o sobie, użala się nad sobą i krytykuje chińską rzeczywistość. Krótko przed wyjazdem kupił sobie "Chinese for Dummies", wyraźnie w nadziei, że nauka języka chińskiego będzie dla niego (zamieszkałego w Kalifornii Kanadyjczyka o czesko-holenderskim rodowodzie) nie bardziej trudna niż - dajmy na to - czeskiego dla Polaka. Jakimż zaskoczeniem okazało się odkrycie, że chiński to jednak cokolwiek trudny język, że są w nim tysiące znaków, że są w nim tony, i to aż cztery (mowa o chińskim mandaryńskim, urzędowym w Chinach kontynentalnych i na Tajwanie). Nawiasem mówiąc, tysiącom innych osób jakoś nie przeszkadza pięć tonów w tajskim czy sześć we wietnamskim. Nie przeszkadzają im tysiące chińskich znaków kanji w języku japońskim plus japońskie alfabety hiragana i katakana - kto naprawdę chce się nauczyć, ten dostanie odcisków na siedzeniu, dorobi się okularów, ale się nauczy! Chcieć to móc. Talent lub jego brak decyduje tylko o tym, ile czasu nam zajmie osiągnięcie sukcesu. Efekt przychodzi dzięki motywacji i sile woli. Tych najwyraźniej zabrakło.
Autor narzeka, że w Chinach jest brudno. Aż strach pomyśleć, jaki szok przeżyłby, gdyby - jak np. Pani Paulina Wilk - znalazł się w Indiach. A jednak Pani ta nie biadoliła, tylko napisała rewelacyjną książkę "Lalki w ogniu", którą właśnie czytam niejako kontemplując subkontynent - ech, ten wysmakowany język! Porównanie obu książek, to jak porównanie szampana do coca-coli. Pan J. Maarten Troost nie przegapia żadnej okazji do przywalenia Chinom i Chińczykom... A to samochody jeżdżą jak szalone (a gdzie - z wyjątkiem tych kilkunastu najbardziej uporządkowanych krajów świata - tak nie jeżdżą?), a to ktoś plunął, a to smarknął, a to znowu dziecko robi siku do studzienki (aż się prosi spostrzec, że w nowojorskim Bronksie menele też robią siku, i to wcale nie do studzienek, tylko gdzie popadnie), a to pomniki na Placu Tiananmen przyprawiają Autora o poczucie znikomości (ciekawe, jak by się poczuł w Waszyngtonie). Do tego te wulgaryzmy... Wreszcie Autor częstuje Czytelnika kwiatkami, które w założeniu miały świadczyć o jego poczuciu humoru i dystansie wobec samego siebie. Np. "Pożegnałem się z trudnością z chłopcami, pocałowałem żonę, poprzysiągłem wieczną miłość i oddanie i ruszyłem do hali odlotów, gdzie po kilku chwilach zostałem przyjemnie zaskoczony ponownym spotkaniem z Sylvią. - Może ci się to przydać - zauważyła, podając mi mój mały plecak. - To prawda - przyznałem. Biorąc uwagę, że w tym plecaku znajdował się mój paszport, bilety na samolot i czeki podróżne, faktycznie mógł mi się przydać. - Próbuję wyobrazić sobie ciebie w Chinach - powiedziała Sylvia - i nie wiem, czy śmiać się, czy płakać".
No, właśnie, śmiać się czy płakać... Dalej czytamy, jak to w restauracji w Pekinie nasz delikwent zamiast kurczaka dostał owczy mózg: "I wtedy zrozumiałem, na czym polegał mój błąd. W swym zadufaniu przyjąłem, że na liście potraw najpierw znajdują się nazwy angielskie, a pod spodem ich chińskie tłumaczenia. Oczywiście było odwrotnie". Aż się chce krzyknąć: "A czego się spodziewałeś, jełopie? Myślałeś, że język chiński jest tam dodatkiem do angielskiego?"
Wreszcie taki kwiatek-bławatek: "- Nie to spodziewałem się zobaczyć w Chinach - zauważyłem, kiedy przechodziliśmy obok sklepu Hugo Boss. - Czuję się tu biedny. Nie powinienem się czuć biedny w Chinach, prawda?"
Czyżby Autor nasmarował tę książkę, żeby zarobić na "garniak" od Hugo Bossa? Problemem pozostaje jednak nie tyle materialna bieda Autora, ile umysłowa bieda, jaką prezentuje ta książka. I nie zmieniają tego cokolwiek sensowne fragmenty mówiące np. że Pekin ma (albo raczej miał w trakcie pisania książki) sześć obwodnic, podczas gdy Waszyngton zaledwie jedną. Cóż, Pekin jest wielokrotnie ludniejszy więc i potrzeby inne. Osobiście mam wrażenie, że Autor pisząc książkę chciał jakoś zrekompensować niepowodzenia, jakie go spotkały w Chinach. A więc motywy psychologiczne i/lub pieniężne.
Dodam, że w Stanach ukazała się w 2008 r., podczas gdy polskie tłumaczenie ukazało się w 2015 r. To dlatego zdumiony Czytelnik może się dowiedzieć, że Kim Jong-Il (zm. w grudniu 2011)... nadal żyje i - co więcej - jest potworem. To nie jest zabawne. Wydawnictwo Dolnośląskie nie tylko posuwa się do sprzedawania Czytelnikom gniotów, ale jeszcze zapomina, że 7 lat to w wypadku Chin (i nie tylko) niemal epoka. Co późno, to próżno. Trzeba wydawać to, co aktualne, a nie odgrzewać przedwczorajsze kotlety. I przede wszystkim wydawać to, co prezentuje przyzwoity poziom. Te 2/10, a nie 1/10 daję nie tyle za książkę, ile za odwagę - za to, że mimo obaw Autor jednak pojechał do Chin i poznał je trochę. Albo raczej pozwolił, żeby Chiny poznały jego.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dziwna pogoda

"Takie opowiadania to ja lubię" Syn sławnego Ojca nie ma czego się wstydzić. Po raz kolejny udowadnia, że jest blisko, aby mu dorównać (bior...

zgłoś błąd zgłoś błąd