pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!
Belcanto
Na przyjęcie organizowane przez jedno z ubogich państw Ameryki Południowej wdziera się grupa porywaczy, planująca uprowadzenie prezydenta. Ten jednak niespodziewanie został w domu, by obejrzeć kolejn...
Na przyjęcie organizowane przez jedno z ubogich państw Ameryki Południowej wdziera się grupa porywaczy, planująca uprowadzenie prezydenta. Ten jednak niespodziewanie został w domu, by obejrzeć kolejny odcinek ulubionej opery mydlanej. Plan zamachowców legł w gruzach, a napaść przeradza się w oblężenie.
Między agresorami a ich ofiarami – wśród których jest piękna amerykańska diwa operowa i jej wielbiciel, japoński biznesmen – rodzą się silne więzi, a to, co miało być koszmarem, zamienia się w raj na ziemi… aż do zaskakującego końca.
pokaż więcej.
Moja Biblioteczka
Gdzie kupić?
Opinie znajomych
-
373
Opinie czytelników
Każdemu, kto chce przeżyć wzruszające chwile przy książce, polecam i polecać będę Belcanto ! Te kilkaset stron i ten czas spędzony podczas czytania, to było niesamowite przeżycie. To jedna z tych książek, które chcesz przeczytać jednym tchem, ale jednocześnie dawkujesz sobie, bo nie chcesz pozwolić, żeby się skończyła. Urzekła mnie oczywiście historia (o niej za chwilę), ale przede wszystkim niezwykły był dla mnie przepiękny sposób napisania tej książki. Wiele momentów było bardzo wzruszających i trzymających w napięciu. Ponadto już dawno nie czytałam lepszych opisów rodzącego się uczucia i scen miłości. Bardzo przemawiające, pobudzające, trzymające w napięciu.
Krótko o historii. Belcanto to opowieść o grupie zakładników i porywaczy, którzy spędzają ze sobą blisko pięć miesięcy w niewoli zafundowanej przez tych drugich. Nie do końca jest to taka niewola, jakiej się spodziewamy. Z biegiem czasu musztra zostaje poluzowana a między porywaczami i porwanymi zawiązują się więzi i rodzą się uczucia: przyjaźni, miłości, pożądania, pogardy, niechęci. Każdy na nowo poznaje siebie. W trudnych warunkach w człowieku budzą się takie postawy, że sami po fakcie możemy być bardzo zaskoczeni.
Belcanto to historia, która będę pamiętać bardzo długo! To po prostu piękna książka.
Recenzja z lutego 2012 r.
Jak mawia stare porzekadło - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Czy więc nie powinno czytać się dwa razy tej samej książki? Brwi unosicie, powoli ślecie słowa oburzenia w moją stronę. Nic dwa razy się nie zdarza, a każda książka przeczytana raz kolejny - zostanie przez nas odebrana inaczej. Wracając jednak do pytania, które sama sobie zadałam - nie, zdecydowanie nie czyta się dwa razy tej samej książki. Oczywiście, jeśli za pierwszym razem nam się nie spodobała.
"Belcanto" dość powściągliwie recenzowałam ponad rok temu (swoją drogą można zauważyć, ile daje dużo pisania - moje recenzje zrobiły bardziej rozwlekłe). Wtedy, za pierwszym razem nie spodobała się. Ba! Nawet za dobrze nie zapamiętałam treści. Okazja do ponownego zajrzenia do niej pojawiła się z okazji lutowego spotkania poznańskiego Klubu z Kawą nad Książką. Tak się nieszczęśliwie poskładało, że na spotkaniu pojawić się nie mogłam, książkę jednak postanowiłam mimo wszystko doczytać. Z ciekawości, z przekory, a chyba przede wszystkim z chęci sprawdzenia się - ile pamiętam z treści po ponad dwunastu miesiącach i czy czas oraz kondycja psychiczna, jaką prezentujemy w momencie czytania danej książki mają tak naprawdę wpływ na odbiór tekstu. Przynajmniej w moim wypadku.
I jak wypadł eksperyment? W przeciwieństwie do poprzedniej recenzji/opinii mogę bardziej zdecydowanie opowiedzieć się za tym, że subiektywnie książka mnie nie porwała. Nie potrafię jednak odmówić jej paru zalet - doskonale opisanych postaci, absurdalnego, niemal groteskowego podejścia do tematu oraz nieszablonowości. Niepokoi mnie jednak fakt, że w trakcie czytania nie otwierały się szufladki z gotowymi (znanymi już przecież) rozwiązaniami i zakończeniami. Ja naprawdę niemal nic z tej książki nie pamiętałam. Dużo czytam - to prawda. Bardziej jednak obawiam się, że historia opowiedziana przez Ann Patchett jest na tyle prosta (za chwilę się z tego słowa wytłumaczę), że taką się ją właśnie zapamiętuje. Bez niuansów, które przyuważone przy drugim czytaniu, zrobiły na mnie spore wrażenie.
Dlaczego użyłam określenia "prosta" na tę historię? Tytuł sugerowałby skojarzenia z muzyką. Bel canto to przecież styl w muzyce, w którym śpiew ma współgrać z linią melodyczną. Styl ten był uprawiany najchętniej w baroku, a ten okres w muzyce to z kolei bardzo utylitarne ujęcie tematu - utwory muzyczne miały przede wszystkim uczyć. "Belcanto" Ann Patchett, mimo mnogości elementów wskazujących na muzykę, bardziej odbieram jako obraz pod tytułem "Na pewno porwanie?". Wszelkie smaczki związane z opisem postaci, porównań umkną mi szybko i obawiam się, że znowu zapamiętam tylko tyle, że książka jest historią ataku terrorystycznego, który przemienia się w farsę.
Szczerze łudziłam się, że czytając tę książkę w grudniu 2010 roku byłam na tyle zaaferowana swoim poplątanym życiem, że książki tej najzwyczajniej nie doceniłam. To również, jednak nadal nie potrafię zachwycić się tą historią. Dużą radość sprawiały mi różne detale, które wychwytywałam, doceniając jak bardzo autorka dopracowała szczegóły specyfiku kraju, w którym rozgrywa się akcja (nienazwany kraj w Ameryce Południowej). Portrety charakterologiczne postaci są po prostu świetne. Jednak nie zawsze (moim zdaniem!) doskonałe składniki tworzą dobrą całość.
Książka jest mocno przyzwoita i wiem, że są osoby, którym bardzo się spodobała. Swoją ocenę zmieniłam, nieco ją podnosząc. Czułam się jednak, ponownie, dość sfrustrowana tą historią i nie umiałam dać się jej ponieść. Dlatego podtrzymuję swoje zdanie, że książki, które nie spodobały mi się za pierwszym razem - będę obchodzić raczej z daleka.
Recenzja z grudnia 2010 r.
O syndromie sztokholmskim słyszeli chyba wszyscy. Pojawia się on u ofiar porwania, które zaczynają sympatyzować z osobami je przetrzymującymi. A czym jest syndrom limski? Ano właśnie sytuacją odwrotną - to przetrzymujący współczują swoim zakładnikom.
Między innymi o tym jest książka "Belcanto" Ann Patchett. Moje odczucia? Dziwnie mi strasznie po przeczytaniu tej książki. Bo nie wiem co napisać. I podobała mi się i nie podobała. Dziwna, nierealna. Nieprzystająca zupełnie do tego co dzieje się wokół nas. Rzekomo inspirowana wydarzeniami autentycznymi - zainteresowanych odsyłam tu. Autorka otrzymała za nią nagrodę Orange Prize w 2002 roku. Z nagrodami jak jest każdy wie. Zaskakujące jest to, że książka zaczęła mnie serio wciągać dopiero pod samiuśki koniec [sic!] - stąd moja zasada, że każdej książce daję szansę do końca.
Co na plus? Postaci - ciekawe portrety ciekawych ludzi. Każdy jest tam Kimś. I nie jest postacią papierową. Na plus leniwa atmosfera książki, która totalnie wytrąca nas z przeświadczenia, że czytamy książkę o porwaniu, zakładnikach, o brutalności. Jest leniwie, błogo.
Polecam? Nie polecam? Nie wiem. Naprawdę trudno jest mi się jednoznacznie odnieść do tej książki. Nie czuję, że zmarnowałam czas, ale nie czuję też, że wniosła ona coś fajnego w moje jestestwo. Stąd pewnie i taka ocena.
bazgradelko.pl
Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.
„Belcanto” Ann Patchett to moje pierwsze zetknięcie z nagrodą Orange Prize, przyznawaną pisarkom wszelkich narodowości za najlepszą powieść napisaną w języku angielskim. Muszę przyznać, że po lekturze mam trochę mieszane uczucia, z chęcią sięgnę więc po inne książki nagrodzone Orange Prize, żeby mieć porównanie i móc wyrobić sobie jakieś zdanie na temat tej nagrody. „Belcanto” bowiem jest książką dobrą, ale naprawdę zastanawiam się, co poza ciekawym pomysłem świadczy o jej wybitności…
Ubogie państwo Ameryki Południowej usiłuje zachęcić japońską firmę Nansei do poczynienia inwestycji na swoich terenach. Z tego względu organizuje urodzinowe przyjęcie dla prezesa firmy, pana Katsumi Hosokawy, na które zaproszona zostaje sławna na całym świecie diwa operowa, Roxane Coss. Wielu gości pojawia się na imprezie właśnie po to, by posłuchać anielskiego głosu śpiewaczki. Wśród gości zabrakło natomiast samego prezydenta kraju, który pomimo wcześniejszych planów końcem końców nie był w stanie zrezygnować z oglądania swojej ukochanej telenoweli w domowym zaciszu. Nie wiedzieli o tym miejscowi terroryści i przyjęcie Hosokawy zostało wybrane jako idealny moment na porwanie prezydenta i przehandlowanie go na więźniów politycznych oraz uzyskanie kilku innych przywilejów i spełnienie żądań. Pojmując swoją pomyłkę, wojsko kapitana Benjamina i jego dwóch towarzyszy, w całości złożone z dzieciaków wychowanych w dżungli i szkolonych do partyzanckich akcji, bierze wszystkich gości i personel domu wiceprezydenta Iglesiasa (u którego w mieszkaniu odbywało się owo przyjęcie) w niewolę jako zakładników. Nie bardzo wiedząc, co z nimi dalej począć, terroryści na dobre rozgaszczają się w domu wiceprezydenta, a ich początkowo przerażeni zakładnicy powoli przyzwyczajają się do zaistniałej sytuacji, odnajdując w niej nie tylko spokój i ucieczkę od codzienności, ale i własne pragnienia i potrzeby. Pomaga w tym niezwykły śpiew Coss oraz, w niektórych przypadkach, miłość. Cały czas jednak nad mieszkańcami tego niezwykłego gospodarstwa ciąży smutna prawda – taki stan nie może trwać wiecznie, a zakończenie, w kierunku którego zmierza fabuła może być tylko jedno.
„Belcanto” czyta się bardzo szybko, strony po prostu migają przed oczami. Bohaterowie są sympatyczni i wielu z nich szybko daje się polubić. Sytuacja w oblężonym przez policję domu, w którym rządzą porywacze nieźle prezentuje ludzkie zachowania w sytuacjach stresowych, a także proces adaptacyjny w warunkach ekstremalnych. Istnieje jednak poważne „ale”, a nawet kilka. Czytałam wiele bardzo pozytywnych recenzji tej książki i mogę zrozumieć, że czytelnik może odnaleźć w „Belcanto” wiele powodów do wzruszeń, moje wrażenia po lekturze były jednak całkowicie letnie. I to jest chyba najlepsze słowo, określające tę książkę. Lubię książki o miłości, ale tutaj wątki romantyczne wydały mi się mocno schematyczne, nie wywołały we mnie wzruszenia, były zbyt przewidywalne. Dużo chętniej poczytałabym o wszystkich lokatorach domu, niestety autorka tylko w kilku przypadkach posunęła się dalej poza komediowe sceny oparte na znanych stereotypach związanych z narodowościami mieszkańców domu (a mamy tu prawdziwą mieszankę).
Sam pomysł autorki wydaje mi się naprawdę godny uwagi, niestety wykonanie zawodzi. Istnieje w tej powieści kilka wspaniałych scen przedstawiających ludzkie charaktery i mechanizmy kierujące zachowaniem (jak na przykład moment, w którym Gen opuszcza na chwilę dom…). Głównie rozczarowuje chyba sam styl Patchett. Gdyby nie opisywała wnikliwie (acz bez poetyki, bądź chociaż jakiegoś powiewu świeżości) każdego uczucia i emocji bohaterów, może te przeżycia robiłyby większe wrażenie. Gdyby pozostawiła czytelnikowi trochę miejsca na interpretację, domysł lub dopowiedzenie, na pewno łatwiej byłoby zaangażować się w losy mieszkańców tego niezwykłego miejsca. Na szczęście wciąż jeszcze pozostaje pewne pole do popisu dla czytelnika, ale jak na tak emocjonalną powieść jest tego zdecydowanie za mało… Ciężko także tak do końca traktować poważnie cały ów zamach terrorystyczny. Nie jestem zwolenniczką brutalności w książkach lub filmach i wcale nie uważam, że nie można się bez nie obejść. Rozumiem też zamysł, w myśl którego terroryści to dzieci, niby okrutne i napawające się cudzym strachem, ale też i niegroźne, jeśli dobrze traktowane. Tyle że w „Belcanto” już od początku nie ma tej atmosfery grozy, którą może powodować władza i broń w rękach nieletnich.
Książka ta nie ma pazura, czegoś, co naprawdę wyróżniałoby ją na tle innych powieści. Choć szybko się czyta i zaskoczenie może być zaskakujące – ale to z epilogu, które wprawdzie mi się nie podobało, ale uważam, że było ciekawe i jako jedno z nielicznych rozwiązań zostawiało pole dla wyobraźni czytelnika. Zakończenie „głównej” książki jest przewidywalne i chyba jedyne realistyczne, niestety. Chętnie przeczytałabym pomysł Patchett zrealizowany przez kogoś innego… Nie mogę powiedzieć, że jest to zła pozycja, bo mimo wszystko jest to dobra książka. Ale mogła być jeszcze lepsza, zdecydowanie i to zawodzi. A także zastanawiam się – czy to naprawdę najlepsza kobieca powieść 2002 roku…?
Długo czytałam te powieść ale to ze względu na pracowity czas przed świętami .Bo książka sama w sobie jest bardzo oryginalna ,nietypowa ale i wciągająca.Ma coś z thrillera ,ale z kolejnymi kartkami przechodzi w powieść obyczajową .Może osobiście skróciłabym akcję o jakieś 50 stron , bardziej ją ścieśniła , ale morał z tej powieści nasuwa mi się jeden.Nawet w trudnym czasie ,gdy życie ludzkie jest zagrożone rodzą się uczucia .Miłość nie zna bojaźni i przychodzi kiedy chce .Każdy z nas ma w sobie poklady dobra - terroryści to tez ludzie mający uczucia i sumienia .Muzyka jest w stanie złagodzić każdą sytuację i zachwycić nawet tych którym bywa zwykle obojętna .Koniec powieści jest smutny - giną porywacze ,nawet ci ,którzy się poddają i najmłodsi z nich.No ale sam epilog powala na kolana .Roxane -zakochana w Hosokawie i jego tłumacz Gen biorą ślub.Zaskoczył mnie ten epilog na maxa .Ale chyba tych dwoje- w czasie porwania zakochanych w kimś innym - po śmierci ich łaczy fakt przezycia tego doświadczenia jakim był pobyt w willi wiceprezydenta w czasie ich porwania.
Belcanto z języka włoskiego oznacza dosłownie „piękny śpiew”. Tak samo piękna jest powieść Anny Patchett, zaskakująca w swojej treści, pełna emocji i przede wszystkim muzyki.
Akcja rozgrywa się w bliżej nie określonym kraju Ameryki Południowej. Na przyjęcie z okazji urodzin znanego biznesmena japońskiego – pana Hosokawy – przybywa wiele przeróżnych znakomitości z wielu stron świata. Przyjęcie odbywa się w rezydencji wiceprezydenta. Nie wszyscy jednak przybywają tu w celu uczczenia święta jubilata. Większość chce na żywo usłyszeć i zobaczyć znakomitą amerykańską śpiewaczkę operową Roxanne Coss, która swoją obecnością ma uświetnić tę uroczystość. Tylko ze względu na nią Pan Hosokawa zdecydował się na wyprawienie tego przyjęcia w tym kraju. ( rząd ma namówić go na inwestowanie w tym kraju). Po koncercie słynnej diwy do rezydencji wkraczają terroryści, mający na celu uprowadzenie prezydenta. Jednakże prezydent chcąc obejrzeć kolejny odcinek swojej ulubionej telenoweli, pozostał w domu, w ostatniej chwili odwołując wizytę. W obliczy fiaska już na samym początku, terroryści muszą stworzyć sobie nowy cel i opracować nowy plan. Biorą wszystkich gości jako zakładników. Spodziewalibyśmy się thrillera, rozlewu krwi i wątków politycznych, natomiast fabuła zaskakuje swoim liryzmem i lekkością.
Historia ta oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w Limie w 1996r. kiedy to terroryści zajęli tamtejszą ambasadę i wzięli 600 zakładników, których przetrzymywali 4 miesiące.
I co się dzieje? W oblężonej rezydencji, kiedy zawodzą wszelkie próby negocjacji, kiedy mijają kolejne tygodnie wspólnego pobytu terrorystów i ich zakładników między obiema grupami zaczynają tworzyć się niezwykłe więzi emocjonalne. Żadna z tych grup nie ma planu, nie wie co dalej, więc żyje tym co jest i opóźnia bieg wydarzeń.
Owszem, terroryści starają się zachować dyscyplinę i na wiele rzeczy nie pozwalają więźniom, ale mimo wszystko stają się sobie w pewien sposób bliscy i niezbędni. Prawie 5 miesięcy odosobnienia, oderwania od normalnego życia, rodzin i obowiązków sprawia, że ludzie uświadamiają sobie wartość swojego życia. Tęsknią za tym, co kochali lub widzą, że czegoś im jednak brakowało a odnaleźli to właśnie tutaj, w tych dziwnych i niespotykanych okolicznościach. Zakładnicy poznają lepiej samych siebie, swoje pragnienia i marzenia. Patrząc z perspektywy na swoje dotychczasowe życie widzą, jak powinni postępować, jak inną drogą wybrać, kwestionują swoje dotychczasowe postępowanie.
Do tego obserwujemy ich adaptację do nowych warunków, widzimy jak przyzwyczajają się do nieznanego, do nieoczekiwanego. I to właśnie życie w tej willi staje się dla nich normalnością, rzeczywistością a to, co za murem jest nie do zniesienia. Dwie historie miłosne rozwijające się w tych dziwnych okolicznościach tylko przyspieszają akcję i sprawiają, że powieść tym bardziej wciąga.
Mieszają się tu nacje z wielu krajów świata, ciekawie obserwuje się ich jakże różne zachowania, obyczaje. Mieszanka religijno – kulturowo – językowa staje się niezwykle fascynująca. W domu jest jeden tłumacz, poliglota ale jego obecność to często za mało. Nie może tłumaczyć kilku rozmów jednocześnie. Niemożność porozumienia sprawia, ze językiem uniwersalnym dla wszystkich mieszkańców rezydencji staje się śpiew, opera. To właśnie muzyka zmienia bohaterów, pozwala odkryć płaszczyzny i światy wcześniej nie znane
Belcanto czaruje od pierwszych stron. Ann Patchett posiada niesamowity dar łączenia wątków, np. przechodzenia płynnie od opisu uczuć związanych z muzyką do wejścia uzbrojonych terrorystów. Wiele tu emocji, pragnień, uczuć. Muzyka jest tutaj sztuką o wielkiej mocy, wręcz uzdrawiającą, szlachetną i piękną. Słyszymy ją nawet wtedy gdy Roxanne Coss przestaje śpiewać. Do tego dodać należy zaskakujące zakończenie i czytelnik ma szanse przeżyć naprawdę coś wzruszającego i pięknego.

Albertus
Selkar
Matras
Weltbild
Empik
Zinamon

























