Hell-P

Cykl: Moherfucker (tom 1)
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza RUNA
6,04 (251 ocen i 42 opinie) Zobacz oceny
10
9
9
15
8
23
7
52
6
65
5
51
4
10
3
14
2
4
1
8
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788389595423
liczba stron
332
język
polski

Święte miejsca niekoniecznie muszą służyć temu, do czego je powołano. Tam, gdzie rodzą się silne emocje, mogą również grasować odpryski potwornego Cthulhu — guimony. Kamil Stochard z ABW, z zamiłowania kontestator, przy tym uwikłany w nieszablonowe związki miłosne, zostaje oddelegowany do pomocy amerykańskiemu koledze i wkrótce, z osłupieniem i ekstremalnym niedowierzaniem, wysłuchuje...

Święte miejsca niekoniecznie muszą służyć temu, do czego je powołano. Tam, gdzie rodzą się silne emocje, mogą również grasować odpryski potwornego Cthulhu — guimony.

Kamil Stochard z ABW, z zamiłowania kontestator, przy tym uwikłany w nieszablonowe związki miłosne, zostaje oddelegowany do pomocy amerykańskiemu koledze i wkrótce, z osłupieniem i ekstremalnym niedowierzaniem, wysłuchuje opowieści fachowca od guimonów i ich likwidacji. Godzi się jednak na współpracę — raz, bo w pracy i tak trzeba coś robić, dwa, bo przekonują go przywiezione przez urodzonego w PRL-u agenta zabawki, a dokładniej mówiąc — pistolet Desert Eagle do prywatnego użytku.

Amerykański agent, jeden z kilku mistrzów eksterminacji guimonów, wprowadza Kamila w tajniki walki z nieludzkimi przeciwnikami. Największym problemem jest ich wygląd. Maskują się, zwykle przybierając postać osób wiekowych i niedołężnych. Do staruszków wszak trudno strzelać, a jeszcze trudniej chlastać ich białą bronią. Niestety, nie ma innego sposobu na zniszczenie pociotków straszliwego Cthulhu, który ciągle żyje na dnie Pacyfiku w mieście cyklopów R'lyeh i tylko czeka na okazję, żeby się uwolnić.

Para coraz bardziej zaprzyjaźnionych likwidatorów przemierza więc współczesną Polskę w poszukiwaniu miejsc, w których guimonom najłatwiej sycić się emocjami. Odwiedzają Toruń, Wadowice, wszędzie tropiąc Fn'thala, potężnego kardynała przerażającego bóstwa. Niebawem jednak ich problemem staną się również zwyczajne polskie bandziory, które planują na Stochardzie zemstę za dawne krzywdy.


Eugeniusz Dębski - urodzony w połowie ubiegłego wieku, rusycysta, od 10 lat parający się wyłącznie literaturą. Lubi myśleć, że to już zawodowstwo. Pisze niemal od trzydziestu lat, publikuje od dwudziestu kilku. Na swojej półce imienia Dębskiego starannie układa kolejne tomy, osiągnąwszy liczbę 33 własnych pozycji, musiał wydłużyć półkę, z czego był bardzo dumny, i jest. Cykl przygód Owena Yeatesa osiągnął liczbę ośmiu pozycji, inny cykl, o mimikrancie i Xameleonie, składa się z kilkunastu opowiadań i powieści. Na razie (zgodnie z pierwotnym planem) się nie rozrasta. Bez Zajdla, choć nominowany kilka razy. Jedna Śląkfa.

Przetłumaczył, sam i w spółkach, ponad 30 pozycji z języka rosyjskiego, nieskromnie uważa, że to właśnie on przypomniał Polakom po 20 niemal latach przerwy, że istnieje coś takiego, jak fantastyka na najbliższym Wschodzie. Ojciec dwójki synów. Pachołek dwu kotów, od grudnia 2007 r. zestresowany lekko kumpel Kili made in Golden Retriever. Nie rozwija się naukowo. Bez hobby. Chyba że za takie uznać, dość niespodziewanie rozbuchane od roku, zamiłowanie do podróży - Osetia Południowa, Kilimandżaro (wszedł), Ukraina, Anglia, Mont Blanc (nie wszedł), Szkocja.

 

źródło opisu: [Wydawnictwo Runa, 2008]

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1137
rybieudka | 2013-11-21
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 17 października 2013

Chyba każdy z nas ma na półce takie zakupione niegdyś pod wpływem chwili książki, nabyte zdawałoby się wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Niby wiemy, że autor raczej taki sobie, temat średnio ciekawy, opinie fatalne, w kolejce kilkadziesiąt innych pozycji, a jednak jakimś cudem dokonujemy zakupu, który ląduje potem na półce na czas bliżej nieokreślony. Mimo wszystko zdarza się, iż po przyjęciu przez papier odpowiedniej ilości kurzu (swoją drogą, obawiam się, że miłośnicy e-wydań napotykają pewne problemy z dopełnieniem tego „punktu programu”) pchnięci impulsem postanawiamy po taką odleżaną książkę sięgnąć. Czytelnicze doświadczenia, które potem następują, zaskakująco często określane bywają jako „niezapomniane”… niestety, nie zawsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu.


W moim przypadku przykładem powieści, która czekała na swój moment ładnych parę lat, było Hell-P Eugeniusza Dębskiego. Książkę kupiłem kiedyś okazyjnie, bo w sumie miała co najmniej kilka elementów potrafiących przykuć moją uwagę: mity Cthulhu w polskim klimacie, Wrocław, sensacyjny klimat – w sumie „czemu nie?”. Ostatecznie jednak musiało upłynąć sporo wody w Odrze, żebym wreszcie zdobył się na lekturę – akurat miałem ochotę na pozycję lekką i szybką. Pewnego październikowego poranka spiesząc się na tramwaj, chwyciłem z półki niedawno odkurzony egzemplarz (odpowiednia warstwa kurzu jest w przypadku takich książek absolutnie obligatoryjna), po czym zasiadłszy w wagonie linii nr 1 na luksusowym, plastikowym krzesełku oddałem się lekturze. Już chwilę później pojawiło się swoiste osłupienie, które zniknęło chyba dopiero kilka dni później, po skończeniu tej osobliwej, czytelniczej przygody.

W najogólniejszym zarysie Hell-P jest powieścią z pogranicza sensacji i horroru, w której agent ABW Kamil Stochard zostaje przydzielony amerykańskiemu agentowi o bliżej nieokreślonej afiliacji w celu przeprowadzenia supertajnej misji. W tym miejscu mogą pojawić się spojlery, zatem jeśliś drogi Czytelniku nie przerwał jeszcze lektury i wciąż tkwisz w postanowieniu zapoznania się z całością książki w stanie błogiej fabularnej nieświadomości, przejdź, proszę, do kolejnego akapitu. Przedstawiony powyżej zarys nie oddaje bowiem całości kuriozalnego konceptu tak pomyślanej fabuły . Uzupełniają go bowiem dotyczący głównego bohatera i wyraźnie eksponowany, aczkolwiek kompletnie bezsensowny, wątek homoseksualny, oczywiste w ramach przyjętej konwencji polskie korzenie amerykańskiego likwidatora, no i crème de la crème tej powieści, czyli guimony – pomioty Cthulhu przybierające zwykle formę ludzi w podeszłym wieku. W narracji nie brakuje zatem scen w kolejce do MOPS-u , walk z pochodzącymi nie z tego świata moherowymi beretami czy też wstrząsających opisów staruszków, szarżujących na dzielnych likwidatorów. Pełno tu akcji, przetwardzielskich dialogów rodem z filmów sensacyjnych klasy B, pojawia się nawet kilka całkiem zgrabnych zwrotów fabuły. Tyle, że nie mogę się oprzeć wrażeniu że coś jednak w tej powieści nie wyszło.Wydaje się, że Hell-P miał być w swoim założeniu pastiszem zarówno konwencji sensacyjnej, jak i kolejnych wariacji na temat lovecraftowskiej mitologii. Umiejętna literacka gra z pewnymi schematami wymaga jednak bardzo subtelnego balansowania, niejako na ostrzu noża. Tyle tylko, że gdy omsknie nam się noga, bardzo łatwo z tego ostrza spaść, a co gorsza – jeszcze się pokaleczyć. To przydarzyło się Dębskiemu – Hell-P jest co najwyżej parodią operującą wyostrzeniami i groteską w sposób, który może na chwilę zainteresować, ale po kilkudziesięciu stronach zamiast uśmiechu częściej wywołuje zażenowanie i znudzenie. Nie wnikając zupełnie w warsztat autora, można stwierdzić w tym przypadku, że jazda po bandzie nie obyła się bezboleśnie.

Lekturę pierwszej części perypetii agenta Stocharda będę pewnie pamiętał długo – w tym sensie niewątpliwie jest to książka, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nie jest to też powieść, którą mógłbym ocenić jako jednoznacznie złą. Wrocławski autor mniej lub bardziej świadomie wypracował wybitnie rozrywkową, humorystyczno-sensacyjną formułę, która pewnie trafi w gusta niejednego amatora lekkiej prozy tramwajowej. Ostateczne jednak nie mogę się pozbyć cierpkiego posmaku przesady, wypełzającego niczym macki z każdej niemal strony tej książki, z każdej sceny i dialogu. Być może, gdyby wgłębić się w tekst, udałoby się odnaleźć tam coś, co skłoniłoby mnie do bardziej przychylnego spojrzenia na Hell-P i zainteresowania się jej kontynuacjami – Moherfucker i Russian Impossible. Problem w tym, że książka zniechęca do głębszej refleksji nad jej treścią. I może lepiej, żeby tak zostało – jako skrajnie przejaskrawiona, czysto rozrywkowa parodia jest jeszcze w stanie się obronić. No bo chyba nikt mi nie powie, że pomioty Cthulhu udające staruszków to literatura „na poważnie”.


Recenzja pierwotnie opublikowana na łamach protalu Fantasta.pl i na blogu www.rybieudka.blogspot.com

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Cienie

Książka autorstwa Wojciecha Chmielarza pt. '' Cienie'' przedstawia kontynuację dalszych losów bohaterów książki ''Osiedle marzeń ''. Prawdziwym wyzwan...

zgłoś błąd zgłoś błąd