Wszyscy patrzyli, nikt nie widział

Cykl: Miasto Szulerów (tom 1) | Seria: Imaginatio [SQN]
Wydawnictwo: Sine Qua Non
7,06 (160 ocen i 54 opinie) Zobacz oceny
10
12
9
17
8
34
7
40
6
39
5
8
4
3
3
5
2
1
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788379248186
język
polski
dodała
raven

Jeżeli boisz się ryzykować, nawet nie siadaj do gry. Hausenberg to miasto, które nie ma litości dla słabych. Sposobów, żeby cię przerobić, jest wiele: kieszonkostwo, obijana albo stara dobra szulerka. Lecz jeśli jesteś charakterny i nie boisz się grać o wysokie stawki, będziesz zachwycony! Slava, młody, szatańsko zdolny szuler, wyznaje jedną zasadę – jeżeli czegoś chcesz, musisz to sobie...

Jeżeli boisz się ryzykować, nawet nie siadaj do gry.

Hausenberg to miasto, które nie ma litości dla słabych. Sposobów, żeby cię przerobić, jest wiele: kieszonkostwo, obijana albo stara dobra szulerka. Lecz jeśli jesteś charakterny i nie boisz się grać o wysokie stawki, będziesz zachwycony!

Slava, młody, szatańsko zdolny szuler, wyznaje jedną zasadę – jeżeli czegoś chcesz, musisz to sobie wziąć. A jego cel jest prosty: pokazać wszystkim, że to on jest w Hausenbergu numerem jeden. Niestety, wybrał sobie fatalny moment, bo nie jest jedynym w mieście, który ma poważne plany. Na domiar złego właśnie skrewił długo szykowany przekręt. Z pomocą przychodzą mu starzy kompani: zabójca Nino i Petr, samozwańczy król złodziei. Żaden z nich nie podejrzewa, że już wkrótce przyjdzie im się zmierzyć z bardzo mocnym graczem. I postawić wszystko na jedną kartę.

„Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” to brawurowo napisana, łotrzykowska opowieść o tym, że aby wygrywać z największymi, najpierw trzeba wygrać z samym sobą.

 

źródło opisu: http://www.wsqn.pl/ksiazki/wszyscy-patrzyli-nikt-nie-widzial/

źródło okładki: mateeriały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 295
Kirima | 2017-07-12
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 28 maja 2017

Mam taki problem z tą książką, że po jej przeczytaniu bez cienia wątpliwości zakrzyknęłam, że jest to książka słaba. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem aby troszkę niesprawiedliwa w swoim osądzie. No bo czy powinnam książkę oceniać pod względem tego, jak mi się podobała (słabo!) czy pod względem całości (przeciętnie!)? Nie jestem zdania, że pisanie o książkach na blogu ma być obiektywne, bo to właśnie za subiektywne spojrzenie cenię blogi, ale z drugiej strony pójście całkiem w subiektywizm też jest zły. Postaram się więc tutaj wypośrodkować.

"Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" to debiutancka powieść Tomasza Marchewki, współscenarzysty gry Wiedźmin. Wiecie, to bardzo ważna informacja dla mnie, ponieważ ja naprawdę lubię Wiedźmina, zarówno książki, jak i gry. Może nawet szala mojej sympatii przechyla się bardziej w stronę gier. Kiedy więc w internecie pojawiła się szumna zapowiedź, że oto człowiek od Wiedźmina wydaje swoją pierwszą książkę, to z miejsca pomyślałam, że hej, ja to przecież muszę kupić! Spodobał mi się opis na okładce, spodobała mi się sama okładka, w ogóle wszystko zapowiadało naprawdę dobrą lekturę, toteż na Targach Książki szybciutko pobiegłam do stoiska wydawnictwa SQN i zdobyłam przedpremierowo swój egzemplarz. No i zaczęłam czytać. No i zaczęły się schody.

"Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" to jedna z tych książek, w których już pierwsze zdanie mówi nam o tym, czego możemy się spodziewać. Pan Marchewka zrobił coś więcej - właściwie pierwsze zdanie, a raczej pierwszy akapit streszcza nam całą książkę. Leci to tak: "Uliczne przysłowie Hausenberga mówi, że prawdziwy mężczyzna musi w życiu zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, owo życie przegrać, czyli stracić wszystko, co posiada. Po drugie, odrodzić się dla nocy i odegrać z zyskiem, bo uczyni go to mocniejszym niż kiedykolwiek. Po trzecie, spłodzić syna - tak po prostu, bez dodatkowych warunków". Po przeczytaniu tego byłam pewna, że w książce główny bohater poniesie porażkę tylko po to, by pod koniec książki cudownie zabłysnąć. Gdy tak się stało odczułam wręcz satysfakcję, problem tylko w tym, że zupełnie nie podoba mi się sposób, w jaki do tego doszło. Bo widzicie, główny bohater książki faktycznie na początku ponosi porażkę, ale między tą porażką a końcowym sukcesem nie ma nic. Żadnych wniosków, żadnych ćwiczeń związanych z karcianą profesją, żadnych refleksji. Książka kończy się w sposób najbardziej oczywisty z możliwych, ale niestety kompletnie nie przemawia do mnie to, że bohater nagle dostał zastrzyku mocy i geniuszu.

Akcja książki rozgrywa się w mieście Hausenberg, w którym króluje zbrodnia, a wszelkie problemy rozwiązuje się pięściami. To skupisko wszelkich złodziei, morderców i szulerów; w tym mieście toczy się gra, a kantowanie w karty urosło do rangi sztuki. I to właściwie wszystko, co wiemy o samym mieście i ogólnie o świecie, w jakim przyszło żyć bohaterom. W książce zupełnie brakuje jakiegoś tła, umiejscowienia miasta w większej całości. Nie wiemy, jaki panuje tutaj ustrój, gdzie to miasto leży, a o tym, że jest jakiś król dowiadujemy się dopiero pod koniec. Hausenberg jawi się też jako miasto, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Brakuje zwykłych ludzi, których można by było spotkać na ulicach tego miasta, brakuje gwaru i życia, jakie toczyłoby się tutaj za dnia. Autor poza przestępczym elementem miasta wprowadza jedynie teatr, bo pracuje w nim kochanka głównego bohatera, oraz inżyniera, który również ma w książce swoją rolę do odegrania. Z tego powodu książka jest dla mnie zupełnie niekompletna. Pan Marchewka głównie stawiał tutaj na akcje, ale jednak ten brak tła boli.

Głównym bohaterem zapewne miał być Slava, młody szuler, który szturmem chciał wedrzeć się na szulerskie salony i zabłysnąć jakąś większą akcją, ale w trakcie książki gdzieś jego funkcja tego głównego się zagubiła. Dość szybko poznajemy też drugą, niezwykle istotną postać, czyli Petra, który sam siebie nazywa pierwszym pośród złodziei. Zaraz potem dochodzi postać trzecia - zabójca Nino. Cała ta trójka idealnie przedstawia zawody, jakie znajdziemy w mieście. Nino jednak bardzo szybko schodzi na dalsze tory, Petr natomiast w pewnym momencie przejmuje rolę głównego bohatera, by na końcu zostać potraktowanym po macoszemu. Nie wypowiem się za bardzo o charakterach bohaterów, bo i nie mam o czym pisać. Oni po prostu byli, bez żadnych cech szczególnych, bez konkretnie zbudowanych osobowości, a jedyne co mogę powiedzieć na temat Petra i Slavy to to, że cierpieli na przerost ambicji. Kobiet w książce nie ma praktycznie w ogóle, a jeśli już są, to ich rola sprowadza się do bycia oszałamiająco piękną niewiastą. To książka niewątpliwie męska również z tego względu, że szulerka, słownictwo, seks i szorstkość bohaterów w obyciu buduje taki klimat.

Jeśli chodzi ogólnie o budowę książki i moje z niej wrażenia, to przez pierwsze 100 stron byłam strasznie rozczarowana i zniechęcona, bo zupełnie nie wiadomo było, o co w tej książce chodzi. Jaka jest fabuła? O czym ta książka w ogóle jest? Co autor chciał napisać? Te pytania ciągle kołatały mi się w głowie. Poznawaliśmy bohaterów, miasto, ale akcji żadnej nie było widać. Dopiero potem coś zaczęło się z tego wyłaniać, ale do końca książka nie potrafiła mnie do siebie przekonać i wyglądałam jej końca z niecierpliwością. Brak ciekawych bohaterów zdecydowanie nie poprawiał sytuacji. Dodatkowo przeraźliwie irytowało mnie to, że postacie w swoich myślach kilka razy potrafili powtórzyć to samo, jakby przypominając nam o tym, co działo się zaledwie kilka lub kilkanaście stron wcześniej. Im dalej w las, tym zdarzało się to rzadziej, ale wciąż pod koniec trafiła się postać, która streściła nam to, co było wcześniej. Początkowo książka była też dla mnie toporna, wcale nie pomagały temu retrospekcje, których było dość sporo i które bardzo często nie wnosiły nic do książki, a jedynie przerywały ciągłość akcji. Ale tutaj też pod koniec sytuacja się poprawiła.

Narzekam i narzekam, czy jest więc w tej książce coś, co mi się podobało? Może was zaskoczę, ale tak. Podobała mi się historia z inżynierem, która była dla mnie bardzo przemyślana i od początku do końca poprowadzona porządnie. Bo z resztą książki mam właściwie zupełnie odwrotne wrażenie - że autor zaczął pisać i nie do końca wiedział, co właściwie chce napisać. Wątek inżyniera wnosi też drobną nutę steampunku do powieści. Jeśli natomiast chodzi o karty i kantowanie w nich, to faktycznie Pan Marchewka się tutaj postarał i zaprezentował nam kilka trików wraz z ich dokładnym opisem. Jeśli więc nie chcecie sięgnąć po książkę tylko dlatego, że nie umiecie grać w karty, to nie obawiajcie się - autor dość dobrze wszystko tłumaczy.

Zmierzając do końca tego przydługiego tekstu powiem wam, że nie mogę polecić tej książki, co pewnie sami wywnioskowaliście, jeśli dobrnęliście do tego fragmentu. Po kolejne książki z serii na pewno nie sięgnę, a z tego, co się orientuję, kontynuacja będzie. Całość cyklu nosi nazwę "Miasto szulerów". Może jeszcze kiedyś spróbuje z książkami Tomasza Marchewki, ale na Slavę i spółkę nie mam ochoty.

https://misieczytaniepodoba.blogspot.com

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Pan Perfekcyjny

Pierwsze co przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej książki to łał, na prawdę łał. Zdecydowanie zaintrygował mnie sam tytuł książki "Pan Perfek...

zgłoś błąd zgłoś błąd