Kirima 
misieczytaniepodoba.blogspot.com
Nałogowo pochłaniam fantastykę od czasów dziecięcych. Czasami twierdzę, że wychowały mnie trolle i hobbici. Jestem uzależniona od herbaty i czekolady, a dla rozrywki lubię wycinać w pień faunę i florę w Diablo.
25 lat, kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 20 godzin temu
Teraz czytam
  • Amerykańscy bogowie
    Amerykańscy bogowie
    Autor:
    Najsłynniejsza powieść Neila Gaimana, która zdobyła serca czytelników na całym świecie. „Amerykańscy bogowie” to opowieść o współczesnym świecie, o przemijaniu wartości, konflikcie pomiędzy tym co now...
    czytelników: 16494 | opinie: 595 | ocena: 7,41 (7342 głosy) | inne wydania: 6
  • Bezkres magii
    Bezkres magii
    Autor:
    „Tancerka Krawędzi“, zupełnie nowa mikropowieść ze świata Archiwum Burzowego Światła jest ukoronowaniem Bezkresu magii, pierwszego zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Obowiązkowa lektura dla fanów....
    czytelników: 1631 | opinie: 68 | ocena: 7,93 (549 głosów) | inne wydania: 1
  • Cuda za rogiem
    Cuda za rogiem
    Autor:
    Witaj w sklepie wielobranżowym, dzięki któremu rozwiążesz wszystkie swoje problemy! Yūji Namiya przez wiele lat prowadził mały sklep osiedlowy. Ludzie przychodzili do niego nie tylko po to, żeby zrob...
    czytelników: 638 | opinie: 44 | ocena: 7,99 (131 głosów)
  • Rękopis znaleziony w smoczej jaskini. Kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Wydanie II rozszerzone
    Rękopis znaleziony w smoczej jaskini. Kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Wydanie II rozszerzone
    Autor:
    Fantasy jest czytana. Czy się komuś podoba, czy nie, popularność tego rodzaju fantastyki w wątpliwość podawana być nie może. Od czasu, gdy w roku 1960 wydana została w Polsce napisana przez Johna Rona...
    czytelników: 2100 | opinie: 57 | ocena: 7,21 (939 głosów)
  • Smoczy tron
    Smoczy tron
    Autor:
    Ciemne moce, wkraczają do spokojnej krainy Osten Ard. Nadciągające niebezpieczeństwo przeczuwa jedynie nieliczna grupka osób, zwana Ligą Pergaminu. Giermek Simon, przypadkowo złączony z Ligą, staje si...
    czytelników: 1674 | opinie: 54 | ocena: 7,25 (600 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-04 21:20:29
Ma nowego znajomego: tomek
 
2018-11-19 20:47:08
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-11-19 20:40:56
Autor:
Cykl: Wierni i upadli (tom 1)

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Czasami jednak trafiają się takie książki, po których w ogóle nie czuć, że jest to debiut. W przypadku Zawiści byłam święcie przekonana, że to już któraś z kolei książka autora, bo to było zbyt solidne i dopracowane, jak na debiutanta.

A jednak.

Zawiść w jednym zdaniu można scharakteryzować jako typową powieść fantasy, która absolutnie niczym się nie...
Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Czasami jednak trafiają się takie książki, po których w ogóle nie czuć, że jest to debiut. W przypadku Zawiści byłam święcie przekonana, że to już któraś z kolei książka autora, bo to było zbyt solidne i dopracowane, jak na debiutanta.

A jednak.

Zawiść w jednym zdaniu można scharakteryzować jako typową powieść fantasy, która absolutnie niczym się nie wyróżnia. To po prostu kolejna historia w fantastycznym świecie, opowiedziana przez następnego autora, który garściami czerpie z dorobku tego gatunku. Jeśli więc ktoś liczył na oryginalną, nowatorską fantastykę, to musi pukać do innych drzwi. Zawiść jest powieścią kierowaną do osób, których klasyczna high fantasy nie nudzi mimo tysięcy stron, które już w tym temacie przeczytali. Ewentualnie do osób, które dopiero zaczynają, ale jednak polecałabym coś lżejszego, i przede wszystkim luźniejszego na początek (pssst! Belgariada), ponieważ Zawiść traktuje się bardzo serio.

Skoro już ustaliliśmy ten najważniejszy fakt, czyli czym tak właściwie ta książka jest, to warto dodać, że pomijając schematyczność jest to powieść bardzo dobrze napisana — i przede wszystkim mocno wciągająca. Chociaż z tym wciągnięciem to może być różnie, ponieważ ja wkręciłam się dopiero wtedy, gdy przekroczyłam magiczną połowę tego opasłego tomiszcza. Początki takich serii rozpisanych na kilka tomów, gdzie każdy z tych tomów to cegła, której z powodzeniem można używać w samoobronie, zawsze bywają trudne i nikt temu nie zaprzeczy. Pierwszy tom to standardowo w dużej mierze wprowadzenie do świata i zaznajomienie się z bohaterami i relacjami, jakie ich łączą, co zwykle oznacza, że rozkręca się to powoli. Zawiść zasadniczo ma bardzo wolne tempo akcji, ale oprócz tego, że pierwszy tom jest wprowadzeniem, to autor od początku zarzuca nas tak dużą ilością królów, baronów, dziedziców, rycerzy i ludzi z pospólstwa, że zwyczajnie ciężko się połapać, kto jest kim, kto kogo lubi, a kogo nie i tak dalej. Żadnego spisu postaci, który by to ułatwił, nie ma (chociaż jest mapka. W końcu każda szanująca się fantasy powinna mieć mapkę), a oprócz ogromu bohaterów (i ich dziwnych imion do spamiętania — obowiązkowy punkt drugi, kiedy piszemy książkę fantasy), jest też duża liczba państw — i znowu trzeba zapamiętać, kto z kim i dlaczego, i kto tam w ogóle rządzi...

Kolejna istotna rzecz mogąca stanąć Wam na drodze do wciągnięcia się w Zawiść, to kilka punktów narracji. I to absolutnie nie jest wada, problem jednak tkwi w tym, że też mamy je od samego początku. Zdążymy więc poznać jednego bohatera, a tu już dostajemy narracje z punktu widzenia kolejnego, a zaraz potem następnego. To wybija z rytmu, ale potem oczywiście zupełnie nie przeszkadza.

Debiutancka powieść Johna Gwynne opowiada historię bardzo klasyczną. Będziemy wiec świadkami konfliktu dobra i zła, który rozpoczął się dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, o których pamiętają tylko nieliczni, a swój finał ma mieć na naszych oczach (oczywiście nie w tym tomie). Konflikt dotyczy dwóch bogów, a rozgrywać go mają ich czempioni powołani z żyjących obecnie ludzi. Innym słowem: będzie rzeź, ale też nie w tym tomie, chociaż nie obyło się bez kilku scen bitewnych jako żywo stawiających mi przed oczami sceny bitewne z filmowego Władcy Pierścieni. Zasadniczo duża ilość bohaterów w tym przypadku oznacza dużą liczbę zgonów. To ogromny plus, że autor nie boi się zabijać postaci, które nie są tylko bezimienną masą, ale proszę, nie oczekujcie po tych słowach drugiej Gry o Tron.

Dużą rolę w Zawiści odgrywa przyjaźń i rodzina. To bardzo miłe, zwłaszcza że w tej książce tak naprawdę tych prawdziwie złych charakterów jest mało. W większości występują tu dobrzy ludzie, którzy po prostu dali się zwieść. A zło w Zawiści jest wyjątkowo podstępne i nie od razu wiadomo, kto będzie czarnym charakterem (dość szybko staje się to jednak oczywiste, aczkolwiek autor wyłazi z siebie, żeby wcale tak nie było). Z drugiej strony słabe te czarne charaktery, ale cóż... pożyjemy, zobaczymy. To w końcu dopiero początek. Melduję też obecność sporej ilości spisków i intryg.

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że w książce występuje postać młodego chłopca, który na kartach powieści będzie nam dorastał. Corban, bo to o nim mowa, zajmuje większą część Zawiści i jest dosyć ogarniętym młodzieńcem, który nie przechodzi typowo denerwujących humorów nastolatków. Z drugiej strony bardzo się boję, że wyrośnie z niego taki Gary Stu. Postacie w tej powieści na ogół po prostu są i niczym się nie wyróżniają, ale z czasem i tak zaczynamy je lubić. Do stylu Johna Gwynne też idzie się przyzwyczaić i również on niczym się nie wyróżnia. Jest porządny i solidny tak jak cała ta książka. Jedyny większy minus to sztywność Zawiści, ponieważ jest to powieść napisana bardzo na serio i brakuje jej choćby odrobiny luzu, jakieś iskry, czegokolwiek, co przerwałoby drewnianą i poważną narrację. Ale to może ja już zostałam zepsuta przez bardziej "dzisiejsze" książki...

Zawiść polecałabym więc osobom, którym nie nudzą się przemielone po raz kolejny stare rozwiązania w powieściach fantasy, i które lubią w takich powieściach utonąć bez reszty. Książka Johna Gwynne idealnie się do tego sprawdzi. To dobra rzecz, fajerwerków jednak w tym nie ma.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-27 20:56:05
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-27 20:54:47
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Audiobooki
Autor:
Seria: Gaiman
 
2018-10-27 20:44:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Audiobooki, Literatura polska, Przeczytane w -- 2018
 
2018-10-24 19:23:40
Cykl: Wayfarers (tom 2)

Becky Chambers swoją debiutancką powieścią zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i nikt specjalnie nie musiał mnie namawiać do tego, bym sięgnęła po tom drugi. Jest on zdecydowanie inny od Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety, może trochę mniej cukierkowy, ale w jakiś sposób wciąż sprawia, że po jego przeczytaniu czujesz się lepiej. Największą zmianą, jaka zaszła, jest zmiana w składzie... Becky Chambers swoją debiutancką powieścią zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i nikt specjalnie nie musiał mnie namawiać do tego, bym sięgnęła po tom drugi. Jest on zdecydowanie inny od Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety, może trochę mniej cukierkowy, ale w jakiś sposób wciąż sprawia, że po jego przeczytaniu czujesz się lepiej. Największą zmianą, jaka zaszła, jest zmiana w składzie bohaterów, ponieważ ze starej ekipy bohaterów załogi Wędrowca towarzyszy nam tylko jedna osoba — i jest nią Lovelace.

Daleka droga do małej gniewnej planety przedstawiała nam piękną wizję świata, w której wszyscy są dla siebie mili, a różnice gatunkowe schodziły na dalszy plan. Ważne było, że jesteś osobą, a to, że zamiast kończyn miałeś macki albo twoje ciało obrastały pióra, schodziło na dalszy plan. W tak zapełnionym gatunkowo wszechświecie, jaki zaprezentowała nam Becky Chambers, pójście na kompromisy i wzajemne dopasowanie się do siebie było istotne, aby jakoś ze sobą koegzystować. Tyle że w takim stopniu, w jakim przedstawiła to autorka, jest to bardzo nierealne. To takie wyobrażenie idealnego świata, czy też idealnych ludzkich zachowań, z jakimi chcielibyśmy mieć styczność w swoim własnym życiu. I nie, wcale nie uznaję tego za wadę. Od czasu do czasu powieść, która będzie takim literackim odpowiednikiem potężnej dawki czekolady, jest po prostu potrzebna.

Jak wypada więc Wspólna Orbita Zamknięta na tle swojej poprzedniczki? Bardzo podobnie.

Akcja drugiego tomu prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony poznajemy losy Lovelace, sztucznej inteligencji ze statku Wędrowca, a z drugiej zagłębiamy się w przeszłość Papryki. Papryka od początku była szalenie interesującą postacią i bardzo się cieszę, że Chambers zdecydowała się poświęcić jej (nawet połowicznie) książkę. Oba te wątki opowiadane są naprzemiennie i oba są równie ciekawe, z tym że ze względu na wątek Papryki już nie tak pięknie i kolorowo. Niby wciąż nie ma żadnego konfliktu i mordobicia, ale i tak dochodzimy do tego, że ludzie to gatunek skłonny do najgorszych czynów. Dzieje się to jednak bardzo delikatnie i jakby mimochodem, a nie przez głębokie rozważania na temat ludzkiej natury. Te Chambers pozostawia dla szukania własnej tożsamości, samoakceptacji i zastanawiania się, czy sztuczną inteligencję można traktować jak osobę. Wszystko wciąż utrzymane jest w tonie tolerancji i wzajemnego poszanowania, zrozumienia, a jeśli nawet ktoś błądzi, to zaraz się nawraca. Ach, gdyby w normalnym świecie wszystko też zawsze układało się tak gładko i po naszej myśli...

Bo wiecie, nawet z wątkiem Papryki, który niby tę idyllę psuje, książka Becky Chambers i tak w ostatecznym rozrachunku wypada tak samo, jak tom pierwszy — pięknie, ale i naiwnie. Może to dlatego, że wiemy, że będzie happy end, zresztą to taka konwencja, która do happy endu prowadzić musi. Paskudna przeszłość Papryki wzrusza, ale i daje pociechę tym, jak bardzo dziewczynka jest silna, odważna i jak wielkie miała szczęście. To taki przekaz: nie ważne, w jak wielkie bagno się wpakowałeś, dzięki swojej wytrwałości i sile ducha będzie lepiej. Poradzisz sobie. To coś, w co wszyscy chcemy uwierzyć, nie zastanawiając się nawet za bardzo nad tym, czy dziecko, które wcześniej zupełnie nie znało świata, jest w stanie samodzielnie w nim przetrwać. Co prawda jest instruowane co do tego, jak ma postępować, ale jednak... jest samo.

Po raz kolejny nie mam tak naprawdę na co narzekać. I nawet nie chcę. Becky Chambers skupiła się w tym tomie na czymś innym, niż kosmiczne wojaże i nie jesteśmy też tak bardzo zalewani informacjami, jak w tomie pierwszym, który jednocześnie był wprowadzający. Drugi tom teoretycznie wypada dojrzalej przez poruszaną problematykę, ale mnie bardziej odpowiadał tom pierwszy ze swoją beztroską, kosmiczną podróżą do dalekiej, gniewnej planety. Co wcale nie oznacza, że Wspólna orbita zamknięta jest gorsza. Jest po prostu inna, ale wciąż dobra i ma zalety poprzedniczki. Ponownie nie chodzi tu o akcję, lecz ważniejsze są wątki antropologiczno-filozoficzne. Czuć w tym wszystkim Ursulę Le Guin. Warto też dodać, że oba te tomy można traktować jako jednotomówki.

Serię dalej wszystkim polecam. To bardzo miła odmiana od nieustannego rozlewu krwi czy pesymistycznych wizji w fantastyce, a po przeczytaniu takiego dark fantasy, jaki ostatnio mi się trafił, Wspólna Orbita Zamknięta była jak do rany przyłóż: prostowała psychikę. I może to nie jest coś wybitnie dobrego, co zostanie z nami na długo, ale przecież nie musi. Wystarczy, że będzie miłą, sympatyczną lekturą na jeden raz. Pozostaje mi teraz cierpliwie czekać na tom trzeci.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-20 20:31:07
Autor:
Cykl: Znak kruka (tom 1)

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z... Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z drugiej mocno boli mnie wykonanie. Z góry przepraszam za nadmiar cytatów w tym wpisie. One po prostu mówią same za siebie.

Czarnoskrzydły to powieść Eda McDonalda, która zapoczątkowuje serię pt. Znak Kruka. Jak znam życie, będzie to trylogia, ale nigdzie nie znalazłam oficjalnej informacji, ile to ma mieć tomów. Obecnie wydane są dwa, u nas w Polsce dopiero jeden, ale już na horyzoncie wyłania się drugi. I wiecie, to jest ten typ książki, w którym świat stoi na krawędzi przepaści, wszyscy już właściwie jesteśmy jedną nogą w grobie i ze świecą szukać gdziekolwiek okruszka nadziei. To taka książka, w której bohaterem jest twardy najemnik, poznaczony tyloma bliznami, że aby jakoś poradzić sobie z życiem musi nieustannie zaglądać do kieliszka. I nie omieszka nas poinformować, że robi to dlatego, że tak mocno doświadczyło go życie. W końcu my nie musimy patrzeć, jak Nieszczęście wskrzesza cienie naszych mężów czy żon i dzieci tylko po to, by pokazać nam ich ostatnie chwile. Co my tam wiemy o zabijaniu.

Kiedy tworzy się takie dark fantasy, jak obecny tu Czarnoskrzydły (który jest bardzo, bardzo dark, tak bardzo, że tajne matematyczne wzory pisze się tu fekaliami na więziennej ścianie), trzeba mocno uważać, żeby nie przesadzić. To bardzo łatwo może się zemścić i sprawić, że książka brzmi śmiesznie, zwłaszcza kiedy pisana jest z perspektywy pierwszoosobowej. Edowi McDonaldowi właśnie to się momentami przytrafiało. Ryhalt Galharrow, czyli nasz bohater-najemnik potrafi na przykład myśleć, że "wszyscy, którzy nie przyszli ze mną, wyglądali, jakby mieli się zesrać ze strachu. Miałem nadzieję, że tego nie zrobią, chociażby dlatego, że nie zniósłbym takiego smrodu" albo nienawidzić odgłosu uderzenia pięścią w drzwi, bo "pewnego dnia sama Śmierć zbudzi mnie w taki sposób, tylko po to, aby dodać mi nieco cierpień przed zgonem. Taka już z niej suka" czy też "nikt nigdy nie chce iść do Nieszczęścia, ale czasami trzeba podążyć za śladami szczyn, które zostawia nam los". Galharrow jest więc tak bardzo twardy, że właściwie w takich momentach parodiuje sam siebie. Trochę jak Jason Statham w Agentce, który parodiował tam wszystkie inne swoje role.

Fenomenem jest dla mnie jednak wątek romansowy w tej książce. Bo tak, Czarnoskrzydły mimo tego, że jest tak bardzo dark, ma wątek romansowy i to taki, którym mogłaby się poszczycić młodzieżówka, a nie fantasy, które do młodzieżówki z pewnością nie aspiruje. Widzicie, chodzi o to, że Ryhalt Galharrow, czyli nasz zapijaczony macho do wynajęcia, był kiedyś kimś zupełnie innym i po prostu życie dało mu po mordzie, przez co skończył, gdzie skończył. A kim był? Arystokratą był. Wysoko postawionym oficerem był. I w tamtych pięknych czasach zakochał się w pewnej dziewczynie — z wzajemnością. Los jednak ich rozdzielił, ale po latach spotykają się znowu jako kompletnie inne osoby. I tutaj wkracza totalna niespójność Ryhalta Galharrowa, który normalnie tak bardzo twardy i macho, tutaj wzdycha do Ezabeth jak pierwszy lepszy po uszy zakochany podlotek, nieustannie racząc nas swoimi miłosnymi rozterkami, które krążą wokół stwierdzenia chce-ale-się-zmieniliśmy-i-ona-już-mnie-nie-kocha, przerabianego na kilka różnych sposobów ("Próbowałem przekonać samego siebie, że dla mnie także nie jest nikim więcej. Nieważne, że jest piękna, potężna i ma kręgosłup upleciony ze stalowych lin. Nieważne, że w jej towarzystwie czuję, jak coś we mnie rośnie"). Oczywiście autor znów potrafi uraczyć nas swoimi mądrościami, jak przykład "spotkania z nią były jak wyciskanie pryszcza. Dawały satysfakcję, pomimo świadomości, że przez kilka następnych dni będzie się głupio wyglądało".

Czy mogę zrzucić to wszystko tylko i wyłącznie na styl debiutanta? Sama nie wiem. Faktem jednak jest, że w dalszej części książki styl autora się poprawia, aczkolwiek wciąż potrafił wyciągnąć z rękawa jakiś błyskotliwy tekst godny tych przytoczonych wyżej. Odchodząc jednak już zupełnie od stylu, w jakim została napisana ta książka, Czarnoskrzydły ma całkiem niezły pomysł siebie. Oto bowiem mamy świat, w którym magowie tak potężni, że zwani są bogami, od stuleci toczą ze sobą wojnę. Mniej więcej osiemdziesiąt lat przed wydarzeniami w książce w wyniku starcia tych magów, tj. Królowie Głębi kontra Bezimienni, powstało tak zwane Nieszczęście, czyli wielka połać ziemi, na której nie da się żyć, która przesiąknięta jest złem i na której żyją upiorne stworzenia. Starcie to łutem szczęścia zostało wygrane przez naszą stronę barykady, a od przyszłych najazdów chroni tak zwana Maszyneria Nalla. O tym, czy ochroni i tym razem, przekonamy się w książce, ponieważ do tego najazdu dochodzi. Tytułowy Czarnoskrzydły natomiast to nazwa osób, które służą jednemu z Bezimiennych — Wroniej Stopie, i takim Czarnoskrzydłym jest Ryhalt Galharrow. Nasi bohaterowie nie są więc potężnymi pionkami na planszy, lecz raczej pomniejszymi w rękach dużo silniejszych od siebie.

Oprócz magów-bogów w książce występują też inni, pomniejsi magowie, którzy nie mają tej magii w sobie, lecz muszą ją zaczerpnąć (utkać) ze światła. Czyli tacy jakby czarnoksiężnicy, w książce nazywani Przędzarzami tudzież Prządkami. Jest też kilka ciekawych pomysłów na "stwory" czy działającą tu magię, są elementy new weird (np. kiedy Bezimienny chce skontaktować się z Ryhaltem, ze skóry na przedramieniu Czarnoskrzydłego wyszarpuje się kruk, który służy za komunikator). Widać duży wpływ Glena Cooka, nie tylko w nazewnictwie. Język jest często wulgarny, choć z drugiej strony autor próbuje silić się na poetyckość ("niebo szlochało"), co tworzy mi pewien dysonans. Czarnoskrzydłego jednak szybko się czyta, ponieważ akcja w tej książce jest bardzo dynamiczna. Nie ma tu zbyt dużo opisów tego, jak funkcjonuje świat czy wnikania w system magii. Czasem jednak ta akcja jest wręcz dramatycznie ucinana i przyśpieszana, jakby w tym właśnie momencie redaktor postanowił ukrócić fragment fabuły. Na duży plus oceniam natomiast końcówkę. Zasadniczo druga połowa książki na czele z tą końcówką podciąga ocenę książki.

Czarnoskrzydły ma ten duży atut, że pierwszy tom tej serii można z powodzeniem traktować jako standalone, zwłaszcza że drugi tom ma się dziać kilka lat później. Dodatkowo nie jest to książka długa, bo ma jakieś 350 stron, co jak na dzisiejsze standardy rozdmuchanej fantasy jest miłą odmianą. Nie powiem jednak, żeby Ed McDonald zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie, bo nie zrobił. Ale trochę poprawił się w miarę trwania książki, więc przydałoby się dać mu jeszcze jedną szansę i sprawdzić tom drugi. Tyle że to nie jest nic specjalnie oryginalnego. No i ten styl naprawdę nie powala, chyba że lubicie bezpretensjonalność i przekleństwa w narracji czy dialogach, które z jednej strony pasują do tak bardzo mrocznego, smutnego i pozbawionego nadziei świata, ale z drugiej... z umiarem, panie McDonald, z umiarem...

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-09 11:56:27

To już koniec "trylogii w pięciu tomach". Standardowo możemy przygotować się na jazdę bez trzymanki i atakujący zewsząd absurd. Przyznam, że będę tęsknić, ale jednocześnie uważam, że to był najwyższy czas na zakończenie tej serii. Bo choć wciąż można dobrze się bawić przy ostatnich dwóch tomach, to można też postawić pytanie: czy były one potrzebne?

Na początek kilka informacji technicznych....
To już koniec "trylogii w pięciu tomach". Standardowo możemy przygotować się na jazdę bez trzymanki i atakujący zewsząd absurd. Przyznam, że będę tęsknić, ale jednocześnie uważam, że to był najwyższy czas na zakończenie tej serii. Bo choć wciąż można dobrze się bawić przy ostatnich dwóch tomach, to można też postawić pytanie: czy były one potrzebne?

Na początek kilka informacji technicznych. Cześć, i dzięki za ryby oraz W zasadzie niegroźna to czwarty i piąty tom serii Autostopem przez Galaktykę, które zostały wydane razem w jednym zbiorczym wydaniu od wydawnictwa Zysk i S-ka. Wydanie to prezentuje się bardzo ładnie, jest w twardej oprawie i z ilustracjami, które oddają klimat całej serii. Całość posiada pięć tomów*, natomiast we wznowieniach zostały one wydane w trzech zbiorczych. Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść do konkretów.

Cześć, i dzięki za ryby można potraktować jako odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Douglas Adams postanowił napisać romans. Oczywiście nie taki zwykły romans, bo musi pasować do tak zwariowanej i absurdalnej serii, jaką jest Autostopem przez Galaktykę. Akcja rozgrywa się na planecie Ziemia, która co prawda trzy tomy wcześniej została unicestwiona, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nagle znowu istnieje. Tak czy inaczej, Artur po kosmicznej tułaczce wraca do domu z Mgławicy Konia. Na swojej rodzimej planecie poznaje Fenny, która sfiksowała gdzieś w kawiarni w Rickmanswortw, to znaczy "wstała, spokojnie oświadczyła, że doznała wyjątkowego objawienia czy coś w tym stylu, lekko się zachwiała, rozejrzała błędnym wzrokiem i z krzykiem padła twarzą na leżący na stole sandwicz z jajkiem. Od tej pory dręczą ją okropne majaki, że żyje w realnym świecie, halucynuje o wielkich żółtych statkach kosmicznych, nie pomaga szpital za szpitalem". Artur jednak swoje wie, w końcu sam był świadkiem zniszczenia Ziemi, i czuje, że z Fenny łączy go dziwna więź. Chciałby więc z nią porozmawiać. Chciałby też robić z nią wiele innych rzeczy. Miłych rzeczy.

Cześć, i dzięki za ryby to tom, w którym prym wiedzie Artur. Nie jest to właściwie trudne, bo poza gościnnym występem Marvina na jedną czy dwie strony i okazjonalnymi scenami z Fordem, innych znanych postaci z serii tutaj nie ma. Bardzo nad tym ubolewam, zwłaszcza nad tym, jak zmarginalizowany został Marvin, ale z drugiej strony to miło, że autor poświęcił więcej czasu postaci, która raczej nieustannie była spychana na bok. Artur w końcu nieco się ogarnął i wziął życie w swoje ręce, a choć wciąż wiele rzeczy nie wie i nie rozumie, to przynajmniej stara się nadążyć i nie jest już tak bardzo piątym kołem u wozu.

Czwarty tom serii jest zdecydowanie najspokojniejszym i najmniej absurdalnym ze wszystkich, a jednocześnie najbardziej logicznym i spójnym. Akcja prawie w całości toczy się na Ziemi, co nieco odbiera klimat serii, gdzie w większości odbywamy szalone podróże po kosmosie i poznajemy przeróżne, technologiczne cuda. Tutaj tego nie ma, ale wciąż pozostaje satyryczny humor Adamsa, mnóstwo dziwnych sytuacji i sporo trafnych spostrzeżeń o nas samych. Poza tym możemy poznać fenomenalną historię z herbatnikami i dowiedzieć się, jaka jest Ostatnia Wiadomość od Boga do Jego Stworzenia.

Jednak pod znakiem zapytania staje zasadność napisania Cześć, i dzięki za ryby, kiedy spojrzymy na tom piąty, czyli W zasadzie niegroźną. Widzicie, ostatnia część serii kompletnie neguje wszystko to, co stało się w poprzednim tomie, zupełnie tak, jakby nigdy go nie było. To znaczy ja wiem: to jest szalona seria i takie rzeczy powinny być tu na porządku dziennym, więc z jednej strony kwituje to krótkim "aha", i czytam dalej, ale z drugiej naprawdę można zadać sobie pytanie, po co był ten tom czwarty. No, chyba że dla historii z herbatnikami. Historia z herbatnikami to majstersztyk sam w sobie i doskonale rozumiem potrzebę napisania całego tomu tylko po to, by ją opowiedzieć.

W zasadzie niegroźna wraca już na dobrze nam znane, kosmiczne tereny i znów zaczynamy tonąć w oparach absurdu. I to do tego stopnia, że kompletnie nie wiadomo, o co chodzi, bo wszystko się pomieszało i poplątało poprzez przemieszanie rzeczywistości. Doceniam pomysł, ale przez ten chaos totalny ciężko się to czyta. Zupełnie nie wiadomo, kto z kim i dlaczego, ani jaki jest sens całego tego tomu. Owszem, wciąż było kilka zabawnych sytuacji, ale większość tomu była jednak męcząca i absolutnie nie dorównuje poziomowi z tomów pierwszych. Największą przeszkodą były dla mnie sceny z Fordem, co do których miałam wrażenie, że są po prostu zapychaczem, bo choć mnóstwo było w nich akcji i dynamizmu, to były niesamowicie nużące i zanim doszliśmy do meritum, minęło sporo niepotrzebnego czasu. Mimo wszystko Douglas Adams wciąż potrafił zaskoczyć na przykład takim Elvisem Presleyem, zaserwował nam doskonałe życiowe doświadczenia Trillian, dał Sandwicz Mana i całkiem udaną końcówkę.

Czy warto więc doczytać Autostopem przez Galaktykę do końca? I tak, i nie. Niewiele Was ominie, jeśli sobie darujecie, aczkolwiek uważam, że dla tych kilku jasnych punktów warto jednak te tomy przeczytać i serię zamknąć. Najlepiej wypada oryginalna trylogia, ale mimo wszystko przez całą serię autor nie przestaje pod płaszczykiem humoru i absurdu przemycać swoich komentarzy dotyczących funkcjonowania świata. Można się przy tych tomach zrelaksować, ale jednak nie da się ukryć, że ostatnie dwa tomy Autostopem przez Galaktykę nie dorównują jakością tym pierwszym.

Przede wszystkim to już nie jest ten sam humor. Z tomu na tom robiło się coraz bardziej absurdalnie i czasem bardzo na siłę, tak więc naprawdę się cieszę, że to już koniec, bo choć serię pokochałam, to nie chciałabym się przy niej męczyć i zapamiętać ją źle, a to niestety coraz bardziej zmierzało w tym kierunku. Niemniej jednak jest to seria, którą Wam polecam, a przynajmniej te pierwsze trzy tomy. A jak nie trzy, to chociaż ten kultowy tom pierwszy. Autostopem przez Galaktykę to cudowna książka i ma wiele, wiele zalet, które w tych kontynuacjach niestety gdzieś się rozmyły.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:18:21
 
2018-10-03 18:11:07
Autor:
Seria: Gaiman

Neil Gaiman nie zaskoczył mnie swoim Oceanem na końcu drogi. Jest to dokładnie taka powieść, której mogłabym się spodziewać po tym autorze: baśniowa, groteskowa, niczym z sennych, dziecięcych koszmarów. Od razu nasuwają się skojarzenia z Koraliną, i słusznie. Wiele łączy te dwie powieści, a Ocean na końcu drogi określiłabym jako doroślejszą, poważniejszą wersję Koraliny.

W obu tych książkach...
Neil Gaiman nie zaskoczył mnie swoim Oceanem na końcu drogi. Jest to dokładnie taka powieść, której mogłabym się spodziewać po tym autorze: baśniowa, groteskowa, niczym z sennych, dziecięcych koszmarów. Od razu nasuwają się skojarzenia z Koraliną, i słusznie. Wiele łączy te dwie powieści, a Ocean na końcu drogi określiłabym jako doroślejszą, poważniejszą wersję Koraliny.

W obu tych książkach bohaterem jest kilkuletnie dziecko, które odkrywa drugi, mroczny i niebezpieczny świat istniejący tuż obok i które przez ten świat jest w jakiś sposób zagrożone. W Koralinie jednak rozmiar tego zagrożenia jest znacznie mniejszy, niż w Oceanie na końcu drogi, a i potwór jest tu jakby straszniejszy. Inną, znaczną różnicą między tymi książkami jest to, że w Oceanie na końcu drogi pierwotnym bohaterem jest 47-letni mężczyzna, który po latach wraca na stare śmieci i zaczyna wspominać dziwne wydarzenia ze swojego dzieciństwa. Wszystko zaczęło się od nowego lokatora, który wynajmował pokój w jego domu rodzinnym, a potem popełnił samobójstwo, budząc przy tym pradawną, mroczną istotę. Oczywiście po rodzicach nie ma co się spodziewać pomocy, tak więc nasz bezimienny bohater może się po nią zwrócić do trzech tajemniczych kobiet mieszkających na farmie na końcu drogi. Jedna z nich nazywa staw oceanem, a druga twierdzi, że pamięta naprawdę stary kraj, który wybuchł.

Ocean na końcu drogi to powieść, która wzbudziła we mnie nostalgiczne uczucia o własnym dzieciństwie. Jest ona tak naprawdę zapisem wspomnień dorosłego człowieka, który cofa się wstecz nie tylko do tajemniczych wydarzeń z tego okresu, ale też swojego dzieciństwa ogółem, co sprawiło, że i ja wróciłam myślami do swojego. Możemy tutaj poczytać takie fragmenty jak wspomnienie ojca, który zawsze ze smakiem zajadał się na śniadanie przypalonymi grzankami, a po latach wyznaje, że nigdy tak naprawdę ich nie lubił. Bohater mówi wtedy, że poczuł się tak, jakby całe jego życie opierało się na kłamstwie i w pewien sposób to stwierdzenie jest zaskakująco prawdziwe. Wszyscy w dzieciństwie w ten czy inny sposób byliśmy oszukiwani przez rodziców i nie było to przecież robione w złej wierze, ale odkrycie po latach, że było inaczej, niż nam mówiono, może człowieka zdziwić. W książce jest znacznie więcej takich wspomnień i zaczęłam się zastawiać, jak wiele autor zaczerpnął z autopsji.

Powieść Gaimana mogę interpretować na dwa sposoby. Tym pierwszym i najbardziej rzucającym się w oczy jest groteskowa opowieść o tym, jak dziecko natrafia na mroczne siły nie z tego świata i dzielnie próbuje stawić im czoła z pomocą trzech tajemniczych kobiet. Jest to opowieść dziwna, ale i pociągająca, bo autor jak zwykle czaruje słowem, tworząc niepowtarzalny, baśniowo-mroczny klimat. Potwory czają się tutaj tuż za rogiem, bo nagle okazuje się, że pod naszym nosem tkwi świat pełen przedziwnych i prastarych stworzeń, które niekoniecznie mają dobre zamiary, nawet jeśli chcą tylko zaspokajać nasze pragnienia w wyjątkowo wypaczony sposób.

Druga moja interpretacja to nieszczęśliwe dzieciństwo bezimiennego bohatera, który mógłby to wszystko sobie wymyślić, aby zapełnić pustkę i samotność tamtego okresu. Otwierające sceny opowiadają nam o tym, jak nikt nie przyszedł na jego 7 urodziny, więc jak zwykle zakopał się w książkach, które były jego jedynymi przyjaciółmi. Nie trudno ułożyć sobie w głowie tak szaleńcze, pełne niebezpieczeństw i dziwnych stworów przygody, kiedy nie ma nikogo do zabawy, rówieśnicy kompletnie cię zignorowali w tak ważnym dla ciebie dniu, a nad głową wiszą rodzinne problemy finansowe i małżeńskie, które bardzo wplatają się w niesamowitą historię bohatera. Ocean na końcu drogi byłby więc dla mnie dziecięcą próbą poradzenia sobie z takimi sprawami i wraz z bohaterem mogę się teraz zastanawiać, czy to wszystko było prawdziwe, czy też była to tylko ułuda.

Oczywiście nie chciałabym odbierać tej książce magii, po prostu takie refleksje naszły mnie podczas jej czytania. Takie powieści są jednak najlepsze: bawią, ale jednocześnie oferują coś więcej, a Gaiman jest w tym wyjątkowo dobry. Bardzo lubię jego krótkie powieści dla młodszego czytelnika, tym bardziej że styl autora po prostu pasuje do takich współczesnych baśni, jaką jest właśnie Ocean na końcu drogi. W wykonaniu tego autora zawsze przypominają mi one filmy Burtona.

Moją ulubioną powieścią Gaimana wciąż pozostaje Nigdziebądź, ale Ocean na końcu drogi absolutnie nie zawodzi i jak najbardziej warto go przeczytać. Jest to książka dokładnie taka, jaką mogłabym chcieć i na jaką liczyłam, ale w nieco doroślejszym wydaniu, niż Koralina czy też Księga Cmentarna, nawet jeśli wszystkie trzy kierowane są do młodszego odbiorcy. Jeśli ktoś chciałby zacząć przygodę z autorem od tej książki, to byłby to dobry wybór, ponieważ Ocean na końcu drogi pokazuje wszystko to, co w Gaimanie najlepsze. A jest tego dużo i zwyczajnie warto autora znać, chociaż uważam, że to jeden z tych przypadków twórczości, którą albo się lubi, albo nie i nic pomiędzy nie ma. Tak czy inaczej — polecam. :)

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:08:39
Cykl: Wayfarers (tom 1)

Becky Chambers to kolejna już autorka, której pierwsza, debiutancka powieść została wydana metodą selfpublishingu poprzez zbiórkę na Kickstarterze. I tą powieścią jest własnie Daleka droga do małej, gniewnej planety. Kolejne części wydawane są już w normalnym, prawilnym wydawnictwie i za granicą zbierają mnóstwo dobrych opinii. Na naszym rodzimym poletku nie jest to seria specjalnie znana.

...
Becky Chambers to kolejna już autorka, której pierwsza, debiutancka powieść została wydana metodą selfpublishingu poprzez zbiórkę na Kickstarterze. I tą powieścią jest własnie Daleka droga do małej, gniewnej planety. Kolejne części wydawane są już w normalnym, prawilnym wydawnictwie i za granicą zbierają mnóstwo dobrych opinii. Na naszym rodzimym poletku nie jest to seria specjalnie znana.

Daleką drogę do małej, gniewnej planety można uznać za przygodowo-obyczajową książkę science-fiction. Jest to space opera i zgodnie z tym, co się dowiedziałam, nietypowa space opera, bo na wskroś pacyfistyczna. Tutaj w ogóle nie ma żadnego mordobicia, toteż fani wszelkich kosmicznych, epickich rozrób mogą poczuć się mocno rozczarowani. W Dalej drodze... tak naprawdę... niewiele się dzieje, a zamiast emocjonujących opisów strzelanin, pościgów czy wojen czytamy o tym, jak nasi bohaterowie kupują mydło na targu, pracują i generalnie próbują ze sobą wytrzymać na jednym statku. Kiedy czytałam tę książkę, to miałam nieodparte wrażenie, że tak mógłby wyglądać Mass Effect, gdyby zabrać mu całą przemoc i tę sprawę z ratowaniem świata, a zostawić tylko eksplorowanie kosmosu, relacje między bohaterami i samych bohaterów z ich bogatą historią. Skojarzenie z Mass Effectem miałam z jeszcze jednego powodu: i tu, i tu ludzkość to nieistotny element na wielkiej, międzygalaktycznej szachownicy, który dopiero niedawno dołączył do wielkiej Wspólnoty Galaktycznej.

Bohaterowie w Dalekiej drodze... zajmują się budowaniem tuneli międzyprzestrzennych. To zwyczajni ludzie, do których właśnie dołącza nowa członkini załogi, mieszkanka Marsa pochodzenia ziemskiego o imieniu Rosemary. Kobieta wkracza na pokład Wędrowca jako urzędniczka tuż przed lotem dalekiego dystansu. Można pomyśleć, że jest to główna postać, ale wcale tak nie jest, ponieważ Becky Chambers skupia się na całej załodze po równo. A jest to niezwykle barwna gromadka wyrazistych charakterów, wśród których znajdziemy na przykład gadzią pilotkę Sissix, Doktora Kucharza, który pełni jednocześnie rolę pokładowego lekarza i kucharza, sztuczną inteligencję, która jest jakby pełnoprawnym członkiem załogi (Mass Effect, znowu) czy szaloną, pokręconą panią technik z nadmiarem energii. I to jest właśnie najmocniejszy element tej książki: bohaterowie wraz z relacjami między nimi i tym, co każdy z nich skrywa (a wszyscy coś skrywają). Zresztą nie powinno to nikogo dziwić, bo w sytuacji, kiedy autorka nie postawiła na akcję, musiała czymś to nadrobić. I nadrobiła: załoga Wędrowca to bardzo interesujące, złożone postacie, które oprócz własnej historii pozwalają nam poznać też historię i obyczaje własnego gatunku. Ogromnie podoba mi się też chemia, która między nimi występuje, bo od razu widać, że wszyscy znają się jak łyse konie, co często prowadzi do zabawnych scen czy dialogów.

Becky Chambers zadbała o różnorodność gatunkową i kulturową, a odkrywanie jej to kolejna zaleta tej książki. Na pokładzie naszego statku budowniczego przeważają ludzie, jednak obecni są też przedstawiciele innych ras i bardzo dba się o to, by nikt nikogo nie uraził żadnym rasistowskim tekstem. Zasadniczo cała książka napisana jest w duchu poszanowania dla obcego gatunku i kultury. Zamiast uprzedzeń jest ciekawość, a choć odmienność czasem prowadzi do kłopotliwych sytuacji, to dokłada się starań, by szybko je wyjaśnić i iść na pewne ustępstwa. W efekcie otrzymujemy świat nieco naiwny i wyidealizowany, ale za to Daleka droga... jest bardzo przyjemną, pozytywną i sympatyczną książką, która stanowi bardzo miłą odmianę do fantastyki, w której zwykle na ogół chodzi o odrąbanie komuś głowy.

A o co chodzi w Dalekiej drodze do małej, gniewnej planety? Dokładnie o to, o czym mówi tytuł: załoga Wędrowca otrzymuje zlecenie na budowę tunelu międzygalaktycznego na odległej planecie Toremich, do której trzeba najpierw dolecieć. I to tyle. Taki brak akcji i bardzo powolne tempo książki jest jedyną wadą, jaką mogłabym wskazać (no, chyba że jako wadę traktujemy też naiwność tej książki) z tym, że mi się czytało to naprawdę dobrze i przywiązałam się do załogi Wędrowca. No i to nie jest tak, że w Dalekiej drodze... w ogóle nie ma akcji, bo naszych bohaterów po drodze spotykają jakieś niewielkie przygody — nie są to jednak te przygody, na które mogliby liczyć fani mocnych doznań czy międzygalaktycznych potyczek, bo w tej książce nie ma żadnego konfliktu. Jest raczej codzienność. Szczerze, to ja bardzo chciałabym przeczytać coś takiego w klimacie fantasy.

U Becky Chambers kosmiczne tło stanowi pretekst do wrzucenia sporej ilości przemyśleń na temat człowieczeństwa czy tolerancji i przemocy. Jeśli ktoś boi się sięgać po science-fiction przez ewentualny "technologiczny bełkot", jak to ja go nazywam, to spokojnie możecie wybrać książki tej autorki, ponieważ u niej niczego takiego nie ma. Nie jest to żadna ambitna czy wysoka literatura, językowo również jest prosto, ale żywo i dynamicznie. To taka bardzo lekka książka, która z powodzeniem nadawałaby się na początek przygody z tym gatunkiem (sama jestem początkująca), zwłaszcza dla młodszych osób przez ogólny, pozytywny wydźwięk książki i brak przemocy. Daleka droga do małej, gniewnej planety jest jak taki mały, słodki puchaty szczeniaczek, na którego wspomnienie od razu jakoś tak ci milej.

Tak więc jeśli macie ochotę na lżejszą, wyidealizowaną i naiwną powieść, która kładzie nacisk na przedstawienie różnorodności gatunkowej i kulturowej w kosmosie, na postacie, między którymi jest bardzo fajna chemia, w której nie ma żadnego konfliktu, a wszyscy są dla siebie mili, to ja bardzo polecam.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:06:28
 
2018-10-03 18:05:37
 
Moja biblioteczka
308 69 497
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (22)

Ulubieni autorzy (5)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd